Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Filozofowanie

Powrót marnotrawnej. #biegamdobrze

beautyandb

Tęsknicie? I tak Wam nie uwierzę ;-) Ale ja za Wami tęsknię. A może za chwilą dla siebie, kiedy mogę postukać w klawiaturę. Kiedy mogę wyjść z domu i skupić się tylko na dystansie, na czasie, na sobie. Tak, jestem egoistką. Albo – byłam. Powoli próbuję odzyskiwać dla siebie chociaż okrawki czasu, ale średnio mi to wychodzi. Po prostu Marcin… Marcin patrzy tymi niebieskimi ślepiami, mówi: „Mama, pytul” albo bardziej dosłownie: „Cyca” – i koniec. Pozamiatane.

No tak, cały czas jest małą przyssawą. I chociaż pierwsze starty ma już na koncie, pierwsze medale wiszą po domu, dzielnie nam sekunduje na zawodach, chodzi, biega, gada, ba, nawet już żartuje – przychodzą takie chwile, kiedy po prostu musi się przytulić i już. I raczej przytula się dłużej niż krócej. A ja nie mam serca wyjść, bo… wiadomo. Póki co jestem przede wszystkim mamą i nie zamierzam udowadniać, że jest inaczej. Zresztą – komu i po co? Wiadomo, kto rządzi (Marcin).    

Plany biegowe, jeżeli takie miałam, poszły… No, w każdym razie przesunęły się na drugi plan. Po niezłym początku roku, przebieganej zimie i dobrze zaczętej wiośnie, zaczęły się schody, a raczej… żłobek. Niby miało być łatwiej, ale jakoś nie bardzo. Także dlatego, że poranny czas bardzo nam się skrócił, bo do żłoba trzeba dojechać na 8.15. A to jednak parę kilometrów jest. I nie, nie da się pobiec, a potem wrócić biegiem czy jakoś tak. Żadnych kombinacji. Człowieka trzeba zawieźć autem, oddać w ręce pań, i zasuwać do roboty, odstając godzinki na przejeździe w Rembertowie. W końcu jednak opanowaliśmy i poranki, trochę się zorganizowaliśmy i już, już się wydawało, że będzie lepiej, ale…  

Wraz ze żłobem nawiedziły nas… Tak, słusznie się domyślacie. Infekcje. I to jest rozwałka na maksa. Bo najpierw niedomaga Marcin. Nie da się zamknąć drzwi i wyjść. Przynajmniej ja nie potrafię. Nie wyobrażam sobie, że syn leży z gorączką, a ja idę sobie pobiegać. No nie. No, ale. Infekcja infekcją, tydzień i zazwyczaj przechodzi. Chyba, że drugi rzut dopadnie mnie. Albo małżonka. Albo… Przez pół maja, pół czerwca i prawie cały lipiec byliśmy zainfekowani na zmiany.

Pomyślałam, ze skoro nie biegam, to chociaż mogłabym pisać. Ale nie. Bo nie potrafię jedną ręką pisać, a drugą – karmić, przytulać, wycierać nos  i tak dalej.

20506970_1579319182098799_4428535982503751344_o

Już, już myślałam, żeby w ogóle sobie dać spokój. Z bieganiem, z blogiem, z tym wszystkim.

Ale wtedy popatrzyłam w kalendarz.

I wyszło mi, że we wrześniu minie 10 lat od mojego pierwszego maratońskiego startu. Od pierwszego medalu za prawdziwe 42 km i 195 m.

Udawałam, że mnie to nie rusza. Ale rusza.

Na dodatek ekipa MW pokazała tegoroczny medal.

Na urlopie teściowa (!!!) wykopała nas na bieganie. Nie raz. Co najmniej trzy.  Szkoda by było to zaprzepaścić ;-)

 

No więc…

Będzie powoli. Możliwe, że będzie to mój najwolniejszy i najsłabszy maraton.

Ale bardzo chciałabym pobiec.

Jak zwykle od jakiegoś czasu – charytatywnie, niech to moje żółwienie się ma chociaż jakiś głębszy sens. Jak zwykle od jakiegoś czasu – wspieram Fundację Wcześniak. Mam nadzieję, że z Waszą pomocą.

Bo… pomożecie?

Wystarczy kliknąć… TU!

A ja? Ja postaram się dobiec do mety J I znowu więcej pisać. W końcu przecież Marcin też czasami sypia.

    

Żabie skoki i faza lotu

beautyandb

Marcin uczy się… Poruszać. Przemieszczać. Od kilkunastu dni położony na brzuchu… O, pardon. Położony na plecach w sumie też, bo natychmiast się na brzuch obraca. Najpierw na brzuch, , potem podnosi się wysoko, wysoko na rękach, potem podkurcza kolana i podnosi pupę. I to by było mniej więcej tyle. Jeszcze huśta energicznie tą pupą. Więcej mu na razie nie wychodzi, czasami udaj się żabi skok, wybicie z kolan, oderwanie obu rąk od podłoża i… rycie brodą w podłoże. Na szczęście przy tym nie płacze, tylko podnosi się i próbuje od nowa. I ciągle od nowa.

Czasami, zmęczony, irytuje się i zaczyna marudzić. Czasami popłakuje…

„Synku, nie denerwuj się, w końcu ci się uda. Zobacz, już oderwałeś jedną rękę. Jedna ręka i jedna noga… Świetnie ci idzie. Trening czyni mistrza” – powtarzam mu za każdym razem. A on przesuwa się albo takim żabim skokiem, ryjąc brodą, albo ślizgiem do tyłu. Na razie tak mu najwygodniej. Chociaż ostatnio zademonstrował też całkiem poprawny siad płotkarski i próbę przejścia do siadu normalnego… W końcu kiedyś usiądzie. W końcu kiedyś ruszy do przodu. A ja (podobno) zatęsknię za czasem, kiedy się nie poruszał…

Ale dlaczego ja o tym na blogu, było nie było biegowym, a nie parentingowym przecież?

Bo tak sobie patrzę na tego mojego synka i mam wrażenie, że znowu mnie uczy czegoś nie tylko o sobie samym.

Bieganie jest podobno najbardziej naturalną formą ruchu. Jak zajrzycie do regulaminów większości imprez biegowych, jest tam taki zapis o tym, że jest to „promocja biegania jako najprostszej formy ruchu/aktywności”.  

Kiedy tak patrzę na wysiłki mojego synka, dochodzę do wniosku, że biegnie wcale nie jest takie proste ani naturalne, jak to się powszechnie wydaje. Zresztą, chyba już kiedyś o tym pisałam. Tak jak dla Marcina nie jest naturalne chodzenie. Jeszcze nie wie, że najpierw musi iść jedna noga, potem druga. Że najpierw jedna ręka, potem druga. Że lewa ręka z prawą nogą, a prawa ręka – z lewą nogą. Na razie wykonuje żabie skoki i pełza do tyłu.

13094265_1159497100780405_8655787300163150414_n

Niektórzy początkujący biegacze też wykonują takie żabie skoki. Na swoją miarę.

Istotą biegania, tym, co różni bieganie od chodzenia, jest faza lotu. Tak poetycko nazywa się niekiedy tzw. fazę przeniesienia. To ten moment, w którym stopa jest nad ziemią. W biegu w tej fazie jedna noga zaczyna przeniesienie w chwili, w której druga jeszcze nie zakończyła ruchu i nie dotknęła ziemi. Obie stopy są oderwane od podłoża. W tym czasie przenosimy nogę do przodu. 

Nie dla wszystkich jest to oczywiste. Niektórym się wydaje, że jeżeli rytmicznie szurają, ciągnąc śródstopiem po ziemi, to już jest bieganie. Bo dla nich taki ruch jest naturalny. I nie muszą się niczego więcej uczyć. Bo dla nich naturalne jest szuranie. I nie mam na myśli Szuranie.pl.

Inni kurczowo zaciskają uda, przebierając wyłącznie łydkami i zmuszając swoja miednicę do pokracznych wygibasów nazywanych bieganiem. Najczęściej dlatego, że nie mają ochoty i/oraz czasu na ćwiczenia wzmacniające brzuch, miednicę właśnie czy uda. Owszem, udaje im się odrywać stopy od ziemi i nawet czasami osiągnąć niezły wynik, ale… o ile mieliby ten wynik lepszy, gdyby użyli tych wszystkich mięśni i pełnej dźwigni…?

W sumie. Żabie skoki też są metodą poruszania się.

A jednak mojego syna denerwuje to, że nie przemieszcza się tak, jakby chciał. Żabi skok nie jest tym o co mu chodzi. On chce się poruszać. I niekoniecznie wybijać zęby czy obdzierać brodę przy każdym kroku. Młody się uczy poruszać. Na razie ma matkę, która cierpliwie mu tłumaczy, pokazuje, demonstruje (tak, też!), podpowiada. Jednego staram się nie robić. – Synku, ale sam musisz pójść. Mama tego za ciebie nie zrobi – mówię.

Ostatnio na spacerze w jednym z warszawskich parków widziałam grupę „biegaczy”. Wybaczcie cudzysłów. Jedna grupa poruszała się rytmicznym szuraniem, które zapewne miało być biegiem, druga podążała za nią żwawym marszem.

Tak, ludzie mogą sobie spokojnie spacerować po parku w piątkowe popołudnie, czemu nie. Mogą szurać, maszerować i poruszać się najgłupszym krokiem, jaki są w stanie wymyślić. Tylko niech nie nazywają tego bieganiem. Tak jak nie nazwiemy ruchu żółwia, ślimaka czy węża, ani nawet żaby – bieganiem. Nie oszukujmy samych siebie. Bieganie to bieganie.

W tym dziecko jest uczciwsze niż dorośli. Ono wie, że żabi skok to nie jest chodzenie, nawet na czworaka. Dlatego szuka tego właściwego ruchu. Dlatego się irytuje, że nie wychodzi. Ono się uczy, żeby było jak trzeba. Owszem, jak już się nauczy – raczkować, potem chodzić, potem biegać – to będą dla niego najbardziej naturalne formy ruchu.

Dorośli mogliby się od dzieci wiele nauczyć. Na przykład tego, że to, co wydaje się najbardziej naturalne na świecie – na początku wymaga opanowania podstaw. To, że umiesz chodzić, nie znaczy, że umiesz biegać. Ucz się, naśladuj, szukaj mistrzów. Oderwij się od ziemi. Dopiero wtedy nazwij się biegaczem.

ANIAPP_KSIAZKA_3Fot.: Piotr SIliniewicz, Silne Studio. 

Czasem słońce, czasem deszcz, czyli bywają i gorsze dni. #aniawracadobiegania

beautyandb

I kiedy mi się już wydawało, że jak już po tych miesiącach postu rzucę się na to bieganie, to będę jak wygłodniały pies, który pazurami i zębami wczepi się w swoją ofiarę i będzie łykał coraz większe bez zbędnego namysłu i sentymentu, aż się udławię, aż się zatchnę tym bieganiem. I może naprawdę by tak było, ale…

Okazało się, że kiedy sobie myślałam o tym przyszłym potencjalnym bieganiu, nie brałam pod uwagę czegoś takiego jak logistyka i rzeczywistość.  Nie wiedzieć czemu, myślałam, że będzie fajnie, bo będę miała dużo wolnego czasu, będę mogła biegać w środku dnia, po lesie, bywać na zawodach i w ogóle… A tu rzeczywistość okazała się bardziej skrzecząca, jak u Boya. I nie ma to nic wspólnego z tym, że mam naprawdę super dziecko. Dziecko niewymagające, ale bardzo angażujące. Dziecko, które nie wymaga usypiania, lulania, bardzo pogodne, często uśmiechnięte. Dziecko, które uwielbia spać na człowieku i nie znosi – we własnym łóżku. Dziecko, które od pierwszych dni nadrabia swoją niską wagę urodzeniową i je nad wyraz często. Na szczęście w nocy – zazwyczaj tylko dwa razy. Ale czasami trzy. Ostatni raz – tak gdzieś godzinę przed moją starą godziną treningową. Nie, na razie nie mam tyle silnej woli, żeby o tej porze wstać i wyjść. A potem muszę poczekać na następne karmienie ;-)

Jak przegapię moment, to już nie wyjdę. Bo potem małżonek pracuje. Czasami nawet dość długo. Po 6 tygodniach nie wytrzymałam i kupiliśmy fotelik-bujaczek, żebym przynajmniej prysznic mogła wziąć. Albo zrobić cokolwiek w kuchni. Ostatnio mąż coś robił, a ja próbowałam coś pisać. I odkłada młodego do łóżeczka. „Weź go do kuchni i zrób mu Nigellę” – powiedziałam. Tomasz wybałuszył oczy. Że co? No, normalnie, pokaż mu, co robisz, daj do powąchania warzywa… Bądź jak Nigella ;-) W końcu ma poznawać świat, nie? Parę razy już byłam Nigellą. Chociaż generalnie mało mnie teraz w kuchni… Za to coraz częściej myślę o powrocie na same roślinki… Jeszcze chwilę.

W weekendy też będzie kiepsko, bo małżonek się dokształca. Ze startów zatem nici, ale treningi też trochę ucierpią. Tym bardziej, że dzielimy się tymi dniami, bo przecież Tomek też biega. Albo… jeździ na rowerze. Ostatnio głównie porusza się rowerem, do szkoły, do pracy, do miasta - że niby taki twardziel. Więc ona ma swój trening. A ja mogę sobie wyjść po południu. Ale po południu czasami zwyczajnie mi się nie chce. Albo nie mam już siły. Bo mały niby taki grzeczny, ale bywa, że całe popołudnie jest głodny… Zasypiam chyba pierwsza ze wszystkich. Przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma.

Będzie gorzej. Zaczęło się już w niedzielę. Sezon startowy rusza pełną parą. Kolejni znajomi meldują o życiówkach. A ja nie tylko nie startuję, ale nawet nie wyszłam na trening. Właściwie starczyło czasu tylko na spacer. Czekam trochę na wiosnę. Starty planuję oszczędnie. Liczę dni do lata, kiedy może syn już się będzie nadawał do biegania w wózku. Będzie nam wtedy łatwiej. Póki co czasami trochę się  wściekam.

Ale Marcin zaraz po przebudzeniu rano ma w zwyczaju produkować serię uśmiechów. I jak patrzę na te jego dziąsełka bezzębne rozciągnięte wcale nie do płaczu – to mi jakoś przechodzi. Czasami też ochota na bieganie. Cała, nawet śladowa, frustracja. Bo na bieganie mam jeszcze czas. A te poranki już się nie powtórzą, nie wrócą.

Tymczasem ułożyłam sobie plan, żeby jednak przebiec ten Półmaraton Warszawski. I te dwa następne biegi, które już zaplanowałam. Ten trzeci – to już chyba będzie z wózkiem…   

10334391_1089737291089720_2873864245901360645_n               A na rysunku - prawie uśmiechnięty Marcin. Rysunek autorstwa szanownego małżonka ;-) 

Lekcje z miłości

beautyandb

Miał być jeszcze jeden ważny wpis na koniec minionego roku. Całego Sylwestra spędziłam na zmianę karmiąc młodego i próbując coś napisać. Wyszło dobre 6 stron. O 23.30. dałam do cenzury prewencyjnej małżonkowi. Tuż przed północą uzgodniliśmy jednak, że wpis jest na tyle prywatny, że na razie zostanie w rodzinnym archiwum. A ja tylko opublikuje wnioski. A wnioski są takie, że o najważniejsze w życiu rzeczy należy walczyć, póki tli się choć płomyk nadziei, póki mamy choćby cień wiary, że może się udać. I że bieganie, choć czasami rozpycha się w normalnym życiu i wydawałoby się, że zajmuje czas, który można przeznaczyć na inne cele, jest doskonałym punktem odniesienia, który pozwala właściwie oceniać miarę tego, co dla nas naprawdę ważne i istotne w życiu.

Od kiedy mało sypiam w nocy, zbiera mi się na filozofowanie. Chociaż nie mogę narzekać, syn jest dzieckiem bardzo grzecznym. Tyle że ciągle głodnym ;-)

Ma prawo, w końcu urodził się taki maleńki.

I nawet, kiedy padam z nóg, kiedy oczy mi się same zamykają, a on domaga się jedzenia (tu bardzo szybko się dogadaliśmy, jakie dźwięki oznaczają głód. Te najbardziej dramatyczne), i tak patrzę na niego z uśmiechem i nie zamieniłabym tego zmęczenia na żadne inne. Zresztą, zdaje się że organizm kobiety bardzo mądrze to rozgrywa, hormony pracują tak, że mimo zmęczenia człowiek funkcjonuje jak na haju, taki naturalny doping.

Ale już kombinuję, że skoro nadranne karmienie wypada tak gdzieś przed 5 (kończy się po 5), a kolejne – dopiero ok. siódmej, to już niedługo będę mogła ten czas wykorzystać na… No, wiadomo. Wczoraj po raz pierwszy od ponad pół roku naładowałam Suunto. Pora poszukać paska.

Zanim jednak wrócimy na biegowe ścieżki, chciałam jeszcze trochę na marginesie napisać o treningach w dyscyplinie, w której specjalnie biegła nie jestem, a której lekcje moje dziecko daje mi odkąd… No, właściwie jeszcze zanim się pojawił, na ładnych kilka tygodni przed pozytywnym wynikiem testu betaHCG.

Ta pierwsza była właśnie o tym, że jeżeli o biegowy cel, o życiówkę i 3:30 w maratonie walczyłam przez 4 lata i kilkanaście startów, to o cel większy, życiowy, o nowe życie – powinnam walczyć co najmniej z taką samą determinacją. Póki tli się nadzieja, póki jeszcze jest cień szansy. Owszem, powiedzieć, że się nie da, że się nie udało – było najłatwiej i najprościej. Najwygodniej. A jednak warto próbować. Nie odkładać, nie czekać, ale dokładnie tak, jak w maratonie. Wyciągnąć wnioski i podejść jeszcze raz, od początku. Warto było.

Następna przyszła jakoś zaraz potem, kiedy już test wypadł pozytywnie, ale doskonale wiedziałam, ile dzieli pozytywny test od stwierdzenia, że wszystko jest dobrze, tak jak powinno być. A tu tymczasem wydarzał się po raz pierwszy półmaraton kielecki. Bardzo chciałam w nim pobiec. Ale ważniejszy był mały człowieczek, a właściwie ciągle jeszcze tylko – nadzieja, że on tam jest i rośnie. Do Kielc nie wzięłam nawet butów biegowych – żeby nie kusiły. Tak samo jak za tydzień na Olecką Trzynastkę. Jeszcze się nabiegam – pomyślałam sobie. I jakoś zaraz potem mogliśmy pierwszy raz zobaczyć pikające serduszko.

I zaraz potem zaczęłam z tym serduszkiem gadać. Opowiadać mu o wszystkim dookoła. Ja raczej za dużo nie mówię, ale do serduszka rozgadałam się na całego. Tłumacząc mu, dlaczego korki, dlaczego znowu jedziemy dwie godziny w jedną stronę, dlaczego nie będziemy słuchac normalnego radia, tylko radiowej Dwójki, bo tam nie ma polityki, a tylko muzyka.

Tak, na czas ciąży i kampanii zrezygnowałam nie tylko z kawy, ale i z ukochanej Trójki. Właściwie nie jestem pewna, która decyzja miała większy ciężar gatunkowy. Bo Trójki z krótkimi przerwami słuchałam gdzieś od 1987 roku, a kawę – od pewnego momentu w ilości do 6 dziennie  (albo: półtora litra), najchętniej w wersji parzona po turecku po polsku (czyli jak Polacy wyobrażają sobie kawę po turecku) piłam w sumie od niewiele później. Serio. Taka jestem stara. Ale o zmianie kategorii wiekowej jeszcze będzie czas napisać. Z kawy zrezygnowałam dokładnie 20 kwietnia rano. Bo kawa niby nie jest specjalnie szkodliwa, ale jednak. Za duże ryzyko. To jak z maratonem. Skoro się szykuję do życiówki, to nie trenuję jednocześnie dyscypliny, w której mogę skręcić kostkę. Niby mogę skręcić i na zwykłym spacerze, ale lepiej nie prowokować losu.

A słuchanie Dwójki okazało się nad wyraz przyjemne. Szczególnie, kiedy w apogeum kampanii wyborczej ta antena transmitowała konkurs szopenowski. Znalazłam swój radiowy azyl. Chociaż na porodówce leciała jednak Trójka. I lista przebojów. Ale nie pamiętam, kto był na pierwszym miejscu.

To były te małe lekcje miłości.

Ale były też takie bardziej na serio. Jak ta w 12 tygodniu, kiedy po USG rozmawialiśmy z lekarzem, jakie badania powinniśmy zrobić. W zasadzie żadnych dodatkowych poza standardem, test PAPPa z uwagi na wiek, wiadomo. Są też bardziej dokładne testy.  I jest aminopunkcja. Na szczęście ta ostatnia nie była konieczna (za duże ryzyko). To może test NIFTY który wyklucza wszelkie wady genetyczne. – Można – powiedział lekarz. – Ale niech się państwo zastanowią, co wam da taka wiedza. I co z nią zrobicie.  Popatrzyliśmy na siebie. I już wiedzieliśmy, że – nie zrobimy, chyba że będą szczególne wskazania. Nie było.

Albo ta następna, kiedy niespełna miesiąc później niespodziewany telefon uświadomił mnie, że jesteśmy w grupie ryzyka konfliktu płytkowego. Po raz pierwszy doświadczyłam wtedy tak mocno, że tego małego człowieczka już kocham. I nauczyłam się, że teraz już zawsze będzie mi towarzyszył strach, obawa o niego. Do tego stopnia, że teraz patrzę, gdzie tu najbliżej przychodnai czy poradnia, żeby jak najmniej jechać samochodem. Aż paranoicznie. Pierwsza wspólna jazda była koszmarem, jechałam, jakbym właśnie odebrała prawo jazdy, 60 na godzinę i ani grama szybciej. Powoli normalniejemy, ale obawa już zawsze jest.

I wreszcie ta, kiedy musieliśmy zdecydować, czy malec ma przyjść na świat silami natury, czy jednak ze wspomaganiem. Tu walczyły dwie miłości – ta rozsądna, świadoma tego, że w 95 procentach porodów naturalnych jest dobrze. I ta lekko panikująca, histeryczna, znająca dokładnie opisy wszystkich błędów medycznych przy porodach, szeroko komentowanych w prasie. Ale jeżeli nie ma bezwzględnych wskazań medycznych, dla dziecka lepiej jest… Tak. Tak, na pewno dla dziecka lepiej jest. Więc było – najlepiej jak się dało.

I kiedy leżałam, dwudziestą którąś, trzydziestą godzinę bez snu, bo wpatrywałam się w to moje maleństwo…

I jeszcze potem, kiedy całą pierwszą noc próbowałam go karmić, oczy mi się zamykały w końcu same, ręce omdlewały od trzymania, a on się nie dał odłożyć do szpitalnego łóżeczka… Wreszcie złamałam regulamin i zabrałam go po prostu do łóżka (cii, nie piszę tego głośno) i tak już dospaliśmy do rana…

Ale największe lekcje dostaję teraz, kiedy już skończył się karnawał, szpital, święta, wizyty najbliższych, załatwianie różnych spraw. I zostaliśmy sami w domu. Z naszą codziennością. Z jedzeniem co godzinę nawet czasami. Z kolkami. Z kotami, na które trzeba mieć oko. Z tym, że czasami strach wyjść do łazienki na dłużej. Z tym, że jak nie zdążę się wykąpać zanim mąż wyjdzie, mam przechlapane do późnego popołudnia. Z tym, że…. Och, jest milion innych spraw, które wyglądają zupełnie inaczej. Nawet ten wpis powstaje na raty, przez kilka dni.

Normalnie chodziłabym na rzęsach ze zmęczenia. Normalnie bym się wściekła i sobie wyszła.

A dzisiaj najnormalniej w świecie nachylam się nad łóżeczkiem i z uśmiechem patrzę na synka. On też czasami się uśmiecha. Nie wiem, na ile już świadomie, a na ile – tak mu wychodzi. Ale ten uśmiech…

Nie, nie obiecam, że to ostatni taki niebiegowy wpis na blogu.

Chociaż może wreszcie zacznę się ruszać, w końcu mama musi mieć kondycję.

1923286_1070860946277961_4913212118874569714_nA fotka - z kibicowania na Wesołych Biegach Górskich, gdzie zadebiutowaliśmy w charakterze mobilnego punktu kibicowania. 

 

 

Dziewczyny, co z Waszymi plecami?

beautyandb

Zauważyłam, że od kiedy nie biegam, z pewnym masochistycznym upodobaniem przyglądam się temu, jak biegają inni. Zresztą, styl , czy może raczej technika w bieganiu zawsze mnie fascynowała. Zwłaszcza, jak oglądałam zdjęcia po biegu. Swoje zdjęcia, uściślijmy.

Najlepsze do celów obserwacyjnych są zdjęcia z… Nie, no właśnie wcale nie z mety. Bo przed metą człowiek się jeszcze spina, krzesze z siebie ostatki sił i stara się jakoś dziarsko wyglądać. Najlepsze są zdjęcia z tych stref, gdzie fotografowie rzadko stoją. Na maratonie – gdzieś po 34. kilometrze. Na  dyszkę – gdzieś między 8. a 9. Tam, gdzie wychodzi, czy aby początek nie był zbyt szybki, tam, gdzie nie stoją kibice i gdzie zmęczenie czasami bierze górę.  Wtedy zdjęcia zabłąkanych obiektywów bezlitośnie obnażają pewne sprawy.

U siebie na przykład zauważyłam w  pewnym momencie, że im bardziej jestem zmęczona, tym bardziej blisko siebie stawiam kolana, a tylny aspekt osobowości, eufemistycznie zwany pupą, zaczyna zostawać kilometr za mną i ciągnie do tyłu. Z taką powyginaną paralitycznie sylwetką biegnie się raczej mało efektywnie, o efektowności nie wspominając. 

Teraz patrzę sobie na innych. I tak Bieg Niepodległości, w którym miałam okazję pomaszerować, dał mi pole do obserwacji niemal naukowych. Bo kiedy sobie szłam w stronę mety, mijało mnie kilka grup biegaczy, tych z tzw. ogona, z tylnych szeregów, raczej truchtaczy niż ścigaczy. Patrzyłam sobie głównie na panie (co w moim stanie jest zrozumiałe, poza tym – wiadomo, sędzia małżonek na mecie, lepiej uważać). I tak właśnie gdzieś między tym 8. a 9. kilometrem, kiedy Ania cwaniara maszerowała sobie wspierając się na kijkach, co pozwalało na fajne zbalansowanie ciężaru ciała i trzymało w ryzach ramiona, obok przetaczało się coraz więcej pań, które…

Kuliły się w sobie. Dosłownie. Plecy albo zgięte w pałąk , jak przerośnięte nastolatki, które próbują ukryć rozwijający się biust. Te panie chowały swój biust, wgniatały go w plecy, które coraz bardziej przypominały wielbłąda jednogarbnego. Inne nie do końca miały siłę się kulić, więc… Ich plecy były zakończone smętnie zwisającymi ramionami, najczęściej na jedną stronę bardziej.  A ramiona, zamiast pomagać i dawać napęd – były zbędnym balastem, obciążeniem dla całej sylwetki.

Nie wyglądało to ładnie. O nie. Ale nie o estetykę tu idzie. Kuląc plecy i próbując wgnieść sobie biust w grzbiet, panie owe pozbawiały się normalnego oddechu, dzięki czemu bieg był dla nich coraz większym wysiłkiem i udręką. A, pardą, bieg na 10 km w okolicach godziny to nie jest wysiłek ponad siły średnio sprawnej kobiety nawet w średnim wieku. Chyba że biegnie, czy też usiłuje biec, z zamkniętą klatką piersiową, przeszkadzając sobie rękami, i musi walczyć o każdy haust powietrza. Wtedy faktycznie, zmacha się, jakby pędziła na 35 minut.

Piszę o paniach, bo panowie po pierwsze mają mniejszy biust, a po drugie – akurat plecy kulą rzadziej, być może dlatego, że od czasu do czasu bywają na jakiejś siłowni, porzucają ciężarami, być może też dlatego, że częściej wykonują  prace fizyczne i noszą większe ciężary na co dzień, mają tzw. górę lepiej umięśnioną i łatwiej im zachować sylwetkę w trakcie biegu. Panie często zaczynają przygodę z bieganiem, żeby schudnąć. Truchtają, chudną, wszystko jest w porządku, nie mają potrzeby ścigania, człapią sobie powolutku – i nic im te skulone ramiona nie przeszkadzają. Musiałyby zacząć chcieć biegać szybciej. Albo popatrzeć na swoje zdjęcia.  

Bo dla niektórych sam pomysł pójścia na siłownię czy poćwiczenia z ciężarami jest z punktu odstręczający, bo mięśnie, bo muskuły, bo babochłopy… Stosunkowo najlepiej wypadają młode mamy – bo od noszenia dzieci jakieś tam mięśnie mają. Ale te, które już zapomniały jak się nosi albo nie miały okazji ponosić, nie pracują fizycznie i nie uprawiają innych sportów, też nie są bez szans.

Najprostsze, co można zrobić z tymi plecami, to zacząć pływać. Regularnie, 2-3 razy w tygodniu, pod okiem instruktora. Na basenie muskulatury się nie zrobi, co najwyżej rzeźbę. I to jaką. Ale basen… Nie wszędzie jest, bywa drogi, a poza tym to cała wyprawa. No to może jednak siłownia? Małe hantle, sztangielki? Od małego ciężaru podnoszonego w długich seriach te mięśnie nie powinny się nadmiernie rozrosnąć. Że na siłownię za daleko albo nie po drodze? To może chociaż w domu? Od czasu do czasu niektóre dyskonty wypuszczają w ofercie lekkie hantelki 90,5-4 kg), kettle (2-5 kg), zestawy obciążników. Wystarczy trochę nimi pomachać 2-3 razy w tygodniu – i nawet torebka będzie nam się potem lepiej nosiła. Nie mówiąc o tym, jak takie podrzeźbione plecy będą wyglądać w sukience wieczorowej!

A jak już nawet na te kettle nie macie ochoty wydawać kasy – poćwiczcie choćby z butelkami wody mineralnej czy innych napojów – od 0,5 do 2 kg. Nie trzeba dużo, wystarczy – systematycznie.

Ja do dziś pamiętam swój szok, kiedy nagle w moim planie treningowym pojawiło się machanie handelkami i podskoki ze sztangą. Podskoki akurat miały zupełnie inny cel, ale te hantelki – banalne ćwiczenie, najprostsze pod słońcem. Machanie rękami tak, jak się powinno w trakcie biegu, unoszenie ramion do boku, unoszenie ugiętych ramion do boku… Banał, prawda? A przynosi efekty. Dopiero potem wpadłam na to, że można po prostu popływać. I nawet dzisiaj, kiedy już w końcu doczekałam się zakazu biegania i chodzenia po steperze, to przynajmniej hantelkami machać mogę. I będę z tego przywileju korzystać, póki się da ;-)  Bo lubię swoje plecy, które niedługo czeka poważne wyzwanie….

A Was, Dziewczyny, proszę, obejrzyjcie swoje zdjęcia.

Tak żeby na następnym biegu odetchnąć pełną piersią. Wtedy tą dyszkę wciągnięcie nosem. Może nawet pokażecie mi plecy. Trochę inne niż w tym roku. A na pewno - zdjęcia będziecie mieć lepsze ;-)       

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci