Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Zrobić dzień, czyli o IX Biegu Marszałka

beautyandb

To mógł być bardzo kiepski dzień. Zaczął się … jeszcze w nocy, kiedy to synek obudziła się po raz trzeci, czyli co najmniej raz więcej niż zazwyczaj. Może mu było za gorąco, a może zwyczajnie żeby mu idą, to już ten czas. W efekcie budzik mnie nie obudził aż tak szybko… W rezultacie wstałam pawie godzinę później niż planowałam. Ergo, planowałam za wcześnie, skoro i tak w sumie zdążyliśmy ze wszystkim.

Nawet śniadanie było zdrowe, węglowodanowe i … fotogeniczne.

A ze śniadania łatwo się dało zrobić śniadanie na wynos dla synka (kasza jaglana + truskawki + 30 sekund miksera).

Ale potem się działo…

Do Sulejówka dojechaliśmy w samą porę. Tak dojechaliśmy… Pamiętam I Bieg Marszałka. Wypadał dzień (no, dwa dni, półtorej dobry, dwie noce) po naszej przeprowadzce do Starej Miłosnej. I pamiętam też, jak radośnie pobiegłam wtedy z domu na start, bo przecież to blisko. Jest blisko, raptem 5 km…  W sam raz rozgrzewka na 30 stopni…

Tym razem wszystko szło jak z płatka. Małżonek wziął pistolet (startowy!) i odpłynął na starty biegów dziecięcych, a ja zapakowałam syna do wózka i poszłam odebrać pakiet oraz polansować się w Biurze Zawodów i okolicach.  I kiedy już miałam się wkurzyć, że przecież jak ja wózkiem wjadę do szkoły, okazało się, że szkoła ma wygodny podjazd. Niestety, dalej już tak łatwo nie było, bo Biuro Zawodów na piętrze, a schody – jak to schody w szkole. Więc zaparkowałam obok innego wózka, małoletniego pod pachę i hajda! Numer odebraliśmy w 2 minuty (razem z koszulką, agrafkami i bodaj JEDNĄ ulotką), popozowaliśmy, pogadaliśmy i spokojnie zeszliśmy na dół.

Do startu było jeszcze mnóstwo czasu, więc matka postanowiła dać synkowi kaszkę… O, matko! Co też ci do głowy przyszło. A super dziecko nagle jakby postanowiło przestać być super i na chwilę stało się normalnym dzieckiem... Niby jadło, ale okraszało to jedzenie akompaniamentem pretensji i złości. Tyle, że nie chciało też… przestać jeść. Pomysły w postaci karmienia na rękach, na bagażniku samochodu i innych takich miały jedynie taki skutek, że nie tylko synek był wysmarowany kaszką, ale powoli i mama nabierała barw jaglanki z truskawkami… W międzyczasie konstatując, że musi sama coś wypić, żeby nie paść zaraz po starcie, powinna też raczej zdjąć czarne dresy… Starty dzieci dobiegły końca, ale małżonek, zamiast zajrzeć i zapytać, czy w czymś nie pomoc, popędził pod pomnik Marszałka na start honorowy. Tymczasem małżonka próbowała się przygotować do startu ostrego… Bardzo ostrego, bo gotowała się od środka…

Żeby w ogóle zdjąć dresy, trzeba było synka … (uwaga, scena drastyczna) wsadzić do bagażnika samochodu (otwartego rzecz jasna). Potem syn wrócił do wózka, a w bagażniku wylądowały wszystkie torby. Na wypadek jakby ojciec małżonek zapomniał, że miał przejąć syna na czas biegu. Wózek był biegowy na szczęście.  Potem trzeba było jeszcze syna odczepić od kranika z mleczkiem mamusi. Na szczęście mieliśmy na podorędziu butlę…

Wreszcie tuż przed startem synek zasnął, a na horyzoncie pojawił się jego tatuś. Wpadł na genialnny pomysł.

– To oddasz mi wózek za linią startu?  

- Słucham…? – moje oczy już nie tylko ciskały pioruny, ale na dodatek zrobiły się ogromne, jak u tego psa z Andersena…

- W sumie mogę go teraz wziąć, ale jak będę strzelał, to synek się może obudzić… - nie ma to jak wziąć kobietę na instynkt macierzyński, nie?

Z westchnieniem ustawiłam się na samym końcu stawki, żeby nie przeszkadzać z tym wózkiem.

I nadal gotowa w razie czego pokonywać z nim całą trasę.

Na szczęście jednak sędzia małżonek stał zaraz z linią w gotowości i przejął syna.

A ja wreszcie mogłam zająć się biegiem. Wystrzeliłam jak z procy. Zaraz się jednak zmitygowałam, bo jednak 10 km dawno już nie biegałam. No, w czwartek, ale to treningowo.  A i tak się zmęczyłam. Dzisiaj założeniem było zmieścić się poniżej godziny. Start z samego końca miał tę zaletę, że wyprzedzałam. Jak mały rozpędzający się czołg (te gabaryty, ciągle jeszcze za duże). Pogodna była nie najgorsza, nie było, o dziwo, upału, ale Sulejówek i jego kibice byli przygotowani po zęby. Na trasie dwie kurtyny wodne, punkty z wodą co kilometr (korzystałam, a jakże, z każdego!), idealnie oznakowane kilometry…

Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi to powiedział przed biegiem. Szlam równo jak maszyna. Lekko zwalniając pod górkę i przyspieszając na zbiegu. Na długiej prostej trochę przeszkadzał wiatr, ale bez przesady, nie walczyłam o sekundy. Obok złamania godziny, celem było pobiec dobrze, ale na luzie. Po pierwszym okrążeniu byłam pozytywnie zaskoczona czasem, ale też pełna obaw co do kolejnych dwóch kółek, bo może jednak biegnę za szybko….? Nie dobiegłam jeszcze do półmetka, kiedy zdublował mnie zwycięzca. W okolicach półmetka minęli mnie także drugi i trzeci zawodnik, tylko tego ostatniego rozpoznałam i nawet pokibicowałam.

Tymczasem przy trasie nie brakowało kibiców, którzy także mnie dopingowali, dzięki czemu skrzydła mi rosły, micha się cieszyła, a motywacja fruwała gdzieś pod chmurami…

Drugie kółko skończyłam w czasie zbliżonym do pierwszego i dalej byłam w stanie trzymać tempo. Szybkie obliczenia w głowie pozwoliły mi pomyśleć o… złamaniu 55 minut, a nawet, gdybym jednak zdołała jakimś cudem utrzymać tempo, o okolicach 52 minut…

Chyba zaczęłam lekko przyspieszać. Jeszcze rozsądek nakazywał trzymanie nerwów i nóg na wodzy, ale nogi pracowały jak automaty.

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze następny, brama, zbieg na stadion… Czułam się jak u siebie w domu, doskonale pamiętałam każdy niuans tej trasy.

Jeszcze tylko na ostatnim wirażu na stadionie trochę przedobrzyłam ze ściganiem, jeszcze dałam się wyprzedzić przed samą metą, ale…

51:54.

Ja wiem, żaden tam fajerwerk. 273 miejsce, 27 wśród kobiet, 9 w kategorii wiekowej.

Ale to nieważne.

Ważny – medal na mecie od Joasi Piwowarczyk, szefowej PR Biegu Marszałka.  

Ważny - uśmiech i zaskoczone spojrzenie małżonka patrzącego na zegarek.

Najważniejszy – uśmiech synka na widok mamy.        

13411870_1170837489613639_3270064283959944573_o

A potem mnóstwo spotkań. Tych na jedno zdanie. I tych na dłuższą pogawędkę. Ze znajomymi. Tymi od lat i tymi znanymi z sieci, którzy dzisiaj nabrali fizyczności. I tymi ostatnio poznanymi na spotkaniu w sulejówkowskiej bibliotece. I wreszcie z tymi całkiem nieznajomymi, którzy czytają bloga.

Dziękuję :) Zrobiliście mi dzień. 

A przecież mogło być od rana piekło, jak mawia pewna bliska mi osoba... 

PS. Z wyników nadal nieoficjalnych międzyczasy kolejnych okrążeń: 16:46, 16:40, 16:38. Mówiłam, że czołg i że maszyna? 

Aktywny Dzień Dziecka i mały prezencik >

< Zakochaj się w triathlonie - 5150 Warsaw w spojrzeniu szalonej matki ;-)

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci