Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Co ja pacze

beautyandb

Pacze, pacze i oczom nie wierzę…

Zaczęło się…  Chyba w środę.  Ponieważ poranny trening był niewykonalny (musiałam swoje wyspać), na osiedlowy kierat wybrałam się wieczorem. Zazwyczaj wieczorem trudno mi się zmusić do treningu, ale tym razem musiałam pobiegać. No, musiałam. I już. A na dodatek w ciągu dnia dostałam dwa miłe motywatory, a w sztukach pojedynczych nawet trzy, w związku z tym mogłam od razu jeden wypróbować (stwierdzając, że okrycie wierzchnie Ambasadora Festiwalu Biegowego w Krynicy do biegania się jednak nie nadaje, chyba że przy -15, poza tym pozostają mu funkcje czysto reprezentacyjne).

Plan na środę był ambitny – mała rozgrzeweczka i kilka półtorakilometrówek w tempie… No, w każdym razie szybkim. Bardzo szybkim. Zakładałam, że jak się nie uda (bo ja nie lubię aż TAK szybko biegać), to zrobię więcej odcinków trochę krótszych, na przykład kilometrowych. Zaczęłam dość szybko, ale mróz złapał i było ciut chłodnawo. Przynajmniej na początku. Ruszyło mi się jakoś szybko. Podejrzliwie popatrzyłam na buty. Eleganckie Nike LunarGlide 3, od jesieni stały w szafce, ale wcześniej w paru biegach całkiem nieźle nosiły. Na mojej liście preferencji gdzieś pomiędzy FAAS 300 i FAAS 500. No, ale buty, buty – buty same nie biegają. Zwolniłam trochę, bo to miała być rozgrzewka. Po kilometrze postanowiłam przyspieszyć. Poszłam ostro do przodu, za ostro, i kolacja, którą zjadłam tuż przed wyjściem (punkt za inteligencję), zagulgała mi w żołądku solidnie. Uuu, z żołądkiem to ja się nie boksuję. Postanowiłam zwolnić do truchciku i zobaczyć co dalej. Kolacja radośnie bulgotała szukając drogi wyjścia. Ja zaczynałam się poddawać.  Dwa kilometry od domu miałam pokusę wsiąść w autobus i wrócić do domu. Ale doszłam do wniosku, że mogę się te 2,5 km jeszcze przetoczyć na własnych nogach. Truchtałam. Po kilometrze żołądek opanował kolację, a nogi zaczęły się rozkręcać. Znowu biegałam z radiem, w Trójce awizowali właśnie Warszawskie Spotkania Teatralne, słuchałam o spektaklach i biegłam, tak jak nogi niosły. W przeciwną stronę biegał małżonek, machaliśmy do siebie co pół kółka. Po 9 kilometrach zaczęłam frunąć.  Ostatnie cztery kilometry w tempie poniżej 5 minut na kilometr. Nie powiem, że bez wysiłku i na luziku, ale komfortowo.  

W czwartek znowu trening musiał ustąpić sprawom ważniejszym, tak bywa. W piątek rano z dużymi oporami zwlokłam się rano z łóżka po niespełna sześciu godzinach snu. Nie chciało mi się. Ale wiedziałam, że wieczorem jeszcze bardziej nie będzie mi się chciało. Wstałam. Spojrzałam na termometr… Brrr! Minus 6, mrozy welcome back :/  Ubrałam się jak na Sybir, wrzuciłam Lunarki i hajda! Stwierdziłam, że jak przetupię sobie spokojnie 10-12 km, będę miała lepszy dzień.

Na trzecim kilometrze Garmin samoistnie zaczął pokazywać tempo w okolicach 4:55 – 5:05 na kilometr. Hm, coś jakby pod drugi zakres… Nie miałam tego w planie, w sobotę Kabaty, więc nie mam zamiaru się skatować na treningu. Ale jakoś mi się komfortowo biegło, na Garmina zerkałam tylko kontrolnie. Trochę nie dowierzałam temu co widzę.  To prawda, tempo nie było konwersacyjne, specjalnie bym sobie nie pogadała, ale też nie sapałam jak miech kowalski, nie wypluwałam płuc. A skoro było szybciej, to mogłam pobiec więcej. I tak nabiegałam o poranku 14 km. Zaskakująco szybko.

Dzisiaj Kabaty. Jak zwykle pobudka na pograniczu świtu, bo czynniki obiektywne, zadania do wykonania, ale z jakąś jednak przyjemnością, bo dobra lektura o poranku, nawet jeżeli obowiązkowa, może sprawić przyjemność. Potem szybka logistyka, żadnej tremy, żadnych oczekiwań, żadnych nastawień. Ot, byle dobiec, w miarę przyzwoicie. A skoro nie będę się ścigać, to poszaleję wizerunkowo. Wyciągnęłam różową koszulkę Ambasadorki Festiwalu Biegowego, ale na legginsy postanowiłam dorzucić zjadliwie różowo-szare szorty. Do tego różowe skarpetki i… Zupełny odjazd! Fioletowe Reeboki RealFlex Running. Buty, które raz miałam na nogach NA SALI i uznałam, że nie są specjalnie wygodne do ćwiczeń. Leciutkie, ładniutkie, ale kompletnie niesprawdzone w boju. Ale pasują kolorystycznie ;) Jednym słowem – poddałam bieg zanim w nim wystartowałam. Jako lady in pink zwana też różową landryną (bo na różową panterę to jednak za ciężki tyłek mam).

Z okazji minionego Dnia Kobiet Grand Prix jak co roku o tej porze roku było ze specjalnym ukłonem do kobiet, ukłon ten w tym roku był o tyle zaskakujący, że organizatorzy postanowili, że najpierw wystartują panie, a dopiero pięć minut po nich – panowie. Ustawiłam się gdzieś w środku kobiecej stawki. Tuż przed startem odbywamy krótki, acz znaczący dialog z Iwonką. I: Jaką masz życiówkę? Ja: 44:19. I: No, to dzisiaj pobiegniesz 43:28. Ja: Mhm, akurat, pobiegnę. Na Księżyc chyba.


Fot. Ludomir Parfianowicz

Start. Dziewczyny odjeżdżają mi już na pierwszych stu metrach. Ale ja rzucam okiem na zegarek i widzę, że i tak szybko wystartowałam. Nie przyspieszam, biegnę swoje. Za chwilę je doganiam, po 500 m biegniemy już razem, ale tylko przez chwilę, bo mnie pcha do przodu. Mam z tyłu głowy świadomość, że nie powinnam, że zapłacę za to za chwilę, ale mnie niesie, więc biegnę. Podpinam się pod kolejne dziewczyny, biegnę z nimi kolejny kilometr, ale to jednak za wysokie progi, zaczynają mi odchodzić, nie ścigam ich specjalnie. Biegnę szybko i zastanawiam się, kiedy mnie postawi. Bo ja nie umiem biegać dychy. Startuję zawsze jak dzika, jak z procy, a potem umieram, w Kabatach gdzieś zazwyczaj koło piątego kilometra.

Dzisiaj na piątym kilometrze jeszcze się muszę pościgać z dziewczęciem, które zajmuje wygodniejszy kawałek ścieżki. Ostatecznie udaje mi się koleżankę wyminąć. Widzę już, że jest bardzo dobrze, nic mnie ścina, nic mnie stawia, biegnę w miarę równo, chociaż faktycznie szybko. Za sobą słyszę miarowy szybki tupot. Zwolniłam trochę, ale przecież wszystkie dziewczyny ścigaczki są przede mną… Nie odwracam się, ale i tak za chwilę mija mnie grupa sześciu pierwszych panów. Od tej pory będą mnie tak mijać do samej mety. Nie frustruje mnie to specjalnie, biegnę swoje, czasami próbuję się wbić w czyjś rytm, ale jednak chłopaki biegną znacznie szybciej (jasne, mijają mnie właśnie ci, którzy normalnie przybiegają prawie 10 minut przede mną), a dziewczyny przed sobą widzę bardzo daleko. Na siódmym kilometrze (Garmin dzisiaj jest wyjątkowo dokładny, jak nigdy na tej trasie) już wiem, że życiówka jest zasięgu.  Na ósmym mijają mnie Szkielet z Konsulem, dobre słowo zawsze dopinguje. Skręcam w przed-przedostatnią prostą. Zerkam na zegarek. Hm… Przedostatnia prosta, 9 km za mną, ostatni przede mną. 39 minut z jakimiś sekundami. Staram się nie zwalniać, zresztą, jak pokazuje zapis zegarka, na ostatnich dwóch kilometrach wyraźnie przyspieszyłam, ostatni był prawie tak szybki, jak pierwszy. 

Na ostatnich metrach jeszcze ktoś mnie dopinguje, więc wyciągam nogi trochę bardziej, wpadam na metę, zatrzymuję zegarek…

43:20.

Paczę. Paczę.

Nie wierzę. No, nie wierzę.

Lajf. Ale do przodu >

< Wiosna, weźmy ten cios na…

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • drproctor

    Baaardzo ładna życiówka. Gratki!

  • czepiak.czarny

    Gratuluję!
    W podobnym czasie, co Dr.Albam tworzyło także 2Unlimited. Mieli takie łubu dubu pt. No limits. Pasuje tutaj :-)

    Czytając o butach, kolorach uśmiałam się.. Dziękuję.

    Co do kolan i czoła sprzed dwóch odcinków.. Jako bardzo! ciemna blondynka pomyślałam: dotknąć kolanami czoła, dosłownie. To niewykonalne, chyba.. Za to dotknąć czołem do kolan to nawet realna bajka.

  • beautyandb

    Dziękuję :)
    Czepiaku, jako blondynka klasyczna, co widać na niektórych obrazkach ;), miałam na myśli sytuację kiedy robisz to w leżeniu na plecach. Wtedy kolana do czoła ;-)

  • zielonamila1973

    Super bieg. Zachęcam do odwiedzania tras w Puszczy Kampinoskiej. Pozdrawiam

  • beautyandb

    Dziękuję :) Po kampinoskich ścieżkach kiedyś biegałam, nawet często :)

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci