Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Olśnienie by Lumene, czyli po co pojechałam na See Bloggers, cz 1. #Invisibleillumination #lumene

beautyandb

Właściwie po co tu przyjechałaś? – zapytał małżonek, kiedy w pewną lipcowa niedzielę późniejszym popołudniem opuszczaliśmy gościnne mury (i przeszklenia) Pomorskiego Parku Technologicznego w Gdyni. – No jak to - po co? Po inspirację Po motywację. Po wiedzę – odpowiedziałam. – I masz co chciałaś? – drążył temat.

Chyba miał dosyć bycia całoweekendową nianią Marcina. Ale trudno, sam się zgodził. Bo ja już jakoś na przełomie maja i czerwca zapowiedziałam, że wreszcie wybieram się na See Bloggers. Konferencję dla blogerów. O wrażeniach pewnie jeszcze napiszę, bo warto, choć temat nieco zdezaktualizowany. Ale dzisiaj o czym innym. Obok garści inspiracji, które mam nadzieję wkrótce przełożyć na życie blogowe, obok motywacji, wynikającej także z jakże niskich pobudek, wreszcie obok kilku nowinek stricte blogowych, wywiozłam z Gdyni także pół reklamówki różnych próbek i innych takich. Pół, bo jestem kiepska w żebraniu o #darylosu, choć nawet stosowne torby dawali. Zresztą, jakoś to nie uchodzi. Poza tym najwięcej próbek było w strefie beauty, a do tej jakoś wybitnie nie pasowałam, nawet na oko. Mimo fantastycznej Jolki z Riska, w którą się wbiłam drugiego dnia. Risk zresztą to moja taka trochę nie do końca spelniona modowa miłość… No nic.

20170723_163007

Ale do ad remu ;-)

W całej tej strefie beauty było jedno logo, które przyciągnęło mnie szczególnie. Znajome i nieznajome zarazem. To znaczy – kojarzyłam takie niebiesko-fioletowe flakoniki czy słoiczki ze złotymi nakrętkami, których Mama strzegła szczególnie starannie w ponurych i chemicznych latach 80-tych. I nie, nie będę ściemniać, że pamiętam te zapachy czy coś, nie. Kojarzyłam że są drogie, raczej ekskluzywne i lepiej, żebym w nich swoimi nastoletnimi paluszkami nie grzebała. No nie grzebałam. Zapamiętałam też nazwę, naturalnie, bo Lumene niosło ze sobą światło. Nie że taka byłam poetyczna, ale wolnych chwilach studiowałam sobie słownik wyrazów obcych, to różne rzeczy mi w głowie zostawały. No a potem uczyłam się łaciny. Chociaż gdzieś w międzyczasie dotarło do mnie, że fiński i łacina to niekoniecznie z jednego pieca, to jest, tfu, kolebki się wywodzą.

W sumie to nawet tego fińskiego chciałam się kiedyś nauczyć. I byłam na dobrej drodze. W liceum zaliczyłam obóz z Finami, mieszkałam z Finką w pokoju, nauczyłam się dwóch zdań po fińsku (to taki język, gdzie długość głoski może zdecydować o znaczeniu całego zdania) oraz jak powiedzieć „Dzień dobry” i „Kocham Cię”. A potem… potem wystarczyło mi jeszcze zapału, żeby nauczyć się słówka Nokia i to był w zasadzie koniec mojej przygody z nauką fińskiego.

No więc teraz, w tym gdyńskim parku technologicznym, poczułam się jak mała dziewczynka, która znalazła dawno zapomnianą zabawkę. Choć kosmetyki Lumene na oko nie przypominają tamtych z maminej łazienki. Zniknęły fioletowo-zlote słoiczki, symbol luksusu pełnych przepychu i „Dynastii” lat ’80. Zniknęła luksusowo kaligrafowana litera „L”. Zamiast nich pojawiły się białe i przezroczyste opakowania, które przywodzą na myśl krystaliczną wodę fińskiego jeziora Lummenne, a w logo zagościł symbol, który wpisuje się w łaciński źródłosłów słowa „lumen”. O tych historycznych zmianach pogawędziłam sobie przyjemnie z panią z Lumene, która swoim wyglądem uosabiała ideał fińskiej urody i doskonale wpisywała się w markę. Na koniec pogawędki obdarowała mnie trzema próbeczkami – z przesłaniem, żeby wypróbować nowe Lumene.

Nie ulegam specjalnie takim namowom, poza tym nigdy nie wiem, jak pisać o takich kosmetykach tak, żeby nie przepisywać połowy katalogu. No, ale. W ramach inspiracji pomyślałam, że spróbuję. Takie zadanie warsztatowe. Ja piszę, Wy oceniacie, czy się nadaję na blogerkę strefy ‘beauty’.

Na pierwszy ogień poszedł krem intensywnie nawilżający Lumene Lahde Intense Hydration Moisturizer 24 H. Uwielbiam kremy nawilżające, zwłaszcza latem. Z tym złapałam chemię (nomen omen) natychmiast po odkręceni i wsadzeniu palucha. Bo chociaż krem jest kremowy i biały, to jednak konsystencją przypomina żel. Skóra, po letnich urlopowych szaleństwach, wchłonęła go jak gąbka. Właściwie od razu zapodałam podwójną dawkę, bo czułam, jakby się komórki w twarzy otworzyły i prosiły o więcej. Daj wody, daj wody – wrzeszczały wszystkimi porami. Dałam. I dobrze, bo wyzwanie było nie lada. Zaraz potem z tak pięknie nakremowaną buźką poleciałam na zawody – 25 km w lesie, w nieomal upale… Nie będę ściemniać, że się nie spociłam czy że mnie słońce nie złapało. Złapało. Spociłam się, twarz mi spłynęła. Ale nadal była dość dobrze nawilżona i nieźle zniosła wysiłek. I nie wyglądałam jak upiór. Biorąc pod uwagę, że przez wcześniejsze dwa tygodnie wystawiłam się bez litości na słońce, wiatr, deszcz, morską bryzę i inne takie, a kremu używałam, jak sobie przypomniałam – naprawdę nie było źle. A po kilku dniach jest jeszcze lepiej – uczucie suchej i pościąganej skóry zanikło, podobnie jak cienie pod oczami (dobra, może jednak więcej śpię albo jakoś tak).  

20170814_214013

Katalog podaje, że oprócz wód arktycznych (podobno mieszczących się w ścisłej światowej czołówce, w co akurat mogę uwierzyć, bo Finlandia w ogóle mi się dobrze ekologicznie kojarzy, a te jej 5 mln mieszkańców bardzo kojąco wpływa na wyobraźnię) w kremie jest jeszcze wyciąg z arktycznej brzozy który stanowi naturalną terapię nawilżającą i odżywczą dla skóry. Cóż, kiedyś witek brzozowych używano do smagania dziewcząt w Śmigus Dyngus, dzisiaj brzoza oddaje nam inne usługi. Chociaż jej zdrowotny i kosmetyczny wpływ na pewno jest nie do przecenienia.

 Jedyny problem, jaki mam z tym kremem, to fakt, że nie udało mi się do tej pory sprawdzić jego 24-godzinnego działania. Wszystko przez drugą próbkę, czyli Overnight Bright Vitamin C Sleeping Cream. To już linia valo i arktyczna malina moroszka. W Polsce bardzo rzadka, ale powszechna w Skandynawii. Owoce i liście maliny moroszki są używane w medycynie ludowej jako środek przeciwgorączkowy i przeciwbiegunkowy oraz zapobiegający szkorbutowi. Brrr! No ale. Pachnie prześlicznie, raczej lekkim cytruskiem, ale może być i malinka. Na pewno też witaminka C. W każdym razie po kilku dniach systematycznego stosowania i po porannej przebieżce mogę sobie zrobić selfie z twarzą, a nie tylko te buty i buty. I nawet bez okularów słonecznych. Konsystencja, jak w przypadku kremiku dziennego, lekko żelowa, sam się wchłania, żadnego wklepywania czy innych tortur. No i żadnego filmu czy pozostałości na twarzy, bo chyba by mnie chłopaki wprosili z łóżka. I ojciec, i syn ;-)  A tak – to nawet się przytulają.

Last but not least, czyli ostatnia próbka od Lumene – to maska Deep Detox Puryfying Mask. Linia Sisu, czyli arktyczna sosna, sęki arktycznego świerka i arktyczne czarne jagody. Nabieram niejasnego wrażenia, że hasło „arktyczne” w opisach Lumene to synonim gwarancji czystości i jakości. Ale niech tam, wolno im. Poza tym antyoksydanty, witaminy i dalej. Maska jak maska. W zasadzie piling. Dobry, gruboziarnisty, ja taki lubię najbardziej. Zwłaszcza, że nie miałam ostatnio czasu na wizytęu kosmetyczni „po lecie”. Nałożyłam zatem na twarz, potem delikatnie starłam z twarzy, spłukałam i voila! 

Nie żebym zaraz wyglądała jak nastolatka, ale te moje 41 to w zasadzie głownie w papierach widać.  Chociaż to akurat geny, a nie kremy. Choćby najlepsze.

20727830_1595476923816358_4876199069659652101_n

Teraz ostrzę sobie ząbki na serię Invisible llumination by Lumene. Akurat na maraton powinna się nadać. Bo znowu biegam powoli ;-) (…to chociaż muszę dowyglądać ;-))

I jak? Mogę pisać o kosmetykach? Czy lepiej jednak zostać przy bieganiu?

Powrót marnotrawnej. #biegamdobrze >

< Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci