Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Cytrynek

beautyandb

Dzisiaj rano niespodzianie zapukala do mych drzwi

Wczesniej niz oczekiwalem przyszly te cieplejsze dni

Zdjalem z niej zmokniete palto, posadzilem vis a vis

Zapachnialo, zajasnialo - wiosna, ach to ty

Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty...

Może nie wcześniej niż oczekiwałam. Bo wyglądałam jej juz od konca lutego. Ale mroźne noce i poranki poprzedniego tygodnia nie napaały optymizmem. Jeszcze we wtorek na mojej stałej osiedlowej trasie był kawalek solidnie oblodzony. Jeszcze w środę przekladałam trening na wieczor, żeby było ciut cieplej... To prawda, że w ciągu dnia słońce operowalo pełną parą, ale w ciągu dnia to ja kwitłam za biureczkiem z widokiem na centrum handlowe i tyle miałam z tego słońca, co przez okno w autobusie, jak jechal wzdłuż lasu.

Dlatego wczoraj od rana słońce wprawiło mnie w doskonały humor, ale i lekką konsternację. O 8 rano termometr pokazywał prawie 10 st. na plusie. A ja musiałam się ubrać na...zawody. Och, z jaką przyjemnością wyciagnęlam koszulkę z krókim i legginsy 3/4. Tylko z butami miałam problem... Meldunki z Lasu Kabackiego płynęły różne, ciężko się było zdecydować. W końcu wrzuciłam na nogi Cascadie trojeczki, które dozywają swoich dni i dla ktorych to pewnie jeden z ostatnich startów (mają ze 2000 km na liczniku). A w worek wpakowałam moją tegoroczną tajną broń - kocie kolce. Oprocz tego w worek wpakowałam polar i rękawiczki.

Wykazałam się - jak nigdy - nadmierną ostrożnoscią. Ani kolce, ani polar nie okazały się przydatne. W lesie co najwyżej mozna bylo jeszcze w kaloszach, ale w nich się słabo biega. W kolcach przypuszczam zakopalabym się na pierwszym zakręcie. A tak - moje wysłużone Brooksiki mnie niosly przez bloto i nawet specjalnie nie nabierały wody (a nawet jakby, to łatwo weszła, łatwo wyszła). Po kilometrze czułam, że legginsy mam oblepione błotem mniej wiecej do ich górnej krawędzi. Ale nie robilo to mnie większego wrażenia, inni też byli podobnie upiekszeni. Zresztą, za takie spa i kapiele blotne placi się więcej niż 15 zł startowego.

Do samego biegu podchodziłam niezbyt pewnie. W pamięci miałam falenicką porażkę sprzed tygodnia. I świadomość, że w miononym tygodniu trenowalam tak sobie. W piatek odpuscilam mocny trening, bo padłam na pysk ze zmęczenia. Ale może i dobrze. Ostrożny plan zakladał, żeby pobiec po 4:35 - takie tempo mialam dla zaplanowanych na niedzielę kilometrowek, ktore sobotni start mial zastapić. Zaczełam ciut szybciej (jak zwykle), ale bez przesady. Po dwoch kilometrach tradycyjnie mi się zaczeło odechciewać, na trzecim cieszyłam się, że w Kabatach nie da się zejść z trasy. Na półmetku miałam 22:39 (pólmetku pokazanym przez garmina) - co dawalo realne szanse na wynik 45:10, moze nawet ciut lepszy. Szósty kilometr tradycyjnie wyszedł mi troszkę wolniejszy, ale zacisnelam zęby i postanowiłam nie odpuszczać. I nie odpuściłam. A dwa ostatnie kilometro znowu pobiegłam szybciej.

Wpadłam na metę z czasem 45:03. Zadowolona, choć do pelni szczęścia zabrakło... 45 sekund. No, ale to i tak moj trzeci kabacki wynik. A na wiosnę jeszcze tutaj tak szybko nie biegałam. Na dodatek na mecie dostalam tulipana w moim absolutnie ukochanym odcieniu fioletu. A potem dla każdej pani był szampan, tort i czekoladki... Mówiłam juz, że lubię biegac na Kabatach?

A co z cytrynkiem? Cytrynek byl dzisiaj. A własciwie watahy cytrynków. Nie, watahy to nie jest właściwe słowo, nie. Pojedyncze cytrynki krązyły nieśmialo po lesie, który już definitywnie odmarzł, chociaż jeszcze nie do końca wysechł, a w niektórych koleinach przyczaiły się resztki lodu (inne odpadki litościwie pominę, chociaż to, co ludzie potrafią wywieźć do lasu, napawa mnie lekkim... rodzajem podziwu dla ludzkiej beznadziejności). W towarzystwie małżonka i unoszących się jak małe sloneczka cytrynków, w tych samych Brooksikach, co wczoraj, bo zdązyły wyschnąć, zrobiłam miłą wycieczkę po lesie, dorznęłam buciki na asfalcie i zakończyłam na 28 km, bo uznalam, że więcej byloby już katowaniem organizmu, a nie przyjemnością ;-) A ja przecież biegam, bo lubię. Zwłaszcza na wiosnę.

Cytrynki też lubię.

Ambicja, honor, miłość własna... >

< Oto jak nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi...

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci