Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Sami nie wiecie, odc.3692. V Bieg Wąskotorowy

beautyandb

To jest kolejny już na blogu wpis z cyklu „Cudze chwalicie, swego nie znacie…”, czyli o biegach tuż w pobliżu, w Warszawie i okolicach, kameralnych, małych – a jednak takich, które zdobywają serca i na które chce się wracać.  Które mają to „coś”, czego w bieganiu szukamy – no, przynajmniej ja szukam. I to bynajmniej nie dlatego, że nie jestem w formie życiowej, więc pewne rzeczy schodzą na drugi plan (taki na przykład atest czy inne takie).

Do Józefowa wróciłam. Po roku. Rok temu wybrałam się zupełnie spontanicznie, z braku alternatyw na lepsze spędzenie sobotniego dnia. W tym roku już z pełnym rozmysłem, choć z bólem serca, bo musiałam zrezygnować z innego z cyklu moich ulubionych biegów. Istniały oczywiście techniczne i nawet nie wyłącznie teoretyczne szanse startu w obydwu imprezach, ale biegnąć w Pucharze Maratonu miałabym poważne wyzwanie, żeby zdążyć do Józefowa na bieg najmłodszych na 50 m. A do tego logistyka pozostałych członków stada domowego… Cóż. Nie jesteśmy wolnymi elektronami we wszechświecie. Nasz domowy mikrokosmos wymaga pewnych kompromisów (i tak niewielkich, nie ma na co narzekać :) ) .

A zatem stadem naszym domowym, z latoroślą i ciocią, choć bez małżonka, który postawił na wiedzę, pojechaliśmy do Józefowa. Daleko nie mamy, zdążyliśmy w samą porę, żeby zająć ostatnie komfortowe miejsce na pobliskim parkingu i odebrać numery zanim zrobi się tłum.

30709053_1850946874936027_5084136243508281344_o

Mnie od razu ujął numer Marcina. Bo mój to wiadomo, nic szczególnego. Ale młody dostał numer z imieniem. I chociaż karnie chciał go potem oddać, kiedy usłyszał z głośników komunikat o oddawaniu numerów, okazało się, że dziecięce numery są na pamiątkę. A w numerach był chip i Marcin teraz figuruje w wynikach. Tak zupełnie oficjalnie, 29 sekund na 50 metrów �� Całkiem przyzwoicie.

Na mecie dostał dyplom. Za metą – nagrodę. I to chyba jedyny wyjazdowy zgrzycik, bo w torbie z nagrodą były… film na dvd (no, ok, nie bądźmy hipokrytami, oglądamy tv) oraz…. Pistolet. Gdyby nie to, że młody pierwszy wyciągnął nagrodę – spróbowałabym podmienić, bo były inne opcje. Ale wyciągnął. I pistolet już był jego. Mam nadzieję, że szybko o nim zapomni… (ciiii)

Oprócz nagród za metą czekał posiłek regeneracyjny w postaci mini-hot-dogów, dużych hotdogów, kanapek, drożdżówek i innego dobra wszelakiego. W większości dostępnego za jeden dziecięcy uśmiech, w niektórych przypadkach (domowe ciasta) – za „co łaska”. A do tego woda z saturatora.

W tle pobrzmiewała orkiestra, produkował się chór (repertuar militarno-patriotyczny), świeciło słońce, nadawały ptaki, wytchnienie w cieniu dawał lokalny kościół. Ach, było jeszcze stanowisko z bronią, stanowisko z koniem (drewnianym, ale dość sporym) oraz harcerze. Z tymi ostatnimi ponoć Marcin wszedł w komitywę w czasie, kiedy matka biegała.

No tak. Bo w sumie myśmy tam na bieg pojechali. W piknikowej atmosferze można się było lekko zapomnieć, ale tuż przed 13.00. organizatorzy przypomnieli, że wesoły autobus na start zaraz odjeżdża i kto ma biegać – nie lepiej nie przegapi rozkładu jazdy.

W dobrej kompanii wpakowaliśmy się do pierwszego pojazdu i dość sprawnie dojechaliśmy do Karczewa. Niby blisko, ale w sobotnie popołudnie różnie może być. Zeszłoroczny przejazd na start jakoś nie najlepiej wspominałam (a kompania była co najmniej równie dobra). Tym razem poszło sprawnie, a to oznaczało, że mamy prawie godzinę do odja… Znaczy, do startu. Dobrze, że w ostatnim przebłysku rozsądku porwałam ze sobą butelkę wody. Akurat udało mi się ją osuszyć przed startem.  

W Karczewie powitała nas orkiestra dęta oraz majoretki. Potem na chwilę pojawił się nieco kuriozalny Piłsudski w samochodzie z epoki, ale szybko pojechał do Józefowa na metę. Lokalna lokomotywa pełniąca rolę pomnika trochę podymiła – i to by było na tyle. Biegacze raczej rozgrzewali się w pobliskim parkolasku.

 30710289_1851190981578283_8014773320706686976_o1

A ciuchcia dymiła symbolicznie. Bo cały bieg wydarza się dla upamiętnienia kolejki wąskotorowej, która od 1914 r. woziła ludność i nie tylko z Karczewa aż do…Warszawy. Po Kolejce Karczewskiej pozostały tylko budynki poszczególnych stacji, most na Świdrze i wspomnienia. Bieg, który zainaugurowano w setną rocznicę pierwszego kursu kolejki, wiedzie właśnie jej szlakiem – z Karczewa do Józefowa, 10 km. Na trasie odbywa się też NW z Otwocka do Józefowa (7 km) i bieg na 3 km (no, niecałe trzy), czyli Trójka po Torze. A smaczkiem jest to, że kilometry są oznaczone odwrotnie, czyli tabliczki pokazują, ile nam jeszcze do mety zostało. Nie jestem pewna, na ile jest to motywujące….

 30706875_10155634879638845_3054509873954816000_n

No, ale. O 14.03. padł strzał startera – i poszliśmy. Ławą. Ruszyłam jak z procy. Niby było ciepło, niby mało cienia, ale pierwsze dwa kilometry darłam po jakieś 4:35. Jak dziki jakiś co pierwszy raz w biegu wystartował. Już na 3 kilometrze gdzieś w Otwocku zaczęłam to tempo z lekka korygować. A potem skorygowały mnie działki i ogródki, pośród których mój organizm przypomniał sobie, że przecież zaczął się sezon na pylenie… Oj. Jak mnie zatkało. I nawet sosnowy las niewiele pomagał, choć biegło mi się mimo wszystko dość dobrze.

Do czasu.

Gdzieś na siódmym kilometrze zorientowałam się, że z planów na 48 minut (w tyle biegałam dychę podczas ostatnich półmaratonów) to raczej nic nie będzie. Zaraz potem minął mnie rozpędzony jak lokomotywa Suwi. Próbowałam się podczepić, ale jednak nawet jako wagonik nie dałam rady… Tym bardziej, że nawierzchnia była zmienna, dość wygodne płyty chodnika zastąpił szutr i ubity grunt. Co prawda ostatni kilometr już był w miarę asfaltowy i udało mi się nie umrzeć przed metą, ale kiedy zegarek odpikał dyszkę 100 m przed metą, wiedziałam, że nawet 50 minut jest już mission impossible.

No i wyszło. 50:10.

Na mecie medal. Woda z saturatora. Eleganckie toalety w szatni. I prysznice, których było za mało. Ale przy tej pogodzie to było drugorzędne. I tak wszyscy wylegli na plac przy szkole. Na grochówkę. Na pączki. Na drożdżówki. Na….

Na ploty…

Marcin tymczasem zaprzyjaźnił się z lokalnym ślimakiem. – Ale on szybko biegał – powiedział mi potem. – Jak ty mamo.

No, dzięki synu. Nie jestem pewna, czy Cię jeszcze do Józefowa zabiorę po takim dictum.

Aha. Z tym ślimaczo-żenującym wynikiem byłam szóstą kobietą na mecie.

I czy ja pisałam, że cały ten piknik z bieganiem i nutą patriotyzmu w tle był za free? No więc – był!

I oby za rok też był, bo warto.

Ja w każdym razie się wybieram, bo mam porachunek z tą kolejkową trasą.

 

#Superbieg, czyli dlaczego 13. Półmaraton Warszawski wcale nie był pechowy >

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci