Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Tylko krowa nie zmienia poglądów

beautyandb

Tak sobie pomyślałam, wyjeżdżając dzisiaj z Szydłowa. Słońce zachodziło za horyzontem, ostatnim czerwonym promieniem oświetlając lekko zamglone mury miejskie z XIV wieku i zmrożone sady wokół. Było absolutnie pięknie, poetycznie, prawie patetycznie.


Niespełna godzinę wcześniej dobiegliśmy do mety biegu głównego 33. Międzynarodowych Ulicznych Biegów Sylwestrowych w Szydłowie.

Szydłów. Niespełna 60 km od Kielc. Polskie Carcassone. Zachowany układ urbanistyczny z XIV w. Oryginalne mury wyrastają w niektórych ogródkach. Miasteczko wymieniane w Kronikach Długosza, z historią miejskości sięgającą 1329 r., kiedy to Władysław Łokietek nadał mu prawa miejskie, a Kazimierz Wielki opasał miasto murem i włączył do systemu strzegącego kraju, a przy okazji też zbudował kościół w ramach ekspiacji za zbyt przekonujące namawianie do uciszenia jednego wikarego (wikary skończył w Wiśle, a król potem ufundował sześć kościołów, niektóre z nich otaczając specjalną opieką, m.in. ten w Szydłowie).

Dzisiaj w Szydłowie z murów przetrwała przede wszystkim okazała Brama Krakowska, zwana też Królewską. Pozostałe u schyłku świetności, czyli jakieś 200 lat temu, wystawiono na licytację i rozebrano. Podobny los spotkałby zapewne mury i "rudery zamkowe", ale szczęśliwie nie było na nie chętnych.

Oprócz murów i kościołów oraz pozostałości po zamku, ma też Szydłów ambicję zostania stolicą polskiej śliwki, miasto otoczone sadami jakoś latem organizuje dni śliwki, śliwki zresztą można tu kupić i w grudniu…

Ale w grudniu od 33 lat jest organizowany uliczny bieg sylwestrowy. Nie będę zgrywać znawczyni, pojęcia nie mam, jaka jest historia tego biegu, zwłaszcza, że jest on organizowany od lat 70-tych, czyli od czasów, kiedy biegi uliczne i bieganie masowe w Polsce nie było specjalnie popularne. Chwała organizatorom, że taką tradycję w tej prehistorii biegania zainicjowali, chwała, że ją kontynuują i… szacunek za to, że próbują ją zmieniać, żeby nadążała za duchem czasów.

Już kiedyś byłam w Szydłowie na biegu sylwestrowym. Swoje wrażenia ze startu w 2008 r. opisywałam na historycznym blogu (http://www.biegamsobie.blog.sport24.pl/notka/292). Od tamtego startu konsekwentnie odradzałam wszystkim starty w Szydłowie. I robiłam to ze szczerym przekonaniem.K iedy dzisiaj myślę o tamtym starcie, to mam niejasne wrażenie, że jestem jedyną amatorką zaplątaną między zawodowców naszych i tych zza wschodniej granicy. Zawodowców co roku w Szydłowie startuje wielu, bo nagrody są wyjątkowo wysokie jak na mały w gruncie rzeczy bieg uliczny (tegoroczna frekwencja, 100 osób, to absolutny rekord).

W tym roku padło na mnie, że kalendarz się ułożył tak, a nie inaczej i Szydłów… okazał się jakoś blisko. A poza tym jest nowa droga od Chmielnika, dzięki czemu zrobiło się jeszcze bliżej (jak sobie przypomnę te dziury…). Spróbowałam zresetować pamięć i dać organizatorom czystą kartę.

Zaczęło się jednak nie najlepiej… Najpierw pan policjant zamiast nas wpuścić na parking kazał nam objeżdżać cały Szydłów (którego nie znam), żeby wjechać z drugiej strony. Potem pani w biurze zawodów, była zdumiona, że chcę numer (bo u niej tylko zapisy, numery – przy sąsiednim stoliku, ale to już musiałam z niej wydobyć). Zagryzłam usta i postanowiłam się nie zniechęcać. Pogoda była piękna, a wokół Szydłowskiego rynku śmigała młodzież. I można mieć różne anse do biegu głównego, ale biegi dzieci i młodzieży to coś, za co władze Szydłowa powinny dostać osobny medal. Trudno wyliczyć wszystkie dystanse i grupy wiekowe, ale dzieciaki zaczeły biegać jakoś przed 13 i biegały praktycznie bez przerw do 14 z minutami. Potem odbył się symboliczny bieg VIP-ów, też szczytna inicjatywa, zdaje się że nawet z jakimś celem charytatywnym. W czasie kiedy dzieci i VIPY biegały, my beztrosko grzaliśmy się w zimowym słoneczku, oglądając to co zostało z murów i rozważając możliwie warianty trasy (w Internecie co prawda była oficjalna mapka, ale mapka w Biurze Zawodów pokazywała dokładnie przeciwny kierunek biegu niż ta internetowa). Tuż przed startem na szczęście ogłoszono właściwy i obowiązujący kierunek biegu, zaproszono wszystkich na linię startu i… pobiegliśmy.

Dziesięć okrążeń. Tym razem ekipa sędziowska wyjątkowo była ogarnięta i liczyła w miarę sprawnie kolejne okrążenia, dzięki czemu nie miałam szans się pomylić. Rynek, pod górkę po bruku, przed cmentarzem zakręt, wywłaszczenie, zbieg, stromy podbieg w Bramę Krakowską, Rynek… Czołówka zdublowała mnie mniej więcej na początku trzeciego kółka. Potem przestałam liczyć, ile razy mnie mijali. Dobiegłam z bolącymi łydkami, ale za to uśmiechnięta, gdzieś pod koniec ósmej dziesiątki zawodników, po 38 minutach (8 km). Na mecie medal, oddaliśmy numerki i…

Hm, jest gorąca herbatka. Z cukrem! Idę i grzecznie proszę o herbatkę, ale… Herbatka jest, za to nie ma kubków. Hm, skoro nie herbatka… A miał być jakiś ciepły posiłek – zagajam. A panowie: Tak, ale trzeba mieć kupon? –Jaki kupon? - No, przy wydawaniu numerów były… - Nie było – oczy robią mi się okrągłe jak spodki. Panowie od herbatki wzruszają ramionami, kubków dalej nie ma. -No dobrze, to kogo mogę zapytać o te kupony – robi mi się coraz zimniej. – Tamtą panią w białym. Pani rzeczywiście ma śliczny płaszczyk w kolorze ecru i jest bardzo ładna. Oczywiście powtarza mi o kuponach, które były przy numerach. Nie było. –Nie szkodzi, niech pani idzie do gospody i powie, że pani zgubiła… - Ale ja nie zgubiłam, tylko nie dostałam! – obstaję przy swoim. – Niech pani idzie – mówi pani w białym, znaczy, ecru. Idę. I natychmiast przekonuję się, jak dobrze być kobietą i to w charakterystycznym stroju. Pan w gospodzie nie pyta o żaden kupon. – Widziałem panią na trasie – mówi i podaje mi gorący żurek. Cała afera z kuponami natychmiast wietrzeje mi z głowy. A pani w ecru za chwilę przychodzi i słyszę, jak negocjuje z panią barze, żeby wydawali posiłki też bez kuponów, dopóki wystarczy.

Lekko rozgrzana żurkiem pędzę do samochodu po suche rzeczy i wracam do szatni. Rolę szatni pełni jedna sala, wspólna dla wszystkich. Do tego cała ściana luster… Jakoś jednak z tego wszystkiego zapominam zrobić aferę o damską szatnię, miejsca jest sporo wiec daję radę (cztery lata temu przebierałam się w ciemnej łazience). A wychodząc mogę jeszcze obejrzeć świeżo wydrukowane wyniki, żeby wiedzieć, że nie ma co czekać na dekorację :). Byłam 14 w doborowej stawce 17 pań.

Wyjeżdżamy zatem prosto w zachodzące słońce i z przekonaniem, że do Szydłowa jednak warto przyjechać. Nie tylko na bieg sylwestrowy.    


 

Świąteczne remanenty cz. 1, czyli jak to było z tymi górami >

< Warszawskie, górskie, zimowe… bieganie w Falenicy

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci