Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Przed telewizorem

beautyandb

Pięknie pobiegła. Ostatnie 400 metrów to był jej popis. Długi krok, płynny, wyglądała jak gazela, jakby unosiła się w powietrzu… Ostatnie 400 metrów z tych 25 okrążeń stadionu. Wcześniej przez 24 kółka czaiła się za plecami Japonki, która biegła szybko, ale koszmarnym stylem, który każdego innego doprowadziły do furii, a przynajmniej wybił z rytmu. A ona biegła o krok cofnięta, tym swoim gazelowatym krokiem – i nie dała się wybić.

 

I zaraz na początku 25 kółka włączyła turbodopalacz, wrzuciła piąty bieg – i tyle ją widziały. Rywalki. Chociaż próbowały gonić. Czas nie był jakiś rewelacyjny. Ale za to ten styl. W niedzielę Etiopka Tirunesh Dibaba wygrała bieg pań na 10 km podczas Mistrzostw Świata  w Lekkiej Atletyce. Jej niefart polegał na tym, ze zaraz potem był finał 100 m panów i nawet jeżeli Usain Bolt biega przeciętnie, to setka, która trwa 10 sekund – jest sama w sobie show. A na oglądanie biegu  na 10 km trzeba poświęcić te przynajmniej pół godziny. I na dodatek – co to za show. Więc o sukcesie Bolta natychmiast poinformowały wszystkie serwisy. A o finiszu Dibaby – dłuższa cisza. A przecież Bolt też był w sumie murowanym faworytem, więc wielkiego zaskoczenia ani niespodzianki w tej setce też nie było.  

No, bo co tu pisać? I jak to oglądać? Ja oglądać maraton, który trwa – w wykonaniu zawodowczyń – jakieś dwie i pół godziny. I niemal od startu aż niemal po metę prowadzi jedna i ta sama zawodniczka. Najczęściej  Kenijka. Albo Etiopka. A tu w sobotę – zaskoczenie. Włoszka. Nie jakoś specjalnie znana. Valeria Straneo. Ruszyła dość mocno, w 30-stopniowym popołudniowym upale było to nieco ryzykowne (brawa dla organizatorów za wyobraźnię, startować maraton o godz. 14.00 miejscowego czasu…), dość szybko wyszła na prowadzenie i chociaż w połowie dystansu wyglądała na zmęczoną, a za plecami jej czaiła się cała grupa potencjalnych zwyciężczyń, to dopiero finisz Edny Kiplagat pozbawił Włoszkę złota. Ale srebro dowiozła, a konkurentki zostały daleko. Włoszka ma dwójkę dzieci, jest – jak donoszą serwisy – poważnie chora. Na Igrzyskach w Londynie była ósma. W Moskwie druga. Ale kogo to interesuje.

Dwie i pół godziny… Mecz piłkarski trwa o godzinę krócej i na dodatek czasami strzelają bramki albo widowiskowo kopią się po kostkach, przewracają, szarpią za koszulki i spodenki. To dopiero jest widowisko! Ile emocji! Jakie napięcie! A nie taki bieg. Tylko biegną. Czasami złapią picie – i dalej biegną. Nie kopią się. Łokci pod żebra nie wsadzają. Nuda. Jak w „Rejsie”.

Marek Piwowski powinien nakręcić film „Maraton”. Albo polską wersję „Maratończyka”. Z amatorami, rzecz jasna. Żadnych zawodowców.  Tylko droga, buty, nogi, przebitki na twarze. Zamiast kaowca – pacemaker. W charakterze krowy – przechodnie niezaangażowani. Do tego kierowcy. Tu miałabym kilka typów, kto mógłby zagrać wkurzonego kierowcę. Niestety, są to osoby publiczne, więc będzie bez nazwisk. Nie może też zabraknąć przechodniów pytających – a na ile ten maraton? Oczywiście są jeszcze kibice. Ich można potraktować jako element urozmaicający krajobraz. Zorganizowane występy artystyczne. A punkty nawadniające? Może jakieś kubeczki na łańcuchach? A, pardą, to Bareja, nie Piwowski.

I kamera od startu do mety. Czekająca na ostatnich, którzy dobiegną w limicie. Każdy grymas ich twarzy. Mielibyśmy filmową epopeję biegową. Albo dwie kamery. Oficjalna, z telewizyjnym logo, taka, na której widok człowiek od razu wyżej podnosi kolana i mimowolnie wydłuża krok, przybiera uśmiech numer 3 i opowiada, jak to mu cudownie. I druga. Ukryta w tłumie. Ta, która zarejestruje coraz dłuższe przerwy na marsz, zauważy, że stopy już ledwo odrywają się od ziemi, twarz się wykrzywia w grymasie, a kark i barki są sztywne z bólu.

Tak, to na pewno byłoby ciekawsze. To nawet mogłoby się sprzedać. Może nawet obejrzeć. Bo ludzkie słabości fajnie się ogląda. Dlatego ludzie tak lubią tą piłkę. Zawsze się na boisku znajdzie jakiś taki z małą nadwagą, niefajny, kopiący po kostkach i łapiący za koszulki. A ci biegacze to jacyś dziwni są. Jakby z innej materii. I tylko biegną. Jeszcze setka, Bolt. Bolt jest fajny, bo robi show, 10 sekund biega, to nawet krócej niż porządne ziewnięcie. Ale ta reszta? No przecież ile można biegać w kółko? I jeszcze telewizja ma to pokazywać?

Dzięki Bogu i IAAF za Mistrzostwa Świata. Przynajmniej niektóre telewizje od czasu do czasu muszą pokazać te 25 kółek na bieżni. I ten maraton pań, co to trwa dłużej niż mecz. A zatem – najbliższy tydzień. Ba, nawet spacerki pokazują… 20 km, 50 km… Spieszmy oglądać mistrzostwa, zanim się skończą, następne dopiero za dwa lata.

 

 

V Maraton Karkonoski, czyli śladem mistrzów >

< Świętokrzyskie zabiegania

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • mrszcze

    Bardzo fajny wpis :) Ogólnie zaczynam czytać regularnie bo bardzo przyjemnie się czyta. I tylko razem te "zwodowczynie" jakoś nie bardzo :)

    Pozdrawiam serdecznie.

  • yellon

    Bardzo dobry artykulik, będę zaglądał regularnie...

  • beautyandb

    Zapraszam. I przepraszam. Za literówki :) Postaram się je eliminować.

  • anndyn

    "Spieszmy oglądać mistrzostwa, zanim się skończą, następne dopiero za dwa lata." - najlepsze podsumowanie :) dobrze, że jeszcze TV pokazuje je bo coraz gorzej z nimi jeśli chodzi o program.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci