Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Vienna City Marathon

beautyandb

Miało być w tygodniu, ale tydzień był intensywny, a wieczorami padałam na twarz, bo jednak organizm wyczerpany wysiłkiem domagał się snu i odpoczynku. Co prawda w międzyczasie zdążyłam zaliczyć trening funkcjonalny w niemal pełnym wymiarze i jakieś drobne bieganie, ale  tak naprawdę bez bólu chodziłam dopiero w piątek. Ergo, to był prawdziwy, dobrze przebiegany maraton. Po kilku poprzednich zdecydowanie szybciej wracałam do stanu używalności.  

Ale wrócę jeszcze do Wiednia, bo a) obiecałam, b) warto. Wrócę też jeszcze na pewno biegowo, może nie za rok (chociaż kusi, bo to będzie jubileuszowa, trzydziesta edycja), kiedyś-tam, nie raz i nie dwa. Mimo że nie wszystko było takie piękne, jak by się mogło wydawać. Jednak jeżeli – jak w starożytnym łyżwiarstwie figurowym z końca ubiegłego wieku – miałabym dawać notę techniczną i notę za wrażenie artystyczne, to ta pierwsza byłaby mocno przeciętna, za to ta druga – w okolicach 5.8-5.9 (szóstek się nie dawało przy słabej technice).

Dla nas maraton zaczął się już w czwartek – ale to wiecie, bo już pisałam. W piątek odwiedziliśmy Expo, gdzie doświadczyłam pewnego zaskoczenia. Bałagan w biurze organizacyjnym był spory, ale mimo to kolejek specjalnych nie było. Z pewnym zdziwieniem odnotowałam, że na numerze małżonka jest żółta strefa startowa (szybsza), a na moim – zielona (wolniejsza). Ze zdziwieniem, bo jednak akurat maraton to ja biegam szybciej, i to istotnie szybciej (na razie przynajmniej). Nota bene nie mieliśmy kolejnych numerów, więc pomyłka też była mało możliwa. Na szczęście wolontariuszka nie robiła problemu, zakleiła moje zielone kółeczko – żółtym, naklejki odpowiednie były przygotowane w dużej ilości, więc organizatorzy przewidzieli zmiany… Ale to jeszcze nic. Pani wolontariuszka nie była w stanie nas poinstruować, gdzie się odbiera koszulki, gdzie – bilety na Pasta Party. Właściwie wiedziała tylko, gdzie się odbiera resztę – poza numerem – pakietu. Koszulki znaleźliśmy po trzecim obejściu Expo, dobrze, ze było niewielkie. No, cóż. Gorzej, że wolontariuszka nie powiedziała nam, że akurat w Wiedniu jest tak, że chip nie jest integralną częścią numeru ani pakietu i trzeba go osobno pobrać, uiszczając opłatę jedynych 10 euro (7 do zwrotu za metą). W gotówce…

Na szczęście małżonek uparł się sprawdzić czipy, więc i do tych odkryć doszliśmy w miarę sprawnie, czipy nabyliśmy i potem już mogliśmy się porozkoszować Expo.

W sobotę – kolejny puzzle maratońskiej układanki. Pasta Party w Ratuszu. O tym już pisałam. Sala bankietowa, dębowe parkiety, kryształy na suficie, obrazy na ścianach, muzyka na żywo, porcelana… I dziesiątki maratończyków w tym wszystkim. Warto było J Hm, maratończycy na Placu Bankowym? Albo w Zamku Królewskim??? Rozmarzyłam się.    

Najważniejsza jednak była niedziela.

Na start dojechaliśmy bez problemu, bo po Wiedniu w ogóle jeździ się bez problemu, zwłaszcza metrem. Od stacji metra już nie dało się nie zauważyć dziesiątek ciężarówek, które miały zabrać Nasz depozyt w strefę mety. Na każde auto – 700 worków. Długo przebijaliśmy się do naszych numerów, bo były jakieś dziwnie niskie. Teoretycznie do 8.15 trzeba było oddać bagaż. Start o 9. Zimno. Mokrawo. Nie wzięłam folii. A szorty króciutkie, topik takoż… Zagryzłam zęby, rozebrałam się. Nie było tak źle… Brrr.

Snując się wzdłuż strefy startu widzimy – idzie elita. A wśród nich – nasi ludzie. Od razu się lepiej poczuliśmy. Tuż za elitą na rowerze trener Gajdus. Zatrzymuje się na chwilę, zamieniamy dwa zdania. „Tylko nie podpalaj się za bardzo na początku. I po 20. kilometrze pamiętaj o uzupełnianiu energii” – udziela ostatnich rad. Zostają mi w głowie.

Najgorsze doświadczenie – kolejka do toitoja. Nie dopatrzyłam się, że są osobne dla kobiet, schowane w namiotach. Stoimy więc w długaśnej kolei, zastanawiając się, czy zdążymy na start. Na moje oko tojek jest mniej niż w Warszawie. A ludzi – kilka razy więcej. Przed nami dziewczyna w kurtce, w długich legginsach, chyba będzie biegła w sztafecie. Z nią rodzice. Jeszcze ją okrywają kurtką. I w tym momencie patrzą na mnie – w tych szorcikach i topiku. Chyba trochę się kulę. Facet niewiele myśląc ściąga marynarkę i proponuje, żeby założyła na czas kolejki. Trochę się kryguje, ale w końcu przyjmuję z wdzięcznością.

Do startu coraz bliżej, dziesiątki ludzi idą. Przy samych toaletach, ledwo się da do nich wejść czy wyjść. W końcu idziemy i my. Znajdujemy strefę, ale nie widać wejścia do niej. Przechodzimy przez sznurkowe ogrodzenie. Przechodzimy kawałek do przodu. Tomek zostaje. Buziak i fota – i ja ruszam do przodu jeszcze. Nie ma żadnych zająców i żadnych baloników, ale też i nie miało być. Zresztą ja po ostatnich doświadczeniach długo nie skorzystam z pace…

Start. Nad nami helikoptery telewizyjne. Podobno startujemy falami, ale tego nie odczuwam. Bałagan startowy – jak wszędzie, chociaż szeroka ulica ułatwia wymijanie. W rezultacie – chociaż cały czas wymijam i lekko przeklinam pod nosem – nie nadrabiam zbyt dużo na pierwszym kilometrze. Drugi już biegnie się super. Na trzecim łączymy się z grupą startującą z drugiego pasa (było przesunięcie, zmiana pasa po starcie groziła dyskwalifikacją). Biegniemy przez Prater. Zimno i wilgotno, ale ja i tak wzięłam tabletki na alergię, po Rotterdamie jestem przewrażliwiona.

Na Praterze zaczepia mnie pierwszy Polak – oj, to chyba nie takie byle dobiec będzie (na plecach mam nazwę klubu). No to się okaże, mamy jeszcze kawałek przed sobą. Ale biegnie mi się dobrze. Na 5 km jestem przed czasem, prawie 30’’ – to i dużo, i niedużo, w sumie dobrze. Chwytam dwa łyki wody, przy tej pogodzie nie trzeba więcej. Punkty są strasznie krótkie, to nie warszawska rozpusta… Trzeba się spieszyć i dobrze zorganizować, żeby nie minąć punktu. Wypadamy z Prateru nad kanał. Trasa nadal fajna, chociaż podbiegi przy mostkach – odczuwalne. Uczepiam się pleców jakiejś Słowenki, chociaż mam wrażenie, że ona biegnie na lepszy czas. Albo biegnie półmaraton. W okolicach 8. km spotykam Marcina, z którym chwilę gadamy. Słowenka mi trochę odjeżdża, ale za mostem znowu ją widzę. Patrzę jednak na zegarek. 10 km, mam ponad minutę nadróbki. Za szybko. Odpuszczam Słowenkę.

Wyciągam zza topu żel. Chwilkę się szarpię z otwarciem, ale udaje się. W samą porę, bo zrobiłam się strasznie głodna. Na punkcie – trzy łyki wody, żeby popić. I dalej.

Przebiegamy koło ścisłego centrum i znowu wypadamy gdzieś nad jakąś wodą. Tymczasem moja noga próbuje się usztywnić. Juuuż? Nie. Nie zwalniam, zmuszam ją do normalnej pracy. Pogoda obrzydliwa, więc i kibiców mało. Dobrze, że chociaż wiatru nie ma.

Dolatujemy w okolice Schonbrun. Tu zaczyna się solidny podbieg. Mam wrażenie, ze zwalniam. Ale nie czuję tego podbiegu, dopatrzę się go dopiero po analizie zapisu z garmina, a nawet bardziej – z Endomondo małżonka, który tu zwolnił wyjątkowo. Wychodzimy z zakrętu, robi się lekko z góry. Wiem już, że skończę bieg z paskudnym pęcherzem na lewym śródstopiu. Ale nie mam zamiaru się specjalnie tym przejmować. Po jakimś czasie przyzwyczajam się do tego pęcherza… Chociaż pewnie trochę go asekuruję – potem będzie mnie bolała zewnętrzna krawędź lewej stopy.

Tymczasem zbliżamy się do półmetka. A może by tak skończyć…? Uh, nie bądź śmieszna. Przyjechałaś tu pobiec półmaraton w 1:45? Strofuję sama siebie. Ostatnie półtora kilometra półmaratonu jest na pysk z górki, wielką piękną Mariahilferstrasse. I potem pod Hofburg. Dla półmaratończyków – czerwony dywan. Dla nas… Półmetek. Mijam go lekko z czasem w okolicach 1:44. Bardzo dobrze. Tradycyjnie przypominam sama sobie, że zabawa właśnie się zaczyna. Tyle, że podczas ostatnich startów na półmetku to ja już ledwie ciągnęłam, a tym razem – czuję się znakomicie i prawie nie odczuwam zmęczenia. Super. Na 23. km wciągam drugi żel (ukryłam je w topie na wysokości biustu). Tym razem obywa się bez kłopotów z otwarciem. Jest bardzo dobrze. 24. km wypada tuż przy „naszej” stacji metra, stąd mamy 500 metrów do apartamentu. Zawijamy – znowu na Prater. Znowu wzdłuż kanałku. Trochę te podbiegi zaczynają dawać w kość. Na 28 km lekko zwalniam, ale jeszcze jestem w stanie przekonać się do powrotu w tempo. Teraz już mijamy się z tymi najlepszymi, którzy są na 38. km. Boże, jak oni biegną! Rozglądam się za Olgą Ochal, nie wiem jak policzyłam, że właśnie powinnyśmy się mijać. Ale Olga pobiegła lepiej niż myślałam, więc jak ja biegłam wzdłuż kanałku, to jej już tam nie było. Super!

Skręcamy do parku, trochę kluczenia do 30. kilometra. Super, perfekcyjnie. Wygląda to bardzo dobrze. Ale zakręt w lewo i – dostaję wiatr w twarz. Trochę się z nim siłuję, ale zwalniam. To chyba najdłuższy kilometr na trasie. I zawrotka, która wybija z rytmu. A potem długa prosta. Czuję, że słabnę, zwalniam, chociaż tempo dalej dobre. Mijają mnie Wojtek z Radkiem, próbuję się podczepić, ale po 200 metrach odpuszczam. Biegnę. Nie poddaję się. Znowu żel, tym razem już ostatni, czekoladowy. Kop energii. I cola na 35. kilometrze. Trochę mży, ale w tej chwili jest mi dokładnie wszystko jedno. Na 35. km już wiem, że mam ponad minutę straty do wymarzonego wyniku. Nadal jednak biegnę na życiówkę. I to dobrą. Wypadam z parku. 36. kilometr, podbieg. 3:01. Tyle trwały moje długie wybiegania, w tym miejscu trochę mnie odcina. Na chwilę przechodzę do marszu. Dogania mnie Marcin – ten sam z 8. kilometra – dogania i zostawia, chociaż ja już zaczynam truchtać. A potem – nawet biec. Za 38 kilometrem mijam się z Moniką, ona mnie wypatrzyła, ja już widzę tylko drogę przed sobą. Ale pozdrawiamy się. Monia też leci na życiówkę. Próbuję jeszcze wypatrzyć Kasię, ale nie udaje mi się. 39. km – znowu podbieg przed mostkiem. Tu już podchodzę z wyrachowania, ale jakiś Włoch dopinguje mnie do biegu. Mijamy się potem już do końca, ostatecznie wyprzedzę go 200 m przed metą.

Mostek, 40 km. Jeszcze dwa. Najtrudniejsze dwa kilometry. Już wiem, że mam życiówkę. Musiałabym się czołgać, żeby jej nie zrobić. Jednak to nie motywuje. Mimo tłumu kibiców nie mam siły biec szybciej. Podbiegam, irytuję się, troszkę podchodzę, zostawiam sobie siły na ostatnie 500 m. Wreszcie – jest zakręt. Hofburg. Widać metę. I czerwony dywan. I zegar. Wgapiam się w wyświetlacz. Zmieszczę się w 3:40 brutto? Zmieszczę? Przekraczam metę 3:40:05. Na moim zegarku – 3:35:55.

Za metą idę. Boję się zatrzymać. Przechodzę, dostaję folię, zakładam, potem medal. Piękny. Mam łzy w oczach. Ale to już było.

Idę. Na dziedzińcu Hofburga – woda, piwo. Spotykam Radka, przybiegł jakoś minutę przede mną. Twierdzi, że nie będzie więcej biegał maratonów. Za chwilę przyłącza się Krzysztof – też wygłasza podobne stwierdzenie. Siadają na ziemi. Ja nadal boję się usiąść, stoję nad nimi. W końcu ruszamy do wyjścia, bo jednak jest zimno i trzeba się ubrać.

Wychodzimy. Prosto w tłum kibiców czekających na bliskich. Ja tymczasem jestem sama. Wiem, że powinnam oddać czipa. Nie wiem gdzie. W końcu znajduję kontenerki. No cóż, tu już muszę się schylić. Co za debil mi tak wplątał tego czipa…? A, to przecież ja sama. Aha. Hym…

Odzyskuję 7 euro, ale to o 1 euro za mało na grawerkę. Dobra, odbiorę depozyt i wrócę.

Szukam.

Szukam.

Szukam.

A wozy z depozytem stoją aż pod Kunstmuzeum. Caly park przedreptałam, przy wozie – kolejna polska grupa, chwilkę gadamy. W międzyczasie wolontariuszka podaje mi depozyt. Ja biorę, już prawie otwieram, ale… Zaraz… Excuse me, that’s not mine… Pani się numerki pomyliły… O 100.

Odzyskuję swoje rzeczy.

Taszczę się pod prysznic. Prysznice są w namiocie. Przy tej temperaturze…?

Okazuje się jednak, że gorąca woda robi swoje i w namiotach panuje przyjemne ciepło. Bardzo przyjemne… I ta gorąca woda… Mogłabym tam siedzieć godzinę… W końcu wychodzę. Tomka nie widzę. Włączam telefony. Idę w park, gdzie w najlepsze trwa piknik. Snuję się. O, jakiś namiot. Wchodzę. Zastawa, makaron, sałatki. Nakładam sobie pokaźną porcję, robię hałas, bo zrzucam pokrywki plecakiem, ale co tam. Idę do stolika. Jem niespiesznie, wrzucam informację do Internetu…

Ktoś przynosi mi kieliszek szampana, będzie wznoszony toast. Patrzę na ten mój medal, podnoszę szampana, należy mi się…

Tomek już dobiegł, już jest po prysznicu. Idę po niego. Zaraz wrócimy.

Wracamy na kluchy i szampana. Okazuje się jednak, że właściwie w tym namiocie to jest zamknięta impreza jakiejś firmy… ;-)

Wobec tego idziemy jeszcze na jakieś normalne komercyjne jedzenie.   

Impreza się rozwija, ale temperatura jest zabójcza. Nawet bluza i softshell nie chronią od zimna…

Chyba pora do domu. Na gorącą kawkę.

Jeszcze żeby tylko strona z wynikami działała jak trza. Nie działa. Po dwóch godzinach w końcu docieram do wyniku. 3:35:50.  

A wieczorem odkrywamy najlepszą pizzę w mieście :)

Bo sznycel sznyclem, ale po maratonie, tak jak przed – najlepsze jest włoskie żarcie.

A kilka zdjęć można zobaczyć tu.

A na mecie? Byłam szczęśliwa, że tam jestem. >

< Gotuje się…

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci