Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Miłość, chemia i blondynka, czyli triatlonowej opowieści ciąg dalszy

beautyandb

Do Nieporętu wybraliśmy się w sobotę po południu. Bez roweru i osprzętu, na zwiady. Żeby sprawdzić drogę i żeby wziąć udział w odprawie technicznej, co miało mi dać jakieś podstawy. Niby coś gdzieś czytałam, ale po pierwsze – teoria to teoria, a w praniu wychodzą wszystkie kiepskie szwy.  A po drugie – przecież ja byłam tak zielona, że jeszcze w sobotę w południe pytałam na FB co się robi z pianką po pływaniu. To nawet mój mąż coś wiedział o jakiejś skrzyneczce, a ja, pani zawodniczka, triathlonistka in spe – pojęcia nie miałam…

Jaka skrzyneczka, po co skrzyneczka… Mój naturalny blond zaczynał przechodzić w platynę… Dobrze, że zawsze można liczyć na bardziej doświadczonych kolegów (oraz koleżanki). Tak, skrzyneczka była dla mnie ważna. Prawie tak samo, jak kwestia bielizny przed wizytą w Sport Guru.

Najpierw jednak czekała nas długa droga w strugach deszczu. Korek? W sobotę późnym popołudniem? A jednak, to Warszawa, da się! Więc te kilkadzieścia kilometrów jechaliśmy i jechaliśmy, i jechaliśmy… Ładnie, trzeba w niedzielę wyruszyć wcześniej - notowałam w głowie.

Mniej więcej wiedziałam, gdzie mam jechać, ale ucieszyły mnie strzałki do Nieporętu wskazujące drogę do biura zawodów… Za nimi, jak po nitce, dojechaliśmy na miejsce. To znaczy – na parking, z którego jeszcze spory kawałek był do biura, namiotu odpraw i tak dalej.

Siąpiło nieustająco, ja się ubrałam jak na Sybir (letni Sybir, oczywiście, karakuły i kominiarkę sobie darowałam).

W Biurze Zawodów wszystko w miarę ogarnięte i bardzo sprawnie, chociaż nie wiedzieć czemu kolejka była akurat do mojego stanowiska, przy pozostałych – pustki. Odstałam chwilę, wylegitymowałam się, dostałam worek, numer startowy, a właściwie – cały set numerowy – oraz kubek. O tym, że numer jest więcej niż jeden przekonałam się tuż przed odprawą techniczną. Oczywiście, zaraz zaczęłam robić scenę. „Co się z tym robi?” – pytałam małżonka rozdzierającym szeptem. Platyna to moje drugie imię…

IMG_20140712_230059

Na szczęście była ta odprawa. Tam się dowiedziałam, że opaska na rękę, jeden numer na przód kasku, drugi – podwójny – na sztycę roweru (cokolwiek to jest, chodziło o rurkę pod siodełkiem), trzeci, największy – na pasek i na siebie. Na rowerze numer powinien być na plecach, w biegu – tradycyjnie z przodu. Pasek miałam, dostałam w Guru przy zakupie stroju. Do tego numer miał być jeszcze namalowany flamastrem na ramieniu i łydce.

Na odprawie omówiono też pokrótce przebieg i trasy poszczególnych konkurencji. Dla debiutantki to było jak wykład z wiedzy tajemnej. Słuchałam, rozjaśniało mi się w głowie, ale latarnie rozjarzyły się pełnym światłem, kiedy usłyszałam, że o 8 zamykają drogi w okolicy przed 1/8 IM. Otworzą je potem na chwilę, ale nijak ta chwila nie pokrywa się z czasem wstawiania rowerów do strefy zmian. O, żesz! Miałam się wyspać przed startem. A tu najpóźniej o 7 trzeba wyjść z domu…

Gorzej, że jeszcze rower trzeba przystosować. Bo po obejrzeniu początku trasy doszłam do wniosku, że żadne spd-y – w nich wybiję zęby już na pierwszych 200 m. Muszę jechać w butach biegowych. Ale żeby tak było – małżonek musiał mi przywrócić normalne pedały…

Tomek przekręcał pedały, a ja się pakowałam: strój, czepek (był w pakiecie), buty, skarpetki, żele, napoje. Kanapki, scyzoryk, OFF. Worek do strefy zmian, worek z pianką, worek z cywilkami do przebrania (w końcu nie skorzystałam), plecak z biurem na wszelki wypadek….

W niedzielę o 7:10 wyszliśmy z domu. Za późno, za późno - myślałam, ale na szczęście niedzielny poranek nam sprzyjał. 40 minut później dojeżdżaliśmy na miejsce. W samą porę, bo miejsca do parkowania powoli się wyczerpywały. Swoje znaleźliśmy kawałek za oznaczeniem pierwszego kilometra trasy biegowej.

Na razie pogoda była przyjemna. Po deszczu ani śladu, temperatura komfortowa, zapowiadały się optymalne warunki. Twarz mi się szczerzyła, z każdą chwilą przybywało ludzi, ale przede wszystkim znajomych (gwoli ścisłości, to Adam nas znalazł jak tylko otworzyliśmy drzwi samochodu ;)).

Na 9 zaplanowano start 1/8. Były emocja, bo debiutowała Becia. Wiedziałam, że jak jej się uda (bo dlaczego nie), to ja też jakoś dam radę. Na plaży, oprócz Rafała, pojawiła się silna ekipa Swimmersów, nawet sam trener zawitał. Presja rosła, choć ja początkowo zachowywałam się absolutnie myląco, siedząc w dżinsach i t-shircie tak długo, jak mi emocje pozwoliły. W międzyczasie wstawiłam rower do strefy zmian, ułożyłam w koszyku kask, buty, żele, napój… Zaraz! Wyciągnęłam buty, rozwiązałam, poluzowałam sznurówki, wsadziłam skarpetki – po jednej do każdego buta. Od razu lepiej. Poklepałam jamisika po siodełku i zostawiłam jak konia w stajni.

10409471_794370783926980_1770001381627693253_n

Po drodze dałam się pomalować flamastrem. Potem podopingowaliśmy finiszującą Becię. Pozazdrościłam jej i zadumałam się, czemu nie wybrałam 1/8, tylko ¼.  I jakoś na 45 minut przed startem zaczęłam się przedzierzgać w zawodniczkę… Największym wyzwaniem było zakładanie pianki. Co prawda worki na stopy miałam swoje, ale wolałam się ubierać pod okiem fachowca. I słusznie, bo dzięki temu ubieranie trwało o połowę krócej, a ja nie byłam spocona jak mysz pod miotłą. Wystarczyło kilka tricków – i już. Na koniec Maciek ponaciągał, co było do ponaciągania, zapiął suwak -  i już! Byłam gotowa!

10409268_794371237260268_5899860606549276125_n

Poszłam „sprawdzić wodę”. Znaczy, weszłam, zrobiłam 5 ruchów kraulem i przeszłam do bezpiecznej żabki. Pomoczyłam się 5 minut i uznałam, że dość. Ludzi było sporo, ale nic nie zapowiadało tego, co się działo chwilę później na starcie… Prawie 500 osób w białych czepkach nagle runęło do wody. W ruch poszły ręce, nogi oraz wszystko, co mogło pójść w ruch. Stałam sobie gdzieś w środku, ruszyłam spokojnie, na miarę możliwości, ale po 5 ruchach kraulowych uznałam, że żaba będzie bezpieczniejsza. Tłum naokoło i tak nie dawał możliwości, żeby się rozpędzić. Na pierwszej boi zrobił się regularny zator… Nieźle. Przepłynęłam jedną pętle i miałam dosyć. Zamiast obiec boję na plaży – obeszłam ją, wróciłam do wody. Teraz już był luz, mogłam spokojnie płynąć. No i płynęłam. Tuż przed wyjściem z wody, kiedy już mogłam  stanąć na nogach, złapałam za sznurek od suwaka pianki. Pociągnęłam. ZONK! Nie rozsuwa się. Poszarpałam się chwilę, bezskutecznie. Zrobiłam zrozpaczoną minę. Tuż przy bramie stał Tomek, Paweł i jeszcze kilkoro kibiców. Ale nie widzieli, że coś jest nie tak. W porę Pawel się zorientował, niemal w biegu rozsunął ten nieszczęsny suwak.

Spojrzałam na zegarek. 23 minuty. Wow, czas poniżej pół godziny to zdecydowanie mój mały sukces. Pognałam do strefy zmian jak na skrzydłach.

Pianka prawie sama ze mnie zeszła, tak sprawnie jeszcze nie zdejmowałam. Założyłam skarpetki, buty, zawiązałam buta, zjadłam żel, popiłam, nałożyłam kask, zapięłam, rękawiczki, wzięłam rower i pognałam…Dwa kroki, bo zorientowałam się, że drugi bucik zawiązany nie jest. Dobrze, że w strefie już tylko niedobitki, stanęłam na środku, zawiązałam.

10487335_794372100593515_5662118464534875004_n

Sprint z rowerem do linii startu. Potem jakieś 200-300 m masakry na trelince. I wreszcie asfalt. Ruszam z kopyta. Pierwszy zakręt – w prawo, na Białobrzegi. Jadę, jadę, kręcę, mija mnie kilka osób… Dojeżdżam do ronda w Białobrzegach. No, to teraz nawrotka…. – myślę sobie. A tu ani śladu nawrotki, Skręcamy w lewo i lecimy dalej. Znacznik 5 km jest jakieś dwa kilometry dalej niż mi się wydawało. Łapię perspektywę odległości. Z przeciwka lecą całe grupy. Ja jadę sama, co jakiś czas ktoś mnie mija, ale i ja też mijam pojedyncze osoby. Szukam nawrotki, ale po horyzont jej nie widać. Znajdzie się gdzieś na 10. Kilometrze. Wchodzę w agrafkę z takim impetem, że już wiem, że za ułamki sekund będę leżał. Odruchowo prostuję kierownicę, co wynosi mnie z asfaltu na piaszczyste pobocze.

Wstaję, otrzepuję się, podchodzę do punktu, łapię picie – i zaczynam pedałować dalej.

Tym razem z przeciwka mam najlepszych. Całe peletony. Musi im się nieźle jechać, bo wiatr jest okrutny,  grupa jednak chroni… Co prawda coś tam było w regulaminie o zakazie draftingu, ale skoro sędziom to nie przeszkadza. Ja jadę grzecznie swoją stroną. W Białobrzegach wyjeżdża mi centralnie przed maskę autobus miejski. Jadę chwilę za nim, ale on za chwilę blokuje cale rondo i nie może przejechać, bo drugą stroną zasuwają  peletony. Zwalniam niemal do zera. „Niech pani jedzie chodnikiem” – drze się ktoś z boku. Skręcam na chodnik objeżdżam autobus. Dalej już jakoś leci. Mijam zjazd do Promenady, jadę do kolejnej agrafki. Tu już jestem mądra, od razu stosuję podpórkę z nogi. Przerwa na picie, ale żel otwarty przez wolontariusza zjadam w biegu. I lecę dalej. Tuż przed wylotem na drugą pętlę dubluje mnie pierwszy zawodnik. Najlepsi już kończą, ja mam jeszcze 22 km przed sobą. Kręcę pedałami ile sił, ale na tyle, żeby się nie zakwasić. Wszyscy mi odjeżdżają. No, prawie wszyscy.

Na 37. km roweru nie widzieć czemu czuję się, jakbym była najseksowniejszą kobietą świata. Tak, w tym kasku na głowie, w błękitnych kompreskach i z muchami rozplaskanymi na szkiełkach okularów. Nie wiadomo skąd przychodzi mi do głowy taka myśl. Panom na ławeczce na skwerku – chyba też, bo dopingują mnie gorąco. Walczę z wiatrem i nadciągającym kryzysem. Odliczam półkilometrówki do końca. Staram się nie przeklinać rozmaitych turystów rowerowych, którzy, korzystając z zamkniętych dróg, tłumnie na nie wyjechali. Ale jednak musze pogonić trójkę nastolatków, którzy zasuwają całym pasem. Jeszcze 5 km, jeszcze 3, jeszcze… Picie i ostatni prosta, zjazd w dół do Promenady, tu prosto przed koła wyjeżdża mi „profi” w stroju Kolarski.eu. I jedzie mi przed nosem po tej cholernej trylince, gdzie trzeba kluczyć między turystami (kibice są zdyscyplinowani…) Koleś mi przeszkadza, ale chwilę jadę spokojnie za nim. W końcu jednak nie wytrzymuję i wydzieram się, żeby mnie puścił. On raczej nie jedzie w zawodach, grzecznie zjeżdża na bok.

Ja dojeżdżam w końcu do linii mety roweru. Teraz tylko zsiąść i gnać. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Nogi jak koły, ledwo pcham rower. 2 godz. 16 minut. Trzech godzin nie złamię, ale dalej nie jest źle. Sam rower zajął mi 1 godzinę 49 minut. Jak n mnie – wyczyn. Ale generalnie – słabizna.   Docieram do strefy zmian, wieszam rower, odpinam kask, ściągam rękawiczki, wsuwam żel, piję, zabieram bidon. Bez sensu. Ok, po drodze stoi Tomek, blisko, zaraz mu oddam. Ruszam żwawo, zaraz po wybiegu ze strefy prawie się zderzam z zawodnikami pędzącymi do mety (podobno zaraz za mną zawodnicy się zderzają). Rozpędzam się. Jest dobrze. I w tym momencie wnętrzności podchodzą mi do gardła. Robi mi się regularnie niedobrze. Słońce grzeje jak wściekłe, powietrze pali. Podbiegam podchodzę, podbiegam, podchodzę, mijam, jestem mijana. Masakra, odliczam każde sto metrów… Na 3. kilometrze na trasę między biegaczy wjeżdżają dwa samochody. Wloką się, bo nie mają jak przejechać. Najpierw biegnę za nimi. Potem mijam jeden. Potem obiegam drugi, który nie m jak zjechać z trasy. A potem na punkcie łapię wodę… Znowu marszokurcglopek.

10557161_794372667260125_3764131483502095179_n

 

Dobiegam do plaży. Mam dosyć. Nigdy nie przypuszczałam, że dobije mnie bieganie… A tu jeszcze druga pętelka… No dobra, przecież chyba teraz nie zrezygnuję nagle. Wlokę się do mety. Jakoś w połowie tej pętelki minie mnie dziewczyn, która ostatnia wyszła z wody. Jak ona biegnie! Jak frunie! Mogę sobie popatrzeć. Ja znowu marszobieg, z przewagą marszu. Ta, trzeba było potrenować chociaż długie wybiegania…. A tak – organizm odwykł od takiego wysiłku…

W końcu mam przed sobą ostatnie 300 metrów. Zrywam się ostatni raz. Nabieram prędkości. Jeszcze jeden zakręt – i jeszcze jeden – i już widzę czerwony dywan, i wiem, że będzie poniżej 3:20, chociaż i tak to mega słaby czas, ale niech chociaż tyle… Wpadam na metę. Medal. Woda. Pomarańcze. Mąż i przyjaciele za metą.

Zrobiłam to!

Jestem… osobą która ukończyła zawody triatlonowe na dystansie ¼ IM. W sumie 950 m pływania, 45 km na rowerze i 10,5 km biegiem. Zegarek pokazuje 56,5 km.

Mam dosyć, ale ziarenko dumy gdzieś tam kiełkuje.

- Jedziecie z nami do Mrągowa? – pyta kwadrans później Martyna.

- Kiedy? – odpowiadam pytaniem.

Gdyby wzrok mógł zabijać, już bym nie żyła.

Ale przecież na 1/8 możemy wystartować oboje...

Jeszcze się nie zapisaliśmy :)

Za to medal i numer triatlonowy wiszą na honorowym miejscu. A ja w poniedziałek w końcu dotarłam na basen. I pływało mi się tak dobrze, jak już dawno nie. Kraulem.

A wszystkie wykorzystane fotki zrobił małpką małżonek :)

 

Nie ma miłości, jest jakaś chemia. Opowieść o triathlonie, cz.1. >

< Cudze chwalicie, swego nie znacie…

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • krasusek

    Gratuluję tri-debiutu! Z tymi wnętrznościami to kiepawo, może wynika to z braku treningów zakładkowych bike-run? To jest kwestia żołądkowa, że na rowerze go ściskamy, a potem rozciągamy na biegu i dobrze się do tego przyzwyczaić.. A ta miłość jeszcze sobie dojrzeje... ;)

  • mksmdk

    Nieźle. Gratulacje. Ja tam po swoim 1.Tri w 2013 w Ełku miałem podobnie, bez euforii ale jednak zaciekawienie. Stwierdziłem wtedy że wracam do żony :) w sensie biegania, a następny robię za rok. W tym roku zrobiłem znowu Ełk urwałem 30 min z debiutu i znowu stwierdziłem to samo. Za to w małżeństwie jak mi się układa w tym roku p.b. na 5k w końcu poniżej 20' i jest szansa na coś fajnego 28 września w MW :) może by się udało zrobić limit na Boston? W każdym razie wróciłem właśnie z wczasów na których olałem pływanie i rower za to bieganie miodzio: 12 extra treningów na 14 dni dawno tak nie maiłem właściwie to miałem tak na początku 9 lat temu :)

  • michalak-ewelina

    Wow, imponujące! Chciałabym być taka zmotywowana, jak Ty :) Moim największym osiągnięciem było przejście 70 km w 3/4 doby kiedyś na rajdzie harcerskim... A od tego czasu pasę się i jestem już niezłą kluską ;) Pozdrawiam!

  • beautyandb

    Krasusek, być może. A poza tym jakiś drobny flirt zawsze dobrze robi...na cerę :P
    Mks, ja raczej w tym roku bez uniesień w stałym związku ;-) Cóż. Może w kolejnym roku. Albo jeszcze kiedyś :)
    Ewelina, nie każdy musi biegać. Czasami wystarczy wyjść na szybki marsz - albo wsiąść na rower. Rower już prawie kocham :)

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci