Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Pięć powodów, żeby nie biec. I trzy, dzięki którym mi się udało. Mój #MaratonWarszawski

beautyandb

– To jakiej argumentacji pani właśnie użyła? – zapytał Pewien Znany Profesor Od Retoryki, kiedy dość nieudolnie, ale z dużą kokieterią i niezbitą pewnością siebie próbowałam go przekonać, żeby postawił czwórkę z egzaminu. Egzamin był bodaj szósty czy siódmy w ciągu dziesięciu egzaminów podczas tamtej sesji, a mnie się na dodatek zachciało przeprowadzać i pracować. Istniało tysiąc powodów, dla których nie powinnam go zdać. Choćby dlatego, że kiedy chwilę wcześniej podobne pytania dostał jakiś nieszczęśnik, nawet nie zrozumiałam, czego dotyczą. Ale nagle złapałam punkt orientacyjny i zaczęłam płynąć. Aż do tego pytania. – Na pewno bardzo nieracjonalnej – odbiłam się od dna dość rozpaczliwie, przygotowując się psychicznie na kampanię wrześniową. – Ma pani tą czwórkę – odpowiedział profesor. Zdałam…

Głównie dzięki temu, że w wieku szczenięcym miałam dość okrutnego nauczyciela od polskiego. Do tego stopnia, że właściwie nigdy więcej od skończenia podstawówki polskiego nigdy nie musiałam się uczyć. Owszem, bywało, że się uczyłam. Ale tylko wtedy, kiedy coś mnie wybitnie zainteresowało. Natomiast baza z podstawówy pozwoliła mi całkiem nieźle poradzić sobie nie tylko w liceum, ale na olimpiadach polonistycznych, na studiach, wreszcie – na obronie pracy magisterskiej, która całkiem mocno wchodziła w obszar języka…

Ale, ale, dlaczego ja tu nagle na blogu o bieganiu, wyjeżdżam z egzaminem z retoryki i polskim z podstawówki…?

Bo istniało co najmniej pięć powodów, dla których nie powinnam była startować w 39. PZU Maratonie Warszawskim. Ten pomysł tylko u jego zarania wydawał się niezły, ale każdy kolejny dzień oddalał mnie od jego realizacji. Sami zobaczcie:

1, Trening cz.1. Czyli podstawy. Umówmy się. Moje bieganie w ostatnim czasie trudno nazwać treningiem. Bo trening ma w swojej konotacji jakąś strukturę, porządek, określone jednostki we właściwiej kolejności, mikrocykle, starty kontrolne itd., itp. Tymczasem moje bieganie raczej sprowadza się do wyjścia od czasu do czasu i potupania sobie ok.10-12 km. W tempie bliżej nieokreślonym, bez żadnych akcentów, żadnych jednostek specjalnych. Nic. No, ale. Powiedzmy, że maraton można też sobie przeczłapać. W tym celu jednak wypadałoby chociaż wyrobić w sobie jakąś wytrzymałość. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że aby przebiec maraton, trzeba biegać przynajmniej 42 km tygodniowo. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te tygodnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy pokonałam więcej niż 30 km. Trochę z lenistwa, trochę z nieogarnięcia, trochę z tzw. przyczyn obiektywnych. Poza tym zazwyczaj przygotowanie do maratonu rozpisywałam sobie na 3-4, a często i więcej miesięcy, ostatnie dwa poświęcając już na szlify, a nie – budowę bazy. Tym razem czekałam i czekałam nie bardzo wiadomo na co. Maraton na świeżości?

2. Długie wybiegania, czyli trening cz.2. Niby cały czas znajdujemy się w obszarze treningu, ale ta konkretna jednostka treningowa ma u mnie specjalne poważanie. Był taki cudowny czas w mojej biegowej przygodzie, kiedy to regularnie w niedzielę rano wychodziłam i mówiłam – to ja wracam za jakieś 2 albo trzy godziny. I wracałam po trzech, z trzydziestką na liczniku, z każdym tygodniem coraz szybciej. Tym razem moim najdłuższym wybieganiem było 25 km Pucharu Maratonu gdzieś na początku sierpnia. W tym – 15 km z wózkiem, więc tempo tego wybiegania było co najmniej zabójcze (2:37). Poza tym pobiegłam dwa półmaratony – jeden z wózkiem w dwie godziny i jeden bez wózka, ale za to w górach. W 2:06. I zrobiłam jedno rozbieganie długości 21 km. Jedno 17 i jedno 14… I tydzień ‘luzu’ przed startem. Tak nieprzygotowana to chyba jeszcze nie byłam. Nawet w debiucie (trzy „30-tki” przed).

3. Czas czyli teoria względności. Kiedyś sobie obiecałam, że nie pobiegnę maratonu, jeżeli nie będę gotowa pobiec go poniżej 4 godzin. Bo to podobno męczarnia. Przed startem w Warszawie wiedziałam, że nie pobiegnę poniżej 4 godzin. Ba, nie liczyłam na czas specjalnie lepszy niż 4:30. Bo taki był plan, że skoro już muszę, skoro się duszę – to zrobię to powoli i z godnością.

4. Praca, czyli teoria bezwzględności. Tak się akurat złożyło, że kiedy na wiosnę nieśmiało myślałam o starcie w Maratonie Warszawskim, nie połączyłam wszystkich kropek. Zresztą, niektórych nie połączyłam dlatego, że miały nie być już moimi kropkami. Ale nagle wróciły i okazało się, że mój służbowy kalendarz nagle jest upstrzony kropkami jakby go muchy ob…. No, powiedzmy, że obsiadły. Co prawda dzięki temu znalazł się w nim prawie górski tygodniowy obóz, ale raczej obóz pracy niż biegowy, z miłym tylko zakończeniem w postaci Festiwalu Biegowego, oraz zwyczajowy kwartalny tydzień wynikowy z momentem kulminacyjnym wyjątkowo zaplanowanym na czwartek przed maratonem. I to zdaje się z moją pomocą tak zaplanowany… Kropki. Na przyszłość muszę pamiętać o wszystkich kropkach.

5. Syn, czyli los nieprzewidywalny. Dołożył jeszcze swój kamyczek. Kiedyś przeczytałam, że najważniejsza jest nie noc przed startem, ale ta wcześniejsza. Chwała Bogu, tę przedostatnią w miarę dobrze przespałam. Bo w ostatnią noc… Nie, wcale nie Luksemburg, chata i nie szkło. Raczej wymioty, gorączka, mało snu. Mojego. Trzymając pod pachą mały termoforek, miałam pokusę zrezygnować. Przecież dziecko chore. Chyba nikt by mi nic nie powiedział…

Na szczęście rano gorączka spadła, młody spokojnie spał, a w domu zostawał pod opieką cioci, babci i dziadka… Z piaskiem pod powiekami ruszyłam w niedzielę rano na start.

DSC06920.JPG

A bardzo chciałam wystartować, bo:

  1. Rocznica. Dzień przed 39. PZU Maratonem Warszawskim przypadała 10. rocznica mojego maratońskiego debiutu. W Warszawie oczywiście. A ja sentymentalna jestem jak diabli.
  2. Trasa. Nie tylko ładna, nie tylko atrakcyjna turystycznie, ale też dość szybka, taka jak lubię. Śródmieście, Mokotów, Ursynów, Wilanów, Praga, Żoliborz. Serce miasta, jego kręgosłup. Długie proste, zero pętli, szeroki start, meta na Podzamczu. Już w zeszłym roku zazdrościłam maratończykom dobrej trasy, ale tegoroczna była jeszcze lepsza.
  3. Medal. Piękny, z Syrenką Warszawską. Jak zobaczyłam projekt medalu, wiedziałam, że chcę go mieć. I już. Choćbym cierpiała na trasie.
  4. #BiegamDobrze. Czyli akcja charytatywna, która towarzyszy Maratonowi i Pólmaratonowi Warszawskiemu. To była kolejna okazja, żeby dorzucić swoje trzy grosze na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. Jak już uzbierałam na pakiet, głupio było się wycofać.
  5. Warszawa. Moje miasto. Sen o Warszawie na starcie. Znajomi. Przyjaciele. Kibice. W tym roku nawet moja mama na trasie. I moi siostrzeńcy. I Gośka z Polska Biega, która mnie podholowała na 29. km. I Paweł z colą na 32. I Maciek z Karo i Kropką zaraz za nimi. I Iza z Zuzią. I ekipa z Tarchomina z kolejną colą. I Iwona, która mnie przeciągnęła przez metę. I Becia, która zrobiła nam piękną fotę.

22015505_10212253200017940_728354593_o

A co to wszystko ma wspólnego z egzaminem u Bardzo Znanego Profesora?

Bo ukoronowaniem wszystkiego są trzy powody, dzięki którym nie tylko dotarłam do mety, ale jak tak patrzę na zdjęcia, to chyba na żadnym maratonie nie uśmiechałam się tak ciągle od startu aż do samej mety i jeszcze za nią. A jak patrzę na zdjęcie zza mety, to aż mi się wierzyć nie chce, że po 42 km można mieć taką minę.

Co zatem zdecydowało?

  1. Głowa. Chyba po raz pierwszy tak współpracowała ze mną od startu po samą metę. Żadnych kryzysów mentalnych, żadnych załamań, nawet fizyczny kryzys w miarę przytomnie opanowany. W głowie miałam te wszystkie przebiegnięte maratony i nie dopuszczałam myśli, że coś może tym razem być nie tak, że coś może mi przeszkodzić.
  2. Baza. O tym też myślałam jeszcze biegnąc. Niby tym razem nie odrobiłam lekcji i do tego egzaminu podchodziłam nie do końca przygotowana. Ale przecież gdzieś w nogach mam te pewnie już dobrze ponad 20 000 wybieganych kilometrów, te 10 lat biegania, te 20 wcześniejszych maratońskich startów. To znika tak sobie, nie wchłania się w niebyt. Istnieje coś takiego jak pamięć mięśniowa. I moje mięśnie przypomniały sobie, jak smakuje maraton. Te wszystkie lekcje, które odrobiłam z moimi trenerami – w niedzielę sobie przypomniałam.
  3. Serce. Mnie naprawdę brakowało maratonu. Dopiero w niedzielę poczułam, jak bardzo. Nie biegłam tego dystansu od trzech lat. Nie mając celu w postaci maratonu, nie mogłam się zmobilizować do treningu na serio. Ale w Warszawie tak bardzo chciałam dobiec do mety, tak bardzo czułam dobrą energię z każdego miejsca, że to musiało się udać. Stąd ten uśmiech. – Jak ty to robisz, że po 42 km jesteś uśmiechnięta? – zapytała koleżanka na Facebooku. – Ja po prostu kocham biegać.

Tylko tyle i aż tyle.

Teraz to już chyba wróciłam naprawdę.

39. PZU Maraton Warszawski 24.09.2017 Warszawa

Kiedy małe rośnie... >

< Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • k3tjow

    Warto biegać :D

  • zabertys

    Warto biegać ja teraz kupiłem w SportFit sobie nowy atlas ćwiczeń i też w domu próbuje coś zdziałać żeby forma była.

  • terazbers

    Ja sobie teraz startuje w biathlon'ie kupiłem sobie narty na Twoje-narty i będziemy się ścigać nartami chce sprawdzić swoich sił w takich dyscyplinach także.

  • drastares

    Zdecydowanie lepsze są te powody aby jednak biec :P Również i ja bym wystartował na 100 procent.
    _______________
    Fundacja

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci