Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Zakochaj się w triathlonie - 5150 Warsaw w spojrzeniu szalonej matki ;-)

beautyandb

Co robi matka wariatka w świętą niedzielę? Zrywa siebie i półroczne dziecko,  w 25 minut ogarnia siebie i dziecko (przy wydatnej pomocy małżonka) do wyjścia i o 6 rano wyrusza z domu…

A wszystko to przez nową imprezę w warszawskim kalendarzu. I to bynajmniej nie biegową , a przynajmniej – nie do końca. 5150 Warsaw Triathlon.

Trzeba mieć naprawdę mocno nie po kolei w głowie, żeby taką imprezę wymyślić. Normalni ludzie nie wymyślają takich rzeczy.  To mogło się zrodzić tylko w głowach prawdziwych…. Szajbusów od triatlonu. Nie przypadkiem za warszawską imprezą stoją te same głowy i ręce, co za gdyńską imprezą, według wielu opinii – najbardziej wypasioną w Polsce. No, przynajmniej do wczoraj najbardziej.

W każdym razie sam pomysł startu nad Zegrzem, przejazdu do Warszawy rowerem i biegu po samym sersu stolicy z metą na Placu Teatralnym jeszcze do przedwczoraj wydawał mi się kompletnie absurdalny, a dzisiaj wiem, że inaczej nie można było tego wymyślić i że…  

O mojej póki co jednorazowej przygodzie z triatlonem pisałam jakiś czas temu (tu i tu). Od tamtej pory niby nauczyłam się lepiej pływać, ale potem przestałam, niespecjalnie też pokochałam rower. I póki co się to nie zmieni, bo jest Marcin i to on jest teraz moją największą pasją. Na inne trochę szkoda mi czasu. No, poza bieganiem ;) Jak już to poukładam…

„(…) bo nabrałam ochoty na ten start” – napisałam dzisiaj do Jaśka, gratulując mu imprezy.

 Bo jak tu nie nabrać…

DSC_0022_13

To Zegrze o ósmej rano, w pełnym słońcu, niebo bez jednej chmurki, niemal lazur. Te tłumy w tych dziwnych strojach, których przeznaczenie tłumaczyłam Marcinkowi. Synal patrzył okrągłymi oczami. Te rowery w strefie zmian… Ta atmosfera w autokarze (tak, byłam w tej komfortowej sytuacji, że jechałam sobie z samą elitą), przed startem – napięcie, patrzenie na zegarki, rozmowy o sprzęcie, o kołach, o rowerach. I potem, kiedy ruszyliśmy tuż po stracie pro do Warszawy, wspólne oglądanie transmisji na telefonach komórkowych. Dopiero z transmisji dowiedzieliśmy się o opóźnieniu pozostałych startów.

 

A dopiero na mecie było widać, jak to rozbiło zawody. Ale szacun dla organizatorów za szybką reakcję i mimo wszystko sprawne działanie. Wiadomo, bezpieczeństwo uczestników przede wszystkim.

Trasę rowerową głównie podglądałam w transmisji. Pieękna….! I wyglądała na szybką. Choć niektórzy twierdzą, że była ciut dłuższa.

Potem strefa zmian na Pl. Teatralnym i 10 km biegu w samym centrum Warszawy, w tym zbieg i podbieg Karową, kryterium asów, ten ślimak, który jest OS-em kierowców w Rajdzie Barbórki, ale sprawdzał też niejednokrotnie nogi kolarzy w Tour de Pologne. Wczoraj sprawdzał hart ducha triatlonistów.

Wymuszony podział na pro i amatorów trochę odebrał atrakcyjności i rozbił spójność zawodów. Właściwie cała elita od dobrych kilkunastu, jeśli nie kilkudziestu minut była już na mecie, kiedy do strefy zmian zaczęli dojeżdżać pierwsi amatorzy.

O ile wśród pros kojarzyłam jakieś pojedyncze nazwiska i kibicowałam przede wszystkim Mikołajowi Luftowi i debiutującej w kategorii pro Asi Skutkiewicz, o tyle teraz zaczęło się wypatrywani znajomych, których przecież było tu mnóstwo. Ich emocje chyba też mi się udzieliły, bo nawet tłukłam w bandę przy mecie i zdaje się że coś krzyczałam.

A to wszystko z nieodłącznym synalem, który spędzał dzień jak mały kangurek – na matce przytulony w nosidle. I prawie nie marudził. Miał chęć spać – to drzemał, miał chęć jeść, to dawał mi znać i robiliśmy sobie dyskretne mniej lub bardziej posiadówki. I tak aż prawie do samego końca, prawie, bo w końcu zmęczenie wzięło  górę i po angielsku zniknęliśmy z tej warszawskiej imprezy, której hasłem było „Zakochaj się w triathlonie”.

Fakt. Wczoraj można się było zakochać. I mam nadzieję, że zakochiwali się nie tylko bliscy i znajomi królika i uczestników, ale też ci przypadkowi przechodnie, których przecież w niedzielę w sercu Warszawy nie brakowało i którzy przystawali zdumieni (no, dobra, niektórzy też pewnie wkurzeni, ale licencia poetica…)

A synkowi tak się spodobało, że mimo wczesnej pobudki, do późnego wieczora energia go rozpierała i kiedy już matka podpierała się nosem, on dalej się uśmiechał i był skory do zabawy. Czyżby zaczynał trenować…?

Na razie na szczęście tylko podpór przodem i przewroty w różne strony.

A ja naprawdę liczę na to, że wczorajszy 5150 Warsaw Triathlon był pierwszą edycją imprezy, która na dłużej wpisze się w kalendarz stolicy. Bo nawet z punktu widzenia zaangażowanego kibica impreza była świetna. Wiem, zawsze znajdą się malkontenci. Ale imprezy idealne nie istnieją. W Warszawie mnie przekonuje rozmach idei i rozmach organizacyjno-logistyczny. To raczej nie była impreza robiona dla pieniędzy. Dla pieniędzy to na upartego można się było kręcić w kółko nad Zegrzem. Ale wtedy pewnie nie byloby magicznego znaczka Ironmana w logo imprezy.

 

Nie będę ściemniać. Triathlon to nie moja bajka. Ale na ten start w Warszawie zdecydowanie nabrałam ochoty. 

A kto nie widział, ten trąba :P

 

Zrobić dzień, czyli o IX Biegu Marszałka >

< Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia. #EURO2016

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci