Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Lekcje z miłości

beautyandb

Miał być jeszcze jeden ważny wpis na koniec minionego roku. Całego Sylwestra spędziłam na zmianę karmiąc młodego i próbując coś napisać. Wyszło dobre 6 stron. O 23.30. dałam do cenzury prewencyjnej małżonkowi. Tuż przed północą uzgodniliśmy jednak, że wpis jest na tyle prywatny, że na razie zostanie w rodzinnym archiwum. A ja tylko opublikuje wnioski. A wnioski są takie, że o najważniejsze w życiu rzeczy należy walczyć, póki tli się choć płomyk nadziei, póki mamy choćby cień wiary, że może się udać. I że bieganie, choć czasami rozpycha się w normalnym życiu i wydawałoby się, że zajmuje czas, który można przeznaczyć na inne cele, jest doskonałym punktem odniesienia, który pozwala właściwie oceniać miarę tego, co dla nas naprawdę ważne i istotne w życiu.

Od kiedy mało sypiam w nocy, zbiera mi się na filozofowanie. Chociaż nie mogę narzekać, syn jest dzieckiem bardzo grzecznym. Tyle że ciągle głodnym ;-)

Ma prawo, w końcu urodził się taki maleńki.

I nawet, kiedy padam z nóg, kiedy oczy mi się same zamykają, a on domaga się jedzenia (tu bardzo szybko się dogadaliśmy, jakie dźwięki oznaczają głód. Te najbardziej dramatyczne), i tak patrzę na niego z uśmiechem i nie zamieniłabym tego zmęczenia na żadne inne. Zresztą, zdaje się że organizm kobiety bardzo mądrze to rozgrywa, hormony pracują tak, że mimo zmęczenia człowiek funkcjonuje jak na haju, taki naturalny doping.

Ale już kombinuję, że skoro nadranne karmienie wypada tak gdzieś przed 5 (kończy się po 5), a kolejne – dopiero ok. siódmej, to już niedługo będę mogła ten czas wykorzystać na… No, wiadomo. Wczoraj po raz pierwszy od ponad pół roku naładowałam Suunto. Pora poszukać paska.

Zanim jednak wrócimy na biegowe ścieżki, chciałam jeszcze trochę na marginesie napisać o treningach w dyscyplinie, w której specjalnie biegła nie jestem, a której lekcje moje dziecko daje mi odkąd… No, właściwie jeszcze zanim się pojawił, na ładnych kilka tygodni przed pozytywnym wynikiem testu betaHCG.

Ta pierwsza była właśnie o tym, że jeżeli o biegowy cel, o życiówkę i 3:30 w maratonie walczyłam przez 4 lata i kilkanaście startów, to o cel większy, życiowy, o nowe życie – powinnam walczyć co najmniej z taką samą determinacją. Póki tli się nadzieja, póki jeszcze jest cień szansy. Owszem, powiedzieć, że się nie da, że się nie udało – było najłatwiej i najprościej. Najwygodniej. A jednak warto próbować. Nie odkładać, nie czekać, ale dokładnie tak, jak w maratonie. Wyciągnąć wnioski i podejść jeszcze raz, od początku. Warto było.

Następna przyszła jakoś zaraz potem, kiedy już test wypadł pozytywnie, ale doskonale wiedziałam, ile dzieli pozytywny test od stwierdzenia, że wszystko jest dobrze, tak jak powinno być. A tu tymczasem wydarzał się po raz pierwszy półmaraton kielecki. Bardzo chciałam w nim pobiec. Ale ważniejszy był mały człowieczek, a właściwie ciągle jeszcze tylko – nadzieja, że on tam jest i rośnie. Do Kielc nie wzięłam nawet butów biegowych – żeby nie kusiły. Tak samo jak za tydzień na Olecką Trzynastkę. Jeszcze się nabiegam – pomyślałam sobie. I jakoś zaraz potem mogliśmy pierwszy raz zobaczyć pikające serduszko.

I zaraz potem zaczęłam z tym serduszkiem gadać. Opowiadać mu o wszystkim dookoła. Ja raczej za dużo nie mówię, ale do serduszka rozgadałam się na całego. Tłumacząc mu, dlaczego korki, dlaczego znowu jedziemy dwie godziny w jedną stronę, dlaczego nie będziemy słuchac normalnego radia, tylko radiowej Dwójki, bo tam nie ma polityki, a tylko muzyka.

Tak, na czas ciąży i kampanii zrezygnowałam nie tylko z kawy, ale i z ukochanej Trójki. Właściwie nie jestem pewna, która decyzja miała większy ciężar gatunkowy. Bo Trójki z krótkimi przerwami słuchałam gdzieś od 1987 roku, a kawę – od pewnego momentu w ilości do 6 dziennie  (albo: półtora litra), najchętniej w wersji parzona po turecku po polsku (czyli jak Polacy wyobrażają sobie kawę po turecku) piłam w sumie od niewiele później. Serio. Taka jestem stara. Ale o zmianie kategorii wiekowej jeszcze będzie czas napisać. Z kawy zrezygnowałam dokładnie 20 kwietnia rano. Bo kawa niby nie jest specjalnie szkodliwa, ale jednak. Za duże ryzyko. To jak z maratonem. Skoro się szykuję do życiówki, to nie trenuję jednocześnie dyscypliny, w której mogę skręcić kostkę. Niby mogę skręcić i na zwykłym spacerze, ale lepiej nie prowokować losu.

A słuchanie Dwójki okazało się nad wyraz przyjemne. Szczególnie, kiedy w apogeum kampanii wyborczej ta antena transmitowała konkurs szopenowski. Znalazłam swój radiowy azyl. Chociaż na porodówce leciała jednak Trójka. I lista przebojów. Ale nie pamiętam, kto był na pierwszym miejscu.

To były te małe lekcje miłości.

Ale były też takie bardziej na serio. Jak ta w 12 tygodniu, kiedy po USG rozmawialiśmy z lekarzem, jakie badania powinniśmy zrobić. W zasadzie żadnych dodatkowych poza standardem, test PAPPa z uwagi na wiek, wiadomo. Są też bardziej dokładne testy.  I jest aminopunkcja. Na szczęście ta ostatnia nie była konieczna (za duże ryzyko). To może test NIFTY który wyklucza wszelkie wady genetyczne. – Można – powiedział lekarz. – Ale niech się państwo zastanowią, co wam da taka wiedza. I co z nią zrobicie.  Popatrzyliśmy na siebie. I już wiedzieliśmy, że – nie zrobimy, chyba że będą szczególne wskazania. Nie było.

Albo ta następna, kiedy niespełna miesiąc później niespodziewany telefon uświadomił mnie, że jesteśmy w grupie ryzyka konfliktu płytkowego. Po raz pierwszy doświadczyłam wtedy tak mocno, że tego małego człowieczka już kocham. I nauczyłam się, że teraz już zawsze będzie mi towarzyszył strach, obawa o niego. Do tego stopnia, że teraz patrzę, gdzie tu najbliżej przychodnai czy poradnia, żeby jak najmniej jechać samochodem. Aż paranoicznie. Pierwsza wspólna jazda była koszmarem, jechałam, jakbym właśnie odebrała prawo jazdy, 60 na godzinę i ani grama szybciej. Powoli normalniejemy, ale obawa już zawsze jest.

I wreszcie ta, kiedy musieliśmy zdecydować, czy malec ma przyjść na świat silami natury, czy jednak ze wspomaganiem. Tu walczyły dwie miłości – ta rozsądna, świadoma tego, że w 95 procentach porodów naturalnych jest dobrze. I ta lekko panikująca, histeryczna, znająca dokładnie opisy wszystkich błędów medycznych przy porodach, szeroko komentowanych w prasie. Ale jeżeli nie ma bezwzględnych wskazań medycznych, dla dziecka lepiej jest… Tak. Tak, na pewno dla dziecka lepiej jest. Więc było – najlepiej jak się dało.

I kiedy leżałam, dwudziestą którąś, trzydziestą godzinę bez snu, bo wpatrywałam się w to moje maleństwo…

I jeszcze potem, kiedy całą pierwszą noc próbowałam go karmić, oczy mi się zamykały w końcu same, ręce omdlewały od trzymania, a on się nie dał odłożyć do szpitalnego łóżeczka… Wreszcie złamałam regulamin i zabrałam go po prostu do łóżka (cii, nie piszę tego głośno) i tak już dospaliśmy do rana…

Ale największe lekcje dostaję teraz, kiedy już skończył się karnawał, szpital, święta, wizyty najbliższych, załatwianie różnych spraw. I zostaliśmy sami w domu. Z naszą codziennością. Z jedzeniem co godzinę nawet czasami. Z kolkami. Z kotami, na które trzeba mieć oko. Z tym, że czasami strach wyjść do łazienki na dłużej. Z tym, że jak nie zdążę się wykąpać zanim mąż wyjdzie, mam przechlapane do późnego popołudnia. Z tym, że…. Och, jest milion innych spraw, które wyglądają zupełnie inaczej. Nawet ten wpis powstaje na raty, przez kilka dni.

Normalnie chodziłabym na rzęsach ze zmęczenia. Normalnie bym się wściekła i sobie wyszła.

A dzisiaj najnormalniej w świecie nachylam się nad łóżeczkiem i z uśmiechem patrzę na synka. On też czasami się uśmiecha. Nie wiem, na ile już świadomie, a na ile – tak mu wychodzi. Ale ten uśmiech…

Nie, nie obiecam, że to ostatni taki niebiegowy wpis na blogu.

Chociaż może wreszcie zacznę się ruszać, w końcu mama musi mieć kondycję.

1923286_1070860946277961_4913212118874569714_nA fotka - z kibicowania na Wesołych Biegach Górskich, gdzie zadebiutowaliśmy w charakterze mobilnego punktu kibicowania. 

 

 

Nie zdążyłam, czyli nieoczekiwanie przerwany BPS >

< #aniawracadobiegania. Trudne początki i akcja #BiegamDobrze

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • stella1040

    Kochana, piekny tekst. Pamietaj tylko, ze masz rowniez prawo byc smutna, niezadowolona i zmeczona. Oczywiscie, ze jestes szczesliwa i Marcin jest najcudowniejszym dzieckiem na swiecie ale jestes tylko czlowiekiem. Na wlasnie takie chwile najlepsze jest bieganie :-) Pozdrawiam bardzo serdecznie i powodzenia w tej wielkiej (malej) nowej przygodzie
    Gosia (mama trojki)

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci