Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Z punktu widzenia zająca

beautyandb

Ten moment, kiedy na 9 kilometrze patrzysz na zegarek i widzisz, że zabraknie Ci sekund, żeby się zmieścić w wyznaczonym czasie. Wiesz, że powinieneś przyspieszyć. I możesz przyspieszyć. Ale czy mogą jeszcze przyspieszyć ci, którzy biegną za Tobą i uwierzyli, że pomożesz im dobiec z nowym rekordem życiowy rekordem sezonu, albo po prostu z dobrym wynikiem? Zatem – przyspieszasz, ale nie aż tak bardzo. Zerkasz na zegarek. Znowu zerkasz. I jeszcze raz zerkasz…

A potem na mecie okazuje się, że jesteś tam pół minuty wcześniej niż to było w planie. Stajesz za linią mety z wyrzutami sumienia, czekasz na tych, co za Tobą, wypatrujesz twarzy poznanych przed i w trakcie biegu. Ktoś się do Ciebie uśmiech, wyciąga rękę, mówi, że dziękuje. Najlepsza nagroda, radość, lekkie uspokojenie. Nowe przeżycie, nowe emocje.

Mimo że to już ósmy mój Bieg Powstania Warszawskiego. Chyba niedługo będę takim biegowym Matuzalemem, opowiadającym o zamierzchłych czasach… Bo kiedy pomyślę o moim pierwszym BPW, to pamiętam – deszcz, znicze w alejkach AWF, pięć pętli tymi alejkami, jakieś 200 osób na trasie… No i mojego osobistego pacemakera, Miśka z Galerii, który miał mnie za uszy przeciągnąć przez 50 minut, ale nie wyszło, bo trasa… miała więcej niż 10 km… 50 minut złamałam kilka tygodni później na Kabatach, z zupełnie innym osobistym pacemakerem, ale atmosfera BPW już na zawsze wpisała się w mój kalendarz startów.

I jakoś nie potrafię z niej zrezygnować. Mimo że zazwyczaj jest to jeden z moich najsłabszych biegów w sezonie. Wieczorna pora, całodzienne sobotnie obżarstwo, letni, często gorący i parny dzień – to nie sprzyja szybkiemu bieganiu. Kilkakrotnie zaczynałam BPW bardzo szybko – i kilkakrotnie kończyłam marszobiegiem, bo organizm odmawiał współpracy w tych okolicznościach przyrody…W tym roku już właściwie miałam zrezygnować w ogóle, ale wtedy pojawił się Grzegorz z pytaniem, czy może ktoś ze znajomych nie pozającowałby… Chwilę pomyślałam i wymyśliłam, że skoro i tak zazwyczaj w BPW biegam słabo i się tym frustruję, a tu jest okazja pobiec spokojnie i jeszcze zrobić coś pożytecznego – to dlaczego nie skorzystać? Uznałam, że 50 minut w mojej obecnej formie może być jednak wyzwaniem zbyt trudnym i asekurancko wymyśliłam 55 minut.

I tak też w sobotę stanęłam w strefie startowej gdzieś pomiędzy 50  a 60 minut, odziana w kamizelkę z cyferką 55 i z balonikami na 55. Oraz z kolegą w podobnym stroju organizacyjnym.

Tłum wokół nas gęstniał, na dźwięk hymnu zdecydowana większość stanęła na baczność, a po hymnie i po odliczaniu rozpoczęliśmy długi marsz – do startu. Lekko byłam przerażona tym, co czeka nas za linią startu – jeszcze nigdy nie startowałam z tak daleka, a zator na Bonifraterskiej wspominam jako jeden z koszmarów BPW. Na szczęście dyszka startowała z Bonifraterskiej prosto, nie było zakrętu – i o dziwo, po starcie było tłoczno, ale na tyle, że w miarę szybko można było złapać właściwy rytm, a potem… - tylko mijać. No właśnie, bardzo mnie zastanowiły te dziesiątki wręcz osób, które mijaliśmy już na pierwszych dwóch kilometrach, mimo naprawdę spokojnego biegu….

Zerkałam na zegarek od czasu do czasu, żeby nie było za szybko ani za wolno, ale jednak z wskaźnik wiarygodny przyjęłam oznaczenia organizatora. Po dwóch kilometrach było perfekcyjnie – 11  minut.

Potem nastąpił magiczny zbieg Karową, na którym zdublował nas zwycięzca.  Zaraz za zbiegiem – chwila wytchnienia w kurtynie wodnej. Trzeci kilometr, czwarty – 22 minuty – szło idealnie. Podbieg lekko wolniej, podobnie przy punkcie z wodą – obowiązkowo biorę wodę – trzy łyki do gardła, reszta na głowę – i dalej. Spokojnie, ale do przodu, teraz już głównie wyprzedzamy. No, to miło już było, a też trzeba zapierniczać, myślę sobie.  6 km – 32:50. Perfekcyjnie, cieszę się w myślach. Spokojnie mijam Krakowskie Przedmieście, na zaciągniętym hamulcu zbiegam Karową, pajacuję pod kurtyną wodną. Ósmy kilometr. Pierwsze drgnięcie niepokoju… Rozjazd z zegarkiem, pojawia się jakiś niedoczas, lekutko koryguję tempo. Ale nadal spokojnie. Fontanny tańczą na Podzamczu, Most Gdański w oddali, jeszcze chwila i podbieg, a za nim meta…

I wreszcie ta nieszczęsna 9-tka. Znacznik mijam po 50 minutach. Czyli zostało 5 minut na ostatni kilometr! Jakim cudem? Przecież nie będziemy teraz biec po 5’/km, nie ma takiej opcji. Skręcamy na podbieg. Dociskam gaz, ale bez przesady, tempo jest jakieś 5:15… Dopiero po wbiegu w lej do mety zaczynam się ścigać z jakimś biegaczem, prowokuję do finiszu jeszcze szybszego, ostatecznie przegrywam ten finisz, ale jestem zadowolona. Do momentu, dopóki nie spojrzę na zegarek. 54:16. Twarz mi tężeje. Jakim cudem? Jak? Po perfekcyjnych 4/5 dystansu? Przecież to zaprzecza fizyce… Przesadziłam?

pzuoutbpw14_02_mp_20140726_220818.jpgANNA

Kilkanaście sekund później dobiega drugi pacemaker. Też jest przed czasem. Ale nikt wokół nie zgłasza pretensji.  Rozglądam się jeszcze z troską dookoła, łowię uśmiechy i mile słowa. Jednak nie zawiodłam, w każdym razie – niektórych – nie.

I po raz pierwszy od dawna Bieg Powstania Warszawskiego kończę bez frustracji i narzekania, za to z podekscytowaniem i tak przyjemną radością…

Ale następnym razem dobrze się zastanowię, zanim założę zajęcze uszy. Bo to jednak wielka odpowiedzialność jest!

Cudze chwalicie, swego nie znacie… >

< Gdzie diabeł nie może, czyli feminizacja maratonu polskiego

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci