Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#Superbieg, czyli dlaczego 13. Półmaraton Warszawski wcale nie był pechowy

beautyandb

Czasu upłynęło już tyle, że właściwie… A blog Ani bez relacji z Półmaratonu Warszawskiego byłby jakiś… niepełny. Nawet kiedy startowałam w tempie spacerowym, dwa lata temu, kiedy na mecie czekał niespełna czteromiesięczny Marcin – nawet wtedy była relacja. A w tym roku…. Jakoś ciężko mi się zabrać do pisania. Ale ponieważ rok zaczął się pod znakiem sporych zmian – mam nadzieję i to zmienić.

Tymczasem jednak do ad remu (na retrospekcje będzie jeszcze czas), czyli do biegu. No, i do tytułu rzecz jasna. Od razu muszę zaznaczyć, że dla mnie nie był to 13. PMW, a 11., więc być może powinnam się obawiać tego, co będzie za dwa lata. Tymczasem jednak przyszła wiosna Anno Domini 2018. Jeszcze w lutym, dzięki uprzejmości czytelników bloga i fanpejdża, przyjaciołom i małżonkowi mogłam się cieszyć numerem z dużą liczba cyferek w akcji #biegamdobrze. Tradycyjnie biegłam z intencją wspierania Fundacji Wcześniak.

Ale zanim pobiegłam – trochę potrenowałam. Od Świąt Bożego Narodzenia zaczęłam biegać trochę bardziej regularnie, ale ostatnie dwa miesiące przed startem to już był prawdziwy trening. Co prawda nie taki jak kiedyś, co prawda na 70-75% planu, ale przecież według planu i według wskazówek najlepszego z trenerów, który zgodził się z powrotem wziąć mnie pod swoje skrzydła, znając wszystkie moje za i przeciw, a zwłaszcza te przeciw. Efekty naszej współpracy, mimo moich drobnych niesubordynacji, zaczęły się pojawiać dość szybko, a miejscami nawet spektakularnie.

Po drodze był zaskakująco szybki i przyjemny Półmaraton Wiązowski, przed którym z tremą wspominałam o czasie 1:48, który udało mi się wybiegać rok temu w Warszawie. No, w każdym razie wszystko poniżej 1:50 było sukcesem. Sukces okazał się zaskakujący, bo nawet przez chwilę zanosiło się na połamanie 1:45. Ostatecznie jednak wyszły wszystkie niewybiegane długie treningi, wszystkie lenie – i w efekcie do 1:45 zabrakło ostatecznie jakichś 40 sekund.

A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, to i ja nabrałam ochoty na połamanie tych 1:45 – już w Warszawie. I to na takie wyraźne połamanie.  Nawet przemknął mi przez głowę pomysł startu z zającem na 1:40. Nie zniechęciło mnie nawet przeziębienie, które próbowało mnie złamać na 10 dni przed imprezą. Tradycyjnie zresztą – organizm osłabiony treningiem i dietą (tak! dietą!), to i infekcje się czepiają. Co zrobić. Ostatni jakościowy trening przeniosłam na bieżnię w klubie, potem wygrzałam się w saunie – i byłam prawie jak nowa.

No i to by było na tyle jeżeli chodzi o moją zawodniczą mądrość. Bo następnie dałam się podejść jak dziecko. I to komu? Własnemu dziecku! Zabrałam człowieka Marcina na expo przedpółmaratońskie w sobotę. Chociaż numer odebrałam już w piątek wieczorem. Ale przylazłam się polansować. A na stadionie obok expo biegowego było jeszcze expo rowerowe. Marcin przeciągnął mnie przez oba tak, że na koniec dnia ledwie stałam na nogach i wyglądałam jakby mi ktoś zmielił mózg i twarz w maszyce do mielenia mięsa. O, inteligencjo w kolorze blond! Dziecko za to się polansowało.

Za to w niedzielę dziecko zostało w domu. Trochę szkoda, bo… no, wiadomo! Ale z drugiej strony… Jak sobie pomyślę, że mogłabym być jeszcze bardziej zdezorganizowana… Dobrze, że ubranie i torbę naszykowałam jeszcze w sobotę wieczorem. Dobrze, że budziki właściwie nastawiłam. Dobrze, że…

Za to nie przyjrzałam się dokładnie planowi depozytów, nie popatrzyłam na numer, nie doczytałam informacji w informatorze, nie… No, w każdym razie, kiedy z głośników leciały dźwięki „Snu o Warszawie”, ja gorączkowo przeciskałam się przez tłum w kierunku swojej strefy startowej. Do grupy na 1:40 nawet nie dotarłam. Ale to może i lepiej. Ruszyłam spokojnie za balonikami na 1:45. Przez pierwsze dwa kilometry lawirowałam dość mocno, potem było z górki – więc poleciałam. Jakby ciut szybko. Wiedziałam, że szybko…

Na piątym kilometrze byłam przed 24. minutą. Dobrze – ucieszyła się entuzjastyczna część mnie. Nie robi się wyniku na 5 km, jak się chce dobrze pobiec 20 – zaszeptała ta bardziej doświadczona. A jednocześnie miałam wrażenie, że biegnę lepiej niż w Wiązownie. Czułam się też mocniej, ten ostatni trening na bieżni zdecydowanie dobrze mi zrobił na głowę. Gdzieś w okolicy punktu z piciem poprzekomarzałam się jeszcze z pacem na 1:45 – będę chciała Ci uciec, ile się da! – wygłosiłam…

 

Cóż.

Starałam się. Naprawdę. Z mostu leciałam jak na skrzydłach. Gdzieś na ósmym wchłonęłam żelik, bo czułam, że moc mi ciutkę spada. Prawy brzeg Wisły był wyzwaniem, ale dyszkę przekroczyłam po 48 minutach z małym haczykiem. Wow. Tak szybko… No dobrze – podobnie szybko biegłam w Wiązownie właśnie, ale wcześniej ostatnio 48 minut na dychę to biegałam ze 3,5 - 4 lata temu. Za szybko, za szybko – mówiła doświadczona część Ani. Dobrze, dobrze – cieszyła się ta druga. Most Świętokrzyski znowu mnie nieco wyhamował, poza tym czułam wyraźne ssanie w żołądku. Postanowiłam jednak tanio nie sprzedawać skóry. Zmusiłam się do biegu poniżej 5 min na kilometr. Pamiętałam cały czas tę Wiązownę, gdzie wyhamowało mnie na 13. i 15 kilometrze. Teraz 15 minęłam w czasie ok. 1:13:30. Ha! W styczniu, kiedy zaczynałam współpracę z trenerem, 15-tkę na Chomiczówce biegłam powyżej 1:18!!! Znowu dostałam skrzydeł.

Chociaż właśnie wtedy minęły mnie pierwsze baloniki na 1:45.

Nie. To niemożliwe. No przecież mam dość czasu….

Starałam się nie zwalniać. Nawet tunel mnie nie przerażał, zwłaszcza, że wyglądało na to, że za tunelem będzie już naprawdę blisko do mety. Niestety, wybieg z tunelu tradycyjnie okazał się moją Golgotą. Zwolniłam. Mocno zwolniłam. Chociaż widziałam, że już tylko kilometr. No, kilometr i 100 metrów. To znacznie mniej niż zakładałam. Ale też. Spojrzałam na zegarek. No musiałabym się chyba czołgać, żeby nie złamać 1:45. Ale nic więcej nie zrobię. Truchtałam sobie. „Jak przyspieszysz, to złamiesz 1:45” – krzyknął w moją stronę kolejny zając na 1:45. „I tak złamię, i tak złamię” – odkrzyknęłam cała zadowolona z siebie. I spojrzałam. Na metę w perspektywie. Na zegarek. Jeszcze raz na tą metę.

Uj.

Musiałam nieźle zawijać nogami już do końca. Dobrze, że było blisko.

1:44:38.

No, brawo Ania.

Przed metą jeszcze uścisk ręki od sędziego (nie, nie osobistego, ale jednak zaprzyjaźnionego) . Ale za to nie mam żadnego zdjęcia z mety. I w ogóle jakoś mało z tego biegu.

Za to mam – zza mety.

28954130_1827818000582248_3875192177153163733_o

Bo za metą – byłam szczęśliwa, że tam jestem – jak mówiła pewna Ania w pewnej reklamie. Jej, jaka prehistoria.

Dzisiaj jest – historia od nowa.

- O, wróciłaś do formy – słyszałam gęsto za metą. – Dzięki. Jeszcze nie wróciłam, praca trwa. Ale że do życiówek mi daleko (jeszcze 9 minut!), to umówmy się, że ta warszawska – to taka trochę zyciówka od nowa. Najlepsza od ponad 4 lat. Ostatni raz szybciej pobiegłam w 2014. Ale chyba w Wiązownej. Bo w Warszawie już było gorzej. A potem…

A potem wydarzyła się cała historia ��

 

 

 

 

 

 

Moda sezonowa, czyli jak się ubrać na Bieg Niepodległości >

< Sami nie wiecie, odc.3692. V Bieg Wąskotorowy

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci