Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Ania ogląda: Chasing the Breath – W pogoni za oddechem

beautyandb

Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za marzeniami”, bo przede wszystkim o wielkiej pasji i o marzeniach, które dzięki pasji, konsekwencji i pracy można zrealizować, opowiada. I o kosztach takiego życia. Nie tylko, a może przede wszystkim nie finansowych. Ale o tym za chwilę.    

Tytułowy oddech jest o tyle ważny, że Everest Marathon jest maratonem rozgrywanym najwyżej na świecie. Jego start jest położony na wysokości prawie 5200 m npm. Zawartość tlenu w powietrzu na tej wysokości wynosi ok. 50 %, co powoduje, że jakikolwiek wysiłek, o biegu maratońskim nie wspominając, urasta do rangi wyczynu. Nic dziwnego, że w czołówce maratonu, w którym startuje ok. 200 osób, miejsca w czołówce zajmują przede wszystkim Szerpowie, dla których jest to środowisko naturalne, oni żyją w tych górach na co dzień i ich organizmy od dziecka adaptują się do tak trudnych warunków.

O tym, że oddech jest ważny przekonują pierwsze sekundy filmu – jeszcze zanim zobaczymy bohatera – słyszymy, jak ciężko oddycha. Ten jego oddech usłyszymy jeszcze w kilku scenach i na zakończenie filmu. Na jednym portalu biegowym przeczytałam, że bohater słynie z takiego „głośnego” oddechu w trakcie biegania. Nie wiem, bo jak zaczynałam biegać i byłam na jakichś trasach dublowana przez Roberta, jeszcze nie wiedziałam, że on to on. A potem już nie byłam dublowana J Za to biegałam wystarczająco daleko, żeby tego nie słyszeć, za to podziwiać wyniki. Bo jak zaczynałam biegać w 2007 r. to w czołówce amatorskich biegów w Warszawie był Marcin Kufel (halo, czy ktoś wie, gdzie jest Marcin?), Słonik, czyli Sebastian Polak i Celiński. Któryś z Celińskich. Alex lub jeden z dwóch Robertów.  

I to właśnie Robert Celiński „starszy” jest bohaterem filmu „Chasing the Breath – W pogoni za oddechem”. Bo Robert od kilku lat jeździ w maju w Himalaje. Spędza tam kilka tygodni – i biega. A na koniec startuje w Everest Marathon. I jest… pierwszy za Szerpami. Od dwóch lat regularnie zajmuje piąte miejsce, ale jego strata do autochtonów systematycznie maleje. Kto wie, co będzie w tym roku… My już trzymamy kciuki za Roberta!

15895634_1364763086887744_2972722304055582771_o

Tymczasem jednak wróćmy do filmu.

Nie jestem jakimś wybitnym znawcą ani krytykiem filmowym. Ale kilka filmów o biegaczach, o biegach, o ekstremalnych wyzwaniach, które sobie ludzie stawiają – widziałam. I „Chasing the Breath… ” z pewnością należy do tych dobrych filmów. Bez żadnego zażenowania i wstydu może być wyświetlany w cyklach dokumentalnych Planete+ czy podobnych, może też, a nawet powinien trafić na festiwale filmowe i wreszcie – do kin. Pewnie małych, studyjnych, ale jednak. 55 minut, które się nie dłużą. Ba! Na koniec pozostaje wrażenie niedosytu, wrażenie, że czegoś jeszcze zabrakło, że być może można pokazać więcej. Duża w tym zasługa dynamicznego montażu, świetnych zdjęć, dbałości o szczegóły. Bardzo mocną stroną filmu jest też ścieżka dźwiękowa. Starannie dobrana muzyka, standardy i evergreeny muzyki popularnej są tłem dla opowieści o walce z własnymi słabościami, o walce o marzenia. Bomba! Słowa uznania dla drugiego z bohaterów, Adriana Dmocha, człowieka, który ten film zrobił.

A teraz najważniejsze – fabuła. W przypadku takich filmów właściwie bardziej historia. To nie jest film o tym, jak biegać w górach. To nie jest film o tym, jak trenować bieganie. To wreszcie nie jest film o Everest Marathon. To jest historia faceta, który w pogoni za marzeniami z małej miejscowości pod Łukowem wybiegł prawie pod samo niebo, na najwyższą górę świata. A teraz chce z niej „zbiec” tak szybko jak Szerpowie. Nie przypadkiem słowo „zbiec” jest w cudzysłowie. Everest Marathon to nie jest zbieganie. To zbiegi i podbiegi, na skalistej nawierzchni, gdzie moment nieuwagi może być bardzo kosztowny. I jeszcze ten tlen, a w zasadzie jego brak. Tak, Robert goni własny oddech. Ale goni przede wszystkim swoje marzenie. Jak sam mówi w filmie – dzięki bieganiu poznał świat. Dzięki bieganiu przedłuża swoją młodość. Na Evereście jest już gwiazdą.

Ale pasja, realizowana na tak wysokim poziomie, wymaga też poświęceń. I nie chodzi tylko o wymiar finansowy, o to, że zanurzając się w marzeniach, człowiek musi tymi marzeniami po części żyć, bo one są wymagające i niechętnie się dzielą. Chodzi też o wymiar czysto ludzki, emocjonalny, wymiar relacji międzyludzkich. I o tym Robert też w tym filmie mówi – bardzo otwarcie, bardzo szczerze, bardzo po prostu. Czym już do końca zdobywa mój szacunek i uznanie. I chociaż kiedy w takcie filmu sam siebie zrazu słabo, a potem mocniej, przekonuje: „Jestem zwycięzcą!” – nie do końca mu wierzę, to jednak na koniec muszę przyznać, z nutką zazdrości – tak Robert. Jesteś zwycięzcą! I trzymam kciuki za Twoją pogoń – za marzeniami, za pasją, za oddechem.

A tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, co ja (dziękuję, Robert, za zaproszenie na pokaz) i jeszcze filmu nie widzieli – serdecznie polecam.  

        

Życiowa Dycha, czyli Ania u źródeł >

< No to wróciłam. Oczywiście w Warszawie

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci