Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Nie ma miłości, jest jakaś chemia. Opowieść o triathlonie, cz.1.

beautyandb

Tak siedzę i się zastanawiam, od czego by tu zacząć relację ze startu w Volvo Triathlon Series w Nieporęcie na dystansie ćwierć IronMana (dla mniej wtajemniczonych: 950 m pływania, 45 km n rowerze i 10,5 km biegiem). Tak, dobrze czytacie, zadebiutowałam dziś w zawodach triatlonowych. Chociaż nadal nie wiem, czy to właściwe słowo. W każdym razie stanęłam na starcie, dotarłam do mety, zmieściłam się w limicie i nawet nie byłam ostatnia (tak, jakieś 4,5 proc. uczestników jeszcze było za mną).

10392511_794372793926779_8148781029235017549_n

Na mecie mało się nie popłakałam, że wreszcie do niej dotarłam, a czerwony dywan jak w Wiedniu aż się prosił o jakieś widowiskowe łzy. Za metą, jak rzadko kiedy, zapozowałam z medalem, choć nie trzymałam go w zębach, bo jakiś taki był wymęczony, wymiędlony, jak wyjęty z gardła. Bleee. Oczywiście mam na myśli nie stan fizyczny medalu, a styl w jakim się po niego doczłapałam. Jednak ziarenko dumy, że jednak do tej mety dotarłam. Ale od razu do głosu doszedł tzw. zdrowy rozsądek. "No, to był pierwszy i ostatni raz w tym roku" – powiedziałam do małżonka, który dzielnie mi asystował cały dzień, skręcał i rozkręcał rower, taszczył worki z rzeczami do strefy zmian, robił zdjęcia i ogólne dobre wrażenie. Ucieszył się, w końcu głos rozsądku (w każdym razie tak, jak go małżonek rozumie) przemawiający przez moje usta to nie jest specjalnie częste zjawisko.

I na tym zapewne by się skończyło, gdyby nie fakt, że … Że na imprezie było tak wielu znajomych,   wiadomo, że znajomi są jak te złe duchy, zaraz człowieka do złego namówią, albo przynajmniej próbują. A zatem kwadrans później już nie byłam taka pewna tego ostatniego razu. Może tylko jednak zacząć jak człowiek – od jakiegoś krótkiego dystansu?

To jednak na razie piosenka przyszłości. Stan na dzisiaj jest taki, że nie miłości od pierwszego wejrzenia, żadnego gromu z jasnego nieba, żadnych takich. Ale jakaś chemia jest, jakiś rodzaj zainteresowania i pokazania temu na t., że ja tak łatwo nie rezygnuję. Cóż, zawsze może to być początek miłej znajomości…

1470269_794372803926778_5500573008326861085_n

Ale, wróćmy jednak do początku, czyli do jakiegoś styczniowego czy lutowego dnia, na pewno po jakimś udanym treningu pływackim, kiedy to wpadł mi w oko post o tym, że zwolniły się miejsca w triatlonie w Nieporęcie. Obejrzałam regulamin, listę zapisanych, spojrzałam na mapę i wyszło mi, że bliżej domu już nie będzie. A taką ¼ IM powinnam zrobić wstając od stołu po obiedzie… No, co prawd nie jeżdżę na rowerze, ale przecież do lipca się nauczę… Pływnie też poprawię, no, a bieganie – to przecież moja dyscyplina, mój żywioł…

Potem zdawało się, że wszystko idzie jak z płatka. Śnieg szybko stopniał, w kraulu robiłam jakieś postępy, nawet z okazji wiosny nabyłam sobie rowerek, żeby jednak  nauczyć się jeździć, następnie przez miesiąc się na niego gapiłam i wzdychałam, że taki ładny… W międzyczasie zaczęła mi się sypać forma tzw. biegowa. Półmaraton Warszawski to było tylko preludium. Potem nastąpiło staczanie w dół – nieudany maraton, przerwa na alergię, przerwy w chodzeniu na basen…

W końcu jakoś z początkiem maja wsiadłam na rower. Zaiskrzyło. Spodobało mi się. Zaczęłam pedałować. Pod koniec maja zamówiłam nawet spd-y. Na początku czerwca zrobiłam pierwszą (i jak się potem okazało – jedyną) zakładkę. Nie był zbyt udana, ale zwaliłam na odwodnienie.

W międzyczasie zaczęłam trochę biegać. Szło nie najgorzej – Bieg Wolności, 25 km w przyzwoitym tempie, I Kielecki Bieg Górski – całkiem udany, dyszka w Garwolinie – przyzwoicie… Nie bardzo mogłam przyspieszyć, ale zaczęłam się ogarniać treningowo. Basen dalej od przypadku do przypadku…

I właśnie wtedy, kiedy już myślałam, że jestem na pięknej prostej wznoszącej w stronę Maratonu Gór Stołowych i triatlonowego debiutu, kiedy zaplanowałam intensywny biegowy długi weekend, właśnie wtedy ruszyła lawina zdarzeń, które skutecznie wytrąciły mnie z rytmu treningowego. Coś tam próbowałam biegać, ale o planie, systematyczności i prostej czy nawet krzywej wznoszącej mogłam zapomnieć. Rower leżał odłogiem, worek z rzeczami na basen tylko przekładałam w bagażniku.

Tak, szukałam pretekstu, żeby wydarzyło się coś, żebym nie mogła tego zrobić. Ale pretekstu nie było. Co prawda nie wszyscy wiedzieli, bo specjalnie nie piałam o tym starcie. Ale jednak paru osobom zdradziłam, jakie mam plany. Zrezygnować bez pretekstu jakoś… nie uchodziło. Jak to szło? Maratończyk się nie poddaje? Nie przed startem?

Na 10 dni przed imprezą trafiła do mnie wypożyczona pianka. Tak, ten śliczny HUUB-ik. Dobrany n oko, ale jak dobiera Maciek Żywek – to to jest dobre oko. Chociaż małżonek musiał mnie kolanem w tej piance upychać, jak Scarlett O’Harę w gorsecie (młodsi: „Przeminęło z wiatrem”, film).  Tak, lawiny niestety zasypały mi też rozdział pt. jemy zdrowo i racjonalnie. Pięć dni  później polazłam w piance na basen. Biorąc pod uwagę okoliczności przyrody (+20 stopni, pełne słońce), wyglądałam nieco kosmicznie. Ale popływałam ze 40 minut i uznałam, że dam radę.

 

Wieczorem pognałam do Sport Guru, kupić strój startowy. A właściwie – najpierw obejrzeć i sprawdzić różne takie tam szczegóły. Na przykład co z bielizn pod spód – bo przecież jak będzie zimno, to nie wyschnie. N miejscu okazało się, że stroje triatlonowe nie tylko są ładne, ale maj kilka innych zalet, na przykład bez-bieliznowatość. Innymi słowy, koszulki są z takiej tkaniny i tak dopasowane, że mały i średni biur damski obędzie się bez dodatkowego wsparcia. Nawet u pani w średnim wieku. „Dzisiaj kupujesz strój na niedzielę?’” – zdziwił się Bartek z Guru. „Ja tam się cieszę, że dzisiaj, a nie w sobotę przed startem” – odparłam rezolutnie. „To weź chociaż w tym pobiegaj” – doradził życzliwie. Pobiegałam. Strój leżał jak uszyty na mnie.10356223_794372740593451_3609632778925525323_n

Miałam jeszcze pojeździć na rowerze, ale jakoś nie wyszło. Zwłaszcza, że po MGS jeszcze do czwartku chodziłam na sztywnych nogach. A w czwartek małżonek w ramach trakcji zaproponował Night Skating, czyli … rolki po Warszawie. Nie, nie przejechaliśmy całej trasy (32 km), prawie połowa (14 km) nam,  a raczej mnie – w zupełności wystarczyło. (cdn)

Serwuj, aby wygrać! Opowieść Novaka Djokovicia >

< Miłość, chemia i blondynka, czyli triatlonowej opowieści ciąg dalszy

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • runblog.pl

    Czekam z niecierpliwością na drugą część :) Też chciałbym zadebiutować w tri ale raczej nie w tym roku.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci