Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Czasem słońce, czasem deszcz...

beautyandb

Deszcz obudził mnie w środku nocy z piątku na sobotę. Lało, wiało, a dachowe okno wzmagał wrażenie, że oto jestem w środku Armagedonu i sobota nie będzie dobrym dniem na bieganie. Ale przecież na bieganie nie ma złej pogody, tak? Przecież nie odstraszy mnie byle deszcz... Ani nawet wiatr.

Jak co sobotę wstałam gdzieś  na pograniczu nocy i dnia, żeby zanim wyjdę przeczytać i napisać to, co w soboty o poranku czytam i piszę.  Nie było łatwo. Budzik mnie specjalnie nie wzruszył, zdaje się, że wyłączyłam go zanim przestał dzwonić. A koty budziki powalone niskim ciśnieniem też niespecjalnie spełniały swoją rolę. Ale ostatecznie człowiek też ma jakiś instynkt samozachowawczy, poderwałam się zatem o godzinie, która dawała nadzieję, że dzień się potoczy według założeń, przeczytałam, napisałam, wysłałam.

No i trzeba było się ubrać. Za oknem trzy stopnie i ten deszcz. Oraz wiatr. Na oknie dachowym – wyraźny ślad śniegu... I co ja mam na siebie...? Stałam przed szafą dłużej niż zazwyczaj. W końcu wpakowałam się w koszulkę z krótkim i legginsy ¾. Na nogi – Casacadie. Nie są to może ścigacze, ale przynajmniej nie utonę w błocie... I czapeczka na głowę, może mi jej nie urwie.

Zanim wyprowadziliśmy samochód z garażu, wyszło słońce.

Właściwie  pożałowałam, że nie wzięłam okularów słonecznych.

Na krótko. Zanim dojechaliśmy pod kabackie Tesco, znowu było pochmurno i ponuro. Wiatr wył jak potępieniec i rzucał się jak wisielec na sznurze. Albo jakoś tak. Trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby biegać w takich warunkach. Serio. Ale takich poprańców jest wiecej, w wynikach – ponad 300.

Tym razem chciałam pobiec dobrze. Może żeby się jakoś zrehabilitować za nie najlepszy półmaraton. I wykorzystać to, że generalnie ostatnio biega mi się dobrze... Tuż po strzale startera znów wyszło słońce.

Wystartowałam całkiem nie najgorzej. Pierwszy kilometr według założeń, gdzieś po drodze minęłam parę osób, wzrok wbiłam w plecy Iwonki i goniłam. Drugi kilometr – jest dobrze. Ale przestaje mi się chcieć. W tym momencie minął mnie zasuwający jak automat małżonek. W doborowym towarzystwie biegł. W doborowym. Chciałam się przypiąć do ich pleców, ale coś mi nie wyszło.

Na agrafce (4 km) miałam już generalnie dosyć.

Piąty kilometr chciałabym zdecydowanie wymazać, z pamięci i z dzienniczka. Na moje „nie chce mi się" odpowiedział żołądek i zaprodukował się z bólem, który skutecznie zmienił bieg w truchcik, a następnie w spacerek z podbieganiem. Mijali mnie wszyscy. A ja zastanawiałam się, ile jeszcze będę szła i jak bardzo zmarznę. Na początku 6. kilometra żołądek odpuścił, wiec zaczęłam truchtać. Wymyśliłam sobie misję – może kogoś pociągnę na dobry wynik. Ale nagle zaczęłam się rozpędzać...

No to pędziłam i teraz ja wymijałam. Ale nie wszystkich już zdołałam dogonić. Na mecie  zameldowałam się trzy minuty za małżonkiem i dwie – za Iwonką.

Słońce znowu na chwilę wyszło, ale pognaliśmy szybko do samochodu. I zanim do niego wsiedliśmy, lunęło z nieba rzęsiście i lodowato...

Dzisiaj deszczu nie było. Rano nie było. Za oknem wył wiatr, ale niebo było błękitne, chmurki się po nim pałętały białe, słońce tworzyło złudzenie ciepła... Może by tak pójść pobiegać? Tym razem treningowo, więc na długo. A na nogach adidas Supernova Glide 4, nowe odkrycie butowe ze wskazaniem na maraton (o bucikach jeszcze będzie przed Wiedniem). I voila! Lecimy!


 

 

Tym razem nie do lasu. Wzdłuż ulicy, kawałek leśną drogą do Anina, a potem Trasą Łazienkowską do Agrykoli. Pod wiatr, który zatrzymywał nas w miejscu, cofał pod górkę z której zbiegaliśmy, w słońcu, w deszczu i śniegu... Cztery pory roku na 18 km :) No, trzy, bo lata się nie dopatrzyliśmy, chyba że miało być jakieś wyjątkowo paskudne. Letnio zrobiło się na Agrykoli, gdzie na chwilę podpięliśmy się pod trening 1,2,3.pl. Trochę podskoków jeszcze nikomu nie zaszkodziło, więc poskakaliśmy w myśl wskazówek Weroniki, ale od przebieżek uciekliśmy, bo jeszcze kawałek do domu został. W Łazienkach podzieliliśmy się na zespoły jednoosobowe. Tomek ruszył w górę i do Rozdroża, a następnie do domu, ja, z Trójką na uszach, przez Czerniakowską, Trasę Siekierkowską, Most Sieierkowski, Gocław – aż do Anina. Tam mały rachunek sumienia, z którego wynikało, że do domu zostało mi jeszcze 6-7 km, a do autobusu – 10 minut. Zegarek nieubłaganie pokazywał, że na liczniku mam już 32 km w niespełna 3 godziny, więc 10 minut wykorzystałam na rozciąganie z wykorzystaniem elementów infrastruktury miejskiej, w tym kosza na śmieci i konstrukcji przystanku, co spowodowało pewne zdumienie kierowców, ale nie spowodowało żadnego wypadku ani nawet drobne stłuczki, więc ze spokojnym sumieniem mogłam skorzystać z autobusu i tak nietypowo zakończyć trening. W promieniach słońca tak dla odmiany.

32 km ze średnią 5:35? Tego jeszcze nie grali. Ostatni kilometr – 5:00.

Bo czasem słońce, czasem deszcz. Nawet ze śniegiem. 

Szampana nie będzie. Prztyczek >

< Wielkanocnie

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci