Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Życiowa Dycha, czyli Ania u źródeł

beautyandb

Albo też i u wód, bo chyba tak drzewiej pisywałam o wizytach w Krynicy, niegdyś dość regularnych i po części też z wodą związanych. Bo, kto czytywał jeszcze starszą wersję bloga, ten może pamięta, że pierwszy raz do Krynicy zawitaliśmy z małżonkiem mniej więcej razem z powodzią i Festiwalem Biegowym, który się nie odbył… A potem już w różnych konfiguracjach bywałam na Festiwalu, choćby jeden dzień czy choćby pół dnia, jak w 2012 r., kiedy osobista siostra postanowiła akurat wydać się za mąż akurat w weekend festiwalowy…. Ale milę udało mi się nawet wtedy pobiec. A w 2013 r. pobiegłam nawet maraton i był to jeden z najfajniejszych maratonów, jakie udało mi się przebiec…    

Dopiero rok temu do Krynicy nie pojechałam. A nie pojechałam, bo nie biegałam, bo czekałam na Marcina, bo… Chociaż do ostatniego tygodnia się wahałam i zastanawiałam, liczyłam i kombinowałam. No, ale w końcu wyszło, że jednak rozsądniej będzie zostać w Warszawie.

W tym roku było dokładnie odwrotnie. Do Krynicy jakoś się nie wybierałam. Z różnych powodów, przede wszystkim dlatego, że…no, w każdym razie jakoś mało biegam. Jechać na drugi koniec Polski, żeby sprawdzić, jak bardzo nie biegam, to jednak byłby zbytek masochizmu. A ja masochistką nie jestem. Szczególnie od kiedy jest Marcin.

Noale. Na tydzień przed, a właściwie prawie dwa tygodnie przed Festiwalem, ale tydzień przed Forum Ekonomicznym, okazało się, że mam jechać. I już. Niezbędnie. I koniecznie.

Well…

Zapowiadała się niezła wyprawa.

Na całe szczęście nasza i Marcina ukochana Ciocia, która od dwóch miesięcy pielęgnuje i dogląda nasz skarb, zgodziła się pojechać ze mną. Na całe szczęście udało mi się jakoś upakować samochód na tygodniowy wyjazd trzech osób w porze dwuznacznej klimatycznie. Zapakowany był po sam dach i przednie siedzenie. Na całe szczęście trafił mi się najlepszy możliwy egzemplarz dziecka (oczywiście z tendencjami do normalności, ale jednak).

W każdym razie w czwartek… Tak, dobrze czytacie. W CZWARTEK, kiedy forum już dobiegało końca i okazało się, że ekonomiczniej i ergonomiczniej będzie spędzić piątek jeszcze w Krynicy i tam popracować, a dopiero w weekend się przemieszczać… Dopiero wtedy stwierdziłam, że być w Krynicy i nie pobiegać to tak jak być w Krynicy i nie być na Górze Parkowej.

Dlatego w piątek zaraz po tym jak wyszło słońce, wzięłam Marcina w nosidło i zasunęliśmy szybki, sportowy spacer na Górę Parkową.

14238145_1236329483064439_6859723394470186366_n

A potem ja się wzięłam do pracy, a młody poszedł korzystać z dobrej zmiany. Klimatycznej. Która wyjątkowo mu służyła.

Za to po południu wybraliśmy się już razem na spotkanie z Marcinem Lewandowskim. Żeby w końcu zrobić sobie zdjęcie z „patronem”. – Bo wiesz, jak mówię, że on jest Marcin po Lewandowskim, to ludzie na mnie patrzą jak na kosmitkę…

Marcin (mały) łaskawie popozował do zdjęcia, a potem próbował zawłaszczyć spotkanie, spacerując po całej sali i wdrapując się po schodkach na scenę. Cóż, taka okazja, tyle miękkiej i w miarę czystej wykładziny, szkoda by było nie wykorzystać J A matka ma podzielną uwagę ;-)

14249953_1251554064908041_6620831194865124480_o

Późniejszym popołudniem razem z Marcinem (synem znaczy) próbowaliśmy pobiec w piętnastce, ale… trochę nam nie wyszło. O tym może będzie kolejne story, bo znowu nauczyłam się czegoś ważnego. W każdym razie w Życiowej Dziesiątce wystartowałam już sama. I kompletnie na luzie, bo wiedziałam, że nie mam się z czego ani do czego spinać. Kiedyś na tej trasie zrobiłam życiówkę lekko poniżej 44 minut i raczej w najbliższym czasie nie zanosi się, żebym miała tak szybko biegać.

To, że pobiegłam bez Marcina, było całkiem rozsądne jak na mnie. Bo upał był niemiłosierny, żar żywy lał się z nieba i niechybne usmażyłabym syna na skwarkę. Nawet przy opuszczonej budzie. Dziecko to jednak nie zabawka jest i nie maskotka ani nie dodatek do mamusi. Nawet jeżeli wózek oznacza + 100 do lansu.

Ale wróćmy do dychy. Dycha okazała się mieć zmienioną trasę. Jeszcze szybszą i jeszcze bardziej życiową. Co oczywiście w moim konkretnym przypadku nie mogło mieć znaczenia, a w panujących okolicznościach pogodowych – dla niewielu pewnie miało. Dla mnie to było utrudnienie o tyle, że poprzednią trasę znałam co do kamienia, zakrętu, fałdu w terenie. A teraz wszystko było przesunięte o blisko kilometr i musiałam mocno popracować głową, żeby w miejscu starego piątego kilometra zaakceptować, że jest dopiero czwarty, a miejscu ósmego – dopiero siódmy…

Zaskakująca też był końcówka, która zamiast do rynku w Muszynie wiodła obwodnicą, a następnie przez uliczkę i mostek kierowała do zupełnie nowego miejsca mety. Miejsca z o wiele lepszym zapleczem, choć szkoda tego uroczego rynku muszyńskiego.

Na trasie walczyłam nie tylko z tym, że moja wdrukowana w głowę trasa wyglądała trochę inaczej i była… „o kilometr krótsza”. Także z tym, że ostatnio naprawdę mało biegam i jeżeli biegam – to po jakieś 7-8 km. Tyle wynosi moja strefa komfortu. Więcej – trochę mi się nie chce, trochę nie mam motywacji, trochę – szkoda mi czasu. Więc teraz stanęłam przed wyzwaniem – kiedy odpuścić i przejść do marszu. Najpierw miałam dociągnąć do półmetka. Ulala, też mi wyzwanie. No dobra, chociaż do 6 kilometra, żeby została tzw. mniejsza połowa. Na 5 km lekko zwolniłam na punkcie z piciem, piłam w marszu. Ale napiłam się i włączyłam funkcję truchcik. Potem gdzieś pod koniec 9. Kilometra, który moim zdaniem już powinien być dziesiątym, ale…nowa trasa. I wtedy pozbierał mnie doping jakiejś rodzinki. Znowu truchcik, tak jakoś na luzie i … zaskoczyło. W sumie zrobiłam może 10 marszowych kroków. W całym biegu – może 100 metrów.

A za metą …

Poszłam pod prysznic, bo był. Także damski i nawet niespecjalnie oblegany. Przebrałam się w cywilki. I poszłam szukać autokarów do Krynicy, bo wiecie….

Marcin czekał na mamę.

Ale coś się zmieniło. Tak jak na to liczyłam. Na tej trasie, przesuwając sobie granicę o kolejny kilometr, poczułam, jak bardzo mi brakuje biegania. Gadanie o bieganiu to nie to samo. Ani nawet pisanie. Ile można czytać o cudzych kilometrach. Wróciłam do źródła, do Krynicy, zaczzzerpnełam i…

Cóż.

Dajcie mi kilka dni :)   

Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia. #EURO2016 >

< Ania ogląda: Chasing the Breath – W pogoni za oddechem

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • ala1449

    Oby tak dalej będę na ciebie zawsze trzymać kciuki
    Masz niezłego bloga <3

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci