Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Żabie skoki i faza lotu

beautyandb

Marcin uczy się… Poruszać. Przemieszczać. Od kilkunastu dni położony na brzuchu… O, pardon. Położony na plecach w sumie też, bo natychmiast się na brzuch obraca. Najpierw na brzuch, , potem podnosi się wysoko, wysoko na rękach, potem podkurcza kolana i podnosi pupę. I to by było mniej więcej tyle. Jeszcze huśta energicznie tą pupą. Więcej mu na razie nie wychodzi, czasami udaj się żabi skok, wybicie z kolan, oderwanie obu rąk od podłoża i… rycie brodą w podłoże. Na szczęście przy tym nie płacze, tylko podnosi się i próbuje od nowa. I ciągle od nowa.

Czasami, zmęczony, irytuje się i zaczyna marudzić. Czasami popłakuje…

„Synku, nie denerwuj się, w końcu ci się uda. Zobacz, już oderwałeś jedną rękę. Jedna ręka i jedna noga… Świetnie ci idzie. Trening czyni mistrza” – powtarzam mu za każdym razem. A on przesuwa się albo takim żabim skokiem, ryjąc brodą, albo ślizgiem do tyłu. Na razie tak mu najwygodniej. Chociaż ostatnio zademonstrował też całkiem poprawny siad płotkarski i próbę przejścia do siadu normalnego… W końcu kiedyś usiądzie. W końcu kiedyś ruszy do przodu. A ja (podobno) zatęsknię za czasem, kiedy się nie poruszał…

Ale dlaczego ja o tym na blogu, było nie było biegowym, a nie parentingowym przecież?

Bo tak sobie patrzę na tego mojego synka i mam wrażenie, że znowu mnie uczy czegoś nie tylko o sobie samym.

Bieganie jest podobno najbardziej naturalną formą ruchu. Jak zajrzycie do regulaminów większości imprez biegowych, jest tam taki zapis o tym, że jest to „promocja biegania jako najprostszej formy ruchu/aktywności”.  

Kiedy tak patrzę na wysiłki mojego synka, dochodzę do wniosku, że biegnie wcale nie jest takie proste ani naturalne, jak to się powszechnie wydaje. Zresztą, chyba już kiedyś o tym pisałam. Tak jak dla Marcina nie jest naturalne chodzenie. Jeszcze nie wie, że najpierw musi iść jedna noga, potem druga. Że najpierw jedna ręka, potem druga. Że lewa ręka z prawą nogą, a prawa ręka – z lewą nogą. Na razie wykonuje żabie skoki i pełza do tyłu.

13094265_1159497100780405_8655787300163150414_n

Niektórzy początkujący biegacze też wykonują takie żabie skoki. Na swoją miarę.

Istotą biegania, tym, co różni bieganie od chodzenia, jest faza lotu. Tak poetycko nazywa się niekiedy tzw. fazę przeniesienia. To ten moment, w którym stopa jest nad ziemią. W biegu w tej fazie jedna noga zaczyna przeniesienie w chwili, w której druga jeszcze nie zakończyła ruchu i nie dotknęła ziemi. Obie stopy są oderwane od podłoża. W tym czasie przenosimy nogę do przodu. 

Nie dla wszystkich jest to oczywiste. Niektórym się wydaje, że jeżeli rytmicznie szurają, ciągnąc śródstopiem po ziemi, to już jest bieganie. Bo dla nich taki ruch jest naturalny. I nie muszą się niczego więcej uczyć. Bo dla nich naturalne jest szuranie. I nie mam na myśli Szuranie.pl.

Inni kurczowo zaciskają uda, przebierając wyłącznie łydkami i zmuszając swoja miednicę do pokracznych wygibasów nazywanych bieganiem. Najczęściej dlatego, że nie mają ochoty i/oraz czasu na ćwiczenia wzmacniające brzuch, miednicę właśnie czy uda. Owszem, udaje im się odrywać stopy od ziemi i nawet czasami osiągnąć niezły wynik, ale… o ile mieliby ten wynik lepszy, gdyby użyli tych wszystkich mięśni i pełnej dźwigni…?

W sumie. Żabie skoki też są metodą poruszania się.

A jednak mojego syna denerwuje to, że nie przemieszcza się tak, jakby chciał. Żabi skok nie jest tym o co mu chodzi. On chce się poruszać. I niekoniecznie wybijać zęby czy obdzierać brodę przy każdym kroku. Młody się uczy poruszać. Na razie ma matkę, która cierpliwie mu tłumaczy, pokazuje, demonstruje (tak, też!), podpowiada. Jednego staram się nie robić. – Synku, ale sam musisz pójść. Mama tego za ciebie nie zrobi – mówię.

Ostatnio na spacerze w jednym z warszawskich parków widziałam grupę „biegaczy”. Wybaczcie cudzysłów. Jedna grupa poruszała się rytmicznym szuraniem, które zapewne miało być biegiem, druga podążała za nią żwawym marszem.

Tak, ludzie mogą sobie spokojnie spacerować po parku w piątkowe popołudnie, czemu nie. Mogą szurać, maszerować i poruszać się najgłupszym krokiem, jaki są w stanie wymyślić. Tylko niech nie nazywają tego bieganiem. Tak jak nie nazwiemy ruchu żółwia, ślimaka czy węża, ani nawet żaby – bieganiem. Nie oszukujmy samych siebie. Bieganie to bieganie.

W tym dziecko jest uczciwsze niż dorośli. Ono wie, że żabi skok to nie jest chodzenie, nawet na czworaka. Dlatego szuka tego właściwego ruchu. Dlatego się irytuje, że nie wychodzi. Ono się uczy, żeby było jak trzeba. Owszem, jak już się nauczy – raczkować, potem chodzić, potem biegać – to będą dla niego najbardziej naturalne formy ruchu.

Dorośli mogliby się od dzieci wiele nauczyć. Na przykład tego, że to, co wydaje się najbardziej naturalne na świecie – na początku wymaga opanowania podstaw. To, że umiesz chodzić, nie znaczy, że umiesz biegać. Ucz się, naśladuj, szukaj mistrzów. Oderwij się od ziemi. Dopiero wtedy nazwij się biegaczem.

ANIAPP_KSIAZKA_3Fot.: Piotr SIliniewicz, Silne Studio. 

Zielono na talerzu… czyli dwa super proste dania, a Ania wraca do weganowania >

< Aktywny Dzień Dziecka i mały prezencik

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci