Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Czkawka po czekoladkach

beautyandb

I znowu nie będzie o polityce, tylko całkiem zwyczajnie – o jedzeniu. Bo jedzenie w życiu biegacza czy osoby w ogóle aktywnej sportowo jest elementem ważnym, a nawet – strategicznym. Niewłaściwy posiłek, zjedzony o niewłaściwej porze, za mały, za duży, za ciężki, za lekki jest w stanie skutecznie zniweczyć tygodnie czy miesiące treningu, marzenia o życiówce i zniechęcić do kontynuowania biegu. I dotyczy to nie tylko amatorów, problemy z żołądkiem zdarzają się i najlepszym z zawodowej stawki.   

Mnie też problemy żołądkowe nie omijały. Przez ostatnie dwa lata z zadziwiającą regularnością co któryś bieg spisywałam straty, bo żołądek odmawiał mi współpracy w sposób zdecydowany. W kilku przypadkach skończyło się zejściem z trasy, w kilku – ukończeniem biegu z wynikiem dalekim od założeń i planów. I nie pomagało jedzenie śniadania o podobnej porze i podobnym składzie. Coraz częściej miałam wrażenie, że nie decyduje nawet kolacja z dnia poprzedniego, tylko COŚ innego. Tyle że nie bardzo wiadomo, co. Wizyta u gastrologa i USG nie na wiele się zdały.

Szczęśliwie problemy żołądkowe omijały mnie podczas maratonów. Z wyjątkiem ostatniego Maratonu Warszawskiego, ale tu szybko wywnioskowałam, ze chodziło po prostu o odżywkę, której mój organizm nie toleruje. Za to objawiały się z wyjątkową siła i konsekwencją podczas biegów na 10 km, czyli wtedy kiedy próbowałam biec naprawdę szybko. Irytowało mnie dość mocno, ale co mogłam zrobić? Najwyżej wziąć Loperamid przed zawodami.   


W te moje nie najweselsze a naturalistyczne rozważania trafiła… lektura. „Jedz i biegaj”, czyli biografia Scotta Jurka. Jurkowi należy się niewątpliwie osobny wpis, ale dla niewtajemniczonych, w dużym skrócie – jest to Amerykanin z polskim korzeniami (dziadkowie), który wygrał chyba wszystkie ultramaratony świata, biega na najbardziej morderczych trasach 100-milowych górskich wyścigów w USA, a przy tym wszystkim jest weganinem. Czyli (znowu dla niewtajemniczonych) nie je: mięsa, mleka i jego pochodnych oraz jajek i ich pochodnych.

Fot. Piotr Nadrowski

Akurat w październiku Scott był w Polsce, promując swoją książkę. I może nie książka, a jego osoba – przesympatycznego, normalnego, nad wyraz kontaktowego człowieka – otworzyła mi w głowie pewne połączenie… Zwłaszcza, że Jurek w książce opisuje, jakie miewał problemy z żołądkiem na trasach i jak zmiana diety co nieco te problemy złagodziła. I pisze także otwarcie, że zanim został weganinem, jadał obiady głównie w sieci fastfoodów. Kilka razy w tygodniu.

Coś mi tam zaświtało w głowie, ale nie byłam do końca przekonana. Akurat niebezpiecznie często zaczęłam korzystać z fastfooda właśnie (dwa razy w tygodniu to już bardzo często). No i ten żołądek… Ale wiadomo, od pomysłu do realizacji… Zresztą, nie zakładałam, że to się uda. Ale kiedy podczas Biegu Niepodległości po świetnie przebiegniętych dwóch i pół kilometra nagle prawie mnie zgięło w pół z bólu, a potem przez dwa kilometry ledwie truchtałam – decyzja zapadła. Od następnego dnia mięso, nabiał i jajka zniknęły z mojego jadłospisu.

Zrazu nie było to trudne, bo akurat zrobiłam sobie też przerwę od biegania, więc przez dwa tygodnie (tak, wytrzymałam dwa tygodnie bez mięsa) nie było w ogóle powodów do zmartwień. Jednak pierwszy bieg po przerwie skończył się potwornymi zakwasami. No i na trasie brakowało mi energii. Na dodatek nie było widać spodziewanego spadku wagi…

Doczytałam to i owo, nabyłam witaminę B12 (weganie muszą ją suplementować, weganie aktywni – tym bardziej), zwróciłam większą uwagę na skład posiłków i… Zaczęłam biegać. Oraz uczyć się pływać…

A żołądek zaczął ze mną współpracować.

Było dobrze.

Do Świąt, bo na Święta jednak zrobiłam sobie odpust i przerwę. Odpust okazał się dopustem, wszystko zło powróciło. Byłam ciężka i znowu zdarzyły mi się jakieś przerwane treningi, bo – żołądek, wiadomo. Drugiego stycznia wróciłam do diety wege.

Po kilku dniach żołądek się uspokoił.

I znowu było dobrze.

Do zeszłego tygodnia, kiedy to na Biegu Wedla wygrałam czekoladki.

Całą masę czekoladek.

I oczywiście z łakomstwa zaczęłam je systematycznie podjadać, nie bacząc mleko pełne w proszku, serwatkę w proszku oraz inne zupełnie nie śladowe ilości mleka w składzie.

Zemsta żołądka była perfidna.

W sobotę, na moich ukochanych Kabatach, na pierwszym bieg z cyklu Grand Prix Warszawy, ruszyłam szybko do przodu. Szybko wpasowałam się w małą grupkę z dwoma kolegami, którzy na ogół biegają znacząco szybciej ode mnie. Jednak tym razem dotrzymywałam im kroku. Pierwszy kilometr, drugi, trzeci. Biegłam chyba na życiówkę. Zresztą, nie patrzyłam na zegarek. Na piątym kilometrze poczułam, że zbliża się katastrofa.

Na początku szóstego stanęłam zgięta w pół. A potem zaczęłam poruszać się spokojnym spacerkiem i zastawiając się, czy spacer w krótkich spodenkach do mety przypłacę przeziębieniem, czy może jednak nie. Próbowałam biec, ale nie bardzo się dało.

Na szczęście po 100 metrach zaczęła truchtać.

Ktoś mnie zachęcił do biegu (dziękuję!)

Powoli, powoli zaczęłam wracać do wcześniejszego tempa.

Zaskoczyło.

Żołądek zaczął współpracować.

Udało mi się dobiec do mety z dobrym czasie, tuż za nieco szybszymi kolegami (oraz małżonkiem, który w międzyczasie mnie wyprzedził). A na dodatek, wobec braku bardziej utytułowanych rywalek, trafiłam na drugi stopień podium.

I stojąc tak z tym pucharem w ręku obiecałam sobie solennie.

Żadnych czekoladek. Żadnych więcej fastfoodów. O organizm trzeba dbać.     

Nawet jeżeli oznacza to pewne wyrzeczenia.

Zresztą, jakie tam wyrzeczenia. Po powrocie do domu upiekłam ciasto czekoladowe z granatem. Wegańskie :)


 

Czekoladowy smak zwycięstwa >

< Zaścianek za miedzą. 33 Półmaraton Wiązowski.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • aga.sometimes.runs

    Ania,zgadzam się z Tobą.Wyrzeczenia są ciężkie,ale wprowadzane stopniowo,są mniej odczuwalne.Ja zaczęłam powoli eliminować sacharozę.Ciasta można przecież słodzić zmiksowanymi w blenderze rodzynkami,dodawać miód i czekoladę 70%. Rozwiązań jest więcej niż się nieraz wydaje:)Powodzenia!

  • jan.szczepan

    I tutaj pojawia się zasadniczy problem - granica wyrzeczeń podczas treningów kończy się tam, gdzie zaczyna czekolada :) ja gdy testowałem program do pit w pracy, pochłaniałem jej ogromne ilości i teraz bieganiem wracam do normalności ;)

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci