Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Aktywny Dzień Dziecka i mały prezencik

beautyandb

O tym, czego możemy się nauczyć od dziecka albo dzięki dziecku, już było (m.in. tu, tu i tu) i pewnie jeszcze będzie. Będzie też o pierwszym półroczu z młodym człowiekiem, ale poczekamy aż minie to pół roku. A to już niebawem. I… uczcimy ten fakt wspólnym startem w jednym takim biegu. Ale o tym, i o prezenciku, będzie na koniec wpisu.

Na początek za to będzie… O prezencie. Prezent sprawiliśmy sobie wszyscy troje z okazji Dnia Dziecka. I przyjechał w środę w samo południe. Miałam ochotę wypróbować go zaraz i natychmiast, ale trzeba było napompować kółka, posprawdzać wszystkie śrubki i tak dalej, a małżonek znalazł na to wszystko czas dopiero w czwartkowy wieczór. W piątek od rana jakoś się nie składało, a poza tym wymyśliłam sobie, że…

Jak początek – to od razu na jakimś starcie. W końcu zaczynało się tę biegową przygodę od samych startów, nie?  Dla tych, którzy krócej czytają bloga, nadmienię, że kiedyś nie było tak, że zawody w Warszawie są w każdy weekend, w pięciu lokalizacjach i do wyboru do koloru. Kiedyś jak były częściej niż raz w miesiącu, to już było święto. Ale… może dlatego dzisiaj zawody już nie mają tego nimbu święta?

Dla mnie jednak zostało coś magicznego w startach.

A żeby od razu nie rzucić się na głęboką wodę, zachowawczo postanowiłam się wybrać na… Aktywny Dzień Dziecka z Biegiem Wdzięczności w Lake Park Wilanów. Oczywiście, z Marcinem. Bo Tomasz w tym samym czasie mierzył skoki i rzuty w Mistrzostwach Polski w Wielobojach na drugim końcu Warszawy, na AWF.

Więc zapakowałam Marcina, nasz prezent, torbę rzeczy dla syna, torbę rzeczy dla siebie – i hajda! Po drodze trochę pobłądziliśmy (ach, te GPS-y!), ale w końcu trafiliśmy na miejsce. A miejsce okazało się – genialne! Zameldowaliśmy jako jedni z pierwszych, bo nie zdążyłam się zapisać przez Internet i byłam przygotowana na tłumy, a tu miłe zaskoczenie. Właśnie ruszało Biuro Zawodów, zostałam od ręki wciągnięta na listę, dostałam pakiecik – i nagle znalazłam się w małym raju. Zielona przystrzyżona trawka. Hamaki, leżaki, bary… Ach! I do tego pełne słońce, dobrze ponad 20 stopni od rana… Zaraz, czy ja pisałam coś o bieganiu?

13331130_1166424786721576_7190337799405301877_n

No, tak. Bo w tym uroczym zakątku jest taki nowy cykl biegów. Przynajmniej w tym sezonie. Biega się na 4 i na 8 km. Który dystans obstawiła Ania po tym, jak w maju biegała dosłownie 3 razy? No, który? Dłuższy :) To przecież jasne.

Ale póki co wyłożyliśmy się z synem na hamaku, wystawiliśmy pyszczydła do słońca, młody nawet lekko przysnął, a ja się organizowałam. Po drzemce nastąpiło karmienie, kleik ze słoiczka, mleko z… wiadomo skąd… , potem przebieranie matki, potem przepakowanie i przezbrojenie zasobów, wrecie przygotowanie strategicznych zapasów na drogę: butelka z mlekiem, butelka z wodą, woda dla mamy, dwa gryzaki (dla syna), miejsce na telefon…

I tak nam zeszło, że prawie przegapiliśmy biegi dzieci. A potem znowu karmienie, pakowanie depozytu do samochodu i niecierpliwienie się przed startem. Już wiedziałam, że łatwo nie będzie.

Bo co prawda nasz prezent, w sensie prezentu samozakupionego, Bob Sport Utility Stroller, czyli całkiem zgrabny jeep wśród wózków, jest przeznaczony do biegania w trudnym terenie, ale w instrukcji stało, że bieganie w trudnym terenie dopiero po 9. miesiącu. Dlatego odpuściliśmy dzisiaj start w posąsiedzkim Wiązowna Trail (trochę żałuję, ale cóż), bo o ile wózek by dał radę, to kręgosłup młodego może niekoniecznie. Tym bardziej, że na tym wczorajszym biegu właśnie trasa niby nie była trudna, ale… wertepiasta. Inaczej – to co dla buta jest prawie nieodczuwalne – dla kółek było odczuwalne aż za bardzo. A zwłaszcza wszystkie drobne kamyczki niewbite w nawierzchnię drogi. Wszystkie koleiny, pozostałości po kałużach i tak dalej…

Na starcie ustawiłam się grzecznie na szarym końcu stawki. Zaciągnęłam budę, ile się dało, bo słońce prażyło jak wściekłe. I ruszyłam. Marcin, który jeszcze przed chwilą marudził w wózku, zamilkł. Gdzieś w połowie kółka zaczęło mi się wydawać, że śpi. Pod koniec okrążenia podpytałam kogoś – faktycznie spał. Super dziecko przespało ponad trzy okrążenia, w trakcie których matka sapała i dyszała jak lokomotywa, po to by obudzić się na sam finisz. A i wtedy nawet nie zamarudził, tylko grzecznie się bawiła gryzaczkiem…

IMG_7078Fot. Natalia Kielak

Matka tymczasem musiała opanować chęć przyspieszania za wszelką cenę, bo jednak te kamyczki. Musiała też opanować prowadzenie wózka, który był nad wyraz przyjazny i prawie sam biegł. Całe szczęście, że kiedyś na bieżni mechanicznej miałam idiotyczny zwyczaj biegania trzymając się obudowy (nie, nie róbcie tak, mnie te ręce po prostu przeszkadzały). Dzięki temu bieg z rękami na poręczy wózka, na razie dwiema rękami, nie nastręczał specjalnych trudności. Wszystko to w zawrotnym tempie między 6:15 a 6:30.

Okazało się, że pozwoliło to nie tylko nie zająć ostatniego miejsca (35 na 42 startujacych ;)), ale…

… jak się okazało w trakcie dekoracji, w tym debiucie w duecie zajęliśmy z Marcinem…, to jest, pardon, matka zajęła II miejsce w kategorii Masters pań (na całe 5 startujących ;-)).

A zatem zaliczyliśmy z synem pierwsze wspólne podium. I mamy pierwszy wspólny puchar :)

 

A na zawodach, w których uczestniczyło raptem kilkadziesiąt osób, spotkaliśmy masę znajomych i odbyliśmy mnóstwo przemiłych rozmów. I mimo tego, że nie było tłumów i bieg był raczej kameralny, organizacja od odbioru czipa rano w biurze zawodów do jego oddania (prawie zapomniałam) była nienachalnie profesjonalna w każdym calu i przypomniała mi te biegi sprzed lat, które uwielbiałam i do których mam sentyment do dziś.

Coś czuję przez skórę, że do Lake Park jeszcze wrócimy…

Tymczasem jednak powoli trzeba się trochę przyszykować na starty, do których mam sentyment szczególny. Za niespełna tydzień, w sobotę, Bieg Marszałka w Sulejówku… Pamiętam pierwszą edycję tego biegu…

Pamiętam też pierwszą edycję innego okołowarszawskiego biegu, który darzę szczególnym sentymentem. Avon kontra Przemoc w Garwolinie. Wcale niełatwa trasa, na której jednak można dobrze pobiec… Ciekawe, jak to będzie z wózkiem…?

Aaaa. Właśnie. Bo na spóźniony Dzień Dziecka ja mam dla Was prezent. To znaczy, nie dla wszystkich. Dla jednej osoby, której będzie się chciało i w komentarzu napisze jako pierwsza, jaki wynik łączny i które miejsce miałam w klasyfikacji „all timers”, czyli tych którzy ukończyli wszystkie edycje po V biegu w Garwolinie. Ta osoba w nagrodę będzie mogła pobiec w Garwolinie, bo dostanie pakiecik startowy :)

A ja od jutra zagęszczam trening, bo już nie mam na co zwalić, bolid jest pierwsza klasa, syn też.    

I czekam na komentarze. Powiedzmy, do wtorku do 12:00 (południe). 

Żabie skoki i faza lotu >

< Zrobić dzień, czyli o IX Biegu Marszałka

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci