Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Biegi

Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz….

beautyandb

… gdy się nie da mocą żadną napisanych cofnąć słów – że pozwolę sobie tak sparafrazować. Zresztą, ta akurat piosenka Perfectu jakoś wyjątkowo mi pasuje do tego biegu. No, może poza schodzeniem ze sceny. Jednak chciałabym, żeby ta konkretna impreza działa się cyklicznie i rozwijała jak do tej pory, bo ma dwie niewątpliwe zalety – jest wyjątkowa w swojej formule i jest wyjątkowa w swoim przesłaniu. Ale „Niepokonani” mogliby spokojnie być hymnem tego biegu. Bo przecież to nie jest kolejny bieg o marchewkę, ba to nawet nie jest bieg o marchewkę z historią w tle czy na innym medalu. To jest wielki „charity run” (jakoś po angielsku to ładniej brzmi) w całej swojej rozciągłości.

31960712_10155681279368845_4840395556675125248_n

A że po opadnięciu euforii, kurzu, po zmyciu potu i zaspokojeniu pierwszego głodu – widać gołym okiem, że do ideału ciut, ciut brakuje – to cóż. Taki urok wielkiej imprezy, każdemu jakieś źdźbło w oku się znajdzie.

Tymczasem jednak, kiedy mija Cię meta, czujesz się jakoś dziwnie, z tym białym samochodem, który toczy się (no bo przecież nie mknie, jednak 16 km na godzinę to nawet rowerem jest wolno) w siną dal, a Ty możesz wreszcie zmienić rytm, zwolnić – i pomaszerować do autokaru, z uśmiechem na twarzy, radością w sercu i poczuciem, że jesteś podwójnie wygrany. Bo zrobiłeś coś dla siebie – i coś dla kogoś innego. Bo masz swoją cegiełkę w projekcie, którego rzeczywisty wymiar trudno ci objąć wyobraźnią (no, mi trudno, bo naukowiec ze mnie żaden, chociaż próbowałam).

Więc dołożyłam swoją cegiełkę.

Potoczyłam się zrazu po poznańskich ulicach, które przez dwa wcześniejsze dni zdążyłam tylko co nieco poznać, a potem po drogach Wielkopolski, których nigdy tak naprawdę nie poznałam. O Poznaniu zresztą jeszcze się postaram napisać, nie wiem tylko, czy zdążę przed wyjazdem do Białegostoku, Katowic…. Coś się rozjeździłam ostatnio.

No, ale. O bieganiu miało być dziś.

A na bieg zapisałam się jakoś w okresie życiowej zmiany, zimową porą, kiedy nie do końca jeszcze wiedziałam, co będę robić z życiem i ze sobą na wiosnę. Liczyłam tylko, że będę mieć więcej czasu na bieganie ;-) I dlatego symboliczne, maratońskie (że to tak eufemistycznie ujmę) urodziny postanowiłam spędzić w biegu, korzystając, że akurat wypadały w niedzielę (ale jak ktoś jeszcze mi chce złożyć życzenia, to oczywiście przyjmuję. Prezenty też :))

W sumie dobrze zrobiłam z tym zapisem zimowym, bo potem miejsca rozeszły się jak cieple bułeczki.

Osiem tysięcy luda… Nauczona licznymi doświadczeniami i obarczona dwoma facetami osobistej obstawy, postanowiłam odebrać pakiecik zawczasu. Czyli już w piątek. Jakimś cudem dotarliśmy do Biura Zawodów tuż przed zamknięciem, spacerując sobie wcześniej przez Poznań, zaglądając na Noskowskiego 2 (o, pamiętasz? Tu była kwiaciarnia Baltony), przy Teatrze (To tu Gieniusia klepała dyrygenta po głowie…?), Most Teatralny, Roosvelta naturalnie, przez słynne rondo (nie idziemy, tam można dostać w nos).

Ja chyba robię za dużo dygresji… W ten sposób w życiu nie dobiegnę do medalu…

Tymczasem jednak dotarliśmy do Biura Zawodów, z lekka jednak wyludnionego, bo było może z pół godziny do zamknięcia. Marcin ruszył wprost do małyszowego auta, a ja grzeczniutko po numer. A wcześniej do przemiłych wolontariuszek z punktu informacji i podpisywania oświadczeń. Pogawędziłyśmy sobie nawet chwilkę, wypełniłam stosowne papiery – i pogalopowałam po numer. Tu też sprawnie i szybciutko, dostałam woreczek, koszulkę, numer, upomniałam się o agrafy – bo akurat nie miewam ostatnio własnych – i hajda. Trzeba był dziecko zabrać, bo zaczynało przestawiać jakieś stoisko sponsorskie według własnej koncepcji architektonicznej.

31945418_10155680700673845_793782270665162752_o

W sobotę udanie odcięłam się od wszelkich nowinek biegowych i okołobiegowych. Nawet nie poszłam potruchtaćczy jakiś rozruch zrobić, bo uznałam, że mam nieco przeciążone kolanko i więcej sobie szkód narobię niż zyskam. Choć nadal uważam, że poznawanie miasta w biegu to jedno z najbardziej efektywnych poznań (excuse le mot). Tak się milo ułożyło, że drzwi w drzwi z apatmentsami, w których stacjonowaliśmy, stał sobie sklepik o tematyce sztuk walki, w którym zaopatrzyłam się w jakąś opaskę na nogę, żeby trochę usztywnić kolano. I poszliśmy z chłopakami – na spacer na Cytadelę, 2,5 km w jedną stronę… Na wszelki wypadek szłam w sandałach :-) Po spacerze była w planie rodzinna prawie urodzinowa kolacja, ale jak padłam na łóżko, to skończyło się na szybkim wypadzie Tomasza – do „Żabki” po makaron. Niech żyje płyta kuchenkowa w pokoju!    

No, a niedziela?

Zaczęła się o świcie, bo postanowiłam nadrobić wszystkie swoje logistyczne wpadki z pierwszego etapu wyjazdu (i sprzed). O dziwo, nawet mi się w miarę udało. Dziękiczemu dotarliśmy do miejsca startu na ponad półtorej godziny przed nim – i mogłam spokojnie poodwiedzać różne przybytki, przebrać się jak człowiek, zaliczyć tradycyjną kolejkę do toi-toia – i pogalopować na start. Chłopaki w tym czasie byli już zupełnie gdzie indziej, bo dłuższe przebywanie Marcina w tłumie kolorowych biegaczy groziło rozmaitymi konsekwencjami. Z zaginięciem włącznie, bo facet wolność miłuje nad wyraz, biegać kocha i sam zaczął się wyjmować z wózka. A bieganie z wózkiem ZA Marcinem powodowało zagrożenie dla zdrowia i życia innych biegaczy.

Chłopaki poszli, a ja ruszyłam w stronę strefy startowej. Jakoś bez trudu się odnalazłam, mijając po drodze innego urodzinowicza (miał stosowną kartkę na plecach, ale nie starczyło mi animuszu, żeby zagadać). W końcu stanęłam sobie gdzieś w kątku przy barierce – żeby za chwile okazało się, że facet z numerem na pięć tysięcy coś tam – też ma urodziny… Tym razem ruszyłam twarzą i złożyłam mu życzenia. Pogawędziliśmy chwilę w większym gronie, jak trzeba biec, żeby pobiec 30 km (podobno po 4:52, na dzisiaj jeszcze nie mój zasięg) . Potem z inną ekipą – o tym, że na 20 km wystarczy tylko 5:20 – 5:24 (tu zaczęłam nieśmiało myśleć, że może nawet 25 by się udało….). A potem poszła poznanska fala w jedną i w drugą stronę – i już trzeba było ruszać.

No to ruszyłam. Jak mały czołg. Pierwszy kilometr – w 5:01. Na drugim albo było z górki, albo mnie poniosło…. 4:38. Oj, niunia, wczoraj się urodziłaś? Strofowałam samą siebie w myślach. No, bo z grubsza wiadomo, czym się takie akcje kończą.

Ale leciałam. Bo ten #poznantakipiekny. Niosło. Mimo że sam środek dnia, mimo że upał, a na niebie ani chmurki. Liczyłam sobie, że tak - skoro Małysz rusza pól godziny po starcie, jedzie 15 km na godzinę, to ja mam półtorej godziny plus. Czyli do 15 kilometra w ogóle nie myślę o mecie, do 18 powinnam dotrzeć, a dalej się zobaczy. 22 będzie idealnie, ale może te 25, może 27….

Mhm….

To pierwszą weryfikację przeszłam gdzieś w okolicy między 9 a 10 kilometrem. Zresztą – kilometry były oznaczone idealnie, z wielkopolską precyzją i dokładnością.

Mniej dokładnie było z punktami odżywczymi, co w tej temperaturze nie było zbyt komfortowe, ale ostatecznie – bez przesady. Kurtyny wodne zaliczyłam całe dwie, na 8 i 14 kilometrze, dość dokładnie je zaliczyłam.31956408_10155681280808845_4081061393330077696_n

W okolicach 15 kilometra, za trzecim punktem odżywczym, zaczęłam mieć dosyć tego biegu. Tak w całej rozciągłości. Możliwe, że tam właśnie zaczynał się jakiś podbieg. Na całe szczęście tam też zaczynał się dłuższy odcinek chociaż ciutkę zacieniony, więc jakiś remis. Kompromis. Truchtałam sobie z coraz większym przekonaniem, że to nie dobry pomysł. I licząc, czy aby nawet te 18 km zrobię. Wtedy minął mnie Michał. Z którym się znamy od … No, wiadomo. Od dawna. Gdzieś nawet mamy cudne wspólne zdjęcia z jakiegoś Maratonu Warszawskiego. Michał złożył mi w biegu życzenia. I poleciał. Ale następny kilometr jakoś tak szybciej zleciał. I kolejne dwa też. No dobra. 20. Wstydu nie ma, gdzie ta meta…?

Tupię. Tupię. Wciągam żel. Piję.

Półmaraton za mną. Słabo. Godzina pięćdziesiąt. Uh, gdybym chociaż pobiegła jak w Wiązownej…

Górka. Zwalniam.

No, gdybym wtedy nie zwolnila….

Ale zwolniłam.

Na górce znowu ruszam szybciej, ale wtedy już jedzie metowa forpoczta. „Lewa wolna, lewa wolna krzyczą”. Coś nie jarzę. Ale przyspieszam, odruchowo przyspieszam, byle jeszcze, byle jeszcze, w końcu samochód znajduje się w moim polu widzenia…. Zwalniam, zwalniam, zegarek, ciut zabraklo do 22. 100 metrów maksymalnie. No cóż. Gdybym widziała tę chorągiewkę, może bym… Ale nie. Już. Koniec.

Przybijamy piątki z towarzyszami tej doli. Jakieś fotki. Z Kasią, z którą jakiś czas się mijałyśmy. Z chłopakami.

Mamy blisko do autokarów, może 200 metrów. Przed autokarami spotykam Jolę, skończyła z 300 metrów wcześniej. Pakujemy się razem. W autokarze – woda i batoniki…. Siadamy (tak, wiem, mamy fart!).

Po jakimś kwadransie (dalej mamy fart!) autobus rusza.

Powoli, powoli, prawie godzinę wracamy do Poznania.

Wysiadam na sztywnych nogach. Ostatni raz 20 km biegałam… na Półmaratonie Warszawskim. A opasek kompresyjnych nie wzięłam. W końcu kiedyś trzeba opalić łydki.

31945903_10155681279833845_8548215620443832320_n

Na sztywnych idę – po medal. Buziak dla Krzyśka Łoniewskiego z Trójki, który konferansjeruje przy scenie. Uścisk ręki i miła pogwarka z Jurkiem Skarżyńskim. Dzisiaj nie biegł. Ja biegłam pierwszy raz. Taka sztafeta.

Medal. Kolorowy. Piękny.

Woda.

Idę jak automat dalej. Wpadam w tłum czekający na posiłek. Chwilę się tłoczę, ale uznaję, że nie jestem głodna, chcę szybko do moich chłopaków. Lecę po depozyt, odbieram błyskawicznie. Na widok kolejek do pryszniców rzednie mi mina… Nic to, idę do łazienki na minus jeden. Mała kolejka, toaleta, ochlapuję się trochę pod kranem, zakładam świeże ciuchy. Musi wystarczyć, trudno. Może nie będę bardzo śmierdziała w samochodzie. Gorzej, że żołądek zaczyna pracować. Wracam w kolejkę po makaron. Zjem go już po drodze…

A Marcin bierze ode mnie medal. Ogląda go uważnie. Cała buzia rozjaśnia mu się uśmiechem. I mówi tonem, jakby właśnie coś sobie postanowił. – Będę biegał! – I powtarza z mocą – Będę biegał! Będę biegał w zawodach!                               

 

         

      

Sami nie wiecie, odc.3692. V Bieg Wąskotorowy

beautyandb

To jest kolejny już na blogu wpis z cyklu „Cudze chwalicie, swego nie znacie…”, czyli o biegach tuż w pobliżu, w Warszawie i okolicach, kameralnych, małych – a jednak takich, które zdobywają serca i na które chce się wracać.  Które mają to „coś”, czego w bieganiu szukamy – no, przynajmniej ja szukam. I to bynajmniej nie dlatego, że nie jestem w formie życiowej, więc pewne rzeczy schodzą na drugi plan (taki na przykład atest czy inne takie).

Do Józefowa wróciłam. Po roku. Rok temu wybrałam się zupełnie spontanicznie, z braku alternatyw na lepsze spędzenie sobotniego dnia. W tym roku już z pełnym rozmysłem, choć z bólem serca, bo musiałam zrezygnować z innego z cyklu moich ulubionych biegów. Istniały oczywiście techniczne i nawet nie wyłącznie teoretyczne szanse startu w obydwu imprezach, ale biegnąć w Pucharze Maratonu miałabym poważne wyzwanie, żeby zdążyć do Józefowa na bieg najmłodszych na 50 m. A do tego logistyka pozostałych członków stada domowego… Cóż. Nie jesteśmy wolnymi elektronami we wszechświecie. Nasz domowy mikrokosmos wymaga pewnych kompromisów (i tak niewielkich, nie ma na co narzekać :) ) .

A zatem stadem naszym domowym, z latoroślą i ciocią, choć bez małżonka, który postawił na wiedzę, pojechaliśmy do Józefowa. Daleko nie mamy, zdążyliśmy w samą porę, żeby zająć ostatnie komfortowe miejsce na pobliskim parkingu i odebrać numery zanim zrobi się tłum.

30709053_1850946874936027_5084136243508281344_o

Mnie od razu ujął numer Marcina. Bo mój to wiadomo, nic szczególnego. Ale młody dostał numer z imieniem. I chociaż karnie chciał go potem oddać, kiedy usłyszał z głośników komunikat o oddawaniu numerów, okazało się, że dziecięce numery są na pamiątkę. A w numerach był chip i Marcin teraz figuruje w wynikach. Tak zupełnie oficjalnie, 29 sekund na 50 metrów �� Całkiem przyzwoicie.

Na mecie dostał dyplom. Za metą – nagrodę. I to chyba jedyny wyjazdowy zgrzycik, bo w torbie z nagrodą były… film na dvd (no, ok, nie bądźmy hipokrytami, oglądamy tv) oraz…. Pistolet. Gdyby nie to, że młody pierwszy wyciągnął nagrodę – spróbowałabym podmienić, bo były inne opcje. Ale wyciągnął. I pistolet już był jego. Mam nadzieję, że szybko o nim zapomni… (ciiii)

Oprócz nagród za metą czekał posiłek regeneracyjny w postaci mini-hot-dogów, dużych hotdogów, kanapek, drożdżówek i innego dobra wszelakiego. W większości dostępnego za jeden dziecięcy uśmiech, w niektórych przypadkach (domowe ciasta) – za „co łaska”. A do tego woda z saturatora.

W tle pobrzmiewała orkiestra, produkował się chór (repertuar militarno-patriotyczny), świeciło słońce, nadawały ptaki, wytchnienie w cieniu dawał lokalny kościół. Ach, było jeszcze stanowisko z bronią, stanowisko z koniem (drewnianym, ale dość sporym) oraz harcerze. Z tymi ostatnimi ponoć Marcin wszedł w komitywę w czasie, kiedy matka biegała.

No tak. Bo w sumie myśmy tam na bieg pojechali. W piknikowej atmosferze można się było lekko zapomnieć, ale tuż przed 13.00. organizatorzy przypomnieli, że wesoły autobus na start zaraz odjeżdża i kto ma biegać – nie lepiej nie przegapi rozkładu jazdy.

W dobrej kompanii wpakowaliśmy się do pierwszego pojazdu i dość sprawnie dojechaliśmy do Karczewa. Niby blisko, ale w sobotnie popołudnie różnie może być. Zeszłoroczny przejazd na start jakoś nie najlepiej wspominałam (a kompania była co najmniej równie dobra). Tym razem poszło sprawnie, a to oznaczało, że mamy prawie godzinę do odja… Znaczy, do startu. Dobrze, że w ostatnim przebłysku rozsądku porwałam ze sobą butelkę wody. Akurat udało mi się ją osuszyć przed startem.  

W Karczewie powitała nas orkiestra dęta oraz majoretki. Potem na chwilę pojawił się nieco kuriozalny Piłsudski w samochodzie z epoki, ale szybko pojechał do Józefowa na metę. Lokalna lokomotywa pełniąca rolę pomnika trochę podymiła – i to by było na tyle. Biegacze raczej rozgrzewali się w pobliskim parkolasku.

 30710289_1851190981578283_8014773320706686976_o1

A ciuchcia dymiła symbolicznie. Bo cały bieg wydarza się dla upamiętnienia kolejki wąskotorowej, która od 1914 r. woziła ludność i nie tylko z Karczewa aż do…Warszawy. Po Kolejce Karczewskiej pozostały tylko budynki poszczególnych stacji, most na Świdrze i wspomnienia. Bieg, który zainaugurowano w setną rocznicę pierwszego kursu kolejki, wiedzie właśnie jej szlakiem – z Karczewa do Józefowa, 10 km. Na trasie odbywa się też NW z Otwocka do Józefowa (7 km) i bieg na 3 km (no, niecałe trzy), czyli Trójka po Torze. A smaczkiem jest to, że kilometry są oznaczone odwrotnie, czyli tabliczki pokazują, ile nam jeszcze do mety zostało. Nie jestem pewna, na ile jest to motywujące….

 30706875_10155634879638845_3054509873954816000_n

No, ale. O 14.03. padł strzał startera – i poszliśmy. Ławą. Ruszyłam jak z procy. Niby było ciepło, niby mało cienia, ale pierwsze dwa kilometry darłam po jakieś 4:35. Jak dziki jakiś co pierwszy raz w biegu wystartował. Już na 3 kilometrze gdzieś w Otwocku zaczęłam to tempo z lekka korygować. A potem skorygowały mnie działki i ogródki, pośród których mój organizm przypomniał sobie, że przecież zaczął się sezon na pylenie… Oj. Jak mnie zatkało. I nawet sosnowy las niewiele pomagał, choć biegło mi się mimo wszystko dość dobrze.

Do czasu.

Gdzieś na siódmym kilometrze zorientowałam się, że z planów na 48 minut (w tyle biegałam dychę podczas ostatnich półmaratonów) to raczej nic nie będzie. Zaraz potem minął mnie rozpędzony jak lokomotywa Suwi. Próbowałam się podczepić, ale jednak nawet jako wagonik nie dałam rady… Tym bardziej, że nawierzchnia była zmienna, dość wygodne płyty chodnika zastąpił szutr i ubity grunt. Co prawda ostatni kilometr już był w miarę asfaltowy i udało mi się nie umrzeć przed metą, ale kiedy zegarek odpikał dyszkę 100 m przed metą, wiedziałam, że nawet 50 minut jest już mission impossible.

No i wyszło. 50:10.

Na mecie medal. Woda z saturatora. Eleganckie toalety w szatni. I prysznice, których było za mało. Ale przy tej pogodzie to było drugorzędne. I tak wszyscy wylegli na plac przy szkole. Na grochówkę. Na pączki. Na drożdżówki. Na….

Na ploty…

Marcin tymczasem zaprzyjaźnił się z lokalnym ślimakiem. – Ale on szybko biegał – powiedział mi potem. – Jak ty mamo.

No, dzięki synu. Nie jestem pewna, czy Cię jeszcze do Józefowa zabiorę po takim dictum.

Aha. Z tym ślimaczo-żenującym wynikiem byłam szóstą kobietą na mecie.

I czy ja pisałam, że cały ten piknik z bieganiem i nutą patriotyzmu w tle był za free? No więc – był!

I oby za rok też był, bo warto.

Ja w każdym razie się wybieram, bo mam porachunek z tą kolejkową trasą.

 

#Superbieg, czyli dlaczego 13. Półmaraton Warszawski wcale nie był pechowy

beautyandb

Czasu upłynęło już tyle, że właściwie… A blog Ani bez relacji z Półmaratonu Warszawskiego byłby jakiś… niepełny. Nawet kiedy startowałam w tempie spacerowym, dwa lata temu, kiedy na mecie czekał niespełna czteromiesięczny Marcin – nawet wtedy była relacja. A w tym roku…. Jakoś ciężko mi się zabrać do pisania. Ale ponieważ rok zaczął się pod znakiem sporych zmian – mam nadzieję i to zmienić.

Tymczasem jednak do ad remu (na retrospekcje będzie jeszcze czas), czyli do biegu. No, i do tytułu rzecz jasna. Od razu muszę zaznaczyć, że dla mnie nie był to 13. PMW, a 11., więc być może powinnam się obawiać tego, co będzie za dwa lata. Tymczasem jednak przyszła wiosna Anno Domini 2018. Jeszcze w lutym, dzięki uprzejmości czytelników bloga i fanpejdża, przyjaciołom i małżonkowi mogłam się cieszyć numerem z dużą liczba cyferek w akcji #biegamdobrze. Tradycyjnie biegłam z intencją wspierania Fundacji Wcześniak.

Ale zanim pobiegłam – trochę potrenowałam. Od Świąt Bożego Narodzenia zaczęłam biegać trochę bardziej regularnie, ale ostatnie dwa miesiące przed startem to już był prawdziwy trening. Co prawda nie taki jak kiedyś, co prawda na 70-75% planu, ale przecież według planu i według wskazówek najlepszego z trenerów, który zgodził się z powrotem wziąć mnie pod swoje skrzydła, znając wszystkie moje za i przeciw, a zwłaszcza te przeciw. Efekty naszej współpracy, mimo moich drobnych niesubordynacji, zaczęły się pojawiać dość szybko, a miejscami nawet spektakularnie.

Po drodze był zaskakująco szybki i przyjemny Półmaraton Wiązowski, przed którym z tremą wspominałam o czasie 1:48, który udało mi się wybiegać rok temu w Warszawie. No, w każdym razie wszystko poniżej 1:50 było sukcesem. Sukces okazał się zaskakujący, bo nawet przez chwilę zanosiło się na połamanie 1:45. Ostatecznie jednak wyszły wszystkie niewybiegane długie treningi, wszystkie lenie – i w efekcie do 1:45 zabrakło ostatecznie jakichś 40 sekund.

A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, to i ja nabrałam ochoty na połamanie tych 1:45 – już w Warszawie. I to na takie wyraźne połamanie.  Nawet przemknął mi przez głowę pomysł startu z zającem na 1:40. Nie zniechęciło mnie nawet przeziębienie, które próbowało mnie złamać na 10 dni przed imprezą. Tradycyjnie zresztą – organizm osłabiony treningiem i dietą (tak! dietą!), to i infekcje się czepiają. Co zrobić. Ostatni jakościowy trening przeniosłam na bieżnię w klubie, potem wygrzałam się w saunie – i byłam prawie jak nowa.

No i to by było na tyle jeżeli chodzi o moją zawodniczą mądrość. Bo następnie dałam się podejść jak dziecko. I to komu? Własnemu dziecku! Zabrałam człowieka Marcina na expo przedpółmaratońskie w sobotę. Chociaż numer odebrałam już w piątek wieczorem. Ale przylazłam się polansować. A na stadionie obok expo biegowego było jeszcze expo rowerowe. Marcin przeciągnął mnie przez oba tak, że na koniec dnia ledwie stałam na nogach i wyglądałam jakby mi ktoś zmielił mózg i twarz w maszyce do mielenia mięsa. O, inteligencjo w kolorze blond! Dziecko za to się polansowało.

Za to w niedzielę dziecko zostało w domu. Trochę szkoda, bo… no, wiadomo! Ale z drugiej strony… Jak sobie pomyślę, że mogłabym być jeszcze bardziej zdezorganizowana… Dobrze, że ubranie i torbę naszykowałam jeszcze w sobotę wieczorem. Dobrze, że budziki właściwie nastawiłam. Dobrze, że…

Za to nie przyjrzałam się dokładnie planowi depozytów, nie popatrzyłam na numer, nie doczytałam informacji w informatorze, nie… No, w każdym razie, kiedy z głośników leciały dźwięki „Snu o Warszawie”, ja gorączkowo przeciskałam się przez tłum w kierunku swojej strefy startowej. Do grupy na 1:40 nawet nie dotarłam. Ale to może i lepiej. Ruszyłam spokojnie za balonikami na 1:45. Przez pierwsze dwa kilometry lawirowałam dość mocno, potem było z górki – więc poleciałam. Jakby ciut szybko. Wiedziałam, że szybko…

Na piątym kilometrze byłam przed 24. minutą. Dobrze – ucieszyła się entuzjastyczna część mnie. Nie robi się wyniku na 5 km, jak się chce dobrze pobiec 20 – zaszeptała ta bardziej doświadczona. A jednocześnie miałam wrażenie, że biegnę lepiej niż w Wiązownie. Czułam się też mocniej, ten ostatni trening na bieżni zdecydowanie dobrze mi zrobił na głowę. Gdzieś w okolicy punktu z piciem poprzekomarzałam się jeszcze z pacem na 1:45 – będę chciała Ci uciec, ile się da! – wygłosiłam…

 

Cóż.

Starałam się. Naprawdę. Z mostu leciałam jak na skrzydłach. Gdzieś na ósmym wchłonęłam żelik, bo czułam, że moc mi ciutkę spada. Prawy brzeg Wisły był wyzwaniem, ale dyszkę przekroczyłam po 48 minutach z małym haczykiem. Wow. Tak szybko… No dobrze – podobnie szybko biegłam w Wiązownie właśnie, ale wcześniej ostatnio 48 minut na dychę to biegałam ze 3,5 - 4 lata temu. Za szybko, za szybko – mówiła doświadczona część Ani. Dobrze, dobrze – cieszyła się ta druga. Most Świętokrzyski znowu mnie nieco wyhamował, poza tym czułam wyraźne ssanie w żołądku. Postanowiłam jednak tanio nie sprzedawać skóry. Zmusiłam się do biegu poniżej 5 min na kilometr. Pamiętałam cały czas tę Wiązownę, gdzie wyhamowało mnie na 13. i 15 kilometrze. Teraz 15 minęłam w czasie ok. 1:13:30. Ha! W styczniu, kiedy zaczynałam współpracę z trenerem, 15-tkę na Chomiczówce biegłam powyżej 1:18!!! Znowu dostałam skrzydeł.

Chociaż właśnie wtedy minęły mnie pierwsze baloniki na 1:45.

Nie. To niemożliwe. No przecież mam dość czasu….

Starałam się nie zwalniać. Nawet tunel mnie nie przerażał, zwłaszcza, że wyglądało na to, że za tunelem będzie już naprawdę blisko do mety. Niestety, wybieg z tunelu tradycyjnie okazał się moją Golgotą. Zwolniłam. Mocno zwolniłam. Chociaż widziałam, że już tylko kilometr. No, kilometr i 100 metrów. To znacznie mniej niż zakładałam. Ale też. Spojrzałam na zegarek. No musiałabym się chyba czołgać, żeby nie złamać 1:45. Ale nic więcej nie zrobię. Truchtałam sobie. „Jak przyspieszysz, to złamiesz 1:45” – krzyknął w moją stronę kolejny zając na 1:45. „I tak złamię, i tak złamię” – odkrzyknęłam cała zadowolona z siebie. I spojrzałam. Na metę w perspektywie. Na zegarek. Jeszcze raz na tą metę.

Uj.

Musiałam nieźle zawijać nogami już do końca. Dobrze, że było blisko.

1:44:38.

No, brawo Ania.

Przed metą jeszcze uścisk ręki od sędziego (nie, nie osobistego, ale jednak zaprzyjaźnionego) . Ale za to nie mam żadnego zdjęcia z mety. I w ogóle jakoś mało z tego biegu.

Za to mam – zza mety.

28954130_1827818000582248_3875192177153163733_o

Bo za metą – byłam szczęśliwa, że tam jestem – jak mówiła pewna Ania w pewnej reklamie. Jej, jaka prehistoria.

Dzisiaj jest – historia od nowa.

- O, wróciłaś do formy – słyszałam gęsto za metą. – Dzięki. Jeszcze nie wróciłam, praca trwa. Ale że do życiówek mi daleko (jeszcze 9 minut!), to umówmy się, że ta warszawska – to taka trochę zyciówka od nowa. Najlepsza od ponad 4 lat. Ostatni raz szybciej pobiegłam w 2014. Ale chyba w Wiązownej. Bo w Warszawie już było gorzej. A potem…

A potem wydarzyła się cała historia ��

 

 

 

 

 

 

Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

beautyandb

Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

…sami nie wiecie, co posiadacie. Kiedyś chyba już coś podobnego napisałam, wtedy odnosiło się to do Maratonu Warszawskiego, który przebojem zdobywał kolejne stopnie rozwoju imprezy, a niektórzy dalej twierdzili, że lepiej jeździć biegać za granicę. Guzik tam lepiej, chociaż moje życiówki pochodzą ze startów zagranicznych. Ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj będzie o moim odkryciu. Rychło w czas, bo to już piata edycja tej imprezy była.

Runbertów. Czyli bieg przez Rembertów. Taką trochę zagadkową dzielnicę Warszawy, niby sypialnię, ale niekoniecznie, niby pod Warszawą, ale jednak w mieście, niby miasto, a niby las, niby… Zresztą. Nie będę ściemniać. W Rembertowie do kwietnia byłam może ze 2-3 razy w życiu. I może raz przebiegałam gdzieś na granicy. Od kwietnia regularnie zajeżdżam tam o poranku, zostawiam młodego z lokalnym żłobku, bo duży, więc „się załapaliśmy”. No, a potem stoję w korkach, czekam na podniesienie szlabanu i próbuję dojechać do biura w mniej niż godzinę. Często dłużej niż bym jechała z domu, chociaż niby droga krótsza. Wielką miłością do tego miejsca nie zapalałam, ale tkwiąc w korkach zaczęłam się interesować co nieco mijanymi okolicami.

Pomysł startu w Rembertowie zarzucił małżonek. Głównie na fali zazdrości o mój start w Maratonie Warszawskim. Zarzucił jakoś zaraz po maratonie. Ja podchwyciłam ideę. I tym sposobem znaleźliśmy się dzisiaj w południe na kampusie Akademii Sztuki Wojennej (tak! Tak się to teraz nazywa!)

Byliśmy tylko we dwoje, bo chociaż Marcin był zgłoszony do biegu dzieci, to jednak pogoda – mżawa z deszczem na zmianę od rana, jego kondycja, czyli stan nieustającego podziębienia i gluta  oraz decyzja, że „Marcinek kochany zostanie w domku” sprawiły, że z pewnym żalem, ale uznaliśmy, że nie warta skórka za wyprawkę. Ostatecznie to ma być dla dziecka przyjemność i frajda, a nie przymus i udręka. Zwłaszcza że na szczęście ma z kim zostać.

Rembertów przywitał nas mokro i pochmurno. Ale też przywitał nas doskonale oznaczonym parkingiem, szatniami z prysznicami (nie byłam w środku, ale zewnętrze nie wyglądało źle) i drogą do Biura Zawodów. Biuro mieściło się w budynku kasyna.  Działało dość sprawnie. A na dodatek pomiędzy biurem a toaletą i depozytami było dość miejsca, żeby się zadekować na przyjacielskie pogawędki w oczekiwaniu na start.

Sam start odbył się niemal co do minuty punktualnie i tak jakoś nagle, że ledwo udało mi się telefon ustawić w tryb aplikacji do biegania. Tuż przed biegiem w zasadzie przestało padać. Trasa była całkiem przyjemna, perfekcyjnie oznaczona, prowadziła przez chwilę Aleją Chruściela, a potem mniejszymi uliczkami, jedną nawet kojarzyłam z jakichś porannych objazdów. Małżonek zapowiadał dwie pętle, ale okazało się jednak, że między pierwszą a piątą edycją bieg wyewoluował w przyjemną pojedynczą pętelkę, która w sprzyjających okolicznościach może być nawet dość szybka. Mokra i pełna kałuż mogła być wyzwaniem. Dla mnie była, bo wiadomo. Się nie biega, się nie ma (wyników).

22343595_1482143821881276_1489150327_o

(Foto dzięki Natalii z Natalia biega jak szalona)

Chociaż wynik mój i tak mieści się w granicach przyzwoitości (czyli poniżej 25 minut). Za to biegłam sobie równo i prawie z uśmiechem. Taki mam ostatni pomysł na bieganie, dopóki nie przyspieszę. Na przyspieszenie też mam pomysł, ale wiadomo.

Za metą – medal w formie wojskowego nieśmiertelnika, izotonik (mimo deszczu wtrąbiłam całą butelkę w mgnieniu oka), wojskowa grochówka na bogato. I dekoracje – całkiem serio potraktowane dekoracje dziecięce, a potem cała masa kategorii lokalnych…

I tak sobie w tym Rembertowie pomyślałam, że to w sumie trochę wstyd, że wbijam dopiero na piątą edycję imprezy. Imprezy, która mam 10 km od domu, atestowanej piątki, kameralnej, ale ze świetną oprawą, za której sterami stoją biegacze i mają oko na każdy szczegół. A że blisko domu, to i znajomych sporo spotkaliśmy. Za rok może ich być więcej, bo przecież ten żłobek… No i za rok zakładam, że wynik też będzie lepszy. I może pogoda, bo to właściwie jedyny szczegół, którego organizatorzy nie dopracowali.

Ale chyba się starali, bo na dekoracje – wyszło słońce.

Więc po co mi jeździć nie wiadomo gdzie, kiedy pod bokiem mam taki bieg…?

Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1.

beautyandb

Dawno nie nabiegałam tyle, co przez ostatnich 8 dni. I dawno nie biegałam tak… od Sasa do Lasa. Dawno też jednak bieganie nie sprawiało mi takiej frajdy. Bo niby nic nie muszę, ale przecież – chcę. Po pierwsze – chcę biegać. A po drugie – cały czas chcę stanąć na mecie 39. Maratonu Warszawskiego. Cały czas możecie mi w tym pomóc – KLIK :)

Za przygotowania do maratonu zabrałam się późno. Powiedziałabym nawet – skandalicznie późno. Dlatego też nie szukajcie w moim bieganiu jakiegoś specjalnego planu. Tym razem będzie pełen spontan, a po drodze zaprzeczę wielu dotychczas wyznawanym wartościom i przekonaniom związanym z treningiem, bieganiem maratonów i może nawet bieganiem w ogóle. Złamię kilka swoich postanowień i… w ogóle będzie się działo. Już dziś mogę zacząć robić listę na temat, jak się do maratonu nie szykować.

Punkt pierwszy – nie wpadaj na pomysł startu na 8 tygodni przed imprezą, zwłaszcza jeśli poprzednie dwa miesiące biegałaś okazjonalnie lub wcale.

Punkt drugi – a jak już wpadłaś na taki pomysł, przemyśl dokładnie plan przygotowań i plan startowy, a nie rzucaj się jak łysy z grzywką na parapet (od razu wszystkich łysych przepraszam).

Tym razem w roli łysego występuje Ania.  

W ramach nadrabiania braków kondycyjnych, od początku sierpnia Ania przebiegła już więcej niż przez poprzednie dwa miesiące razem wzięte. Co w sumie nie jest jakąś większą sztuką , biorąc pod uwagę czerwcowe bieganie średnio dwa razy w tygodniu oraz dwa (słownie: dwa) lipcowe wyjścia na bieganie. Przy czym to drugie to już w sumie bardziej sierpniowe było, bo 31 lipca to taki prawie sierpień.

W sierpniu za to ruszyłam z kopyta. Bez ładu i składu, ale za to z dobrymi chęciami i  wielkim entuzjazmem. Po towarzyskim wózkowym starcie w Pucharze Maratonu (25 km), wymyśliłam, że oto okoliczności są idealne, aby po 10 latach od poprzedniego startu zawitać do… Radzymina. Tak. Mimo że to tuż za miedzą, to ostatni, a właściwie pierwszy raz startowałam w Półmaratonie Cud nad Wisłą w …2007 r. I był to mój drugi w życiu oraz jeden z bardziej traumatycznych półmaratonów. Dość powiedzieć, że pierwsze oznaczenia kilometrów zobaczyłam po 6 km, prawie zrobiłam życiówkę na 10 km, a następnie… Zaraz po tym półmaratonie zamówiłam pierwszy zegarek z GPS ;-) Tak, wtedy już były.

Rok później 15 sierpnia pobiegłam Maraton Gdański (czy ktoś jeszcze pamięta?), a potem… Potem jakoś unikałam imprez w tej dacie.

A tu nagle taki pomysł.

No więc – do Radzymina!

Zaczęło się nieźle, bo już na wejście – zaspałam. Na szczęście nie na start, ale powiedzmy że na spokojne przygotowanie. W rezultacie wstaliśmy z obłędem w oczach i niepełną godziną do wyjścia. A tu jeszcze trzeba się spakować, zjeść śniadanie, ogarnąć juniora, wózek… Idea był prosta. Jedziemy w komplecie. Małżonek sędziuje, matka biegnie, cioteczka z Juniorem kibicuje na starcie i mecie oraz korzysta z lokalnych atrakcji w Radzyminie. Noale… Skoro my zaspaliśmy, zaspała i ciocia. Zadeklarowała, że owszem, może zostać z Marcinkiem, ale w domu… Tymczasem młody już gotowy do wyjścia… Dobra, weźmiemy wózek biegowy. Dałam radę 15 km po lesie, dam radę 21 po asfalcie – nie było czasu na rozkminki, że miałam nie biegać długich biegów z wózkiem, że nieprzygotowana, że młody nie do końca lubi, że… .

Pognaliśmy, żeby małżon zdążył na odprawę sędziów. Potem jeszcze moja szybka przebióra i leniwe oczekiwanie na start, czyli spacerki z młodym, żeby go trochę zmęczyć. Obejrzeliśmy czołgi, pogadaliśmy z tym i z owym i w sumie już trzeba było stawać na starcie. Tym samym nadszedł moment najtrudniejszy. Pakowanie do wózka. Oj, nie lubi młody niewoli, nie lubi… I nie chodzi o biegowy, chodzi o wózek w ogóle. Ale tu jakby wyczuł powagę chwili, zaprotestował krótko dla fasonu i grzecznie dał się wpiąć w szelki. Potem jeszcze trochę pogaworzył, trochę podopingował innych biegaczy („Dawaj, dawaj, biegaj, biegaj!”), pozwolił podopingować siebie, wzbudzając co najmniej zainteresowanie nie tylko wśród kibiców i w końcu – chyba trochę znużony – przysnął. Tak jakoś na 6 kilometrze.

Pogoda nam sprzyjała o tyle, że start był o 9, niebo lekko przychmurzone, lekko powiewało. Z czasem słońce było coraz wyżej i coraz bardziej grzało, ale biegliśmy głównie bokiem do niego lub tyłem. Nie licząc dwukilometrowej agrafki, gdzie był grzejący wmordęsłońc i musiałam przysłonić wózek moskitierą. Jak młody będzie miał kiedyś piegi – to wiadomo skąd. Generalnie dziecko spało jak dziecko, a ja sobie biegłam, to pogadując z kimś mniej lub bardziej znajomym, to sprawdzając, czy dzieć jeszcze oddycha (jakaś obsesję mam).  Na półmetku skonsumowałam żel, zapiłam wodną kontrabandą z wózka i potoczyłam się dalej, konstatując, że czas jest przyzwoity, w dwóch godzinach powinniśmy się zmieścić.  

Na agrafce stał małżonek i zarazem tata Marcina, co sprawiło, że syn się nieco rozbudził, ale jeszcze przez chwilę nie protestował. Zresztą, w sumie w ogóle nie protestował. Na 15 km wzięłam już dwa kubki z wodą – dla siebie i dla Marcina. Wodą się gustownie pooblewał, ale trochę wypił. Banana… no cóż. Usmarował nim pół wózka, trudno. Jeszcze trochę podsypiał, kiedy dojechał do nas rowerowy ninja – sam szef Maratonu Warszawskiego, z którym sobie przyjemnie pogawędziliśmy, że wszystko to naturalnie przez niego.

Marcin był coraz bardziej obudzony, plotkowaliśmy o kolorach koszulek zawodników wokoło, matka robiła egzamin z kolorów („green”, „pink”, „yellow” – Marcin większość kolorów rozróżnia, ale nazywa je po angielsku i już). Przy okazji tempo troszkę nam siadło, jednak i do mety było już coraz bliżej, więc niespecjalnie się tym zajmowaliśmy.

Na 18 km syn trochę zaprotestował, przekonując, że „boli kolano”. Zrobiliśmy zatem przystanek na masowanie i całowanie kolana. Całkiem możliwe, że to właśnie wtedy ostatecznie pożegnaliśmy się z czasem poniżej dwóch godzin, ale jakie to ma znaczenie?

Ważne było, że zaraz ruszyliśmy raźno przed siebie, a im było bliżej mety, tym Marcin bardziej aktywnie komentował sytuację, a matka jakby zyskiwała na dynamice albo przynajmniej na wrażeniu własnej zajebistości. I tak radośnie, dopingowani mocno na finiszu, dotarliśmy sobie do mety w 2 godziny, dwie minuty i 15 sekund. Co i tak było wynikiem jakieś dwie minuty lepszym niż ten sprzed 10 lat. A wtedy jednakowoż biegłam bez wózka i ważyłam parę kilo mniej!

20785652_1597337123630338_3765253429639301067_o

Za metą dostaliśmy medal – jeden na spółę, ale i tak bardzo uroczy, Marcinowi się natychmiast spodobał. A potem poszliśmy po pakiet startowy (tak, Radzymin to jednak unikat! Kiedyś, o ile dobrze pamiętam, dawali medal w pakiecie przed startem, teraz dają pakiet po ukończeniu biegu… Jakaś logika w tym jest!) i na grochówę. Którą solidarnie zjedliśmy na pół.

I poszliśmy oglądać, jak pluszowy Piłsudski gania równie pluszowego bolszewika.

Oraz odbierać wyrazy uznania. M.in. od Pana Jacka Fedorowicza, który jest chyba stałym bywalcem radzymińskiej imprezy. I w sumie to mu się nie dziwię. Blisko, płasko, w miarę szybka trasa, niezła organizacja, przyzwoite nagrody (dla tych co na pudle), fajna oprawa… I nawet asfalt co roku lepszy, jak twierdzi Patrycja Bereznowska. A w końcu ona wie, co mówi.

W każdym razie my się tu jeszcze kiedyś wybierzemy. Nie wiem, czy znowu z wózkiem, bo przecież miałam nie biegać półmaratonów z wózkiem, ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów.  

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci