Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Suplement

beautyandb

Nie, nie będzie o diecie. Będzie – o sztafecie.

Ekiden to japońskie określenie na długodystansowy bieg sztafetowy. Przyjęło się jako określenie długodystansowych sztafet niezwykle popularnych w Japonii, Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie, Hiszpanii, Holandii, Chinach, Niemczech, Francji czy Stanach Zjednoczonych. Nazwa pochodzi od japońskiego systemu transportowego i pocztowego, przebiegającego wzdłuż szlaku Tōkaidō pomiędzy miastami Tokio i Kioto, oddalonymi od siebie o ok. 500 km. System umożliwiał szybką komunikację m.in. dzięki wymianie koni na kolejnych stacjach.

W Polsce maraton sztafet – Ekiden - organizowany jest przez Fundację „Maraton Warszawski”. Początkowo był biegiem poprzedzającym Maraton Warszawski, odbywał się w przemaratońską sobotę na części trasy maratonu. Od 2010 r. to osobna samodzielna impreza. Na dystansie maratonu (42 km 195 m – tak dla przypomnienia) ścigają się zespoły sześcioosobowe. Kolejność bywała różna, ale ostatnio obowiązuje ustalona: najpierw zawodnicy z pilotem biegną najbardziej nieregularny odcinek 7 km 195 m, a potem na 5-kilometrowej pętli biega się dwie dziesiątki i trzy piątki.   

Dzisiejszy Accreo Ekiden był ósmą edycją tego unikalnego maratonu sztafet.

Fot. Tomasz Pojawa.

Ja co prawda nieco straciłam z tego, co się działo na trasie, bo obowiązki wymagały, żebym stała tyłem do trasy, a przodem do wielkiego ekranu , na którym z mniejszą (pod koniec) lub większą (przez prawie trzy godziny) częstotliwościa przeskakiwały cyferki i literki – numery sztafet, kolejne zmiany, czasy… I trzeba było uważać, żeby nie pomylić, która sztafeta powinna się szykować do zmiany, a która jeszcze może się polenić trochę (poza biegnącym). Ale te cztery i pół godziny to byłą zaledwie połowa atrakcji, bo po południu, o 14 – wystartowała druga tura, a w niej nasi znakomici olimpijczycy i prawie olimpijczycy, i na malowniczej trasie Kempy Potockiej prawie zrobili minimum olimpijskie, kończąc po 2 godzinach, 10 minutach i 30 sekundach z jakimś ułamkiem. A kolejne sztafety dobiegały jeszcze przez ponad dwie godziny i kwadrans. I ukończyły zawody w sumie 404 sztafety. A w nich – i to było widać, także ludzie, którzy na co dzień raczej nie biegają. Albo biegają od niedawna. Ale dali się namówić, przekonać, zaskoczyli – i pobiegli – dla siebie, dla drużyny, dla kolegów, czasami dla firmy. 404 sztafety razy 6 zawodników – to ponad 2400 biegaczy. Prawie 2,5 tysiąca biegaczy jednego dnia na niewielkiej przecież Kępie Potockiej. Niektórzy z rodzinami, przyjaciółmi, kibicami. To był wielki biegowy piknik, świetna impreza. Na dodatek perfekcyjnie zorganizowana – wszystko chodziło jak w zegarku.  Przynajmniej dopóki widziałam :)

A dlaczego suplement…? Bo w związku z wczorajszym wpisem. Nic tak nie motywuje do szybkiego biegu, jak zawody. Nic tak nie motywuje do maksymalnego wysiłku, jak poczucie, że jest się lelemntem pewnej całości, której ostateczny wynik zależy od naszej pracy, od tego, co zrobimy na naszym odcinku.

Fot. Wojciech Siwoń, HRmax.pl

Ja dzisiaj startowałam na pierwszej zmianie w sztafecie Blogaczy 2. Blogacze, czyli biegacze z blogami :) Tacy sami popaprańcy jak ja – którzy swoją pasją chcą się dzielić z innymi. Większość z nich spotkałam dziś osobiście po raz pierwszy. Ścigaliśmy się też wewnętrznie, bo na trasie były aż dwie ekipy Blogaczy. Wystartowałam jak z procy. Pierwszy kilometr jeszcze kontrolowałam. Na drugim – poniosło mnie (4:12). Mała pętlę kończyliśmy razem z kolegą z pierwszej ekipy – prawie noga w nogę. Na trzecim jeszcze przyspieszyłam pod górkę – i to był poczatek końca. Wbiegłam na górkę i poczułam jak mi łydeczki tężeją. Zwolniłam. Kolega mi uciekł. Zaczynałam mieć dosyć. A tu jeszcze cztery kilometry. Każde 200 m odhaczałam w głowie. Na piątym kilometrze (kolejny podbieg) już zdecydowanei miałam ochotę pomaszerować sobie. Albo w ogóle się poddać. Ale wiedziałam, że w strefie zmian ktoś czeka na tą cholerną pałeczkę. Że oni wiedzą, ile biegłam 2,3 km – więc pewnie będą czekać zaraz. Że jak jeszcze zwolnię – to minie nas kolejna sztafeta…

I na 6. kilometrze wróciły mi siły, zaczęłam stopniowo przyspieszać, nie wiem jakim cudem, nogi pracowały jak maszynka, cak-cak-cak, krok, krok, jeszcze podbieg – i jazda z górki do mety…

Fot. Tomasz Pojawa

7 km 195 m – 32:11. Czyli prawie tak, jak założyłam (32 minuty).

I drużyna mogła lecieć dalej. Chyba wiem, dlaczego najlepsze sztafety biega się w Japonii.

Zrobiłam swoje. Mimo że nie szło. Wykonanie nie najlepsze. Ale rezultat – w sam raz.

Ostatecznie nabiegaliśmy 3:13:57 i zajęliśmy 77. miejsce. Na 404 sztafety.

Ale tego już nie widziałam. Stałam na scenie, plecami do mety i gadałam do mikrofonu.

It’s in your head, it’s in your head >

< Ostra jazda

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci