Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Nie tak miało być…II Siebiega Półmaraton Kielecki

beautyandb

Przecież nie tak miało być – tak sobie nucę pod nosem piosenkę z jednej polskiej komedii romantycznej. Komedia jak komedia, żadne arcydzieło, ale piosenka miała taką charakterystyczną melodię, że zawsze, kiedy coś układa się nie do końca tak, jak sobie zaplanowałam, nucę ją sobie pod nosem… Ostatnio jakoś częściej, bo – jak to mnie niektóre życzliwe koleżanki i kuzynki ostrzegały – planowanie i dzieci nie do końca idą w parze. No, przynajmniej na razie nie.

Więc nie tak miało być. Bo miał być – w tych planach – solidnie przebiegany kwiecień, jakieś 2 kg mniej i jakieś 3 minuty szybciej niż w Warszawie. Miał być już taki porządny bieg, taki urodzinowy, w sam raz na inaugurację nowej kategorii wiekowej (no, formalnie to jestem w niej od stycznia, ale teraz miało być takie faktyczne zainaugurowanie zmiany kodu i w ogóle). Miał być…

A wyszło… inaczej. I nie, nie będę narzekać. Taki mam czas i już. Kiedy wydawało mi się, że wreszcie się ogarnęłam do biegania, małżonek raczył był się rozchorować, i to konkretnie, więc zostawienie mu młodego pod opieką, bo mamusia musi sobie pobiegać, raczej nie wchodziło w grę. I tak tatuś sobie chorował prawie dwa tygodnie, a mamusia budziła się przy bezzębnym uśmiechaczu i jakoś nie miała wyrzutów sumienia, że spędza poranki pod kołdrą. A na dodatek nie zamierzała się odchudzać…  Zresztą, nawet jeżeli zamierzała, to wcale jej to nie wychodziło.

Właściwie im bliżej było do 8 maja, tym bardziej sam start w półmaratonie wydawał mi się bardziej odległy i nierealny, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, po prostu – absurdalny.

Ale słowo się rzekło, i już nawet nie o to chodzi, że zapłaciłam wpisowe. Przecież obiecałam Mamie te Kielce na początku maja, wizytę wnuczka, cały tydzień, wizyty rodzinne…

Jakiś tydzień przed imprezą trochę się ogarnęłam. Nadal nie tyle żeby przeczytać regulamin biegu (i to był błąd zasadniczy, czytajcie regulaminy, żeby się nie zdziwić  dzień przed…). Na tyle jednak, żeby dać się wsadzić na orbitreka (tak, stoi taki mebel w sypialni, służy głównie za wieszak). I na tyle, żeby mieć świadomość własnej słabości. Chociaż udany start w Pucharze Maratonu na 5 km (udany = wynik poniżej 30 minut, wyszło 25:49) trochę podbudował wiarę w to, że o dziwo, ten start może się udać. Oczywiście, z pełną świadomością, że 5 km to nie 21, a ja przez cały kwiecień biegałam słownie 4 razy, w tym raz zrobiłam 8 km. No, i przebiegłam półmaraton. 3 kwietnia. Przygotowanie idealne po prostu J

Cóż. W Kielcach postanowiłam po prostu dobrze się bawić.

Niedziela zaczęła się… bardzo wcześnie rano. A właściwie już w sobotni wieczór, kiedy to z grubsza przygotowałam swoją torbę startową, ciuchy, buty, ręcznik… No właśnie. I przeczytałam regulamin. A tam jak byk stało napisane, że… prysznice będą koedukacyjne i organizator rekomenduje stroje kąpielowe… No, pięknie. Tylko że ja na początku maja nie wożę w bagażu podręcznym stroju kąpielowego.  Znaczy, w tym roku nie wożę, rok temu i owszem… Cóż.

Wróćmy jednak do niedzieli. Logistyka perfekcyjna, wsparcie małżonka i przejętej Mamy – bezcenne (także bezcenne dodatkowe pól godziny snu dla mnie). Wychodzimy niemal idealnie o zaplanowanej godzinie. Jedziemy w okolice nieco zbliżone do startu, ale bezpieczne poza strefą zamkniętych ulic. Na miejscu składamy wózek, pakujemy młodego do środka, przykrywamy, bo poranek chłodny, i – ruszamy. W stronę stadionu. Tam pierwszy (i w sumie jeden z nielicznych) zonków tego dnia. Ani pół strzałki do szatni/depozytu. Tak, wiem, jestem prawie miejscowa, z naciskiem na prawie. Stadion Korony budowano już po tym, jak na dobre opuściłam miasto, a nawet gdyby nie to, to nazwy ulic w tej okolicy też mi niewiele mówią, dla mnie zawsze to był drugi koniec miasta, powiedzmy, że wiem, jak się tu poruszać, ale nazw nie kojarzę za nic. Trudno, na szczęście mamy czas, żeby w razie czego obejść stadion. W końcu znajdujemy i depozyt, i szatnię… Szatnia damska ulokowana jest w Sali konferencyjnej, jeszcze się nie przebierałam przy mikrofonach, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz… W każdym razie w szatni cieplutko i komfortowo, za chwilę tam wracam z małym na karmienie, ale synola (o dziwo) o wiele bardziej interesuje mój numer startowy niż jedzenie.

Zanim jeszcze dotrę do depozytu, spotykam Dżastin, którą zdaje się sama na ten start namówiłam. Dżastin ma przy sobie moją książkę i życzy sobie dedykacji, więc się podpisuję gdzieś w powietrzu. Przy okazji poznaję Jej Tatę, który słysząc o moich przedwczorajszych urodzinach, wyciąga z teczki czekoladę. „Były dyplomata zawsze umie się znaleźć” – komentuje. A właściwie komentujemy razem.

Potem jeszcze spotykamy Maćka z Karoliną i Mają w wózku. Co to się porobiło z tym towarzystwem… „Synu, zobacz jaka laska” – śmiejemy się na parkingu wózek w wózek. I jakoś powoli ruszamy na start, bo to już lada chwila.

fotopkl16_01_mta_20160508_100148_1

Tomasz robi mi jeszcze zdjęcia przed startem, ja robię zdjęcia z Mamą, trzymam jeszcze młodego na rękach, jakoś niespieszno mi do tego startu. No, ale skoro już ten numer mam na klacie, to chyba trzeba by się ruszyć…

Ruszam niespiesznie, bardzo niespiesznie. Ale po przekroczeniu linii startu jakiś diabeł we mnie wstępuje. I noga zaczyna się kręcić. Więc przyspieszam, jakby nie pamiętając, że d…a jednak ciężka. To sobie zobaczę potem na zdjęciach. Ale na zdjęciach też zobaczę, że coś takiego jak pamięć mięśniowa jednak istnieje. No i jeszcze zobaczę jak słabą mam miednicę i uda. Tak, wiem, ile pracy przede mną.

Tymczasem po mniej więcej kilometrze doganiam Andrzeja, kolegę z dawnego klubu. Ja zagajam, on zagaja, od słowa do słowa, pogadujemy sobie. Niby mam ochotę przyspieszyć, ale na szczęście uświadamiam sobie, że to zły pomysł. Jak zły, to się jeszcze okaże. Tymczasem biegniemy sobie towarzysko gdzieś do 6 kilometra, rozstajemy się gdzieś przy pierwszym punkcie z piciem (swoją drogą organizator ma farta, gdyby pogoda była taka jak w sobotę, padaliby ludzie jak muchy…. Zresztą, jeżeli chodzi o punkty odżywcze, to ja jestem zdemoralizowana przez Warszawę, zawsze mi będzie mało). Na siódmym kilometrze trasa wpada do parku i malowniczo sobie zakręca po alejce, po bruku, na pysk pod górkę… Za tak moich młodych tego przejścia chyba nie było, nie pamiętam, żebym tamtędy chodziła… A urok tego podbiegu przywodzi mi na myśl cytadelę, która kilka lat temu znalazła się na trasie półmaratonu warszawskiego…

fotopkl16_01_mkd_20160508_103910

Jest urokliwie, zaraz za podbiegiem Pałac Biskupów, zbieg, kawałek przy katedrze, przelot do Placu Wolności, skręt w Sienkiewicza przy pomniku Sienkiewicza, wypiękniał kielecki deptak przez te lata, tak jak i Rynek, przez który też biegniemy, i jeszcze w dół Leśną, wracamy do Sienkiewicza, potem w Paderewskiego, która dla mnie zawsze będzie Buczka, w Żelazną, przebiegamy obok Dworca Autobusowego, którego dach podobno znowu nocami się świeci… Sięgam za pazuchę, wyciągam żel, na szczęście mam taki, co podobno nie wymaga wody… Faktycznie, właściwie sam jest wodą z dużą ilością cytrusa.  Kończę żel, rozglądam się… Jakoś mi głupio rzucać opakowanie na ulicę, i tak się nie ścigam o złote kalesony. Widzę kosze na śmieci na przystanku. Zbiegam, wyrzucam, słyszę jakiś aplauz. Wciagając żel trochę zwolniłam, teraz znowu biegniemy z Andrzejem przez chwilę. Ale ja znowu rwę jak gęś wyścigowa.

Półmetek mijam w czasie ciut słabszym niż w Warszawie, ale nadal dającym szanse na złamanie dwóch godzin. I w formie o wiele lepszej (o dziwo!) niż w Warszawie.

Tyle, że zaraz za półmetkiem trasa wypada w Aleję Krakowską i zaczyna się liczyć… Silna głowa. Bo teraz przede mną długa prosta, nawrót i powrót… Próbuję policzyć, ile tej prostej. W międzyczasie z przeciwka już biegną zwycięzcy. Są na 19. Kilometrze. Aha, czyli jakieś 3,5 km prze mną do zawrotki. Biegnę sama, ale nie odczuwam tego. Co jakiś czas miły doping z przeciwnej strony, ktoś nawet mi przypomina, że syn czeka na mecie. No, jak mogłabym zapomnieć. Przecież się spieszę, na moja miarę na dziś.  A tu – górki i dołki, podbiegi i z biegi. Przez chwilę widok na Karczówkę. Malownicze te Kielce. Malownicza – tak zwykłam mówić o trasie, która ma urok, która może się podobać, ale nie należy do łatwych. W Kielcach jest bardzo malowniczo. Gdzieś na 17 kilometrze (na 15. wciągam drugi żel) żegnam się z pomysłem startu w Kieleckim Biegu Górskim, 22 km po górkach w mojej dyspozycji nie jest dobrym pomysłem, te 7 tygodni raczej za wiele nie zmieni. Na 17 też zaczynam podchodzić. Dosłownie, czyli pod górkę idę albo drobię truchcikiem, staram się jednak zbiegać. Zaczynam odczuwać brak przygotowania do tak długiego wysiłku.

Na 19 kilometrze mam świadomość, że już blisko. Właściwie jeszcze jeden podbieg, zbieg – i meta. Biegniemy przez park, zatrzymuję się przy piciu, podchodzę, truchtam. Mija mnie Andrzej, ale nawet nie próbuję się do niego przypinać. Podbiegam, podchodzę, podbiegam.fotopkl16_01_rdn_20160508_115508

Jeszcze zakręt, jeszcze trochę pod górkę… Gdzieś tuż za górką – Mama, Tomasz i Marcin. Uśmiecham się. Już naprawdę blisko, został niespełna kilometr.

Ale tuż przed stadionem muszę znowu się kawałek przejść.

Bo przecież nie mogę dać plamy na samym finiszu.

fotopkl16_01_mta_20160508_120630_5

No nie mogę. Tym bardziej, że od wlotu słyszę swoje nazwisko. Po murawie nie biega się nadzwyczajnie, ale ja czuję się nadzwyczajnie, kiedy wreszcie wpadam na metę.

2:05 z ułamkami. Oficjalny czas – 2:04:50.

Cóż. Czas jak na okoliczności wcale nie najgorszy. Medal – cudny.

Pędzę za strefę mety, ale mojej rodzinnej ekipy ani śladu.

Gnam do depozytu. Potem szatnia. I ten koedukacyjny prysznic… Idę w końcu w samej koszulce i spodenkach, przy okazji pranie z głowy ;-) Kończę przebieranie w ciepełku i wychodzę – w sam raz, żeby wpaść na rodzinkę. Ruszamy z powrotem w stronę stadionu. Po drodze wciągam gorący żurek.

W genialnej niebieskiej koszulce nie wyróżniam się z tłumu biegaczy. Jestem częścią tej naprawdę fajnej imprezy. Jeszcze nie wielkiej, jeszcze nie do końca sprofesjonalizowanej, z całym urokiem takich kameralnych imprez, a jednak z zapleczem i przygotowaniem na wysokim poziomie.

I nawet jeżeli nie do końca miało tak być, to mimo wszystko cieszę się, że pobiegłam. Było pięknie. Malowniczo, towarzysko, rodzinnie. Dostałam w tych swoich Kielcach pozytywnego kopa i masę motywacji. Dostałam ładunek pozytywnego zmęczenia. Poczułam, że mimo wszystko jestem silna i jeszcze sporo mogę.

A ta zmiana kodu…? Cóż, to tylko cyferki. Póki co nie zamierzam się nimi przejmować. Plany są zgoła odmienne, a moją całą uwagę zaprząta obecnie Marcinek.

Chociaż… Od poniedziałku jakby więcej się ruszam…?

13124771_1150595168304538_7998981654715518455_n

Barany w słuchawkach >

< Zielono na talerzu… czyli dwa super proste dania, a Ania wraca do weganowania

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci