Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Byle dobiec

beautyandb

Bywa i tak...

Ale pretensje mogę mieć do siebie. A ponieważ jak deklarowałam jakiś czas temu, bieganie ma służyć przyjemności i relaksowi, to pretensji  nie będzie. Nie będę się frustrować  przyzwoitym biegiem tylko dlatego że nie był idealny J Zwłaszcza biorąc pod uwagę okoliczności.

Aha. Odniesień do wydarzeń pozabiegowych, a tym samym – pozablogowych – nie będzie. Poza tym, że intensywność minionego tygodnia, nieobiegowa intensywność, na pewno miała wpływ na przebieg dzisiejszego biegu...

Coś się strasznie zabiegałam w tych pierwszych zdaniach...

Do ad remu zatem, do ad remu.

Nie wiem, czy gdyby nie Kabaty, zmusiłabym się do wyjścia z domu. Jeszcze o 9 rano termometr za oknem pokazywał twardo -18 stopni, a to nie wróżyło specjalnej przyjemności. Zwłaszcza, że doniesienia z europejskiej strony Wisły zapowiadały bieg z figurami. Na lodzie.

Ale.

Grand Prix Warszawy. Pierwszy bieg.

O GPW już chyba pisałam. I na pewno pisałam dobrze, bo to cykl biegów, do których mam sentyment szczególny (w końcu pierwsze 10 km w życiu przebiegłam właśnie na Kabatach) i które szczególnie sobie cenię – nie dla trasy (która ma niepełne 10 km, ale przecież to każdy wie), nie dla lokalizacji (osobiście uważam, że „mój" las ładniejszy), ale dla ludzi. Organizatorek, ale też tych wszystkich dzisiaj już pewnie kilkudziesięciu – kilkuset znajomych, których na Kabatach co te kilka tygodni spotykam. I którzy sprawiają, że mi się chce.

I dlatego te minus-coś-tam było dzisiaj rano drugorzędne. Bo przecież na bieganie nie ma złej pogody – zaprodukowała się wdzięcznie Ania, zbrojąc się po zęby w ukochany top adeshe, na to koszulka ze swoshem z długim rękawem, na to kurteczka moja ukochana czarna, też na N, ze stójeczką oczywiście,  na to koszulka klubowa błękitna, do tego ocieplane legginsy, skarpetki, a na głowę – moja nowa zabaweczka, czyli buffik, też niebieski.  Uznałam, że wystarczy. Do tego na drogę spodnie dresowe, gruba zimowa kurtka, buciory, rękawiczki...  Jedym słowem – jak na Sybir.

Fot. Ela Mzyk, Byldeobiec Anin

Na szczęście słońce było piękne. Świeciło blaskiem zimnym,  bezlitosnym, ale było. Przy tej temperaturze zawsze to coś. Tym bardziej, że wiatru prawie nie było...

W plecaku taszczyłam swoją tajną broń, czyli koteczki z pazurkami, kolce moje śliczne, które dziś okazały się ...

No, ale to za chwilę. Na pewno dawały mi przewagę technologiczną nad wieloma innymi osobami.

A że nie wykorzystałam...? No cóż, zabiegana taka byłam ;-)

No więc – Kabaty. Podjeżdżamy wyjątkowo blisko do startu, chociaż nie tak blisko jak niektórzy. Wysiadam, wyciągam kolce z plecaka. Jeszcze pól godziny, zmienię buty w ostatniej chwili. Kolce nie mają amortyzacji, a ich podeszwa jest tak cienka, że zaczynam żałować, że nie wzięłam zwykłych butów z goreteksem po prostu.

Fot. Ela Mzyk, Byledobiec Anin

Zmieniam buty, zdejmuję dres i kurtkę w ostatniej chwili. I tak czekając na start, telepię się z zimna.

Ruszam więc szybko. Biegnie mi się dobrze, chociaż czuję, że dość, dość szybko. Jest jednak tak zimno, że chcę jak najszybciej skończyć. Na trzecim kilometrze czuję, że nie czuję palców od rąk – mimo rękawiczek przed chwilą bolały z zimna, a teraz po prostu są soplami. Lodowata ziemia parzy mnie przez podeszwy. Szybko, szybciej...

Zgubiło mnie to szybko.

Pod koniec piątego kilometra moje ciało odmawia współpracy i staje. Mijają mnie dziewczyny – Marzenka, za nią Iwona. Blisko były. Próbuję się podczepić. Nic z tego, nie ma biegania. Biegnie Jacek, z nim też się nie zabiorę. Idę skrajem drogi. Nieźle. A co, jak już nie dam rady biec i będę musiała iść? Do mety jeszcze ponad 4 km...

Mijają mnie Tomek z Piotrkiem. Tomek zaniepokojony, ale krzyczę żeby biegł dalej. Kiedy chłopaki są kilkadziesiąt metrów przede mną, próbuję zacząć truchtać. Coś w środku mi zaskakuje, zaczynam się toczyć. Zrazu powoli, ale po jakimś kilometrze odzyskuję rezon (chociaż tempo wyraźnie słabsze). Od połowy siódmego kilometra już właściwie tylko wyprzedzam. W oddali Tomek z Piotrkiem. Przed nimi Jacek. Nie jestem aż tak mocna, żeby ich gonić. Lecę swoje, wiem już, że wynik będzie taki sobie, ale w granicach przyzwoitości.

Na dziewiątym kilometrze próbuję wyprzedzić jednego biegacza, ale facet biegnie w słuchawkach i co ja się zbliżam, to zabiega mi drogę. A że jest długi i zasięg kończyn ma duży – trochę zwalniam. Na ostatniej prostej wyprzedza  mnie Zenek. I... nagle zaczynam się ścigać. Krzesam z siebie siły na finisz. Okazuje się, że mam jeszcze zapas...

Mijamy się z Zenkiem tuż przed metą. Nie wiem, kto był pierwszy.

Fot. Ela Mzyk

Tuż za metą – małżonek, który zaniepokojony chciał mi biec na spotkanie z kurtką, żebym się zagrzała. Ustalamy zeznania. Dobiegł gdzieś pewnie z 30 sekund przede mną.

Zakładam kurtkę. Idę zmienić buty.

Przebieram się, Obok dwóch biegaczy. Patrzą jak zmieniam kolce na buty. „Te kolce to super sprawa" – mówi jeden. – „Przez część trasy goniłem dziewczynę w kolcach i nie dogoniłem..." Opowiada, jak to ją wyprzedził, potem ona jego... Patrzę badawczo, on na mnie też – „Ha, cz ja przypadkiem za Tobą nie biegłem...?" Ano, biegł. „Byle dobiegnąć masz na koszulce?" – potwierdza.

Tak. Mam. Byledobiec.

Dzisiaj było byle dobiec.

Od czasu do czasu jest zima… >

< Biegowa zabawa na dwa, czyli RUNdka w biały dzień

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci