Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#aniawracadobiegania. Trudne początki i akcja #BiegamDobrze

beautyandb

Powoli się uczę,  że w nowym życiu – życiu młodej mamy, swoją drogą wdzięczna jestem mojemu synowi ogromnie, bo dzięki niemu łapię się na kategorię „młoda mama”, chociaż nowa kategoria biegowa z młodością nie ma nic wspólnego, chyba że mówimy o młodości drugiej i trzecie – a zatem w życiu młodej mamy trudno cokolwiek zaplanować.  

Planowałam na przykład, że w drugim tygodniu po porodzie zacznę ćwiczyć. W domu, oczywiście, z jakąś gwiazdą rodzimą albo międzynarodową tzw. fitnessu, delikatnie, żeby ruszyć nieużywane mięśnie. A tymczasem w drugim tygodniu cierpiałam przeokrutnie, bo mnie wszystko zamiast boleć coraz mniej – bolało coraz bardziej, wyzwaniem było przewinięcie młodego, a co dopiero mówić o ćwiczeniach.. W końcu, po tygodniu narastania bólu, pofatygowałam się jednak na Izbę Przyjęć, gdzie okazało się, że rozpuszczalne szwy czasami się nie rozpuszczają, a jak nie się nie rozpuszczą, to sobie wrastają… I wtedy bolą. Przez kolejny tydzień dochodziłam do siebie po tych szwach, ciesząc się każdym kwadransem, kiedy stanie nie powodowało zwijania się z bólu.

I kiedy zaczął się czwarty tydzień, okazało się, że co prawda nie bolą mnie pozostałości po porodzie, ale zaczynają mnie wściekle boleć plecy, a ja nadal się nie ruszyłam. Mało tego, zdążyłam do tego stopnia rozpuścić dziecko, że nauczyło się zasypiać głównie na rękach albo na brzuchu mamy. Odkładane do łóżeczka – błyskawicznie się budzi i zaczyna być głodne. I wtedy płacze. I w ten sposób młoda mama nie robiła w domu słownie nic, pisać się z dzieckiem u piersi jakoś nie nauczyła, a wieczorem i tak padała ze zmęczenia. Dwa hantle przytachane do salonu pełniącego chwilowo funkcje pomieszczenia wielozadaniowego stały pod stolikiem postawione tak jeszcze w drugim tygodniu. Z każdym dniem obiecywałam sobie, że w końcu się wezmę. I ciągle się nie brałam.

Wreszcie młody skończył cztery tygodnie, potem miesiąc. Następnego dnia już od rana ubrałam się w legginsy. O dziwo, nawet się zmieściłam, mimo że to „S-ka”, a ja mam cały czas co najmniej 10 kg nadmiaru (10 do wagi „sprzed”, jakieś 13 do wagi pożądanej). I tak przełaziłam prawie cały dzień, uznając, że to znowu nie był ten dzień, że może kolejny. Ale pod wieczór małżonek przejął młodego na klatę, a ja poczułam, że muszę. Po prostu. Inaczej się uduszę. A poza tym – do 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego, a ja cały czas zamierzam (nie, nie planuję ;-)) go ukończyć. Mniejsza o styl i czas. Ale o tym jeszcze będzie.

No więc tydzień temu wyszłam po raz pierwszy. Ruszyłam „z kopyta”. Nawet pulsometr, po siedmiu miesiącach leżenia odłogiem w szufladzie, nie zdążył się sparować z zegarkiem. Ale jest super – myślałam przez pierwszych 200 metrów – Ale mnie niesie… I taka byłam cała fruwająca, dopóki nie spojrzałam na zegarek. Aha. 6:15. Mhm. Tempo fruwania po prostu… Ale to był dopiero początek. Po półtora kilometra moje tempo już raczej nie schodziło poniżej 6:50 – 7 minut na kilometr, a nogi zaczynały przypominać kołki. Założone wcześniej 5 km zrobiłam chyba tylko dlatego, że było ciemno i nie chciałam się pakować w skróty. Nie, nawet się bardzo nie spociłam. Nie zgrałam i nie zaczerwieniłam. Ale pulsometr, który w końcu zaskoczył, pokazał średnią 150. Fajnie. Czyli tyle, ile rok temu miałam biegając w okolicach 5:15/ km.

To tylko pokazuje, że skala zniszczeń jest duża J

Ale podobno istnieje coś takiego, jak pamięć mięśniowa.  W każdym razie na to liczę.

Na razie odbył się jeszcze truchcik – bo przecież nie: trening – numer dwa. W poniedziałek rano opowiadałam o książce w RDC. A właściwie to nie tyle o książce, co o bieganiu. No i stwierdziłam, że skoro już mówię publicznie o bieganiu, to może by… chociaż kawałek drogi w stronę domu…  Zapomniałam tylko, że z Myśliwieckiej do Alej Ujazdowskich czy nawet takiej Wiejskiej to jednak solidny podbiega jest… Oj, bolały i płuca, i nogi. Ale było ciut szybciej niż za pierwszym razem. No dobrze, tętno też było wyższe. Ale złóżmy to na karb górki na początku.

Górka zresztą jest całkiem spora. Bo nie dość, że jednak przez tych kilka miesięcy nie biegałam, że przytyłam te…. ponad 20 kg (jeszcze dyszka została do zrzucenia), że… To jeszcze na dodatek rano jestem tak śpiąca, że nie mogę się zmusić do wstania. A potem… A potem jest jeszcze trudniej.

No więc wymyśliłam motywację.

Zostało 9 tygodni do 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Zostały dwa tygodnie, żeby dozbierać na wpisowe w akcji #BiegamDobrze.

Na tej stronie: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/751 możecie wesprzeć mój start. Albo inaczej – wesprzeć Fundację Wcześniak Rodzice Rodzicom, a mnie zmobilizować do startu. Z taką motywacją łatwiej mi się będzie zorganizować do treningów. A na wiosnę już samo pójdzie dalej.

To co? Pomożecie?   

11140091_1079442678753121_4643962666461141212_n

Lekcje z miłości >

< #aniawracadobiegania / Tak kaczka uczy się latać…

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci