Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz….

beautyandb

… gdy się nie da mocą żadną napisanych cofnąć słów – że pozwolę sobie tak sparafrazować. Zresztą, ta akurat piosenka Perfectu jakoś wyjątkowo mi pasuje do tego biegu. No, może poza schodzeniem ze sceny. Jednak chciałabym, żeby ta konkretna impreza działa się cyklicznie i rozwijała jak do tej pory, bo ma dwie niewątpliwe zalety – jest wyjątkowa w swojej formule i jest wyjątkowa w swoim przesłaniu. Ale „Niepokonani” mogliby spokojnie być hymnem tego biegu. Bo przecież to nie jest kolejny bieg o marchewkę, ba to nawet nie jest bieg o marchewkę z historią w tle czy na innym medalu. To jest wielki „charity run” (jakoś po angielsku to ładniej brzmi) w całej swojej rozciągłości.

31960712_10155681279368845_4840395556675125248_n

A że po opadnięciu euforii, kurzu, po zmyciu potu i zaspokojeniu pierwszego głodu – widać gołym okiem, że do ideału ciut, ciut brakuje – to cóż. Taki urok wielkiej imprezy, każdemu jakieś źdźbło w oku się znajdzie.

Tymczasem jednak, kiedy mija Cię meta, czujesz się jakoś dziwnie, z tym białym samochodem, który toczy się (no bo przecież nie mknie, jednak 16 km na godzinę to nawet rowerem jest wolno) w siną dal, a Ty możesz wreszcie zmienić rytm, zwolnić – i pomaszerować do autokaru, z uśmiechem na twarzy, radością w sercu i poczuciem, że jesteś podwójnie wygrany. Bo zrobiłeś coś dla siebie – i coś dla kogoś innego. Bo masz swoją cegiełkę w projekcie, którego rzeczywisty wymiar trudno ci objąć wyobraźnią (no, mi trudno, bo naukowiec ze mnie żaden, chociaż próbowałam).

Więc dołożyłam swoją cegiełkę.

Potoczyłam się zrazu po poznańskich ulicach, które przez dwa wcześniejsze dni zdążyłam tylko co nieco poznać, a potem po drogach Wielkopolski, których nigdy tak naprawdę nie poznałam. O Poznaniu zresztą jeszcze się postaram napisać, nie wiem tylko, czy zdążę przed wyjazdem do Białegostoku, Katowic…. Coś się rozjeździłam ostatnio.

No, ale. O bieganiu miało być dziś.

A na bieg zapisałam się jakoś w okresie życiowej zmiany, zimową porą, kiedy nie do końca jeszcze wiedziałam, co będę robić z życiem i ze sobą na wiosnę. Liczyłam tylko, że będę mieć więcej czasu na bieganie ;-) I dlatego symboliczne, maratońskie (że to tak eufemistycznie ujmę) urodziny postanowiłam spędzić w biegu, korzystając, że akurat wypadały w niedzielę (ale jak ktoś jeszcze mi chce złożyć życzenia, to oczywiście przyjmuję. Prezenty też :))

W sumie dobrze zrobiłam z tym zapisem zimowym, bo potem miejsca rozeszły się jak cieple bułeczki.

Osiem tysięcy luda… Nauczona licznymi doświadczeniami i obarczona dwoma facetami osobistej obstawy, postanowiłam odebrać pakiecik zawczasu. Czyli już w piątek. Jakimś cudem dotarliśmy do Biura Zawodów tuż przed zamknięciem, spacerując sobie wcześniej przez Poznań, zaglądając na Noskowskiego 2 (o, pamiętasz? Tu była kwiaciarnia Baltony), przy Teatrze (To tu Gieniusia klepała dyrygenta po głowie…?), Most Teatralny, Roosvelta naturalnie, przez słynne rondo (nie idziemy, tam można dostać w nos).

Ja chyba robię za dużo dygresji… W ten sposób w życiu nie dobiegnę do medalu…

Tymczasem jednak dotarliśmy do Biura Zawodów, z lekka jednak wyludnionego, bo było może z pół godziny do zamknięcia. Marcin ruszył wprost do małyszowego auta, a ja grzeczniutko po numer. A wcześniej do przemiłych wolontariuszek z punktu informacji i podpisywania oświadczeń. Pogawędziłyśmy sobie nawet chwilkę, wypełniłam stosowne papiery – i pogalopowałam po numer. Tu też sprawnie i szybciutko, dostałam woreczek, koszulkę, numer, upomniałam się o agrafy – bo akurat nie miewam ostatnio własnych – i hajda. Trzeba był dziecko zabrać, bo zaczynało przestawiać jakieś stoisko sponsorskie według własnej koncepcji architektonicznej.

31945418_10155680700673845_793782270665162752_o

W sobotę udanie odcięłam się od wszelkich nowinek biegowych i okołobiegowych. Nawet nie poszłam potruchtaćczy jakiś rozruch zrobić, bo uznałam, że mam nieco przeciążone kolanko i więcej sobie szkód narobię niż zyskam. Choć nadal uważam, że poznawanie miasta w biegu to jedno z najbardziej efektywnych poznań (excuse le mot). Tak się milo ułożyło, że drzwi w drzwi z apatmentsami, w których stacjonowaliśmy, stał sobie sklepik o tematyce sztuk walki, w którym zaopatrzyłam się w jakąś opaskę na nogę, żeby trochę usztywnić kolano. I poszliśmy z chłopakami – na spacer na Cytadelę, 2,5 km w jedną stronę… Na wszelki wypadek szłam w sandałach :-) Po spacerze była w planie rodzinna prawie urodzinowa kolacja, ale jak padłam na łóżko, to skończyło się na szybkim wypadzie Tomasza – do „Żabki” po makaron. Niech żyje płyta kuchenkowa w pokoju!    

No, a niedziela?

Zaczęła się o świcie, bo postanowiłam nadrobić wszystkie swoje logistyczne wpadki z pierwszego etapu wyjazdu (i sprzed). O dziwo, nawet mi się w miarę udało. Dziękiczemu dotarliśmy do miejsca startu na ponad półtorej godziny przed nim – i mogłam spokojnie poodwiedzać różne przybytki, przebrać się jak człowiek, zaliczyć tradycyjną kolejkę do toi-toia – i pogalopować na start. Chłopaki w tym czasie byli już zupełnie gdzie indziej, bo dłuższe przebywanie Marcina w tłumie kolorowych biegaczy groziło rozmaitymi konsekwencjami. Z zaginięciem włącznie, bo facet wolność miłuje nad wyraz, biegać kocha i sam zaczął się wyjmować z wózka. A bieganie z wózkiem ZA Marcinem powodowało zagrożenie dla zdrowia i życia innych biegaczy.

Chłopaki poszli, a ja ruszyłam w stronę strefy startowej. Jakoś bez trudu się odnalazłam, mijając po drodze innego urodzinowicza (miał stosowną kartkę na plecach, ale nie starczyło mi animuszu, żeby zagadać). W końcu stanęłam sobie gdzieś w kątku przy barierce – żeby za chwile okazało się, że facet z numerem na pięć tysięcy coś tam – też ma urodziny… Tym razem ruszyłam twarzą i złożyłam mu życzenia. Pogawędziliśmy chwilę w większym gronie, jak trzeba biec, żeby pobiec 30 km (podobno po 4:52, na dzisiaj jeszcze nie mój zasięg) . Potem z inną ekipą – o tym, że na 20 km wystarczy tylko 5:20 – 5:24 (tu zaczęłam nieśmiało myśleć, że może nawet 25 by się udało….). A potem poszła poznanska fala w jedną i w drugą stronę – i już trzeba było ruszać.

No to ruszyłam. Jak mały czołg. Pierwszy kilometr – w 5:01. Na drugim albo było z górki, albo mnie poniosło…. 4:38. Oj, niunia, wczoraj się urodziłaś? Strofowałam samą siebie w myślach. No, bo z grubsza wiadomo, czym się takie akcje kończą.

Ale leciałam. Bo ten #poznantakipiekny. Niosło. Mimo że sam środek dnia, mimo że upał, a na niebie ani chmurki. Liczyłam sobie, że tak - skoro Małysz rusza pól godziny po starcie, jedzie 15 km na godzinę, to ja mam półtorej godziny plus. Czyli do 15 kilometra w ogóle nie myślę o mecie, do 18 powinnam dotrzeć, a dalej się zobaczy. 22 będzie idealnie, ale może te 25, może 27….

Mhm….

To pierwszą weryfikację przeszłam gdzieś w okolicy między 9 a 10 kilometrem. Zresztą – kilometry były oznaczone idealnie, z wielkopolską precyzją i dokładnością.

Mniej dokładnie było z punktami odżywczymi, co w tej temperaturze nie było zbyt komfortowe, ale ostatecznie – bez przesady. Kurtyny wodne zaliczyłam całe dwie, na 8 i 14 kilometrze, dość dokładnie je zaliczyłam.31956408_10155681280808845_4081061393330077696_n

W okolicach 15 kilometra, za trzecim punktem odżywczym, zaczęłam mieć dosyć tego biegu. Tak w całej rozciągłości. Możliwe, że tam właśnie zaczynał się jakiś podbieg. Na całe szczęście tam też zaczynał się dłuższy odcinek chociaż ciutkę zacieniony, więc jakiś remis. Kompromis. Truchtałam sobie z coraz większym przekonaniem, że to nie dobry pomysł. I licząc, czy aby nawet te 18 km zrobię. Wtedy minął mnie Michał. Z którym się znamy od … No, wiadomo. Od dawna. Gdzieś nawet mamy cudne wspólne zdjęcia z jakiegoś Maratonu Warszawskiego. Michał złożył mi w biegu życzenia. I poleciał. Ale następny kilometr jakoś tak szybciej zleciał. I kolejne dwa też. No dobra. 20. Wstydu nie ma, gdzie ta meta…?

Tupię. Tupię. Wciągam żel. Piję.

Półmaraton za mną. Słabo. Godzina pięćdziesiąt. Uh, gdybym chociaż pobiegła jak w Wiązownej…

Górka. Zwalniam.

No, gdybym wtedy nie zwolnila….

Ale zwolniłam.

Na górce znowu ruszam szybciej, ale wtedy już jedzie metowa forpoczta. „Lewa wolna, lewa wolna krzyczą”. Coś nie jarzę. Ale przyspieszam, odruchowo przyspieszam, byle jeszcze, byle jeszcze, w końcu samochód znajduje się w moim polu widzenia…. Zwalniam, zwalniam, zegarek, ciut zabraklo do 22. 100 metrów maksymalnie. No cóż. Gdybym widziała tę chorągiewkę, może bym… Ale nie. Już. Koniec.

Przybijamy piątki z towarzyszami tej doli. Jakieś fotki. Z Kasią, z którą jakiś czas się mijałyśmy. Z chłopakami.

Mamy blisko do autokarów, może 200 metrów. Przed autokarami spotykam Jolę, skończyła z 300 metrów wcześniej. Pakujemy się razem. W autokarze – woda i batoniki…. Siadamy (tak, wiem, mamy fart!).

Po jakimś kwadransie (dalej mamy fart!) autobus rusza.

Powoli, powoli, prawie godzinę wracamy do Poznania.

Wysiadam na sztywnych nogach. Ostatni raz 20 km biegałam… na Półmaratonie Warszawskim. A opasek kompresyjnych nie wzięłam. W końcu kiedyś trzeba opalić łydki.

31945903_10155681279833845_8548215620443832320_n

Na sztywnych idę – po medal. Buziak dla Krzyśka Łoniewskiego z Trójki, który konferansjeruje przy scenie. Uścisk ręki i miła pogwarka z Jurkiem Skarżyńskim. Dzisiaj nie biegł. Ja biegłam pierwszy raz. Taka sztafeta.

Medal. Kolorowy. Piękny.

Woda.

Idę jak automat dalej. Wpadam w tłum czekający na posiłek. Chwilę się tłoczę, ale uznaję, że nie jestem głodna, chcę szybko do moich chłopaków. Lecę po depozyt, odbieram błyskawicznie. Na widok kolejek do pryszniców rzednie mi mina… Nic to, idę do łazienki na minus jeden. Mała kolejka, toaleta, ochlapuję się trochę pod kranem, zakładam świeże ciuchy. Musi wystarczyć, trudno. Może nie będę bardzo śmierdziała w samochodzie. Gorzej, że żołądek zaczyna pracować. Wracam w kolejkę po makaron. Zjem go już po drodze…

A Marcin bierze ode mnie medal. Ogląda go uważnie. Cała buzia rozjaśnia mu się uśmiechem. I mówi tonem, jakby właśnie coś sobie postanowił. – Będę biegał! – I powtarza z mocą – Będę biegał! Będę biegał w zawodach!                               

 

         

      

Sami nie wiecie, odc.3692. V Bieg Wąskotorowy >

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci