Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

beautyandb

Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

…sami nie wiecie, co posiadacie. Kiedyś chyba już coś podobnego napisałam, wtedy odnosiło się to do Maratonu Warszawskiego, który przebojem zdobywał kolejne stopnie rozwoju imprezy, a niektórzy dalej twierdzili, że lepiej jeździć biegać za granicę. Guzik tam lepiej, chociaż moje życiówki pochodzą ze startów zagranicznych. Ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj będzie o moim odkryciu. Rychło w czas, bo to już piata edycja tej imprezy była.

Runbertów. Czyli bieg przez Rembertów. Taką trochę zagadkową dzielnicę Warszawy, niby sypialnię, ale niekoniecznie, niby pod Warszawą, ale jednak w mieście, niby miasto, a niby las, niby… Zresztą. Nie będę ściemniać. W Rembertowie do kwietnia byłam może ze 2-3 razy w życiu. I może raz przebiegałam gdzieś na granicy. Od kwietnia regularnie zajeżdżam tam o poranku, zostawiam młodego z lokalnym żłobku, bo duży, więc „się załapaliśmy”. No, a potem stoję w korkach, czekam na podniesienie szlabanu i próbuję dojechać do biura w mniej niż godzinę. Często dłużej niż bym jechała z domu, chociaż niby droga krótsza. Wielką miłością do tego miejsca nie zapalałam, ale tkwiąc w korkach zaczęłam się interesować co nieco mijanymi okolicami.

Pomysł startu w Rembertowie zarzucił małżonek. Głównie na fali zazdrości o mój start w Maratonie Warszawskim. Zarzucił jakoś zaraz po maratonie. Ja podchwyciłam ideę. I tym sposobem znaleźliśmy się dzisiaj w południe na kampusie Akademii Sztuki Wojennej (tak! Tak się to teraz nazywa!)

Byliśmy tylko we dwoje, bo chociaż Marcin był zgłoszony do biegu dzieci, to jednak pogoda – mżawa z deszczem na zmianę od rana, jego kondycja, czyli stan nieustającego podziębienia i gluta  oraz decyzja, że „Marcinek kochany zostanie w domku” sprawiły, że z pewnym żalem, ale uznaliśmy, że nie warta skórka za wyprawkę. Ostatecznie to ma być dla dziecka przyjemność i frajda, a nie przymus i udręka. Zwłaszcza że na szczęście ma z kim zostać.

Rembertów przywitał nas mokro i pochmurno. Ale też przywitał nas doskonale oznaczonym parkingiem, szatniami z prysznicami (nie byłam w środku, ale zewnętrze nie wyglądało źle) i drogą do Biura Zawodów. Biuro mieściło się w budynku kasyna.  Działało dość sprawnie. A na dodatek pomiędzy biurem a toaletą i depozytami było dość miejsca, żeby się zadekować na przyjacielskie pogawędki w oczekiwaniu na start.

Sam start odbył się niemal co do minuty punktualnie i tak jakoś nagle, że ledwo udało mi się telefon ustawić w tryb aplikacji do biegania. Tuż przed biegiem w zasadzie przestało padać. Trasa była całkiem przyjemna, perfekcyjnie oznaczona, prowadziła przez chwilę Aleją Chruściela, a potem mniejszymi uliczkami, jedną nawet kojarzyłam z jakichś porannych objazdów. Małżonek zapowiadał dwie pętle, ale okazało się jednak, że między pierwszą a piątą edycją bieg wyewoluował w przyjemną pojedynczą pętelkę, która w sprzyjających okolicznościach może być nawet dość szybka. Mokra i pełna kałuż mogła być wyzwaniem. Dla mnie była, bo wiadomo. Się nie biega, się nie ma (wyników).

22343595_1482143821881276_1489150327_o

(Foto dzięki Natalii z Natalia biega jak szalona)

Chociaż wynik mój i tak mieści się w granicach przyzwoitości (czyli poniżej 25 minut). Za to biegłam sobie równo i prawie z uśmiechem. Taki mam ostatni pomysł na bieganie, dopóki nie przyspieszę. Na przyspieszenie też mam pomysł, ale wiadomo.

Za metą – medal w formie wojskowego nieśmiertelnika, izotonik (mimo deszczu wtrąbiłam całą butelkę w mgnieniu oka), wojskowa grochówka na bogato. I dekoracje – całkiem serio potraktowane dekoracje dziecięce, a potem cała masa kategorii lokalnych…

I tak sobie w tym Rembertowie pomyślałam, że to w sumie trochę wstyd, że wbijam dopiero na piątą edycję imprezy. Imprezy, która mam 10 km od domu, atestowanej piątki, kameralnej, ale ze świetną oprawą, za której sterami stoją biegacze i mają oko na każdy szczegół. A że blisko domu, to i znajomych sporo spotkaliśmy. Za rok może ich być więcej, bo przecież ten żłobek… No i za rok zakładam, że wynik też będzie lepszy. I może pogoda, bo to właściwie jedyny szczegół, którego organizatorzy nie dopracowali.

Ale chyba się starali, bo na dekoracje – wyszło słońce.

Więc po co mi jeździć nie wiadomo gdzie, kiedy pod bokiem mam taki bieg…?

Pięć powodów, żeby nie biec. I trzy, dzięki którym mi się udało. Mój #MaratonWarszawski >

< Moda sezonowa, czyli jak się ubrać na Bieg Niepodległości

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • karii10

    Mnie też zaskakują ludzie którzy wolą jeździć za granicę. Takich biegów jak ten, który swoją drogą był przyjemny, jest organizowane na prawdę wiele, wystarczy się rozglądać :D

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci