Ania biega

Wpisy

  • niedziela, 08 października 2017
    • Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

      Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

      …sami nie wiecie, co posiadacie. Kiedyś chyba już coś podobnego napisałam, wtedy odnosiło się to do Maratonu Warszawskiego, który przebojem zdobywał kolejne stopnie rozwoju imprezy, a niektórzy dalej twierdzili, że lepiej jeździć biegać za granicę. Guzik tam lepiej, chociaż moje życiówki pochodzą ze startów zagranicznych. Ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj będzie o moim odkryciu. Rychło w czas, bo to już piata edycja tej imprezy była.

      Runbertów. Czyli bieg przez Rembertów. Taką trochę zagadkową dzielnicę Warszawy, niby sypialnię, ale niekoniecznie, niby pod Warszawą, ale jednak w mieście, niby miasto, a niby las, niby… Zresztą. Nie będę ściemniać. W Rembertowie do kwietnia byłam może ze 2-3 razy w życiu. I może raz przebiegałam gdzieś na granicy. Od kwietnia regularnie zajeżdżam tam o poranku, zostawiam młodego z lokalnym żłobku, bo duży, więc „się załapaliśmy”. No, a potem stoję w korkach, czekam na podniesienie szlabanu i próbuję dojechać do biura w mniej niż godzinę. Często dłużej niż bym jechała z domu, chociaż niby droga krótsza. Wielką miłością do tego miejsca nie zapalałam, ale tkwiąc w korkach zaczęłam się interesować co nieco mijanymi okolicami.

      Pomysł startu w Rembertowie zarzucił małżonek. Głównie na fali zazdrości o mój start w Maratonie Warszawskim. Zarzucił jakoś zaraz po maratonie. Ja podchwyciłam ideę. I tym sposobem znaleźliśmy się dzisiaj w południe na kampusie Akademii Sztuki Wojennej (tak! Tak się to teraz nazywa!)

      Byliśmy tylko we dwoje, bo chociaż Marcin był zgłoszony do biegu dzieci, to jednak pogoda – mżawa z deszczem na zmianę od rana, jego kondycja, czyli stan nieustającego podziębienia i gluta  oraz decyzja, że „Marcinek kochany zostanie w domku” sprawiły, że z pewnym żalem, ale uznaliśmy, że nie warta skórka za wyprawkę. Ostatecznie to ma być dla dziecka przyjemność i frajda, a nie przymus i udręka. Zwłaszcza że na szczęście ma z kim zostać.

      Rembertów przywitał nas mokro i pochmurno. Ale też przywitał nas doskonale oznaczonym parkingiem, szatniami z prysznicami (nie byłam w środku, ale zewnętrze nie wyglądało źle) i drogą do Biura Zawodów. Biuro mieściło się w budynku kasyna.  Działało dość sprawnie. A na dodatek pomiędzy biurem a toaletą i depozytami było dość miejsca, żeby się zadekować na przyjacielskie pogawędki w oczekiwaniu na start.

      Sam start odbył się niemal co do minuty punktualnie i tak jakoś nagle, że ledwo udało mi się telefon ustawić w tryb aplikacji do biegania. Tuż przed biegiem w zasadzie przestało padać. Trasa była całkiem przyjemna, perfekcyjnie oznaczona, prowadziła przez chwilę Aleją Chruściela, a potem mniejszymi uliczkami, jedną nawet kojarzyłam z jakichś porannych objazdów. Małżonek zapowiadał dwie pętle, ale okazało się jednak, że między pierwszą a piątą edycją bieg wyewoluował w przyjemną pojedynczą pętelkę, która w sprzyjających okolicznościach może być nawet dość szybka. Mokra i pełna kałuż mogła być wyzwaniem. Dla mnie była, bo wiadomo. Się nie biega, się nie ma (wyników).

      22343595_1482143821881276_1489150327_o

      (Foto dzięki Natalii z Natalia biega jak szalona)

      Chociaż wynik mój i tak mieści się w granicach przyzwoitości (czyli poniżej 25 minut). Za to biegłam sobie równo i prawie z uśmiechem. Taki mam ostatni pomysł na bieganie, dopóki nie przyspieszę. Na przyspieszenie też mam pomysł, ale wiadomo.

      Za metą – medal w formie wojskowego nieśmiertelnika, izotonik (mimo deszczu wtrąbiłam całą butelkę w mgnieniu oka), wojskowa grochówka na bogato. I dekoracje – całkiem serio potraktowane dekoracje dziecięce, a potem cała masa kategorii lokalnych…

      I tak sobie w tym Rembertowie pomyślałam, że to w sumie trochę wstyd, że wbijam dopiero na piątą edycję imprezy. Imprezy, która mam 10 km od domu, atestowanej piątki, kameralnej, ale ze świetną oprawą, za której sterami stoją biegacze i mają oko na każdy szczegół. A że blisko domu, to i znajomych sporo spotkaliśmy. Za rok może ich być więcej, bo przecież ten żłobek… No i za rok zakładam, że wynik też będzie lepszy. I może pogoda, bo to właściwie jedyny szczegół, którego organizatorzy nie dopracowali.

      Ale chyba się starali, bo na dekoracje – wyszło słońce.

      Więc po co mi jeździć nie wiadomo gdzie, kiedy pod bokiem mam taki bieg…?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      beautyandb
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 października 2017 22:29
  • wtorek, 26 września 2017
    • Pięć powodów, żeby nie biec. I trzy, dzięki którym mi się udało. Mój #MaratonWarszawski

      – To jakiej argumentacji pani właśnie użyła? – zapytał Pewien Znany Profesor Od Retoryki, kiedy dość nieudolnie, ale z dużą kokieterią i niezbitą pewnością siebie próbowałam go przekonać, żeby postawił czwórkę z egzaminu. Egzamin był bodaj szósty czy siódmy w ciągu dziesięciu egzaminów podczas tamtej sesji, a mnie się na dodatek zachciało przeprowadzać i pracować. Istniało tysiąc powodów, dla których nie powinnam go zdać. Choćby dlatego, że kiedy chwilę wcześniej podobne pytania dostał jakiś nieszczęśnik, nawet nie zrozumiałam, czego dotyczą. Ale nagle złapałam punkt orientacyjny i zaczęłam płynąć. Aż do tego pytania. – Na pewno bardzo nieracjonalnej – odbiłam się od dna dość rozpaczliwie, przygotowując się psychicznie na kampanię wrześniową. – Ma pani tą czwórkę – odpowiedział profesor. Zdałam…

      Głównie dzięki temu, że w wieku szczenięcym miałam dość okrutnego nauczyciela od polskiego. Do tego stopnia, że właściwie nigdy więcej od skończenia podstawówki polskiego nigdy nie musiałam się uczyć. Owszem, bywało, że się uczyłam. Ale tylko wtedy, kiedy coś mnie wybitnie zainteresowało. Natomiast baza z podstawówy pozwoliła mi całkiem nieźle poradzić sobie nie tylko w liceum, ale na olimpiadach polonistycznych, na studiach, wreszcie – na obronie pracy magisterskiej, która całkiem mocno wchodziła w obszar języka…

      Ale, ale, dlaczego ja tu nagle na blogu o bieganiu, wyjeżdżam z egzaminem z retoryki i polskim z podstawówki…?

      Bo istniało co najmniej pięć powodów, dla których nie powinnam była startować w 39. PZU Maratonie Warszawskim. Ten pomysł tylko u jego zarania wydawał się niezły, ale każdy kolejny dzień oddalał mnie od jego realizacji. Sami zobaczcie:

      1, Trening cz.1. Czyli podstawy. Umówmy się. Moje bieganie w ostatnim czasie trudno nazwać treningiem. Bo trening ma w swojej konotacji jakąś strukturę, porządek, określone jednostki we właściwiej kolejności, mikrocykle, starty kontrolne itd., itp. Tymczasem moje bieganie raczej sprowadza się do wyjścia od czasu do czasu i potupania sobie ok.10-12 km. W tempie bliżej nieokreślonym, bez żadnych akcentów, żadnych jednostek specjalnych. Nic. No, ale. Powiedzmy, że maraton można też sobie przeczłapać. W tym celu jednak wypadałoby chociaż wyrobić w sobie jakąś wytrzymałość. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że aby przebiec maraton, trzeba biegać przynajmniej 42 km tygodniowo. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te tygodnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy pokonałam więcej niż 30 km. Trochę z lenistwa, trochę z nieogarnięcia, trochę z tzw. przyczyn obiektywnych. Poza tym zazwyczaj przygotowanie do maratonu rozpisywałam sobie na 3-4, a często i więcej miesięcy, ostatnie dwa poświęcając już na szlify, a nie – budowę bazy. Tym razem czekałam i czekałam nie bardzo wiadomo na co. Maraton na świeżości?

      2. Długie wybiegania, czyli trening cz.2. Niby cały czas znajdujemy się w obszarze treningu, ale ta konkretna jednostka treningowa ma u mnie specjalne poważanie. Był taki cudowny czas w mojej biegowej przygodzie, kiedy to regularnie w niedzielę rano wychodziłam i mówiłam – to ja wracam za jakieś 2 albo trzy godziny. I wracałam po trzech, z trzydziestką na liczniku, z każdym tygodniem coraz szybciej. Tym razem moim najdłuższym wybieganiem było 25 km Pucharu Maratonu gdzieś na początku sierpnia. W tym – 15 km z wózkiem, więc tempo tego wybiegania było co najmniej zabójcze (2:37). Poza tym pobiegłam dwa półmaratony – jeden z wózkiem w dwie godziny i jeden bez wózka, ale za to w górach. W 2:06. I zrobiłam jedno rozbieganie długości 21 km. Jedno 17 i jedno 14… I tydzień ‘luzu’ przed startem. Tak nieprzygotowana to chyba jeszcze nie byłam. Nawet w debiucie (trzy „30-tki” przed).

      3. Czas czyli teoria względności. Kiedyś sobie obiecałam, że nie pobiegnę maratonu, jeżeli nie będę gotowa pobiec go poniżej 4 godzin. Bo to podobno męczarnia. Przed startem w Warszawie wiedziałam, że nie pobiegnę poniżej 4 godzin. Ba, nie liczyłam na czas specjalnie lepszy niż 4:30. Bo taki był plan, że skoro już muszę, skoro się duszę – to zrobię to powoli i z godnością.

      4. Praca, czyli teoria bezwzględności. Tak się akurat złożyło, że kiedy na wiosnę nieśmiało myślałam o starcie w Maratonie Warszawskim, nie połączyłam wszystkich kropek. Zresztą, niektórych nie połączyłam dlatego, że miały nie być już moimi kropkami. Ale nagle wróciły i okazało się, że mój służbowy kalendarz nagle jest upstrzony kropkami jakby go muchy ob…. No, powiedzmy, że obsiadły. Co prawda dzięki temu znalazł się w nim prawie górski tygodniowy obóz, ale raczej obóz pracy niż biegowy, z miłym tylko zakończeniem w postaci Festiwalu Biegowego, oraz zwyczajowy kwartalny tydzień wynikowy z momentem kulminacyjnym wyjątkowo zaplanowanym na czwartek przed maratonem. I to zdaje się z moją pomocą tak zaplanowany… Kropki. Na przyszłość muszę pamiętać o wszystkich kropkach.

      5. Syn, czyli los nieprzewidywalny. Dołożył jeszcze swój kamyczek. Kiedyś przeczytałam, że najważniejsza jest nie noc przed startem, ale ta wcześniejsza. Chwała Bogu, tę przedostatnią w miarę dobrze przespałam. Bo w ostatnią noc… Nie, wcale nie Luksemburg, chata i nie szkło. Raczej wymioty, gorączka, mało snu. Mojego. Trzymając pod pachą mały termoforek, miałam pokusę zrezygnować. Przecież dziecko chore. Chyba nikt by mi nic nie powiedział…

      Na szczęście rano gorączka spadła, młody spokojnie spał, a w domu zostawał pod opieką cioci, babci i dziadka… Z piaskiem pod powiekami ruszyłam w niedzielę rano na start.

      DSC06920.JPG

      A bardzo chciałam wystartować, bo:

      1. Rocznica. Dzień przed 39. PZU Maratonem Warszawskim przypadała 10. rocznica mojego maratońskiego debiutu. W Warszawie oczywiście. A ja sentymentalna jestem jak diabli.
      2. Trasa. Nie tylko ładna, nie tylko atrakcyjna turystycznie, ale też dość szybka, taka jak lubię. Śródmieście, Mokotów, Ursynów, Wilanów, Praga, Żoliborz. Serce miasta, jego kręgosłup. Długie proste, zero pętli, szeroki start, meta na Podzamczu. Już w zeszłym roku zazdrościłam maratończykom dobrej trasy, ale tegoroczna była jeszcze lepsza.
      3. Medal. Piękny, z Syrenką Warszawską. Jak zobaczyłam projekt medalu, wiedziałam, że chcę go mieć. I już. Choćbym cierpiała na trasie.
      4. #BiegamDobrze. Czyli akcja charytatywna, która towarzyszy Maratonowi i Pólmaratonowi Warszawskiemu. To była kolejna okazja, żeby dorzucić swoje trzy grosze na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. Jak już uzbierałam na pakiet, głupio było się wycofać.
      5. Warszawa. Moje miasto. Sen o Warszawie na starcie. Znajomi. Przyjaciele. Kibice. W tym roku nawet moja mama na trasie. I moi siostrzeńcy. I Gośka z Polska Biega, która mnie podholowała na 29. km. I Paweł z colą na 32. I Maciek z Karo i Kropką zaraz za nimi. I Iza z Zuzią. I ekipa z Tarchomina z kolejną colą. I Iwona, która mnie przeciągnęła przez metę. I Becia, która zrobiła nam piękną fotę.

      22015505_10212253200017940_728354593_o

      A co to wszystko ma wspólnego z egzaminem u Bardzo Znanego Profesora?

      Bo ukoronowaniem wszystkiego są trzy powody, dzięki którym nie tylko dotarłam do mety, ale jak tak patrzę na zdjęcia, to chyba na żadnym maratonie nie uśmiechałam się tak ciągle od startu aż do samej mety i jeszcze za nią. A jak patrzę na zdjęcie zza mety, to aż mi się wierzyć nie chce, że po 42 km można mieć taką minę.

      Co zatem zdecydowało?

      1. Głowa. Chyba po raz pierwszy tak współpracowała ze mną od startu po samą metę. Żadnych kryzysów mentalnych, żadnych załamań, nawet fizyczny kryzys w miarę przytomnie opanowany. W głowie miałam te wszystkie przebiegnięte maratony i nie dopuszczałam myśli, że coś może tym razem być nie tak, że coś może mi przeszkodzić.
      2. Baza. O tym też myślałam jeszcze biegnąc. Niby tym razem nie odrobiłam lekcji i do tego egzaminu podchodziłam nie do końca przygotowana. Ale przecież gdzieś w nogach mam te pewnie już dobrze ponad 20 000 wybieganych kilometrów, te 10 lat biegania, te 20 wcześniejszych maratońskich startów. To znika tak sobie, nie wchłania się w niebyt. Istnieje coś takiego jak pamięć mięśniowa. I moje mięśnie przypomniały sobie, jak smakuje maraton. Te wszystkie lekcje, które odrobiłam z moimi trenerami – w niedzielę sobie przypomniałam.
      3. Serce. Mnie naprawdę brakowało maratonu. Dopiero w niedzielę poczułam, jak bardzo. Nie biegłam tego dystansu od trzech lat. Nie mając celu w postaci maratonu, nie mogłam się zmobilizować do treningu na serio. Ale w Warszawie tak bardzo chciałam dobiec do mety, tak bardzo czułam dobrą energię z każdego miejsca, że to musiało się udać. Stąd ten uśmiech. – Jak ty to robisz, że po 42 km jesteś uśmiechnięta? – zapytała koleżanka na Facebooku. – Ja po prostu kocham biegać.

      Tylko tyle i aż tyle.

      Teraz to już chyba wróciłam naprawdę.

      39. PZU Maraton Warszawski 24.09.2017 Warszawa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pięć powodów, żeby nie biec. I trzy, dzięki którym mi się udało. Mój #MaratonWarszawski”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      beautyandb
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 września 2017 23:06
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
    • Kiedy małe rośnie...

       

      Małe dzieci – mały kłopot – mówili kiedyś, a ja nie do końca wierzyłam, no bo przecież wiadomo, najwięcej zachodu jest z takim co to trzeba nakarmić, przebrać, przewinąć, płacze nie wiadomo czemu… Dzisiaj, mając na stanie jednego bardzo aktywnego młodego człowieka, którego niektórzy biorą za bardzo drobnego trzylatka (ma 20 miesięcy!), który potrafi w mgnieniu oka wejść na ten przykład… na toaletkę, zaczynam się skłaniać jednak do tego, że z tymi rosnącymi kłopotami – to jest głębsza prawda.

      A że Ania biega pozostaje blogiem biegowym, a nie parentingowym, to tym razem konstatacja dotyczy… biegów. Z nimi też jest tak, że dopóki są małe i kameralne, bywają urocze, a im bardziej rosną, tym bardziej ten swój dziecinny urok tracą i zaczynają przypominać takie nastolatki ze wszystkimi ich wadami, takich niby dorosłych, ale nie do końca, z za długimi kończynami, pretensjami do dorosłości, ale jednak z umysłem na poziomie dziecka. I to  w sumie nie jest zarzut, bo rośnięcie i dorastanie, dojrzewanie, jest właściwie procesem naturalnym, ale tempo rośnięcia niektórych imprez wymaga od ich organizatorów dorastania błyskawicznego. Niestety, niektórzy mają z tym kłopocik. Chociaż, dopóki drobiazgi organizacyjne nie wpływają na sam przebieg biegu, na resztę można popatrzeć przez palce.

      Ten przydługawy wstęp prowadzi nieuchronnie do relacji z Biegu Siedleckiego Jacka. Relacja na szczęście nie będzie długa ani bardzo wnikliwa, bo też i nasz udział w imprezie był jakiś wyjątkowo szczątkowy – trochę z winy własnej, trochę – organizatora.

      Wyjątkowo, prawie jak nigdy, dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Bo Siedlce blisko. No, blisko. Ale nie aż tak. A ekspresówka tylko na części trasy, dodatkowo 10 km przed Siedlcami wyrzuciła na nawigacja w jakieś pola i dróżki nieomal polne. Ok, jest półmaraton, pewnie pół miasta zamknięte, prowadzi nas od drugiej strony. Ciekawe, że wracaliśmy tą samą drogą.

      Nic to jednak. Potem, na jakieś niespełna dwa kilometry od Biura Zawodów, uprzejmy policjant odesłał nas na objazd. Potem drugi skierował w jakąś małą uliczkę i kazał tam zaparkować. Co było robić. Zaparkowaliśmy, przerzuciliśmy rodzinny majdan do wózka i hajda w drogę! Tymczasem miejscowych (te rejestracje!) jakoś dziwnym trafem puszczano dalej, prawie a samą trasę biegu…

      No nic. Mamy 10 minut na odbiór pakietów i … nieokreśloną odległość do pokonania. Szybki podział zadań. Ja kłusuję za końcem nosa, końcem języka i ludźmi. Tomasz wiezie Marcina i posuwają się mniej więcej za mną, ale ciut wolniej. Ciocia w eleganckich butach podąża naszym śladem średnim spacerkiem. Ja lecę. W miejscu, gdzie wg GPS powinno być biuro, jest dzika trawa i kilka samochodów. Ale już widzę park wodny, którego nazwa obiła mi się o uszy po drodze. Lecę. Jestem koło basenu. Już widać infrastrukturę biegową – bramy startowe, mety, trybuny, super. Ale gdzie to cholerne biuro zawodów. Trzy osoby patrzą na mnie jakbym się urwała z choinki. A biuro…. Właśnie powinno kończyć pracę. Czwarta osoba wreszcie macha ręką mniej więcej w kierunku biura. Aha. Muszę przejść przez trasę. Z jednej strony znajduję lukę w barierkach, z drugiej – sama sobie barierkę odsuwam, na szczęście na trasie są luzy…  

      Wpadam do biura spocona jak mysz. Szybko ogarniam, gdzie te pakiety, siadam, melduje się, na szczęście nikt nie robi problemu, że odbieram od razu dwa pakiety… Przy stoisku biegów dziecięcych kusi mnie zapytać jeszcze o pakiety, ale najkrótszy bieg jest na 200 m, trochę jednak przydługo jak na Marcina… Darowuję sobie, ruszam na poszukiwania chłopaków.

      Znajdujemy się pod trybuną. Idziemy z powrotem w kierunku biura zawodów i depozytu. Dobrze, że przyjechaliśmy od razu w strojach startowych, bo start za kwadrans. Nas z kolei znajduje ciocia. W samą porę, bo Marcin właśnie postanawia że on teraz sobie pospaceruje. A tu matka musi lecieć, szukać toitoja. Na szczęście blisko i na szczęście z małą kolejką.

      Jak będzie pięć minut do startu – to zapowiemy mówi głos ze sceny. Ufff, na mój gust już jest pięć minut, ale zegarek już w trybie sportowym, kończę toaletę, myję spokojnie ręce, idę poprawić buty…

      Staję gdzieś obok strefy startowej i słyszę, że już jest te 5 minut. Wbijam się w tłum startujących. Staję i się rozglądam, ale akurat żadnych znajomych w zasięgu wzroku. Trudno. Nie mijają DWIE minuty, jak pada strzał i czołówka rusza. Hm. No dobra. To lecimy.

      Poleciałam…

      Pierwszy kilometr 4:28. Oj… Tymczasem pogoda jest… Dziwna. Jakby zaraz miało lunąć. Ale tymczasem dojmująco piecze słońce. Staram się nie odpuszczać, choć po pierwszym kilometrze wyraźnie zwolniłam. Wokół tworzy się mała grupka, mijamy się nawzajem. Drugi kilometr – jeszcze poniżej 4:40. Niby nie prędkość, ale dla mnie może być zabójcza, jeszcze nie weszłam na takie rejestry biegania (moja życiówka w okolicy 21 minut to jeszcze długo sobie poczeka…). Po dwóch kilometrach moment ulgi, bo woda. Super. Po czwartym – woda i gąbki. Zresztą, na czwartym to ja już walczę, żeby biec poniżej 5…

      Jeszcze jeden zakręt, jeszcze drugi… No, biegnę wolniej, ale biegnę. Na ostatnich 200 metrach zmuszam się do czegoś na kształt finiszu. 24:10.

      Medal.

      Muszę na chwilę się zatrzymać i postać z głową w dół.

      Piiiić. Teraz pić, gdzie picie?

      O, nie! Są kubeczki i dzieci, które polewają z wielkiego baniaka do kubków.

      What…? Do kubeczków…?

      Ale medal ładny…

      Ruszam na poszukiwania Marcina.

      On tymczasem rządzi w strefie dla dzieci. Podobno nawet trafił do kroniki. Jako najmłodszy uczestnik warsztatów. Trzylatek, ha, ha, ha :) Dostaję serduszko z białej gliny ozdobione ziarnami kawy, jarzębiną i „kamaronem”. Najlepszy medal.

      Dobija do nas Tomasz, który skończył niecałą minutę po mnie.

      21083044_1608538552510195_3228796203568025945_o

      Niebo coraz groźniejsze, zbieramy się do odwrotu. Zaczyna lać. Chowamy się w holu parku wodnego. Niby nie wolno, ale bierzemy panie „na wózek”. Wymyślam niemal boski plan. Rodzinka niech poczeka, a ja pognam po samochód. Trasa już chyba otwarta…

      Idę. Na szczęście przestało padać. Piecze słońce. Ja idę. Idę. I idę. W końcu dzwonię do Tomasza. „Ty pamiętasz, na jakiej ulicy zostawiliśmy samochód?” Tomasz: „Nieee…. A Ty nie pamiętasz?” Trudno. Idę dalej. Zniknęła policja, zniknęła straż miejska, nie ma ludzi, nawet nie mam jak zapytać. W końcu…. Po ponad pół godzinie…. Znajduję J Ufff. Co za ulga!

      Wracam. Już mogę podjechać „pod same drzwi”. Na stadionie trwają biegi dzieci. Podobno przedszkolaki też były… Cóż. A w sumie co szkodziło dołożyć 100 m dla najmniejszych…? Miałby młody komplet Traktu Brzeskiego (hej, organizatorzy, a może też dla dzieci taki mini-trakcik?)

      21082919_1608746005822783_4916605193904624026_o

      Tymczasem młody szaleje na leżakach i workach PGE.

      Dołączam do rodzinki. I tak sobie zalegamy, nasłuchując relacji z dekoracji.

      A potem uciekamy przed burzą.

      I w sumie było miło, chociaż tak jakoś… Obok biegu. Z nostalgią wspominamy Białą Podlaską i Platerów…

      Aha. A czy napisałam, że tuż obok tego nieszczęsnego parku wodnego były trzy spore i częściowo… puste parkingi? Jeden ewidentnie dla biegaczy…?  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      beautyandb
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 sierpnia 2017 06:53
  • niedziela, 20 sierpnia 2017
    • Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1.

      Dawno nie nabiegałam tyle, co przez ostatnich 8 dni. I dawno nie biegałam tak… od Sasa do Lasa. Dawno też jednak bieganie nie sprawiało mi takiej frajdy. Bo niby nic nie muszę, ale przecież – chcę. Po pierwsze – chcę biegać. A po drugie – cały czas chcę stanąć na mecie 39. Maratonu Warszawskiego. Cały czas możecie mi w tym pomóc – KLIK :)

      Za przygotowania do maratonu zabrałam się późno. Powiedziałabym nawet – skandalicznie późno. Dlatego też nie szukajcie w moim bieganiu jakiegoś specjalnego planu. Tym razem będzie pełen spontan, a po drodze zaprzeczę wielu dotychczas wyznawanym wartościom i przekonaniom związanym z treningiem, bieganiem maratonów i może nawet bieganiem w ogóle. Złamię kilka swoich postanowień i… w ogóle będzie się działo. Już dziś mogę zacząć robić listę na temat, jak się do maratonu nie szykować.

      Punkt pierwszy – nie wpadaj na pomysł startu na 8 tygodni przed imprezą, zwłaszcza jeśli poprzednie dwa miesiące biegałaś okazjonalnie lub wcale.

      Punkt drugi – a jak już wpadłaś na taki pomysł, przemyśl dokładnie plan przygotowań i plan startowy, a nie rzucaj się jak łysy z grzywką na parapet (od razu wszystkich łysych przepraszam).

      Tym razem w roli łysego występuje Ania.  

      W ramach nadrabiania braków kondycyjnych, od początku sierpnia Ania przebiegła już więcej niż przez poprzednie dwa miesiące razem wzięte. Co w sumie nie jest jakąś większą sztuką , biorąc pod uwagę czerwcowe bieganie średnio dwa razy w tygodniu oraz dwa (słownie: dwa) lipcowe wyjścia na bieganie. Przy czym to drugie to już w sumie bardziej sierpniowe było, bo 31 lipca to taki prawie sierpień.

      W sierpniu za to ruszyłam z kopyta. Bez ładu i składu, ale za to z dobrymi chęciami i  wielkim entuzjazmem. Po towarzyskim wózkowym starcie w Pucharze Maratonu (25 km), wymyśliłam, że oto okoliczności są idealne, aby po 10 latach od poprzedniego startu zawitać do… Radzymina. Tak. Mimo że to tuż za miedzą, to ostatni, a właściwie pierwszy raz startowałam w Półmaratonie Cud nad Wisłą w …2007 r. I był to mój drugi w życiu oraz jeden z bardziej traumatycznych półmaratonów. Dość powiedzieć, że pierwsze oznaczenia kilometrów zobaczyłam po 6 km, prawie zrobiłam życiówkę na 10 km, a następnie… Zaraz po tym półmaratonie zamówiłam pierwszy zegarek z GPS ;-) Tak, wtedy już były.

      Rok później 15 sierpnia pobiegłam Maraton Gdański (czy ktoś jeszcze pamięta?), a potem… Potem jakoś unikałam imprez w tej dacie.

      A tu nagle taki pomysł.

      No więc – do Radzymina!

      Zaczęło się nieźle, bo już na wejście – zaspałam. Na szczęście nie na start, ale powiedzmy że na spokojne przygotowanie. W rezultacie wstaliśmy z obłędem w oczach i niepełną godziną do wyjścia. A tu jeszcze trzeba się spakować, zjeść śniadanie, ogarnąć juniora, wózek… Idea był prosta. Jedziemy w komplecie. Małżonek sędziuje, matka biegnie, cioteczka z Juniorem kibicuje na starcie i mecie oraz korzysta z lokalnych atrakcji w Radzyminie. Noale… Skoro my zaspaliśmy, zaspała i ciocia. Zadeklarowała, że owszem, może zostać z Marcinkiem, ale w domu… Tymczasem młody już gotowy do wyjścia… Dobra, weźmiemy wózek biegowy. Dałam radę 15 km po lesie, dam radę 21 po asfalcie – nie było czasu na rozkminki, że miałam nie biegać długich biegów z wózkiem, że nieprzygotowana, że młody nie do końca lubi, że… .

      Pognaliśmy, żeby małżon zdążył na odprawę sędziów. Potem jeszcze moja szybka przebióra i leniwe oczekiwanie na start, czyli spacerki z młodym, żeby go trochę zmęczyć. Obejrzeliśmy czołgi, pogadaliśmy z tym i z owym i w sumie już trzeba było stawać na starcie. Tym samym nadszedł moment najtrudniejszy. Pakowanie do wózka. Oj, nie lubi młody niewoli, nie lubi… I nie chodzi o biegowy, chodzi o wózek w ogóle. Ale tu jakby wyczuł powagę chwili, zaprotestował krótko dla fasonu i grzecznie dał się wpiąć w szelki. Potem jeszcze trochę pogaworzył, trochę podopingował innych biegaczy („Dawaj, dawaj, biegaj, biegaj!”), pozwolił podopingować siebie, wzbudzając co najmniej zainteresowanie nie tylko wśród kibiców i w końcu – chyba trochę znużony – przysnął. Tak jakoś na 6 kilometrze.

      Pogoda nam sprzyjała o tyle, że start był o 9, niebo lekko przychmurzone, lekko powiewało. Z czasem słońce było coraz wyżej i coraz bardziej grzało, ale biegliśmy głównie bokiem do niego lub tyłem. Nie licząc dwukilometrowej agrafki, gdzie był grzejący wmordęsłońc i musiałam przysłonić wózek moskitierą. Jak młody będzie miał kiedyś piegi – to wiadomo skąd. Generalnie dziecko spało jak dziecko, a ja sobie biegłam, to pogadując z kimś mniej lub bardziej znajomym, to sprawdzając, czy dzieć jeszcze oddycha (jakaś obsesję mam).  Na półmetku skonsumowałam żel, zapiłam wodną kontrabandą z wózka i potoczyłam się dalej, konstatując, że czas jest przyzwoity, w dwóch godzinach powinniśmy się zmieścić.  

      Na agrafce stał małżonek i zarazem tata Marcina, co sprawiło, że syn się nieco rozbudził, ale jeszcze przez chwilę nie protestował. Zresztą, w sumie w ogóle nie protestował. Na 15 km wzięłam już dwa kubki z wodą – dla siebie i dla Marcina. Wodą się gustownie pooblewał, ale trochę wypił. Banana… no cóż. Usmarował nim pół wózka, trudno. Jeszcze trochę podsypiał, kiedy dojechał do nas rowerowy ninja – sam szef Maratonu Warszawskiego, z którym sobie przyjemnie pogawędziliśmy, że wszystko to naturalnie przez niego.

      Marcin był coraz bardziej obudzony, plotkowaliśmy o kolorach koszulek zawodników wokoło, matka robiła egzamin z kolorów („green”, „pink”, „yellow” – Marcin większość kolorów rozróżnia, ale nazywa je po angielsku i już). Przy okazji tempo troszkę nam siadło, jednak i do mety było już coraz bliżej, więc niespecjalnie się tym zajmowaliśmy.

      Na 18 km syn trochę zaprotestował, przekonując, że „boli kolano”. Zrobiliśmy zatem przystanek na masowanie i całowanie kolana. Całkiem możliwe, że to właśnie wtedy ostatecznie pożegnaliśmy się z czasem poniżej dwóch godzin, ale jakie to ma znaczenie?

      Ważne było, że zaraz ruszyliśmy raźno przed siebie, a im było bliżej mety, tym Marcin bardziej aktywnie komentował sytuację, a matka jakby zyskiwała na dynamice albo przynajmniej na wrażeniu własnej zajebistości. I tak radośnie, dopingowani mocno na finiszu, dotarliśmy sobie do mety w 2 godziny, dwie minuty i 15 sekund. Co i tak było wynikiem jakieś dwie minuty lepszym niż ten sprzed 10 lat. A wtedy jednakowoż biegłam bez wózka i ważyłam parę kilo mniej!

      20785652_1597337123630338_3765253429639301067_o

      Za metą dostaliśmy medal – jeden na spółę, ale i tak bardzo uroczy, Marcinowi się natychmiast spodobał. A potem poszliśmy po pakiet startowy (tak, Radzymin to jednak unikat! Kiedyś, o ile dobrze pamiętam, dawali medal w pakiecie przed startem, teraz dają pakiet po ukończeniu biegu… Jakaś logika w tym jest!) i na grochówę. Którą solidarnie zjedliśmy na pół.

      I poszliśmy oglądać, jak pluszowy Piłsudski gania równie pluszowego bolszewika.

      Oraz odbierać wyrazy uznania. M.in. od Pana Jacka Fedorowicza, który jest chyba stałym bywalcem radzymińskiej imprezy. I w sumie to mu się nie dziwię. Blisko, płasko, w miarę szybka trasa, niezła organizacja, przyzwoite nagrody (dla tych co na pudle), fajna oprawa… I nawet asfalt co roku lepszy, jak twierdzi Patrycja Bereznowska. A w końcu ona wie, co mówi.

      W każdym razie my się tu jeszcze kiedyś wybierzemy. Nie wiem, czy znowu z wózkiem, bo przecież miałam nie biegać półmaratonów z wózkiem, ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      beautyandb
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 sierpnia 2017 23:05
  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Olśnienie by Lumene, czyli po co pojechałam na See Bloggers, cz 1. #Invisibleillumination #lumene

      Właściwie po co tu przyjechałaś? – zapytał małżonek, kiedy w pewną lipcowa niedzielę późniejszym popołudniem opuszczaliśmy gościnne mury (i przeszklenia) Pomorskiego Parku Technologicznego w Gdyni. – No jak to - po co? Po inspirację Po motywację. Po wiedzę – odpowiedziałam. – I masz co chciałaś? – drążył temat.

      Chyba miał dosyć bycia całoweekendową nianią Marcina. Ale trudno, sam się zgodził. Bo ja już jakoś na przełomie maja i czerwca zapowiedziałam, że wreszcie wybieram się na See Bloggers. Konferencję dla blogerów. O wrażeniach pewnie jeszcze napiszę, bo warto, choć temat nieco zdezaktualizowany. Ale dzisiaj o czym innym. Obok garści inspiracji, które mam nadzieję wkrótce przełożyć na życie blogowe, obok motywacji, wynikającej także z jakże niskich pobudek, wreszcie obok kilku nowinek stricte blogowych, wywiozłam z Gdyni także pół reklamówki różnych próbek i innych takich. Pół, bo jestem kiepska w żebraniu o #darylosu, choć nawet stosowne torby dawali. Zresztą, jakoś to nie uchodzi. Poza tym najwięcej próbek było w strefie beauty, a do tej jakoś wybitnie nie pasowałam, nawet na oko. Mimo fantastycznej Jolki z Riska, w którą się wbiłam drugiego dnia. Risk zresztą to moja taka trochę nie do końca spelniona modowa miłość… No nic.

      20170723_163007

      Ale do ad remu ;-)

      W całej tej strefie beauty było jedno logo, które przyciągnęło mnie szczególnie. Znajome i nieznajome zarazem. To znaczy – kojarzyłam takie niebiesko-fioletowe flakoniki czy słoiczki ze złotymi nakrętkami, których Mama strzegła szczególnie starannie w ponurych i chemicznych latach 80-tych. I nie, nie będę ściemniać, że pamiętam te zapachy czy coś, nie. Kojarzyłam że są drogie, raczej ekskluzywne i lepiej, żebym w nich swoimi nastoletnimi paluszkami nie grzebała. No nie grzebałam. Zapamiętałam też nazwę, naturalnie, bo Lumene niosło ze sobą światło. Nie że taka byłam poetyczna, ale wolnych chwilach studiowałam sobie słownik wyrazów obcych, to różne rzeczy mi w głowie zostawały. No a potem uczyłam się łaciny. Chociaż gdzieś w międzyczasie dotarło do mnie, że fiński i łacina to niekoniecznie z jednego pieca, to jest, tfu, kolebki się wywodzą.

      W sumie to nawet tego fińskiego chciałam się kiedyś nauczyć. I byłam na dobrej drodze. W liceum zaliczyłam obóz z Finami, mieszkałam z Finką w pokoju, nauczyłam się dwóch zdań po fińsku (to taki język, gdzie długość głoski może zdecydować o znaczeniu całego zdania) oraz jak powiedzieć „Dzień dobry” i „Kocham Cię”. A potem… potem wystarczyło mi jeszcze zapału, żeby nauczyć się słówka Nokia i to był w zasadzie koniec mojej przygody z nauką fińskiego.

      No więc teraz, w tym gdyńskim parku technologicznym, poczułam się jak mała dziewczynka, która znalazła dawno zapomnianą zabawkę. Choć kosmetyki Lumene na oko nie przypominają tamtych z maminej łazienki. Zniknęły fioletowo-zlote słoiczki, symbol luksusu pełnych przepychu i „Dynastii” lat ’80. Zniknęła luksusowo kaligrafowana litera „L”. Zamiast nich pojawiły się białe i przezroczyste opakowania, które przywodzą na myśl krystaliczną wodę fińskiego jeziora Lummenne, a w logo zagościł symbol, który wpisuje się w łaciński źródłosłów słowa „lumen”. O tych historycznych zmianach pogawędziłam sobie przyjemnie z panią z Lumene, która swoim wyglądem uosabiała ideał fińskiej urody i doskonale wpisywała się w markę. Na koniec pogawędki obdarowała mnie trzema próbeczkami – z przesłaniem, żeby wypróbować nowe Lumene.

      Nie ulegam specjalnie takim namowom, poza tym nigdy nie wiem, jak pisać o takich kosmetykach tak, żeby nie przepisywać połowy katalogu. No, ale. W ramach inspiracji pomyślałam, że spróbuję. Takie zadanie warsztatowe. Ja piszę, Wy oceniacie, czy się nadaję na blogerkę strefy ‘beauty’.

      Na pierwszy ogień poszedł krem intensywnie nawilżający Lumene Lahde Intense Hydration Moisturizer 24 H. Uwielbiam kremy nawilżające, zwłaszcza latem. Z tym złapałam chemię (nomen omen) natychmiast po odkręceni i wsadzeniu palucha. Bo chociaż krem jest kremowy i biały, to jednak konsystencją przypomina żel. Skóra, po letnich urlopowych szaleństwach, wchłonęła go jak gąbka. Właściwie od razu zapodałam podwójną dawkę, bo czułam, jakby się komórki w twarzy otworzyły i prosiły o więcej. Daj wody, daj wody – wrzeszczały wszystkimi porami. Dałam. I dobrze, bo wyzwanie było nie lada. Zaraz potem z tak pięknie nakremowaną buźką poleciałam na zawody – 25 km w lesie, w nieomal upale… Nie będę ściemniać, że się nie spociłam czy że mnie słońce nie złapało. Złapało. Spociłam się, twarz mi spłynęła. Ale nadal była dość dobrze nawilżona i nieźle zniosła wysiłek. I nie wyglądałam jak upiór. Biorąc pod uwagę, że przez wcześniejsze dwa tygodnie wystawiłam się bez litości na słońce, wiatr, deszcz, morską bryzę i inne takie, a kremu używałam, jak sobie przypomniałam – naprawdę nie było źle. A po kilku dniach jest jeszcze lepiej – uczucie suchej i pościąganej skóry zanikło, podobnie jak cienie pod oczami (dobra, może jednak więcej śpię albo jakoś tak).  

      20170814_214013

      Katalog podaje, że oprócz wód arktycznych (podobno mieszczących się w ścisłej światowej czołówce, w co akurat mogę uwierzyć, bo Finlandia w ogóle mi się dobrze ekologicznie kojarzy, a te jej 5 mln mieszkańców bardzo kojąco wpływa na wyobraźnię) w kremie jest jeszcze wyciąg z arktycznej brzozy który stanowi naturalną terapię nawilżającą i odżywczą dla skóry. Cóż, kiedyś witek brzozowych używano do smagania dziewcząt w Śmigus Dyngus, dzisiaj brzoza oddaje nam inne usługi. Chociaż jej zdrowotny i kosmetyczny wpływ na pewno jest nie do przecenienia.

       Jedyny problem, jaki mam z tym kremem, to fakt, że nie udało mi się do tej pory sprawdzić jego 24-godzinnego działania. Wszystko przez drugą próbkę, czyli Overnight Bright Vitamin C Sleeping Cream. To już linia valo i arktyczna malina moroszka. W Polsce bardzo rzadka, ale powszechna w Skandynawii. Owoce i liście maliny moroszki są używane w medycynie ludowej jako środek przeciwgorączkowy i przeciwbiegunkowy oraz zapobiegający szkorbutowi. Brrr! No ale. Pachnie prześlicznie, raczej lekkim cytruskiem, ale może być i malinka. Na pewno też witaminka C. W każdym razie po kilku dniach systematycznego stosowania i po porannej przebieżce mogę sobie zrobić selfie z twarzą, a nie tylko te buty i buty. I nawet bez okularów słonecznych. Konsystencja, jak w przypadku kremiku dziennego, lekko żelowa, sam się wchłania, żadnego wklepywania czy innych tortur. No i żadnego filmu czy pozostałości na twarzy, bo chyba by mnie chłopaki wprosili z łóżka. I ojciec, i syn ;-)  A tak – to nawet się przytulają.

      Last but not least, czyli ostatnia próbka od Lumene – to maska Deep Detox Puryfying Mask. Linia Sisu, czyli arktyczna sosna, sęki arktycznego świerka i arktyczne czarne jagody. Nabieram niejasnego wrażenia, że hasło „arktyczne” w opisach Lumene to synonim gwarancji czystości i jakości. Ale niech tam, wolno im. Poza tym antyoksydanty, witaminy i dalej. Maska jak maska. W zasadzie piling. Dobry, gruboziarnisty, ja taki lubię najbardziej. Zwłaszcza, że nie miałam ostatnio czasu na wizytęu kosmetyczni „po lecie”. Nałożyłam zatem na twarz, potem delikatnie starłam z twarzy, spłukałam i voila! 

      Nie żebym zaraz wyglądała jak nastolatka, ale te moje 41 to w zasadzie głownie w papierach widać.  Chociaż to akurat geny, a nie kremy. Choćby najlepsze.

      20727830_1595476923816358_4876199069659652101_n

      Teraz ostrzę sobie ząbki na serię Invisible llumination by Lumene. Akurat na maraton powinna się nadać. Bo znowu biegam powoli ;-) (…to chociaż muszę dowyglądać ;-))

      I jak? Mogę pisać o kosmetykach? Czy lepiej jednak zostać przy bieganiu?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      beautyandb
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 23:18

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny

Ania biega

Wypromuj również swoją stronę

zBLOGowani.pl