Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1.

beautyandb

Dawno nie nabiegałam tyle, co przez ostatnich 8 dni. I dawno nie biegałam tak… od Sasa do Lasa. Dawno też jednak bieganie nie sprawiało mi takiej frajdy. Bo niby nic nie muszę, ale przecież – chcę. Po pierwsze – chcę biegać. A po drugie – cały czas chcę stanąć na mecie 39. Maratonu Warszawskiego. Cały czas możecie mi w tym pomóc – KLIK :)

Za przygotowania do maratonu zabrałam się późno. Powiedziałabym nawet – skandalicznie późno. Dlatego też nie szukajcie w moim bieganiu jakiegoś specjalnego planu. Tym razem będzie pełen spontan, a po drodze zaprzeczę wielu dotychczas wyznawanym wartościom i przekonaniom związanym z treningiem, bieganiem maratonów i może nawet bieganiem w ogóle. Złamię kilka swoich postanowień i… w ogóle będzie się działo. Już dziś mogę zacząć robić listę na temat, jak się do maratonu nie szykować.

Punkt pierwszy – nie wpadaj na pomysł startu na 8 tygodni przed imprezą, zwłaszcza jeśli poprzednie dwa miesiące biegałaś okazjonalnie lub wcale.

Punkt drugi – a jak już wpadłaś na taki pomysł, przemyśl dokładnie plan przygotowań i plan startowy, a nie rzucaj się jak łysy z grzywką na parapet (od razu wszystkich łysych przepraszam).

Tym razem w roli łysego występuje Ania.  

W ramach nadrabiania braków kondycyjnych, od początku sierpnia Ania przebiegła już więcej niż przez poprzednie dwa miesiące razem wzięte. Co w sumie nie jest jakąś większą sztuką , biorąc pod uwagę czerwcowe bieganie średnio dwa razy w tygodniu oraz dwa (słownie: dwa) lipcowe wyjścia na bieganie. Przy czym to drugie to już w sumie bardziej sierpniowe było, bo 31 lipca to taki prawie sierpień.

W sierpniu za to ruszyłam z kopyta. Bez ładu i składu, ale za to z dobrymi chęciami i  wielkim entuzjazmem. Po towarzyskim wózkowym starcie w Pucharze Maratonu (25 km), wymyśliłam, że oto okoliczności są idealne, aby po 10 latach od poprzedniego startu zawitać do… Radzymina. Tak. Mimo że to tuż za miedzą, to ostatni, a właściwie pierwszy raz startowałam w Półmaratonie Cud nad Wisłą w …2007 r. I był to mój drugi w życiu oraz jeden z bardziej traumatycznych półmaratonów. Dość powiedzieć, że pierwsze oznaczenia kilometrów zobaczyłam po 6 km, prawie zrobiłam życiówkę na 10 km, a następnie… Zaraz po tym półmaratonie zamówiłam pierwszy zegarek z GPS ;-) Tak, wtedy już były.

Rok później 15 sierpnia pobiegłam Maraton Gdański (czy ktoś jeszcze pamięta?), a potem… Potem jakoś unikałam imprez w tej dacie.

A tu nagle taki pomysł.

No więc – do Radzymina!

Zaczęło się nieźle, bo już na wejście – zaspałam. Na szczęście nie na start, ale powiedzmy że na spokojne przygotowanie. W rezultacie wstaliśmy z obłędem w oczach i niepełną godziną do wyjścia. A tu jeszcze trzeba się spakować, zjeść śniadanie, ogarnąć juniora, wózek… Idea był prosta. Jedziemy w komplecie. Małżonek sędziuje, matka biegnie, cioteczka z Juniorem kibicuje na starcie i mecie oraz korzysta z lokalnych atrakcji w Radzyminie. Noale… Skoro my zaspaliśmy, zaspała i ciocia. Zadeklarowała, że owszem, może zostać z Marcinkiem, ale w domu… Tymczasem młody już gotowy do wyjścia… Dobra, weźmiemy wózek biegowy. Dałam radę 15 km po lesie, dam radę 21 po asfalcie – nie było czasu na rozkminki, że miałam nie biegać długich biegów z wózkiem, że nieprzygotowana, że młody nie do końca lubi, że… .

Pognaliśmy, żeby małżon zdążył na odprawę sędziów. Potem jeszcze moja szybka przebióra i leniwe oczekiwanie na start, czyli spacerki z młodym, żeby go trochę zmęczyć. Obejrzeliśmy czołgi, pogadaliśmy z tym i z owym i w sumie już trzeba było stawać na starcie. Tym samym nadszedł moment najtrudniejszy. Pakowanie do wózka. Oj, nie lubi młody niewoli, nie lubi… I nie chodzi o biegowy, chodzi o wózek w ogóle. Ale tu jakby wyczuł powagę chwili, zaprotestował krótko dla fasonu i grzecznie dał się wpiąć w szelki. Potem jeszcze trochę pogaworzył, trochę podopingował innych biegaczy („Dawaj, dawaj, biegaj, biegaj!”), pozwolił podopingować siebie, wzbudzając co najmniej zainteresowanie nie tylko wśród kibiców i w końcu – chyba trochę znużony – przysnął. Tak jakoś na 6 kilometrze.

Pogoda nam sprzyjała o tyle, że start był o 9, niebo lekko przychmurzone, lekko powiewało. Z czasem słońce było coraz wyżej i coraz bardziej grzało, ale biegliśmy głównie bokiem do niego lub tyłem. Nie licząc dwukilometrowej agrafki, gdzie był grzejący wmordęsłońc i musiałam przysłonić wózek moskitierą. Jak młody będzie miał kiedyś piegi – to wiadomo skąd. Generalnie dziecko spało jak dziecko, a ja sobie biegłam, to pogadując z kimś mniej lub bardziej znajomym, to sprawdzając, czy dzieć jeszcze oddycha (jakaś obsesję mam).  Na półmetku skonsumowałam żel, zapiłam wodną kontrabandą z wózka i potoczyłam się dalej, konstatując, że czas jest przyzwoity, w dwóch godzinach powinniśmy się zmieścić.  

Na agrafce stał małżonek i zarazem tata Marcina, co sprawiło, że syn się nieco rozbudził, ale jeszcze przez chwilę nie protestował. Zresztą, w sumie w ogóle nie protestował. Na 15 km wzięłam już dwa kubki z wodą – dla siebie i dla Marcina. Wodą się gustownie pooblewał, ale trochę wypił. Banana… no cóż. Usmarował nim pół wózka, trudno. Jeszcze trochę podsypiał, kiedy dojechał do nas rowerowy ninja – sam szef Maratonu Warszawskiego, z którym sobie przyjemnie pogawędziliśmy, że wszystko to naturalnie przez niego.

Marcin był coraz bardziej obudzony, plotkowaliśmy o kolorach koszulek zawodników wokoło, matka robiła egzamin z kolorów („green”, „pink”, „yellow” – Marcin większość kolorów rozróżnia, ale nazywa je po angielsku i już). Przy okazji tempo troszkę nam siadło, jednak i do mety było już coraz bliżej, więc niespecjalnie się tym zajmowaliśmy.

Na 18 km syn trochę zaprotestował, przekonując, że „boli kolano”. Zrobiliśmy zatem przystanek na masowanie i całowanie kolana. Całkiem możliwe, że to właśnie wtedy ostatecznie pożegnaliśmy się z czasem poniżej dwóch godzin, ale jakie to ma znaczenie?

Ważne było, że zaraz ruszyliśmy raźno przed siebie, a im było bliżej mety, tym Marcin bardziej aktywnie komentował sytuację, a matka jakby zyskiwała na dynamice albo przynajmniej na wrażeniu własnej zajebistości. I tak radośnie, dopingowani mocno na finiszu, dotarliśmy sobie do mety w 2 godziny, dwie minuty i 15 sekund. Co i tak było wynikiem jakieś dwie minuty lepszym niż ten sprzed 10 lat. A wtedy jednakowoż biegłam bez wózka i ważyłam parę kilo mniej!

20785652_1597337123630338_3765253429639301067_o

Za metą dostaliśmy medal – jeden na spółę, ale i tak bardzo uroczy, Marcinowi się natychmiast spodobał. A potem poszliśmy po pakiet startowy (tak, Radzymin to jednak unikat! Kiedyś, o ile dobrze pamiętam, dawali medal w pakiecie przed startem, teraz dają pakiet po ukończeniu biegu… Jakaś logika w tym jest!) i na grochówę. Którą solidarnie zjedliśmy na pół.

I poszliśmy oglądać, jak pluszowy Piłsudski gania równie pluszowego bolszewika.

Oraz odbierać wyrazy uznania. M.in. od Pana Jacka Fedorowicza, który jest chyba stałym bywalcem radzymińskiej imprezy. I w sumie to mu się nie dziwię. Blisko, płasko, w miarę szybka trasa, niezła organizacja, przyzwoite nagrody (dla tych co na pudle), fajna oprawa… I nawet asfalt co roku lepszy, jak twierdzi Patrycja Bereznowska. A w końcu ona wie, co mówi.

W każdym razie my się tu jeszcze kiedyś wybierzemy. Nie wiem, czy znowu z wózkiem, bo przecież miałam nie biegać półmaratonów z wózkiem, ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów.  

Olśnienie by Lumene, czyli po co pojechałam na See Bloggers, cz 1. #Invisibleillumination #lumene >

< Kiedy małe rośnie...

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • zalbertis

    Fajnie ! oby więcej takich maratonów też bym chciał sobie właśnie wziąć udział w takim maratonie.

  • familygym

    post bardz mi się podoba, śmieszą mnie troche ludzie ktore nigdy nie ćwiczyły, a nagle dostaną przebłysk i chcą wszystko od razu, pierwsze co kupują sto tysięcy odzywek i co gdzieś usłyszą to od razu to robią nawet gdy nie koniecznie jest to mądre i przydatne, często na siłowni widze takich adeptów którzy biorą masakryczne obciążenia a po 2 tygodniach juz nie chodzą bo "coś im strzeliło w plecach"...

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci