Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

A na mecie? Byłam szczęśliwa, że tam jestem.

beautyandb

Pamiętne zdanie wygłosiłam w jeszcze bardziej pamiętnym filmiku po Maratonie Gdańskim. Ale rzeczywiście prawdziwe było na pewno w dwóch miejscach – w marcu 2008, kiedy w Barcelonie pobiegłam poniżej czterech godzin. I dzisiaj w Wiedniu. Kiedy przebiegałam metę, zegar pokazywał, że czas brutto (dla niewtajemniczonych – od pierwszego strzału startera) właśnie przekroczył 3 godziny i 40 minut. Dla mnie – od momentu przekroczenia linii startu do przekroczenia mety -  oznaczało to czas 3 godziny 35 minut i 50 sekund.

3:35:50 !!!

A to znaczyło, że:

  •  po ponad dwóch latach wreszcie poprawiłam życiówkę w maratonie
  • od razu złamałam 3:40
  • a poprzednią życiówkę (do której się zresztą już potem nawet nie zbliżyłam) poprawiłam o ponad 6 minut
  • i pobiegłam o 9 minut lepiej niż rok temu w Rotterdamie.

 

To policzyłam dopiero później. Wcześniej… Wpadając na czerwony dywan na ostatnich 100 metrach – już wiedziałam, że ją mam. Nową maratońską życiówkę. Wiedziałam już wcześniej, musiałabym się czołgać na ostatnim kilometrze, żeby mi uciekła… I kiedy biegłam po tym czerwonym dywanie wprost w metę, przypomniałam sobie właśnie tę sekwencję: „A na mecie? Byłam szczęśliwa, że tam jestem”. Gdzieś w kącikach oczu mi się zaszkliło, zaraz za metą zasłoniłam dłonią oczy, żeby mi łzy ciurkiem nie poleciały, co zaraz skwapliwie uwieczniła jakaś kamera (nie jak mi lecą łzy, tylko jak się zasłaniam).

Czy można było lepiej? Pewnie tak. Na pewno. Na półmetku czas wskazywał, że rozprawa z 3:30 jest przesądzona. Ale maraton to maraton, jak nazwa wskazuje, nie żadna połówka i nawet nie dwie połówki, tylko maraton, więc tak naprawdę zabawa zaczyna się… w drugiej połówce. I tak chyba tym razem mam najmniej negatywny time split – pierwsza połówka 1:44, druga – 1:51.

Zresztą, splity i te inne zostawiam fachowcom :)

Ja wolę emocje. Te, dzięki którym dzisiaj za metą długo nie czułam zimna i nie mogłam odzyskać głosu, który wiązł mi w gardle. Mokre w oczach tylko czekało na dogodny moment, żeby się przelać. Zwłaszcza, jak na szyi zawisł mi medal. Chyba najładniejszy w maratońskiej kolekcji, z trzema – jak sądzę -  kryształkami by Swarovsky, chociaż może to zwykłe cyrkonie, z paletą farb Klimta, medal, którym można się chwalić, będzie wisiał teraz na honorowym miejscu, będzie mi przypominał, że bariery są od tego, żeby je przekraczać, przełamywać – i iść dalej.


Albo biec.

Wszystko i tak jest w głowie. A dzisiaj moja głowa pracowała dla mnie. Nie poznawałam jej :) Bo że organizm zrobi wszystko, żeby zminimalizować wysiłek – to wiedziałam. Zaczęło się już na 12. km, kiedy próbowało mi wysztywnić łydkę. Próbowało, nie wysztywniło, lecimy dalej. Na 14. km poczułam jak zwinięta skarpetka robi mi pęcherz na lewym śródstopiu. Może zresztą nie była to zwinięta skarpetka, tylko wrażenie zwiniętej skarpetki. Przeszło mi przez głowę, żeby się zatrzymać i ją wyprostować, ale szybko zepchnęłam je w dalsze zakamarki świadomości stwierdzeniem, że dam radę ze skarpetką. Potem organizm próbował jeszcze zaprodukować kolkę (koło półmetka), jakiś ból w biodrze (przed 30.) oraz namiastki skurczów (36. km). Dobrze, że na namiastkach się skończyło, bo skurczów tak się boję, że tu mogłam się poddać. Ale się nie poddałam.

Nawet, kiedy na 35. kilometrze zobaczyłam, że nie tylko stopniała mi nadróbka do 3:30, ale już jestem prawie minutę w plecy. Mimo to postanowiłam się łatwo nie poddawać. Nie po takim biegu, gdzie poza małymi zwolnieniami przy punktach z wodą, w zasadzie biegałam równo i dobrze. Nie po biegu, gdzie pierwszy odcinek (jakieś 100 m) marszowy zaliczyłam dopiero na 37. km. Przy okazji dziękuję Marcinowi, który mnie wtedy minął, ale wsparł dobrym słowem i spowodował, że zaczełam znowu truchtać, a potem nawet – znowu biec). Podeszłam jeszcze na mostek na 39. km, ale z wyrachowania, bo podbieg było spory, a niedługi. Tu zdopingował mnie włoski zawodnik, z którym mijaliśmy się do samej mety (ostatecznie chyba 200 m przed wyprzedziłam go rączym truchtem). Na 41. i 42. już trochę odpuszczałam. Ale nie było łatwo, bo kibice oblegli ostatnie dwa kilometry i nie dawali przystanąć, namawiali, zachęcali, perswadowali. I tak na ostatnie pół kilometra zebrałam się w sobie i odbyłam coś na kształt finiszu.

Do mety. Do czerwonego dywanu przed Hofburgiem. Do medalu z kryształkami i Klimtem.

Do mojej nowej życiówki.

A na mecie? Byłam szczęśliwa. Po prostu, bezwzględnie i bezapelacyjnie, bez żadnych ale i żadnych zastrzeżeń. Byłam szczęśliwa, że tam jestem.

I zupełnie niespodziewanie miałam okazję uczcić nową życiówkę szampanem.

Ale o tym jeszcze i o biegu tak w ogóle – napiszę jakoś w tygodniu.  

Dzień przed >

< Vienna City Marathon

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • malui

    Gratuluję serdecznie.
    Trzymałam kciuki:)

    Może kiedyś i mnie będzie dane tak się poczuć?

  • krzycho1962

    Wielkie gratulacje

  • wadirum

    Gratuluję. Wielki bieg, cudny wynik, wspaniałe zwycięstwo. Pozdrawiam :-)

  • salez

    No to musiałaś się czuć jak prawdziwy zwycięzca. Gratuluję osiągnięć i poprawy dotychczasowych wyników.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci