Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Gotuje się…

beautyandb

Ale nie będzie o kuchni, chociaż właśnie skonsumowałam spaghetti autorskie by osobisty małżonek. Uwielbiam J Nie wiem jak on to robi, składniki są z grubsza znane – spaghetti, mielone mięso, przecier pomidorowy, cebulka, ser feta lub bałkański, czasami jeszcze oliwki i parmezan. Reszta to tajemnica  kucharza. Słodka tajemnica, albo raczej – smakowita tajemnica, ale na pasta party – jak znalazł.

Może jutro dyszka w Raszynie będzie bardziej przyjazna niż dzisiejsze niepełne 10 km na Młocinach.  Chociaż… Ma być 25 stopni i ani jednej chmurki na niebie. Pogoda na opalanie, a nie na bieganie.  Dzisiaj był chociaż cień drzew, a jutro… Będzie patelnia, jak nic będzie patelnia.

Hm…

I weź tu człowieku biegaj. Jak nie -18, to zaraz +25. Z dwojga złego wolę chyba to pierwsze. Przy temperaturze powyżej 15 stopni po prostu się gotuję. Dym mi Idzie uszami, toczę pianę i najchętniej po 1/3 trasy zeszłabym sobie spokojnie do pit stopu. Ale nie. Ponad rok temu obiecałam sobie nie schodzić z trasy. I nie schodzę.

Chociaż może dzisiaj należało. Ruszyłam sobie w ten młociński skwar i kurz bardzo przyzwoicie, prułam tuż przed nosem małżonka, zasłuchana we własny organizm, który z racji kwitnienia wszystkiego wokół nie jest w najlepszej formie, więc wolałam mieć go na oku. Mniej więcej na wysokości pierwszej zawrotki odechciało mi się biec.  Ale akurat przy zawrotce stała Chika i dopingowała. A kobiecie w ciąży się nie odmawia. Zwłaszcza kobiecie w 9. miesiącu ciąży, która mimo to kibicuje. Więc potupałam dalej. Potupałam było tu właściwym słowem. Zabezpieczony przed pyłkami organizm zaprotestował na innym froncie. Poboksowaliśmy się chwilkę, jakiś kilometr, ale to nie moje było górą.

No cóż, było sprawdzić przed śniadaniem, czy ten serek nadaje się jeszcze do jedzenia. Nie nadawał się.   

Zgotowałam się…

Ale ponieważ przestałam się stresować wynikiem, nagle zaczęło mi się biec dobrze. I bardzo dobrze. Mijałam. I mijałam. I mijałam…

Do czasu kiedy kilometr przed metą biegacz przede mną nie zaczął wykonywać dziwnych ruchów, jakby miał zaraz paść na plecy. Zatrzymałam się. Wynik i tak diabli wzięli, a facet nie wyglądał dobrze. Ale pomocy nie przyjmował. No, poza piciem, które ktoś zaoferował. Nie chciał usiąść, stanąć, nic… Po chwili dyskusji odpuściłam. Za to biegłam już ile sił, bo wiedziałam, że na mecie jest karetka. Zanim jednak dobiegłam, w drugą stronę pospieszył zaalarmowany sanitariusz.

A ja? No, w końcu dobiegłam. Witana wyraźnym westchnieniem ulgi małżonka, który między trzecim a dziewiątym kilometrem dołożył mi prawie 5 minut…

I to już druga pomaratońska porażka, po tym jak tydzień temu zebrałam baty na 5 km na Kępie Potockiej… Oj, szykuje nam się małe domowe ściganko. A tymczasem gotujemy się… znaczy, przygotowujemy. Na jutro.  

Tydzień temu na Kępie Potockiej, fot. ze strony www.maratonwarszawski.com

Vienna City Marathon >

< Bardzo fajny bieg. Raszyński.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci