Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Kiedy małe rośnie...

beautyandb

 

Małe dzieci – mały kłopot – mówili kiedyś, a ja nie do końca wierzyłam, no bo przecież wiadomo, najwięcej zachodu jest z takim co to trzeba nakarmić, przebrać, przewinąć, płacze nie wiadomo czemu… Dzisiaj, mając na stanie jednego bardzo aktywnego młodego człowieka, którego niektórzy biorą za bardzo drobnego trzylatka (ma 20 miesięcy!), który potrafi w mgnieniu oka wejść na ten przykład… na toaletkę, zaczynam się skłaniać jednak do tego, że z tymi rosnącymi kłopotami – to jest głębsza prawda.

A że Ania biega pozostaje blogiem biegowym, a nie parentingowym, to tym razem konstatacja dotyczy… biegów. Z nimi też jest tak, że dopóki są małe i kameralne, bywają urocze, a im bardziej rosną, tym bardziej ten swój dziecinny urok tracą i zaczynają przypominać takie nastolatki ze wszystkimi ich wadami, takich niby dorosłych, ale nie do końca, z za długimi kończynami, pretensjami do dorosłości, ale jednak z umysłem na poziomie dziecka. I to  w sumie nie jest zarzut, bo rośnięcie i dorastanie, dojrzewanie, jest właściwie procesem naturalnym, ale tempo rośnięcia niektórych imprez wymaga od ich organizatorów dorastania błyskawicznego. Niestety, niektórzy mają z tym kłopocik. Chociaż, dopóki drobiazgi organizacyjne nie wpływają na sam przebieg biegu, na resztę można popatrzeć przez palce.

Ten przydługawy wstęp prowadzi nieuchronnie do relacji z Biegu Siedleckiego Jacka. Relacja na szczęście nie będzie długa ani bardzo wnikliwa, bo też i nasz udział w imprezie był jakiś wyjątkowo szczątkowy – trochę z winy własnej, trochę – organizatora.

Wyjątkowo, prawie jak nigdy, dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Bo Siedlce blisko. No, blisko. Ale nie aż tak. A ekspresówka tylko na części trasy, dodatkowo 10 km przed Siedlcami wyrzuciła na nawigacja w jakieś pola i dróżki nieomal polne. Ok, jest półmaraton, pewnie pół miasta zamknięte, prowadzi nas od drugiej strony. Ciekawe, że wracaliśmy tą samą drogą.

Nic to jednak. Potem, na jakieś niespełna dwa kilometry od Biura Zawodów, uprzejmy policjant odesłał nas na objazd. Potem drugi skierował w jakąś małą uliczkę i kazał tam zaparkować. Co było robić. Zaparkowaliśmy, przerzuciliśmy rodzinny majdan do wózka i hajda w drogę! Tymczasem miejscowych (te rejestracje!) jakoś dziwnym trafem puszczano dalej, prawie a samą trasę biegu…

No nic. Mamy 10 minut na odbiór pakietów i … nieokreśloną odległość do pokonania. Szybki podział zadań. Ja kłusuję za końcem nosa, końcem języka i ludźmi. Tomasz wiezie Marcina i posuwają się mniej więcej za mną, ale ciut wolniej. Ciocia w eleganckich butach podąża naszym śladem średnim spacerkiem. Ja lecę. W miejscu, gdzie wg GPS powinno być biuro, jest dzika trawa i kilka samochodów. Ale już widzę park wodny, którego nazwa obiła mi się o uszy po drodze. Lecę. Jestem koło basenu. Już widać infrastrukturę biegową – bramy startowe, mety, trybuny, super. Ale gdzie to cholerne biuro zawodów. Trzy osoby patrzą na mnie jakbym się urwała z choinki. A biuro…. Właśnie powinno kończyć pracę. Czwarta osoba wreszcie macha ręką mniej więcej w kierunku biura. Aha. Muszę przejść przez trasę. Z jednej strony znajduję lukę w barierkach, z drugiej – sama sobie barierkę odsuwam, na szczęście na trasie są luzy…  

Wpadam do biura spocona jak mysz. Szybko ogarniam, gdzie te pakiety, siadam, melduje się, na szczęście nikt nie robi problemu, że odbieram od razu dwa pakiety… Przy stoisku biegów dziecięcych kusi mnie zapytać jeszcze o pakiety, ale najkrótszy bieg jest na 200 m, trochę jednak przydługo jak na Marcina… Darowuję sobie, ruszam na poszukiwania chłopaków.

Znajdujemy się pod trybuną. Idziemy z powrotem w kierunku biura zawodów i depozytu. Dobrze, że przyjechaliśmy od razu w strojach startowych, bo start za kwadrans. Nas z kolei znajduje ciocia. W samą porę, bo Marcin właśnie postanawia że on teraz sobie pospaceruje. A tu matka musi lecieć, szukać toitoja. Na szczęście blisko i na szczęście z małą kolejką.

Jak będzie pięć minut do startu – to zapowiemy mówi głos ze sceny. Ufff, na mój gust już jest pięć minut, ale zegarek już w trybie sportowym, kończę toaletę, myję spokojnie ręce, idę poprawić buty…

Staję gdzieś obok strefy startowej i słyszę, że już jest te 5 minut. Wbijam się w tłum startujących. Staję i się rozglądam, ale akurat żadnych znajomych w zasięgu wzroku. Trudno. Nie mijają DWIE minuty, jak pada strzał i czołówka rusza. Hm. No dobra. To lecimy.

Poleciałam…

Pierwszy kilometr 4:28. Oj… Tymczasem pogoda jest… Dziwna. Jakby zaraz miało lunąć. Ale tymczasem dojmująco piecze słońce. Staram się nie odpuszczać, choć po pierwszym kilometrze wyraźnie zwolniłam. Wokół tworzy się mała grupka, mijamy się nawzajem. Drugi kilometr – jeszcze poniżej 4:40. Niby nie prędkość, ale dla mnie może być zabójcza, jeszcze nie weszłam na takie rejestry biegania (moja życiówka w okolicy 21 minut to jeszcze długo sobie poczeka…). Po dwóch kilometrach moment ulgi, bo woda. Super. Po czwartym – woda i gąbki. Zresztą, na czwartym to ja już walczę, żeby biec poniżej 5…

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze drugi… No, biegnę wolniej, ale biegnę. Na ostatnich 200 metrach zmuszam się do czegoś na kształt finiszu. 24:10.

Medal.

Muszę na chwilę się zatrzymać i postać z głową w dół.

Piiiić. Teraz pić, gdzie picie?

O, nie! Są kubeczki i dzieci, które polewają z wielkiego baniaka do kubków.

What…? Do kubeczków…?

Ale medal ładny…

Ruszam na poszukiwania Marcina.

On tymczasem rządzi w strefie dla dzieci. Podobno nawet trafił do kroniki. Jako najmłodszy uczestnik warsztatów. Trzylatek, ha, ha, ha :) Dostaję serduszko z białej gliny ozdobione ziarnami kawy, jarzębiną i „kamaronem”. Najlepszy medal.

Dobija do nas Tomasz, który skończył niecałą minutę po mnie.

21083044_1608538552510195_3228796203568025945_o

Niebo coraz groźniejsze, zbieramy się do odwrotu. Zaczyna lać. Chowamy się w holu parku wodnego. Niby nie wolno, ale bierzemy panie „na wózek”. Wymyślam niemal boski plan. Rodzinka niech poczeka, a ja pognam po samochód. Trasa już chyba otwarta…

Idę. Na szczęście przestało padać. Piecze słońce. Ja idę. Idę. I idę. W końcu dzwonię do Tomasza. „Ty pamiętasz, na jakiej ulicy zostawiliśmy samochód?” Tomasz: „Nieee…. A Ty nie pamiętasz?” Trudno. Idę dalej. Zniknęła policja, zniknęła straż miejska, nie ma ludzi, nawet nie mam jak zapytać. W końcu…. Po ponad pół godzinie…. Znajduję J Ufff. Co za ulga!

Wracam. Już mogę podjechać „pod same drzwi”. Na stadionie trwają biegi dzieci. Podobno przedszkolaki też były… Cóż. A w sumie co szkodziło dołożyć 100 m dla najmniejszych…? Miałby młody komplet Traktu Brzeskiego (hej, organizatorzy, a może też dla dzieci taki mini-trakcik?)

21082919_1608746005822783_4916605193904624026_o

Tymczasem młody szaleje na leżakach i workach PGE.

Dołączam do rodzinki. I tak sobie zalegamy, nasłuchując relacji z dekoracji.

A potem uciekamy przed burzą.

I w sumie było miło, chociaż tak jakoś… Obok biegu. Z nostalgią wspominamy Białą Podlaską i Platerów…

Aha. A czy napisałam, że tuż obok tego nieszczęsnego parku wodnego były trzy spore i częściowo… puste parkingi? Jeden ewidentnie dla biegaczy…?  

Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1. >

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci