Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

No to wróciłam. Oczywiście w Warszawie

beautyandb

No to wróciłam. Na razie głównie do biegania, z pisaniem jeszcze trochę gorzej, ale plan jest ambitny. Choć przez minione trzy miesiące przekonałam się, że plan to nie wszystko. I że bez planu można też nieżle działać i osiągać swoje cele. Wiem, wiem, gdyby był plan, to i może i cel byłby ambitniejszy, może i jeszcze lepszy wynik. Ale jak dla mnie na razie wystarczy.

To był mój dziesiąty start w Półmaratonie Warszawskim. Taki rocznicowy rok, chodzi mi po głowie pewne rocznicowe szaleństwo, ale jeszcze mu nie uległam (nie namawiać, jak decyzja zapadnie, to ogłoszę). I chociaż od życiówki dzieliło mnie w niedzielę dobre 12 minut (no, bez kilku sekund), to i tak miałam się z czego cieszyć. I cieszyłam się tak, że żeby nie uszy, to uśmiechałabym się naokoło głowy. Za metą, z medalem, śmiałam się i jednocześnie miałam łzy w oczach, czyli popadłam w stan mojej biegowej histerii, co zazwyczaj oznacza, że było dobrze.

Bo było. A nawet nadspodziewanie dobrze.

Nadspodziewanie dobry okazał się czas. Kiedy kilka dni przed półmaratonem ogłoszono listę zajęcy, miałam dylemat, czy pobiec z Iwonką na 1:55, czy raczej próbować biec z pacem na 1:50 i próbować nie dać mu uciec. A może zacząć z Iwonką, a potem ewentualnie przyspieszyć? A może jednak na 1:50, a potem kontrolowanie zwalniać? Zapytacie, dlaczego zwalniać? Bo jakoś 21 km w tempie 5:12 leżało w mojej głowie poza granicą aktualnych możliwości.

Generalnie interesował mnie wynik poniżej 2 godzin, coś w okolicach 1:55. To byłam sobie w stanie wyobrazić. Zwłaszcza po kontrolno-treningowym starcie w Wiązownej, gdzie nabiegałam 1:56.

Nadspodziewanie dobra okazała się też pogoda. Oczywiście, dla biegacza to nie jest dobra wiadomość. Chyba że biegacz ma intuicję i się dobrze ubierze. Udało mi się być w grupie szczęściarzy. A mówiąc wprost – nie uwierzyłam w te poranne chmury i prognozy pogody. Jeszcze tak nie było od kiedy biegam – w PMW startuję od 2008 r. – żeby na Półmaratonie Warszawskim nie było słońca. Owszem, raz było minus 10 na starcie. Ale też było wtedy piękne słońce. Więc tym bardziej musiało być i tym razem. Pewnie się powtarzam, ale moim zdaniem Marek Tronina ma jakiś układ z „górą” ;-) i pogodę gwarantowaną w pakiecie.

A skoro przy pogodzie i przy ubraniu jesteśmy, to ubrałam się nad wyraz dobrze. Czyli zmarzłam przed startem, marzłam przez pierwsze trzy kilometry, a potem było idealnie i wreszcie pod koniec miałam ochotę zrywać z siebie… A, nie. Nie było co zrywać. Problem tkwił pod koszulką i był techniczną koszulką, która miała chronić nerki i okolice od wiatru i przechłodzenia. Tak, ja tylko wyglądam na lekko zwariowaną, poza tym jednak bywam rozsądna.

Chociaż też w każdym calu jestem kobietą – i nie odmówiłam sobie nowej biegowej kiecki. Znaczy, spódniczki w stylu folk od Polka Sport. Spódniczka nie tylko ma fajny folkowy wzór (uwielbiam!), to okazała się nadspodziewanie funkcjonalna. Bo pod spódniczką właściwą kryją się minispodenki, a w nich kieszenie. A to oznaczało, że nie musiałam upychać żeli w rożnych dziwnych miejscach. Więc zapakowałam od razu dwa. I to był strzał w dziesiątkę – pierwszy wciągnęłam na ósmym kilometrze, drugi – na 15. Jakbym zaplanowała jakaś strategię odżywania, nie mogłaby być lepsza.

Chociaż nie wszystko mi sprzyjało. Jakiś tydzień przed biegiem w niewyjaśnionych okolicznościach zaginał mój ukochany zegarek do biegania. Moje szczęśliwe Suunto z Gór Stołowych. Jednego dnia w nim biegałam, a dwa dni potem – już go nie było. I nie ma go do dziś L   Ale to temat na inny wpis, może do tego czasu zegarek się jednak znajdzie.  

Na treningach na razie biegam sobie z telefonem. Ale zaufanie do niego mam ograniczone. Chociaż bieg z nim okazał się zaskakująco skuteczny, nie gapiłam się cały czas na cyferblat, a cieszyłam się tym, co wokół, i tylko co jakiś czas z zaskoczeniem konstatowałam, że właśnie minął kolejny kilometr, a ja ciągle biegnę i ciągle nie mam kryzysu, nie mam półmaratońskiej ściany jak w Wiązownie…

Cieszyłam się trasą, bo było czym. To był mój dziesiąty start w PMW i trasa już prawie idealna. I trakt królewski, i Łazienki, i Agrykola, i Trójka, i Most Świętokrzyski, i Praga, i biegliśmy tuż obok Kamiennej – mojego pierwszego adresu w Warszawie, i potem Most Gdański… Co trochę mi się twarz rozciągała w uśmiechu, trochę wyglądałam jak plastuś z przyklejonym uśmiechem, ale co zrobię, tak wyszło, mam tak samo jak wy – miasto moje, a w nim…. Wszystko co dobre i złe… Ale akurat trasa szła po tych dobrych rejonach.

17546724_10211437131256371_1985075155622221819_oFot. Bartek Wasilewski

Cieszyłam się kibicami, których tradycyjnie już nie brakowało na trasie. Nie tylko na oficjalnych punktach. Najlepsi byli ci kibice, którzy wylegli spontanicznie ze stolikami i wodą – miejscami nieśli zbawczą siłę (dzięki za tą butelkę przed Gdańskim ;-)). Kierowcy chyba też powoli się oswajają z biegaczami, bo jakoś udało mi się nie trafić na żadnego agresora. Miasto w końcu dorasta do imprezy, to fajne.

No, a już zdecydowanie cieszyłam się ze swojego wyniku na mecie. Bo to było tak – z jednej strony ograniczone zaufanie do telefonu, z drugie próby ulokowania się między czasem netto a brutto wyświetlanym na oficjalnych zegarach – i już na 20 kilometrze tak się konkursowo pogubiłam, że nie wiedziałam, czy złamię te 1:50 czy nie. W sumie nie biłam się o czas, ale po takim dobrym biegu – byłoby super. No więc spróbowałam przyspieszyć, albo przynajmniej nie zwalniać. Brutto – zmieściłam się w dwóch godzinach. Netto… no cóż. Telefon zastopowałam na 1:48: 37, ale margines błędu był spory… Taki akurat na 34 sekundy. 1:48:03. Szkoda tych trzech sekund, ale! 1:50 złamane konkretnie! Znowu uwierzyłam, że jeszcze kiedyś pobiegam szybciej.

Ale tak najbardziej to się cieszyłam z tego, że… pobiegłam dobrze. Bo po raz kolejny wzięłam udział w akcji #biegamdobrze. Po raz kolejny zbierałam pieniążki na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. I tym razem udało mi się zebrać więcej niż przed rokiem – także dzięki Wam J A ja zrobiłam tylko to, co do mnie należało – pobiegłam najlepiej jak umiałam.       

I dlatego za metą mogłam się tylko uśmiechać od ucha do ucha. Jak w Barcelonie, jak kiedyś w Krakowie, jak nie raz już – w Warszawie.

17545497_1442612869102765_6369446096626544972_oFot. Beata Czarnecka, Sportografia.pl

No i… coś mi przyszło do głowy, ale o tym – w innym odcinku.

Ten jest od tego, żeby zachwycać się Warszawą. I Półmaratonem Warszawskim, w którym biegłam dziesiąty już raz J       

Ania ogląda: Chasing the Breath – W pogoni za oddechem >

< Powrót marnotrawnej. #biegamdobrze

Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • pati1283

    Brawo! Ja co prawda nie biegam półmaratonów , ale biegam dla przyjemności i kondycji ze swoim dzieckiem. Hanie grzecznie siedzi w swoim nordic cabie i czasem mnie dopingu swoimi okrzykami. Bieganie daje mi wielkiego powera. Nie wiem jak to jest , ale później czuje, że mam więcej siły. Do tego córka lepiej śpi w nocy jak ze mną pobiega. Życzę Pani Aniu dalszych sukcesów sportowych. Pozdrawiam.

  • amelia074

    Ogromny podziw. Super!!!!!! Ja biegałam na 800 m i 3km przełaje......Pozdrawiam...jm

  • annakuz

    Świetnie podziwiam!

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci