Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Koszulki, spodenki etc.

Moda sezonowa, czyli jak się ubrać na Bieg Niepodległości

beautyandb

Zasadniczo, z punktu widzenia biegacza, można rok podzielić właściwie na dwie pory roku. Ciepłą i zimną. Ewentualnie wiosenno-letnią i jesienno-zimową. Ostatnio też deszczową i suchą. Najgorsza franca to zimowa, deszczowa i wietrzna. Wtedy najlepiej po prostu nosa nie wychylać z domu i tyle. Ale najciekawsze są te okresy przejściowe, kiedy to nie tylko panie stają przed dylematem – i co by tu na siebie włożyć.

Nie bez kozery ja o tym dzisiaj. Bo już w sobotę w Warszawie Bieg Niepodległości (a właściwie co najmniej dwa Biegi Niepodległości), a w całej Polsce też pewnie nie zabraknie okazji do pościgania się albo przynajmniej pobiegania w duchu niepodległej. O biegach patriotycznych i całym tym Disneylandzie już kiedyś pisałam, ale akurat Bieg Niepodległości wyjątkowo mnie w tym zestawieniu nie razi, wręcz przeciwnie, uważam, że powinien być jeszcze większy i bardziej się wdzierać w serce miasta. No, ale. Z aktualnej trasy mam życiówkę (tak, były takie czasy!) i parę fajnych wspomnień, więc nie ma co marudzić. Ciekawe tylko, kiedy zdążę odebrać pakiet startowy…?

Tymczasem jednak trochę się wymądrzę w temacie biegowego stroju. To w sumie temat, w którym lubię się wymądrzać, bo wydaje mi się, że przez ponad 10 lat udało mi się wypracować system niemal doskonały, rzadko zdarza mi się przestrzelić z ubraniem. Chociaż, żeby daleko nie szukać, dzisiaj w pół treningu zdejmowałam z siebie kurtkę i zostałam w krótkim rękawku. A wystarczyło założyć lekko bluzę albo zwyczajnie koszulkę z długim rękawem – i pewnie nie byłoby problemu.  No, ale do tego trzeba by było jeszcze zerknąć na termometr wychodząc z domu. Zerkajcie!

23157214_1674683869228996_5453369537502710297_o

Jesień w stroju biegacza zazwyczaj oznacza, że warto zaopatrzyć się w długie legginsy – do kostek. Nie muszą jeszcze być ocieplane, ale jeżeli mają dodatkową ochronę od wewnętrznej strony – powinny zapewniać komfort. Drugim zwiastunem jesieni są bluzy. Choć tej jesieni zdecydowanie wygrywają kurtki przeciwdeszczowe. Same bluzy, wykonane najczęściej z grubszych, miękkich tkanin, stanowią barierę dla pierwszych chłodów. I takie długie legginsy z bluzą – to jest świetny strój. Na trening. W zależności od temperatury, pod taką bluzę można założyć koszulkę z krótkim rękawem czy wręcz – bez rękawów, ale także koszulkę z długim czy bieliznę termiczną.

Kiedyś wyprodukowałam z siebie taką tabelkę na temat stroju jesiennego:

  Baza Dodatki
Góra Bluza,

 

koszulka techniczna z długim rękawem,

koszulka techniczna z

krótkim rękawem

Lekka oddychająca kurtka. Ewentualnie: lekka czapka, cienkie rękawiczki.
Dół Długie legginsy.  

Niech Was nie zmylą zdjęcia. Ja generalnie jestem zmarzluchem. Jedyna zasada, do jakiej się stosuję, ubierając się na trening, to ta, żeby się ubrać, jakby było 10 stopni więcej. To mniej więcej gwarantuje komfort termiczny. A miesiąc czy pora roku nie ma tu większego znaczenia, chociaż oczywiście 11 stopni w lipcu a 11 stopni w listopadzie to jednak jest pewna różnica. A czasami po prostu nie patrzę na termometr. Najczęściej w zimie ;-)

Wracając jednak do tego nieszczęsnego Biegu Niepodległości. Nie tylko pory roku rządzą się swoimi prawami. Inaczej ubieramy się na trening, inaczej na zawody. Strój startowy zazwyczaj jest lżejszy niż strój treningowy. O tej porze roku może być nawet duuuużo lżejszy. Bo wiecie – zawsze człowiek może trochę przyspieszyć, żeby się rozgrzać, ale jak się przegrzeje – to już po nim. I nic nie pomoże. Dlatego mój podstawowy strój na Bieg Niepodległości to zazwyczaj krótkie spodenki (w tym roku będzie piękna czerwona spódniczka od Polka Sport) oraz koszulka z krótkim rękawem. I tego się trzymam, chyba że do soboty ściśnie jakiś trzaskający mróz.

1391869_665740006790059_1992357269_n

Jeżeli jest naprawdę chłodno (ale jednak powyżej zera), to pod koszulkę zakładam termiczną i chroniącą przed wiatrem podkoszulkę bez rękawów (mam jedną taką, ma z 8 lat i cały czas działa), a na ręce – rękawki. W tym roku urzekły mnie rękawki okolicznościowe od Halfworn, więc na pewno je założę ( a potem będę miała na jakieś wyjazdowe starty). I jeszcze cienkie rękawiczki. Czasami w wersji: koszulka z krótkim rękawem i rękawiczki. Bo dłonie rozgrzewają się najwolniej, do końca 3 kilometra mam kostki lodu zamiast palców.

Na nogi zazwyczaj zakładam opaski kompresyjne – po pierwsze bo lubię, po drugie – bo mam wrażenie, że trochę jednak chronią. Skarpetki – obowiązkowo za kostkę. No i na wypadek przenikliwego zimna mam albo starą bluzę z secondhandu, co to nie żal wyrzucić, albo folię termiczną.

Aha. Buty. Te same, co wiosną i latem. Lekkie i przewiewne. Zakładam, że będzie cieplej niż minus 10!

I jeszcze czapka. Ja zakładam w okolicach zera albo przy dużym wietrze. Ale ja mam czapkę z naturalnego włosia (na głowie ;-)). Dla komfortu albo przy zimnym wietrze cienką czapkę można założyć. Ewentualnie opaskę. Albo wziąć ze sobą i zdecydować na miejscu.

Co zrobić z tą czapką czy rękawiczkami, jak się jednak ociepli na trasie albo atmosfera zrobi się gorąca? No więc… ja pakuję rękawiczki pod ramiączko stanika. Chyba że uda mi się znaleźć tak schodzone, żeby nie żal było po drodze wyrzucić.

I jeszcze jedno. Dla mnie Bieg Niepodległości, podobnie jak bieg Powstania Warszawskiego, to bieg szczególny. Dlatego dokładam starań, żeby tego jednego dnia nie biec jak zwykle na różowo, bo tak lubię i wyróżniam się tłumu, ale biegnę na biało-czerwono. Jedyne odstępstwo to czarne rękawiczki i ewentualnie różowe kompresy, bo akurat takie mam. Natomiast wyjątkowo karnie stosuję się do prośby organizatora o bieg w białej lub czerwonej koszulce – bo ta białoczerwona rzeka wygląda niesamowicie i przede mną, i za mną, i na zdjęciach, że choćby dlatego – warto.

Chyba że jesteś w 8 miesiącu ciąży i nie mieścisz się w żadną białą koszulkę.

12249865_1042115599152496_7324810224610999491_n

Olśnienie by Lumene, czyli po co pojechałam na See Bloggers, cz 1. #Invisibleillumination #lumene

beautyandb

Właściwie po co tu przyjechałaś? – zapytał małżonek, kiedy w pewną lipcowa niedzielę późniejszym popołudniem opuszczaliśmy gościnne mury (i przeszklenia) Pomorskiego Parku Technologicznego w Gdyni. – No jak to - po co? Po inspirację Po motywację. Po wiedzę – odpowiedziałam. – I masz co chciałaś? – drążył temat.

Chyba miał dosyć bycia całoweekendową nianią Marcina. Ale trudno, sam się zgodził. Bo ja już jakoś na przełomie maja i czerwca zapowiedziałam, że wreszcie wybieram się na See Bloggers. Konferencję dla blogerów. O wrażeniach pewnie jeszcze napiszę, bo warto, choć temat nieco zdezaktualizowany. Ale dzisiaj o czym innym. Obok garści inspiracji, które mam nadzieję wkrótce przełożyć na życie blogowe, obok motywacji, wynikającej także z jakże niskich pobudek, wreszcie obok kilku nowinek stricte blogowych, wywiozłam z Gdyni także pół reklamówki różnych próbek i innych takich. Pół, bo jestem kiepska w żebraniu o #darylosu, choć nawet stosowne torby dawali. Zresztą, jakoś to nie uchodzi. Poza tym najwięcej próbek było w strefie beauty, a do tej jakoś wybitnie nie pasowałam, nawet na oko. Mimo fantastycznej Jolki z Riska, w którą się wbiłam drugiego dnia. Risk zresztą to moja taka trochę nie do końca spelniona modowa miłość… No nic.

20170723_163007

Ale do ad remu ;-)

W całej tej strefie beauty było jedno logo, które przyciągnęło mnie szczególnie. Znajome i nieznajome zarazem. To znaczy – kojarzyłam takie niebiesko-fioletowe flakoniki czy słoiczki ze złotymi nakrętkami, których Mama strzegła szczególnie starannie w ponurych i chemicznych latach 80-tych. I nie, nie będę ściemniać, że pamiętam te zapachy czy coś, nie. Kojarzyłam że są drogie, raczej ekskluzywne i lepiej, żebym w nich swoimi nastoletnimi paluszkami nie grzebała. No nie grzebałam. Zapamiętałam też nazwę, naturalnie, bo Lumene niosło ze sobą światło. Nie że taka byłam poetyczna, ale wolnych chwilach studiowałam sobie słownik wyrazów obcych, to różne rzeczy mi w głowie zostawały. No a potem uczyłam się łaciny. Chociaż gdzieś w międzyczasie dotarło do mnie, że fiński i łacina to niekoniecznie z jednego pieca, to jest, tfu, kolebki się wywodzą.

W sumie to nawet tego fińskiego chciałam się kiedyś nauczyć. I byłam na dobrej drodze. W liceum zaliczyłam obóz z Finami, mieszkałam z Finką w pokoju, nauczyłam się dwóch zdań po fińsku (to taki język, gdzie długość głoski może zdecydować o znaczeniu całego zdania) oraz jak powiedzieć „Dzień dobry” i „Kocham Cię”. A potem… potem wystarczyło mi jeszcze zapału, żeby nauczyć się słówka Nokia i to był w zasadzie koniec mojej przygody z nauką fińskiego.

No więc teraz, w tym gdyńskim parku technologicznym, poczułam się jak mała dziewczynka, która znalazła dawno zapomnianą zabawkę. Choć kosmetyki Lumene na oko nie przypominają tamtych z maminej łazienki. Zniknęły fioletowo-zlote słoiczki, symbol luksusu pełnych przepychu i „Dynastii” lat ’80. Zniknęła luksusowo kaligrafowana litera „L”. Zamiast nich pojawiły się białe i przezroczyste opakowania, które przywodzą na myśl krystaliczną wodę fińskiego jeziora Lummenne, a w logo zagościł symbol, który wpisuje się w łaciński źródłosłów słowa „lumen”. O tych historycznych zmianach pogawędziłam sobie przyjemnie z panią z Lumene, która swoim wyglądem uosabiała ideał fińskiej urody i doskonale wpisywała się w markę. Na koniec pogawędki obdarowała mnie trzema próbeczkami – z przesłaniem, żeby wypróbować nowe Lumene.

Nie ulegam specjalnie takim namowom, poza tym nigdy nie wiem, jak pisać o takich kosmetykach tak, żeby nie przepisywać połowy katalogu. No, ale. W ramach inspiracji pomyślałam, że spróbuję. Takie zadanie warsztatowe. Ja piszę, Wy oceniacie, czy się nadaję na blogerkę strefy ‘beauty’.

Na pierwszy ogień poszedł krem intensywnie nawilżający Lumene Lahde Intense Hydration Moisturizer 24 H. Uwielbiam kremy nawilżające, zwłaszcza latem. Z tym złapałam chemię (nomen omen) natychmiast po odkręceni i wsadzeniu palucha. Bo chociaż krem jest kremowy i biały, to jednak konsystencją przypomina żel. Skóra, po letnich urlopowych szaleństwach, wchłonęła go jak gąbka. Właściwie od razu zapodałam podwójną dawkę, bo czułam, jakby się komórki w twarzy otworzyły i prosiły o więcej. Daj wody, daj wody – wrzeszczały wszystkimi porami. Dałam. I dobrze, bo wyzwanie było nie lada. Zaraz potem z tak pięknie nakremowaną buźką poleciałam na zawody – 25 km w lesie, w nieomal upale… Nie będę ściemniać, że się nie spociłam czy że mnie słońce nie złapało. Złapało. Spociłam się, twarz mi spłynęła. Ale nadal była dość dobrze nawilżona i nieźle zniosła wysiłek. I nie wyglądałam jak upiór. Biorąc pod uwagę, że przez wcześniejsze dwa tygodnie wystawiłam się bez litości na słońce, wiatr, deszcz, morską bryzę i inne takie, a kremu używałam, jak sobie przypomniałam – naprawdę nie było źle. A po kilku dniach jest jeszcze lepiej – uczucie suchej i pościąganej skóry zanikło, podobnie jak cienie pod oczami (dobra, może jednak więcej śpię albo jakoś tak).  

20170814_214013

Katalog podaje, że oprócz wód arktycznych (podobno mieszczących się w ścisłej światowej czołówce, w co akurat mogę uwierzyć, bo Finlandia w ogóle mi się dobrze ekologicznie kojarzy, a te jej 5 mln mieszkańców bardzo kojąco wpływa na wyobraźnię) w kremie jest jeszcze wyciąg z arktycznej brzozy który stanowi naturalną terapię nawilżającą i odżywczą dla skóry. Cóż, kiedyś witek brzozowych używano do smagania dziewcząt w Śmigus Dyngus, dzisiaj brzoza oddaje nam inne usługi. Chociaż jej zdrowotny i kosmetyczny wpływ na pewno jest nie do przecenienia.

 Jedyny problem, jaki mam z tym kremem, to fakt, że nie udało mi się do tej pory sprawdzić jego 24-godzinnego działania. Wszystko przez drugą próbkę, czyli Overnight Bright Vitamin C Sleeping Cream. To już linia valo i arktyczna malina moroszka. W Polsce bardzo rzadka, ale powszechna w Skandynawii. Owoce i liście maliny moroszki są używane w medycynie ludowej jako środek przeciwgorączkowy i przeciwbiegunkowy oraz zapobiegający szkorbutowi. Brrr! No ale. Pachnie prześlicznie, raczej lekkim cytruskiem, ale może być i malinka. Na pewno też witaminka C. W każdym razie po kilku dniach systematycznego stosowania i po porannej przebieżce mogę sobie zrobić selfie z twarzą, a nie tylko te buty i buty. I nawet bez okularów słonecznych. Konsystencja, jak w przypadku kremiku dziennego, lekko żelowa, sam się wchłania, żadnego wklepywania czy innych tortur. No i żadnego filmu czy pozostałości na twarzy, bo chyba by mnie chłopaki wprosili z łóżka. I ojciec, i syn ;-)  A tak – to nawet się przytulają.

Last but not least, czyli ostatnia próbka od Lumene – to maska Deep Detox Puryfying Mask. Linia Sisu, czyli arktyczna sosna, sęki arktycznego świerka i arktyczne czarne jagody. Nabieram niejasnego wrażenia, że hasło „arktyczne” w opisach Lumene to synonim gwarancji czystości i jakości. Ale niech tam, wolno im. Poza tym antyoksydanty, witaminy i dalej. Maska jak maska. W zasadzie piling. Dobry, gruboziarnisty, ja taki lubię najbardziej. Zwłaszcza, że nie miałam ostatnio czasu na wizytęu kosmetyczni „po lecie”. Nałożyłam zatem na twarz, potem delikatnie starłam z twarzy, spłukałam i voila! 

Nie żebym zaraz wyglądała jak nastolatka, ale te moje 41 to w zasadzie głownie w papierach widać.  Chociaż to akurat geny, a nie kremy. Choćby najlepsze.

20727830_1595476923816358_4876199069659652101_n

Teraz ostrzę sobie ząbki na serię Invisible llumination by Lumene. Akurat na maraton powinna się nadać. Bo znowu biegam powoli ;-) (…to chociaż muszę dowyglądać ;-))

I jak? Mogę pisać o kosmetykach? Czy lepiej jednak zostać przy bieganiu?

O blogowaniu, bieganiu, pisaniu i… ubraniu, czyli dwa słowa o tym, w czym na maraton

beautyandb

Czy blog może mieć przerwę? Niby może, ale nie powinien. A zwłaszcza blog o bieganiu nie powinien mieć przerwy niemal tuż przed kluczowym wydarzeniem. To prawie tak, jakby ktoś pisał kryminał w odcinkach i nagle, tuż przed odkryciem, kto zabił, zrobił sobie urlop, a nie zostawił zapasowego odcinka podtrzymującego napięcie. Ja zresztą też nie zostawiłam. Od wiosny piszę, jak to, z przerwami, ale jednak, szykuję się na ten fantastyczny jubileuszowy 35. PZU Maraton Warszawski (btw, dziwnie się pisze – PZU Maraton Warszawski. Ale dla biegaczy – to dobra wiadomość). I raptem, dwa tygodnie przed dniem „Zero” – odbiera mi głos.

 

Na szczęście nie dosłownie, choć niewiele brakowało. Po powrocie z Krynicy zdążyłam się zaopatrzyć w stosowne suplementy z żelazem (okazało się, że to, co dla jednego lekarza jest „nie widzę tu nic niepokojącego, może po prostu jest pani za ambitna w stosunku do możliwości” (!), to dla drugiego było sygnałem do natychmiastowego wypisania żelaza na receptę…), ale jeszcze dobrze ich nie zaczęłam brać, jak pojechałam do Augustowa, gdzie na całe szczęście miałam absolutny zakaz ścigania się. I chwała Bogu, bo dzięki temu biegło mi się co najmniej równie fantastycznie jak na Koral Maratonie, uśmiech nie schodził mi z twarzy, mam wrażenie, że prawie całą trasę pajacowałam nieco i denerwowałam współbiegaczy, ale za to bawiłam się świetnie. Dopiero na ostatnich trzech kilometrach włączył mi się ścigacz bezpardonowy i poleciałam.


Efekt…? Hm. Wynik miałam bardzo zbliżony do Skarżyska, gdzie biegłam (do połowy) na maksa. Oczywiście, jest coś takiego jak różnica tras, ale mimo wszystko. Ostatecznie, wskutek bardzo skomplikowanego regulaminu i jeszcze bardziej skomplikowanej  jego interpretacji, wylądowałam ze statuetką i szmacianym łosiem za III miejsce w kategorii. A Augustów trafił na moją listę biegów rekomendowanych. Bo o ile do Biura Zawodów i do posiłku regeneracyjnego w Albatrosie można mieć uwagi, to od startu (trochę dziwny, strzał w połowie odliczania…, ale przy małej liczbie startujących udało się uniknąć kompletnego bałaganu) do mety  wszystko było na bardzo dobrym poziomie. A wolontariusze – na najlepszym :)


I to by było na tyle, bo z Augustowa i Mazur po drodze (wiem, Augustów to nie Mazury. Ale ja byłam na Mazurach z wypadem do Augustowa) przywiozłam sobie fantastyczne przeziębienie i z równie widowiskowym katarem. Dobrze, ze obyło się bez gorączki, jak w ubiegłym roku po Tarczynie. Czyli taki standardzik – dwa tygodnie do startu, a ja choruję. Trudno, co robić. We wtorek jeszcze pobiegłam, bo wzięłam lekkie osłabienie za zmęczenie. Ale Niagara z nosa przybierała na sile. Głowa mi pękała. Co było robić. Pomna różnych doświadczeń z chorowaniem i leczeniem przed maratonem, postawiłam na łagodną perswazję. Czyli – herbata z nalewką, miód, cytryna, imbir, ciepłe skarpetki na noc, maść rozgrzewająca… Okazało się, że można po dobroci. Od środy paskudztwo zaczęło się cofać, w piątek już mogłam potruchtać, a w sobotę – ani śladu po katarze. I to bez interwencji zbrojnej, która mogłaby osłabić organizm. A jeden dodatkowy dzień wolny w tej sytuacji raczej mi nie zaszkodzi.

W międzyczasie, z tą Niagarą z nosa i pękającą na milion kawałków głową, pisałam, redagowałam, opracowywałam. Oczywiście, o bieganiu. Dla ciekawych – w jutrzejszym WPROST. Zadowolona jestem z efektu, chociaż liczę, że będzie okazja do kolejnego razu i do tego, żeby było jeszcze lepiej. Swoją drogą, pisanie o bieganiu, kiedy właśnie nie możesz wyjść na trening, jest dość paskudne. Człowiek ma okazję do refleksji nad wszystkimi błędami, które popełnił. Ale ma też okazję poczytania i wczytania się, co mają do powiedzenia mądrzejsi.

Czytałam. Zawodowo – to, co o bieganiu mówi Ewa Witek-Piotrowska z Ortorehu, a o jedzeniu i bieganiu – Kuba Czaja z Tatra Running. Kto ciekawy – odsyłam do WPROST.  Mniej zawodowo i do snu – na tapecie biografia Usaina Bolta i – dla równowagi – „Ukryta siła”. Kiedyś zabiorę się za recenzje, może po maratonie…? W ramach roztrenowania?

A propos maraton, bo to już tuż, tuż, a mnie co jakiś czas ktoś pyta – w czym… Głównie dziewczyny, bo wiadomo – co się nie dobiega, to się dowygląda, w końcu liczy się styl. Ale pewne założenia warto przyjąć. Potem i tak się zweryfikuje na dzień przed startem – w zależności od pogody i okoliczności. Każdy maratończyk ma też swoje przesądy, swoje zwyczaje, swoje „szczęśliwe” spodenki, skarpetki czy inne kolczyki. Ja w sumie też tak mam. Na maratony mam dwa zestawy – wyjazdowy i krajowy. Wyjazdowy składa się z krótkiego zawodowego topu z orzełkiem i ultrakrótkich czerwonych szorcików. Do tego skarpetki (jakiekolwiek biegowe). Zestaw krajowy jest w gruncie rzeczy podobny, tyle że zamiast topu od jakiegoś czasu występuje różowa koszulka powycinana do minimum, a zamiast szorcików czerwonych – krótkie spodenki, czarne lub szare w różowe łaty. Ubieram się tak, nawet jeżeli przed startem jest zimno i aura nie usprawiedliwia takiego natężenia nagości. Już dwa razy zdarzyło się, że przed startem siniałam z zimna, a w połowie trasy byłam przeszczęśliwa, że nie mam na sobie żadnych rękawów czy innych zbędnych elementów. Bieganie rozgrzewa ;-) Nie lubię biegać za ciepło ubrana, nie znoszę biegać w długim rękawie… Zresztą, od marca do listopada to długi rękaw zakrawa na jakieś nieporozumienie i raczej utrudni niż uprzyjemni bieg.


Elementem wspólnym obu zestawów są od zeszłego roku opaski na łydki, moje ukochane Compressport-y. Poza tym, że są jaskraworóżowe, dzięki czemu łatwo się znajdują na zdjęciach, to jednak pełnią ważniejszą rolę. Jestem w stanie niemal policzyć, ile razy dzięki nim uniknęłam skurczów na trasie i dzięki temu mogłam biec szybciej czy dalej.

Do skarpetek nie przywiązuję wagi, są jakiekolwiek, sportowe i takie w których już biegałam. Zazwyczaj cienkie i zupełnie zwykłe. Więcej uwagi zwracam na kolczyki. Kiedyś z Dubaju przywiozłam sobie takie cyrkoniowe wkrętki malutkie – w sam raz do biegania. Ale w tym roku przegrają z biegowymi kolczykami… Serio, mam takie. Zrobię kiedyś zdjęcie.

Panie zaraz pewnie zwrócą uwagę, że nic nie wspominam o bieliźnie. Hm… Nie wspominam, bo zarówno top, jak i powycinana koszulka, mają górną część bieliźnianą wbudowaną w swoją konstrukcję i to zasadniczo mi wystarcza. Wykorzystuję też te elementy konstrukcji do ukrycia w nich żeli energetycznych. Jest pewne niebezpieczeństwo otarcia, ale niewielkie. A spodenki i szorty też mają wbudowane elementy bieliźniane albo ich nie wymagają. A na maratonie im mniej warstw i szwów, które mogą obetrzeć – tym lepiej.

A propos obetrzeć, porada dla panów. Te plastry na sutki to nie jest taki szpan. Dla was to konieczność. Inaczej sól z potu, zasychając na koszulce, będzie tworzyła skorupę, która to skorupa będzie się Wam ocierała o… No, i wiecie, krwawe plamy gotowe. Podobno to boli. I to nawet mocno.


Najważniejsze na maraton jednak są… buty. I tu mam pewien dylemat. Przez poprzednie półtora roku maratony biegałam w adidas supernova glide. Dla mnie to idealne buty na maraton. Są lekkie (o dziwo, czwórki są lżejsze niż piątki…), ale nie superlekkie, bo jednak mają amortyzację. Są jednak dość twarde, żadnych poduszeczek i otulania stopy. Dynamicznie odbijają się od asfaltu.  I, co dla mnie ważne, ale dla niektórych akurat może być wadą, mają zwężany przód i dobrze trzymają stopę w jej przedniej części. Nie przepadam za butami szerokimi, w których przód stopy, nawet tak dużej jak moja, ma luz. Mogę w nich człapać spokojny trening, ale już do szybszego biegu niespecjalnie się nadają.


Ale, miało być o butach na maraton. Po Koral Maratonie mam dylemat. Bo równie dobrym wyborem były Reeboki Sublite Duo. Nie miałam w planie maratonu w Krynicy, więc i adidasów nie wzięłam. A te reeboki z podeszwą jak ruszt do grilla, okazały się zaskakująco przyjazne. Poza tym mają wszystkie zalety adidasów – są lekkie (chyba nawet lżejsze), ale nie minimalistyczne, mają dynamiczne odbicie, dobrze trzymają przód stopy. No i, co najważniejsze, od maja biegam w nich niemal na okrągło… Jeżeli się waham, to głównie dlatego, że po dłuższym bieganiu w reebokach (dłuższe, czyli więcej niż 30 km) przez kilka kolejnych dni czuję delikatne przeciążenie w lewym kolanie. Ostatecznie zdecyduję się pewnie na adidasy, ale jeszcze pewnie zrobię po jednym treningu w jednych i drugich.

Aha. Moje buty do biegania są mniej więcej tej samej długości co buty w których chodzę. Buty zbyt dużo za duże mogą być równie niefajne, co buty zbyt krótkie. Kiedyś w takich przepisowo dłuższych butach dorobiłam się ogromnych pęcherzy na obu śródstopiach. Od tamtej pory biegam w butach luźnych, ale dopasowanych.

Czy o czymś jeszcze zapomniałam? Wiem, nie napisałam o głowie. Czapka, bez czapki? Ja jednak zdecydowanie bez czapki. I bez opaski. Żadnych elementów, które mogą spadać, przesuwać się, denerwować i przeszkadzać w biegu. Włosy też na ogół mam rozpuszczone, ale jakby były odrobinę dłuższe, związałabym je w nieprzeszkadzającą kitkę, żeby z kolei wiatr nimi nie szarpał na wszystkie strony i nie wwiewał mi ich w oczy po drodze.  

Wczoraj jeszcze zrobiłam ostatni ważny trening. 10x1 kilometr w planowanym tempie maratonu z minutą przerwy pomiędzy. Nie było idealnie, ale biorąc pod uwagę, że biegałam po wizycie u dentysty, trudno było oczekiwać cudów. Nie przypadkiem o tym piszę. Do przeziębienia dołączył mi się w końcu tygodnia dyskomfort w szczęce.. Niby nie bolało, ale jak pomyślałam, że może zaboleć za tydzień – to pognałam w te pędy do lekarza. Bo jakiś niezaleczony ból, jakiś stan zapalny, który wypieramy z głowy przed startem, może nam skutecznie zniweczyć plany na dobry wynik. Zróbcie sobie mały remanent. I pedicure gdzieś w środę. Krótsze paznokcie trudniej uszkodzić. I to nieprawda, że po maratonie paznokcie muszą zejść. Nie muszą. A nawet nie powinny.  

No, to czas na końcowe odliczanie. Zostało 6 dni. A siódmego  - 35. PZU Maraton Warszawski… Już czuję ten maraton fieber... 


Z membraną czy bez?

beautyandb

- Na następny sezon kupię sobie buty z membraną – deklaruje kolega. Jest pochmurny niedzielny poranek, połowa grudnia, biegamy sobie właśnie po lesie, nie jest zimno, lekko około zera, nogi rozjeżdżają się na topniejącym śniegu, z nieba pada obrzydliwa mżawka. Nie jest przyjemnie.  Patrzę na swoje buty. Mokro, małe jeziorka mam pod stopami. Skarpetki po powrocie będę wyżymała. Buty? Tym razem Cascadie – bez membrany, krosowe, w miarę przewiewne. Dwie pary butów z membraną zostały pod wieszakiem – i te terenowe, i wysłużone Pegasusy.

W domu mała konfrontacja, bo małżonek założył buty z goreteksem. Jego skarpetki prezentują podobny stopień zawilgocenia, czyli też wyżymanie (przed wrzuceniem do pralki).

No więc, z membraną – czy bez?

W tamtą niedzielę – nie. Przede wszystkim, jest za ciepło, przy zerze stopni w butach z gtx można sobie konkursowo zaparzyć stopy. Poza tym, śniegu w lesie było sporo, topiąc się, wpada do butów od góry, topi się i… zostaje… Brrr.  Oczywiście jest rozwiązanie – stuptuty. Ale – stuptuty na zwykłe niedzielne wybieganie po lesie? Przerost formy nad treścią raczej. Zresztą, nie wiem czy stuptuty są też wodoszczelne, a woda nalewała się górą także w co poniektórych kałużach głębszych niż się wydawało. W taki dzień grudniowy chyba jednak lepiej wypadły moje przewiewne krosówki, które przynajmniej przepuszczały wodę w dwie strony, a że pod koniec już przypominały lodowate mini-jeziorka – no cóż, a kto mi kazał ganiać po deszczu i po kostki w topniejącej brei 25 km i jakieś dwie i pół godziny? No, kto? No, właśnie.

Ale już we wtorek wystarczył rzut oka na termometr. Minus 10 stopni Celsjusza (a nawet minus 8) – to już jest powód, żeby założyć buty z membraną. Nawet jeżeli jest sucho jak na pustyni Gobi i po śniegu nie ma śladu. W leciutkich kolcach czy innych startówkach to ja mogę sobie biegać w taki mróz wyłącznie na zawodach. Poza tym kiedy temperatura spada poniżej minus pięciu – membrana is a must. Nie lubię marznąć i już. We wtorek goretex miał zadanie dodatkowe – chronić mnie jeszcze przed tymi 15 centymetrami puchu, który napadał przez noc i dumnie prezentował się na chodniku, a nawet na jezdni. Tym razem śnieg był z wierzchu przyjemnie lekko zmrożony, a temperatura nie pozwalała mu się topić, więc wszystko było w jak najlepszym porządku. A stopy suche i nawet bardzo nie zmarznięte.

W piątek przed świtem było już minus 15. Ale przecież to sarenka na mrozie nie może, a biegacz wykuwa się zimą. Wyszłam. Pobiegałam. Wróciłam. Raport od małżonka, który wybiegł nieco później – nie dało się biegać, mróz ścinał mięśnie. Znowu mała konfrontacja.

Nienawidzę marznąć. O ile latem ubieranie się tak, jakby było 10 stopni więcej (czyli na bieganie) nie sprawia mi problemu, o tyle zimą ewidentnie mi to nie wychodzi.  Wysuwam stopę spod kołdry. Zimno. Cofam. Znowu wysuwam. I tak kilka razy, dopóki do mnie nie dotrze, że albo wyjdę już, albo nie ma sensu wychodzić wcale, a wtedy na co był ten budzik o 5.10…? Na wpół śpiąc wciągam na siebie bieliznę. A potem się zaczyna.

Poniżej minus 10 kolejność jest taka: koszulka techniczna bez rękawów. Koszulka z długim rękawem. Bluza termiczna. Ile? Minus 15? Dokładam na wierzch kurtkę. Na nogi – legginsy lekko ocieplane. Do tego jeszcze krótkie spodenki z wbudowanymi gaciami – w końcu o pewne strefy trzeba dbać, nawet jak się biega. Poniżej minus 20… No dobra, poniżej minus 20 każdy biega na własną odpowiedzialność. Nie polecam, i generalnie się nie poleca, ale sama czasami biegami. Wtedy na legginsy zakładam lekkie spodnie dresowe.

A przy minus 15? Na stopy skarpetki – jeszcze cienkie, ale aż się prosi o trochę grubsze. I buty – z gore, oczywiście.

W ramach wykończenia – polarowa kominiarka, na nią buff (w odwodzie mam jeszcze kaptur, poczekamy na – 20), rękawiczki z polaru. Dłonie mi się ugotują po 5 km, ale nie przetrwałabym bez tego pierwszych trzech, trudno.

Na osiedlowym kieracie (kółko, 4 km, człowiek biega jak chomik w kieracie, ale nie narzeka, bo oświetlone, częściowo odśnieżone, w miarę bezpiecznie) byłam w piątek przed świtem jedyna. Trzy kółka, o mrozie zapominam gdzieś w połowie drugiego. Wracam do domu, pół twarzy mam oszronione, pół zmarznięte w grymasie nieco podobnym do uśmiechu, ale już wiem, że to dobrze zaczęty dzień.

A buty? No cóż, takie z membraną na pewno warto mieć. Ale używać z głową. I niekoniecznie biegać w nich górski maraton w środku lata, nawet jeśli trochę pada deszcz.

 

PS. Wiem, że idą święta, a tu taki prozaiczny wpis. Ale wpis świąteczny – będzie we właściwym czasie :) Czyli niebawem.

 

Love at the first sight

beautyandb

Znowu mam małą przerwę w blogowaniu. Ale wszystko przez pewien eksperyment. O eksperymencie jeszcze będzie, a najbardziej będzie, jak przyniesie pozytywny efekt, o czym przekonam się... mam nadzieję już 11 listopada.

Tymczasem za oknem zrobiło się jakby zimnawo. Jakby nawet całkiem zimno. Już tydzień temu w niedzielę rano przywitało mnie na termometrze piękne okrąglutkie zero... I szron na trawie. 

Nie jestem widać, czy widać ten szron. O, ale tu już jest:


Dzisiaj szronu było więcej, już nie tylko na trawie, ale także na drzewkach i krzaczkach. No, i -2 na termometrze, kiedy wychodziłam. Tyle, że dzisiaj było bieganie bez aparatu. A tydzień temu było bieganie z aparatem. W Kielcach.

To zero i te minus dwa nawet mi pasowały.

Bo...

Bo się zakochałam. I była to miłość od pierwszego wejrzenia.

Już nie wiem, kiedy i gdzie ją zobaczyłam po raz pierwszy. Na pewno w Internecie. Gdzieś pewnie na stronie Polskabiega. Albo podobnej zaprzyjaźnionej. Oczy mi zabłysły. A potem trafiła w moje ręce. Taka ja na obrazku. Turkusowa, w zielone paski, z kapturem. I, czego na zdjęciu nie widać, w delikatny wzorek drobnych rombów - jak pikowanie. A do tego w 100 procentach damska - z ładnie wyprofilowaną talią.

No, cóż. Jednak biegając, nie przestaję być kobietą. Taką kompletną, Stuprocentową. Zresztą, nie tylko biegając.

W to turkusowe cudo (dla ciekawych: adidas Response XX ICON Hooded, wersja damska) wbiłam się jeszcze tego samego dnia wieczorem po treningu na hali. Następnie sięgnęłam po nią rano, żeby w niej pojechać na aquarunning (pisałam, ze eksperymentuję?). Na basenie co prawda bluzę zdjęłam, ale zaraz po wyjściu założyłam ją z powrotem i jako ta kompletna dresiara wyruszyłam sobie do Kielc.

Tam podjęłam kolejne wyzwanie - sprawdzenia, czy bluza nadaje się do biegania. A że jeszcze było ciepło i nic nie zapowiadało niedzielnego zera... No cóż, założyłam bluzę li tylko na bieliznę. Nie było to takie głupie, ale też i nie najmądrzejsze. Bo jakkolwiek bluza ładnie zasłaniała mi nerki i sięgała prawie za pośladki, to jednak nie przylegała ściśle, więc kielecki wiaterek pośmigał mi trochę po plecach. Ale za to jakoś zupełnie umknął mi fakt, że się spociłam... To poczułam dopiero jak się zatrzymałam.

Niedzielny przymrozek pojawił się jak na zawołanie. Tym razem pod bluzę wdziałam koszulkę (żeby pasowało, też turkusowy adidas, supernova cośtam) z krótkim rękawem. Dla równowagi legginsy miałam z kotkiem ;-)

Problem był inny. Co najbardziej marznie w trakcie biegania...? No co?

No, jasne. Dłonie. A ja nie wzięłam rękawiczek. Na zero i wychodzące słońce wystarczyły jednak przedłużone zakładane na palec rękawy. 

I jak już polansowałam się przed aparacikiem:

To pognałam przed siebie. Przekonując się przy okazji o tym, że taki kaptur (wcześniej nigdy nie używałam kaptura) jest całkiem wygodny - można go zakładać i zdejmować w zależności od potrzeb.

Właściwie to tylko jednej rzeczy w mojej nowej ślicznej turkusowej bluzie nie zrozumiałam... Albo inaczej. Kompletnie nie załapałam, po diabła bluza do biegania ma z przodu wielką kangurzą kieszeń na środku brzucha. Owszem, w cywilu to się przyaje, żeby coś wrzucić (na przykład portfel i dokumenty samochodu). Ale już na przykład klucze w trakcie biegania - niekoniecznie, bałabym się że wypadną. A noszenie telefonu w okolicach pępka jest co najmniej niehigieniczne. Zresztą, też bym się bała zgubić.

Powiedzmy, że ręce mozna rozgrzać ;-) O.

A dzisiaj z pewnym obawami wybiegłam w zestawie krótki rękaw + moja nowa ukochana bluza na te minus coś tam... (niech będzie że dwa). Z pewnymi obawami, kusiło mnie dołożenie kurtki albo czegoś takiego. Ja jednak jestem ciepłolubna. Na tylny aspekt osobowości wdziałam ocieplane legginsy, a tutaj...

No cóż.

Czego się nie robi dla wyglądu.

Widać mnie było z daleka.

Jak to ładnie koleżanka podsumowała: A jakby ktoś nie zauważył tego turkusu, to masz jeszcze te zielone paski. Wszyscy zboczeńcy twoi...

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci