Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Burza z piorunami na dobry początek

beautyandb

Najpierw burza z piorunami, a potem napięcie narasta - znacie ten stan? Mam nadzieję, że tym razem po burzy z piorunami napięcie będzie raczej spadało, a w niedzielę o świcie będę czuła ewentualnie tylko tremę przed startem… Burzy też raczej nie będzie, wszystkie prognozy wskazują, że fale Dunaju nie będą błękitne, a szarobure, a woda będzie tylko zmieniała swoje natężenie pomiędzy stanem „mżawka” a „shower”. Dla odmiany po wszystkich słonecznych i upalnych startach w Berlinie, Rotterdamie, Warszawie… Może więc z deszczem spłynie na mnie moc...?

Na razie deszcz i niż nad pięknym i modrym (wieczorem wyszło słońce i błysk błękitu dało się zauważyć) koiły moje nerwy i obniżały ciśnienie po burzliwym… poranku.

Zapowiadało się świetnie. Co prawda wieczorem okazało się, że nie mam podrukowanych żadnych potwierdzeń, biletów, rezerwacji etc., ale domowa drukarka dała się reanimować na tyle żeby jakiś blady dokument ze swoich trzewi wypuścić. Potem, zamiast się pakować, przez prawie godzinę zdejmowałam lakier z paznokci. No, tak. Bo mój śliczny manicur hybrydowy zaczął lekko odłazić, a nie miałam czasu pojechać na profesjonalne zdejmowanie. Całe szczęście, że małżonek zanabył zmywacz z acetonem (podobno w ostatnich czasach to wyczyn) – i jakoś poszło. Potem jeszcze pakowanie, opracowywanie dojazdu na lotnisko, zmywanie – i już o północy mogłam się położyć.

Północ jest tu istotna w kontekście tego, że pobudka została zaplanowana na 4:20, a o 4:50 mieliśmy wymaszerować z domu, tak żeby tuż po szóstej być na Okęciu. Lubię mieć mały zapas przed odlotem, wszystko spokojnie, bez pośpiechu, bez nerwów. Właściwie nawet zakładałam jazdę o 4:40 innym autobusem do Wiatracznej i tam łapanie 188, ale koniec końców najbardziej optymalnym połączeniem okazało się 411 do Rozdroża, a potem – 188.  

Co prawda małżonek pytał, czy nie potrzebujemy paszportów, ale wobec północy, Unii Europejskiej i perspektywy wstawania o 4:20 zbyłam jego pytanie machnięciem ręki.

Rano wstałam, bo reise fieber jakoś wzmaga skuteczność budzika, a nawet – trzech budzików (koty ostentacyjnie w budzeniu nie uczestniczyły, nie lubią, jak wyjeżdżamy). Szybki prysznic, ubranie, suszenie, kawa… Czekając aż wystygnie, pogrzebałam w szufladach, gdzie powinny być paszporty (a, może jednak je wziąć…?), ale nie znalazłam, więc skupiłam się na kawie.

O 4:50 wyszliśmy. Do przystanku mieliśmy jeszcze spory kawałek, kiedy pojawił się autobus. Z daleka cyferki na wyświetlaczu były nieczytelne, poderwaliśmy się do biegu, ale byliśmy bez szans, do przystanku było ponad 300 metrów. Szybko okazało się, że to inny autobus, o tej porze jeszcze autobusy jeżdżą w miarę według rozkładu, nasz podjechał o 5:02. W Centrum byliśmy ponad pięć minut przed czasem. Co by tu… Szybka decyzja – czymkolwiek pod Pomnik Lotnika i potem 175 albo 188 – co wcześniej podjedzie. Podjechało 175. O 6 byliśmy na lotnisku. Super, godzina, dwie przesiadki, bomba. Spokojnie stanęliśmy w kolejce do odprawy, odstaliśmy chwilę, podchodzimy…

Pani: Dokąd lot? Ja (cicho): Do Wiednia. Pani: O 10.45 ? Ja (lekko spanikowana): Nie, 7:50… Podałąm wydruk biletu. Pani popatrzyła, popatrzyła, no tak, usłyszała Wilno zamiast Wiedeń, nie ma sprawy. Zarejestrowała bagaż, wydrukowała kartę pokładową dla mnie. I nagle pyta Tomka: A ma pan może paszport? Tomek (odruchowo): No, przy sobie nie… Pani: No to ja pana nie mogę odprawić. Pana dowód jest od stycznia nieważny… Pani odbiera tą kartę? Ja (słabym głosem): Tak, proszę.

Nic nie myśleliśmy, nie było czasu. Była 6:20, lot – 7:50, paszport – w szufladzie w Starej Miłosnej. Na szczęście tym razem w charakterze kociej niani w domu została ciotka Bożena (jakkolwiek słowo ciotka nie oddaje absolutnie jej osoby, ale formalnie jest siostrą mojego teścia, a zatem ciotką), osoba nad wyraz ogarnięta, przytomna i uczynna. Odruch pierwszy zatem – telefon do Bożeny, żeby znalazła paszport (mnie się nie udało, ona znajduje w 3 minuty), telefon po taksówkę, żeby jak najszybciej podjechała pod dom (podjeżdża w niecały kwadrans). My w tym czasie umieramy na lotnisku. Najpierw lekko się wściekamy na siebie i na sytuację. Ale serio – czy ktoś z Was sprawdzał datę ważności dowodu osobistego? Czy ktoś w kraju w ogóle zwraca na to uwagę? Patrzy się na PESEL, na numer, na adres, ale nie na datę wystawienia. Ja w międzyczasie zmieniałam dowód kilka razy, bo długo mialam stary, potem nowy, potem przeprowadzka… A Tomek - nie. Cały czas miał ten sam, jeden z pierwszych nowych, wydany… w styczniu 2002 r. (BTW, okazało się, że paszport  też mu się kończy za miesiąc). Przez ostatnie 3 miesiące nikt nie zwrócił na to uwagi, a parę spraw urzędowych przecież załatwiał… To tak na marginesie, sezon wyjazdowy się rozkręca – zerknijcie w dokumenty.

Tymczasem na lotnisku pozostało nam bezsilne oczekiwanie i patrzenie na zegarek. Tomek został przed halą odlotów, czekając na taksówkę, ja poszłam z powrotem w kolejkę do odprawy, która w międzyczasie narosła. Najpierw kolejka posuwała się w żółwim tempie, więc ja też próbowałam zachować spokój. Ale im bardziej wskazówki zegarka przekraczały siódmą, a ja przepuszczałam kolejną osobę z kolejki do odprawy, tym bardziej serce pochodziło mi do gardła, żołądek fikał koziołki, mózg produkował coraz gorsze scenariusze, a każdy mięsień poruszał się niezależnie, powodując drżenie od czubków stóp po końce włosów na głowie.

W końcu rzut oka w okno – jest. Widzę, że Tomek podbiega do taksówki. Desperacko wracam do tej samej pani przy odprawie. Pani tylko patrzy: To jest ten paszport? Ja: Tak, mąż właśnie odbiera z taksówki.  Pani drukuje kartę pokładową. Tomek wpada, podbiega z dokumentem. Mamy kartę. Gnamy do kontroli. Tam też wielka koleja. Ale mamy już karty, więc powinny nas ewentualnie wzywać. Nadal jestem lekko zielonkawa ze stresu, który jakby już opadał, ale jeszcze, jeszcze, spokojna będę dopiero na pokładzie. Na szczęście akurat otwierają dwa dodatkowe pasy do kontroli, więc koleja się rozładowuje. Sprawnie przechodzimy bramki. Do gejtu biegniemy. Dosłownie. Zabawnym kurcgalopkiem. Ale zawsze to szybciej, szybko, szybko… Dopadamy do wyjścia. A tam… „Boarding 7:35”. Jest 7:30. Mamy jeszcze czas żeby wejść do łazienki, co za luksus.

Fot. Autorka własnoręcznie. Po wejściu do samolotu.

O 7:55 samolot rozpoczyna kołowanie.

O 9.00 lądujemy w Wiedniu.

Jesteśmy. Oboje. Ufff. Całe szczęście. Dużo całych szczęść – i to, że koty, i to, że Bożena, że taksówkarz blisko mieszka, że nie było korka, że światła, że...

Fot. autorka. Drugie śniadanko  

Ale napięcie schodzi powoli, cały dzień.

Pora odespać.

Odświętnie >

< Dzień przed

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • drproctor

    I dlatego nie lubię latać samolotem - za dużo przy tym "ceregieli". Ale jak to w życiu (cytując klasyka): rozchodzi się o to, żeby plusy nie przesłoniły nam minusów (czy na odwrót)...
    Powodzenia w niedzielę!

  • konferencyj

    Oj tam, oj tam. Latanie samolotem wcale nie musi być nieprzyjemnym doznaniem. Sam przyznam się miałem okazję tylko trzy razy lecieć samolotem, ale za każdym razem miło taką podróż spędzałem.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci