Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Maratony

Pięć powodów, żeby nie biec. I trzy, dzięki którym mi się udało. Mój #MaratonWarszawski

beautyandb

– To jakiej argumentacji pani właśnie użyła? – zapytał Pewien Znany Profesor Od Retoryki, kiedy dość nieudolnie, ale z dużą kokieterią i niezbitą pewnością siebie próbowałam go przekonać, żeby postawił czwórkę z egzaminu. Egzamin był bodaj szósty czy siódmy w ciągu dziesięciu egzaminów podczas tamtej sesji, a mnie się na dodatek zachciało przeprowadzać i pracować. Istniało tysiąc powodów, dla których nie powinnam go zdać. Choćby dlatego, że kiedy chwilę wcześniej podobne pytania dostał jakiś nieszczęśnik, nawet nie zrozumiałam, czego dotyczą. Ale nagle złapałam punkt orientacyjny i zaczęłam płynąć. Aż do tego pytania. – Na pewno bardzo nieracjonalnej – odbiłam się od dna dość rozpaczliwie, przygotowując się psychicznie na kampanię wrześniową. – Ma pani tą czwórkę – odpowiedział profesor. Zdałam…

Głównie dzięki temu, że w wieku szczenięcym miałam dość okrutnego nauczyciela od polskiego. Do tego stopnia, że właściwie nigdy więcej od skończenia podstawówki polskiego nigdy nie musiałam się uczyć. Owszem, bywało, że się uczyłam. Ale tylko wtedy, kiedy coś mnie wybitnie zainteresowało. Natomiast baza z podstawówy pozwoliła mi całkiem nieźle poradzić sobie nie tylko w liceum, ale na olimpiadach polonistycznych, na studiach, wreszcie – na obronie pracy magisterskiej, która całkiem mocno wchodziła w obszar języka…

Ale, ale, dlaczego ja tu nagle na blogu o bieganiu, wyjeżdżam z egzaminem z retoryki i polskim z podstawówki…?

Bo istniało co najmniej pięć powodów, dla których nie powinnam była startować w 39. PZU Maratonie Warszawskim. Ten pomysł tylko u jego zarania wydawał się niezły, ale każdy kolejny dzień oddalał mnie od jego realizacji. Sami zobaczcie:

1, Trening cz.1. Czyli podstawy. Umówmy się. Moje bieganie w ostatnim czasie trudno nazwać treningiem. Bo trening ma w swojej konotacji jakąś strukturę, porządek, określone jednostki we właściwiej kolejności, mikrocykle, starty kontrolne itd., itp. Tymczasem moje bieganie raczej sprowadza się do wyjścia od czasu do czasu i potupania sobie ok.10-12 km. W tempie bliżej nieokreślonym, bez żadnych akcentów, żadnych jednostek specjalnych. Nic. No, ale. Powiedzmy, że maraton można też sobie przeczłapać. W tym celu jednak wypadałoby chociaż wyrobić w sobie jakąś wytrzymałość. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że aby przebiec maraton, trzeba biegać przynajmniej 42 km tygodniowo. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te tygodnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy pokonałam więcej niż 30 km. Trochę z lenistwa, trochę z nieogarnięcia, trochę z tzw. przyczyn obiektywnych. Poza tym zazwyczaj przygotowanie do maratonu rozpisywałam sobie na 3-4, a często i więcej miesięcy, ostatnie dwa poświęcając już na szlify, a nie – budowę bazy. Tym razem czekałam i czekałam nie bardzo wiadomo na co. Maraton na świeżości?

2. Długie wybiegania, czyli trening cz.2. Niby cały czas znajdujemy się w obszarze treningu, ale ta konkretna jednostka treningowa ma u mnie specjalne poważanie. Był taki cudowny czas w mojej biegowej przygodzie, kiedy to regularnie w niedzielę rano wychodziłam i mówiłam – to ja wracam za jakieś 2 albo trzy godziny. I wracałam po trzech, z trzydziestką na liczniku, z każdym tygodniem coraz szybciej. Tym razem moim najdłuższym wybieganiem było 25 km Pucharu Maratonu gdzieś na początku sierpnia. W tym – 15 km z wózkiem, więc tempo tego wybiegania było co najmniej zabójcze (2:37). Poza tym pobiegłam dwa półmaratony – jeden z wózkiem w dwie godziny i jeden bez wózka, ale za to w górach. W 2:06. I zrobiłam jedno rozbieganie długości 21 km. Jedno 17 i jedno 14… I tydzień ‘luzu’ przed startem. Tak nieprzygotowana to chyba jeszcze nie byłam. Nawet w debiucie (trzy „30-tki” przed).

3. Czas czyli teoria względności. Kiedyś sobie obiecałam, że nie pobiegnę maratonu, jeżeli nie będę gotowa pobiec go poniżej 4 godzin. Bo to podobno męczarnia. Przed startem w Warszawie wiedziałam, że nie pobiegnę poniżej 4 godzin. Ba, nie liczyłam na czas specjalnie lepszy niż 4:30. Bo taki był plan, że skoro już muszę, skoro się duszę – to zrobię to powoli i z godnością.

4. Praca, czyli teoria bezwzględności. Tak się akurat złożyło, że kiedy na wiosnę nieśmiało myślałam o starcie w Maratonie Warszawskim, nie połączyłam wszystkich kropek. Zresztą, niektórych nie połączyłam dlatego, że miały nie być już moimi kropkami. Ale nagle wróciły i okazało się, że mój służbowy kalendarz nagle jest upstrzony kropkami jakby go muchy ob…. No, powiedzmy, że obsiadły. Co prawda dzięki temu znalazł się w nim prawie górski tygodniowy obóz, ale raczej obóz pracy niż biegowy, z miłym tylko zakończeniem w postaci Festiwalu Biegowego, oraz zwyczajowy kwartalny tydzień wynikowy z momentem kulminacyjnym wyjątkowo zaplanowanym na czwartek przed maratonem. I to zdaje się z moją pomocą tak zaplanowany… Kropki. Na przyszłość muszę pamiętać o wszystkich kropkach.

5. Syn, czyli los nieprzewidywalny. Dołożył jeszcze swój kamyczek. Kiedyś przeczytałam, że najważniejsza jest nie noc przed startem, ale ta wcześniejsza. Chwała Bogu, tę przedostatnią w miarę dobrze przespałam. Bo w ostatnią noc… Nie, wcale nie Luksemburg, chata i nie szkło. Raczej wymioty, gorączka, mało snu. Mojego. Trzymając pod pachą mały termoforek, miałam pokusę zrezygnować. Przecież dziecko chore. Chyba nikt by mi nic nie powiedział…

Na szczęście rano gorączka spadła, młody spokojnie spał, a w domu zostawał pod opieką cioci, babci i dziadka… Z piaskiem pod powiekami ruszyłam w niedzielę rano na start.

DSC06920.JPG

A bardzo chciałam wystartować, bo:

  1. Rocznica. Dzień przed 39. PZU Maratonem Warszawskim przypadała 10. rocznica mojego maratońskiego debiutu. W Warszawie oczywiście. A ja sentymentalna jestem jak diabli.
  2. Trasa. Nie tylko ładna, nie tylko atrakcyjna turystycznie, ale też dość szybka, taka jak lubię. Śródmieście, Mokotów, Ursynów, Wilanów, Praga, Żoliborz. Serce miasta, jego kręgosłup. Długie proste, zero pętli, szeroki start, meta na Podzamczu. Już w zeszłym roku zazdrościłam maratończykom dobrej trasy, ale tegoroczna była jeszcze lepsza.
  3. Medal. Piękny, z Syrenką Warszawską. Jak zobaczyłam projekt medalu, wiedziałam, że chcę go mieć. I już. Choćbym cierpiała na trasie.
  4. #BiegamDobrze. Czyli akcja charytatywna, która towarzyszy Maratonowi i Pólmaratonowi Warszawskiemu. To była kolejna okazja, żeby dorzucić swoje trzy grosze na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. Jak już uzbierałam na pakiet, głupio było się wycofać.
  5. Warszawa. Moje miasto. Sen o Warszawie na starcie. Znajomi. Przyjaciele. Kibice. W tym roku nawet moja mama na trasie. I moi siostrzeńcy. I Gośka z Polska Biega, która mnie podholowała na 29. km. I Paweł z colą na 32. I Maciek z Karo i Kropką zaraz za nimi. I Iza z Zuzią. I ekipa z Tarchomina z kolejną colą. I Iwona, która mnie przeciągnęła przez metę. I Becia, która zrobiła nam piękną fotę.

22015505_10212253200017940_728354593_o

A co to wszystko ma wspólnego z egzaminem u Bardzo Znanego Profesora?

Bo ukoronowaniem wszystkiego są trzy powody, dzięki którym nie tylko dotarłam do mety, ale jak tak patrzę na zdjęcia, to chyba na żadnym maratonie nie uśmiechałam się tak ciągle od startu aż do samej mety i jeszcze za nią. A jak patrzę na zdjęcie zza mety, to aż mi się wierzyć nie chce, że po 42 km można mieć taką minę.

Co zatem zdecydowało?

  1. Głowa. Chyba po raz pierwszy tak współpracowała ze mną od startu po samą metę. Żadnych kryzysów mentalnych, żadnych załamań, nawet fizyczny kryzys w miarę przytomnie opanowany. W głowie miałam te wszystkie przebiegnięte maratony i nie dopuszczałam myśli, że coś może tym razem być nie tak, że coś może mi przeszkodzić.
  2. Baza. O tym też myślałam jeszcze biegnąc. Niby tym razem nie odrobiłam lekcji i do tego egzaminu podchodziłam nie do końca przygotowana. Ale przecież gdzieś w nogach mam te pewnie już dobrze ponad 20 000 wybieganych kilometrów, te 10 lat biegania, te 20 wcześniejszych maratońskich startów. To znika tak sobie, nie wchłania się w niebyt. Istnieje coś takiego jak pamięć mięśniowa. I moje mięśnie przypomniały sobie, jak smakuje maraton. Te wszystkie lekcje, które odrobiłam z moimi trenerami – w niedzielę sobie przypomniałam.
  3. Serce. Mnie naprawdę brakowało maratonu. Dopiero w niedzielę poczułam, jak bardzo. Nie biegłam tego dystansu od trzech lat. Nie mając celu w postaci maratonu, nie mogłam się zmobilizować do treningu na serio. Ale w Warszawie tak bardzo chciałam dobiec do mety, tak bardzo czułam dobrą energię z każdego miejsca, że to musiało się udać. Stąd ten uśmiech. – Jak ty to robisz, że po 42 km jesteś uśmiechnięta? – zapytała koleżanka na Facebooku. – Ja po prostu kocham biegać.

Tylko tyle i aż tyle.

Teraz to już chyba wróciłam naprawdę.

39. PZU Maraton Warszawski 24.09.2017 Warszawa

42 km inaczej. Skandia Maraton Lang Team, czyli rowerowe love

beautyandb

- I liczę, że może ja też do tych jeżdżących wreszcie dołączę – powiedziałam głośno. Powinnam była sobie wcześniej odgryźć język. Trwała właśnie prezentacja nowej odsłony Skandia Maraton Lang Team, a ja mówiłam o tym, że rowerowanie stało się wyznacznikiem nowoczesnego stylu życia i że tacy właśnie nowocześni są czytelnicy „Wprost” i dlatego „Wprost”… No, ale na koniec pozwoliłam sobie na prywatę i powiedziałam o to jedno zdanie za dużo.    

O tym, że rower jest moją miłością czysto platoniczną to niektórzy już wiedzą. W zeszłym roku próbowałam to trochę zmienić, początki były nawet obiecujące, ale na obietnicach się skończyło. Ostatecznie ostatni raz na rowerze siedziałam w sierpniu, a potem nawet bardzo profesjonalny strój i łagodna zima jakoś mnie nie przekonały do próby sił. Nie uprawiałam też żadnego indor cyclingu w jakiejkolwiek formie. Nie, bo nie. Uznałam, że bieganie i pływanie w doskonały sposób zagospodarowują mój czas wolny.  Rower stoi i czeka na lepsze czasy. Wolę patrzeć, jak inni jeżdżą.

No, ale skoro już powiedziałam, że w sumie to bym chciała, to ruszyła lawina.

- To będziesz w sobotę?

- Ja? Ale ja nie umiem jeździć…

- Ale tu jest łatwa trasa, płasko… Pojedziesz w paradzie rodzinnej, 12 km, bez ścigania.

- Nie mam takiego roweru… (coraz słabiej to brzmiało)

- Zorganizujemy ci rower na sobotę.

….

- No, dobra. Spróbuję – mówiłam, że mam słaby charakter? Ale Parada Rodzinna, 12 km, luz. Dam radę. Do tego zmotywowała mnie  dodatkowo Dorota Stalińska. Pani Dorota promuje to co zwykle – czyli odblaski. I w tym roku jest jedną z twarzy Skandia Maratonu. Od słowa do słowa – umówiłyśmy się, że pojedziemy razem. Czyli w sam raz, jak na moje możliwości rowerowe.

Ale w tym samym Skandia Maratonie mieli też pojechać Rafał z Becią, czyli świetny duet Sportografia.pl. Oboje rowerujący, i to porządnie rowerujący. I to właśnie Becia zarzuciła jakoś w środę po południu:

- Jedź z nami mini – zagadnęła. Mini, czyli najkrótszy dystans. W tym przypadku 42 km. Świetnie. Gdyby było 30, to bym się sekundy nie zastanawiała. Ale 42 to już jednak sporo jak na kogoś, kto nie jeździ. Tyle że Ania czasami pcha ręce do kontaktu – o tym już chyba pisałam. No więc…

- Dobra. Już się przepisałam. Najwyżej będę ostatnia – odpowiedziałam.

- Pojadę z tobą – obiecała Becia. Trochę mi ulżyło, ale trem narastała.

W sobotę z duszą na ramieniu i kaskiem przypiętym do torby pojechałam do Wilanowa. Tam byłam chyba jedyną osobą BEZ roweru. Najpierw jednak ogarnęłam zapisy, zarejestrowałam się, pobrałam numer startowy, pakiet startowy z żetonem na posiłek, napojem, żelem, batonem i całym kompletem odblasków. I ruszyłam na poszukiwania tego roweru, co to miałam na nim pojechać. Ale…

Roweru zrazu nie było. Nic dziwnego, że mógł gdzieś umknąć w tej całej machinie organizacyjnej. Ostatecznie byłam tam tylko jedną z pewnie ponad tysiąca uczestników. Tyle że bez roweru nie mogłam być uczestnikiem. Już zaczęłam oddychać z ulgą, że ominie mnie 40 km po dzikich polach, ale…

Rower się znalazł. I to taki rower, że… Jak przyznał już po zawodach pan z Shimano, miał lekkie obawy, dając mi go do ręki. Bo rzadko zapewne trafia się na zawodach rowerowych blondynka, która oddaje kask do depozytu (udało się na szczęście w porę odzyskać), nie potrafi przypiąć numeru startowego i z punktu mówi, że o rowerach nie ma bladego pojęcia, prosi o piękne miejskie pedały (do zawodowego terenowego roweru) i przyznaje, że po prostu nie umie jeździć. A tu jednak – 42 km. Uratowało mnie chyba stwierdzenie o bieganiu…


11138597_946168595413864_3529984012291285749_n2

Shimano XTR Di22x11. Czołg wagi lekkiej. 

W każdym razie podobno byłam pierwszą kobietą w Polsce, która pojechała na Shimano XTR Di2 2x11 z czymś w rodzaju automatycznej skrzyni biegów – czyli przez całą trasę interesowała mnie tylko prawa ręka i prawa dźwignia, a przednia przerzutka sama dostosowywała się do lewej.  

Wzięłam rower, założyłam kask i powędrowałam na sam koniec stref startowych. Co prawda nie udało mi się ustawić na samym końcu, ale start zweryfikował moją pozycję i już po pierwszej prostej, która składała się głównie z kocich łbów i to w najgorszym możliwym znaczeniu. Byłam ostatnia. Rower dziwnie się uginał (tak, nigdy wcześniej nie jeździłam z amortyzatorem). Przede mną został tylko tatuś tłumaczący kilkunastoletniemu synkowi, że nie będą się spieszyć i żeby mały dyktował tempo. Na szczęście Becia zaczekała na mnie i ruszyłyśmy razem.

Zrazu przyjemnie jechało się asfaltem. Byłyśmy na samym końcu. Udało mi się nie wywalić na zakręcie – i od razu nabrałam pewności siebie. Rower wyglądał jak mały czołg, chociaż był mega leciutki. Tuż przed zmiana nawierzchni albo zaraz po wyprzedziłyśmy w końcu tatę z synkiem (wiem, nie ma się czym chwalić. Za jakiś czas – dziewczynę na rowerze prawie spacerowym. Potem – jeszcze jednego chłopaka. Becia co jakiś czas tylko się odwracała, sprawdzając, czy jestem w pobliżu i za bardzo nie zostałam. Starałam się dotrzymywać jej kroku czy jak to się w rowerach nazywa.

Tymczasem opanowałam tą automatyczną przerzutkę i poczynałam sobie coraz śmielej. Tylko w dwóch miejscach musiałyśmy zejść z rowerów i przeprowadzić je kawałeczek – raz przy wąskim przejeździe nad rowem i raz po piachu. Po 10 km zaczynał się dłuższy kawałek terenowy – niby równy, ale jednak niewygodny. Nie wiem, ile osób minęłyśmy na tym odcinku, ale całkiem sporo. To jednak był też moment, kiedy zaczęły się duble ze strony najszybszych zawodników dystansów Medio i Grand Fondo (63 i 83 km). Na wąskiej ścieżce nie było to komfortowe, ale udało mi się nie wypaść ze ścieżki. Na kawałku asfaltu – znowu odpoczynek i nadrabianie czasu. Chociaż – nie było źle (jak na moje możliwości).

Tyle że po półmetku mój tylny aspekt osobowości, nienawykły tkwienia w siodełku, zaczął protestować. „Nie pomoże sprzętu kupa, jak na sprzęcie siedzi dupa” – taką mało oryginalną jakkolwiek wieloznaczną fraszkę wyprodukowałam sobie na jakimś 20. kilometrze. Nie pomagał też mocny wiatr, głównie przeciwny. I znowu trudniejszy odcinek, teren, dużo piachu. Zwolniłam, wyraźnie. I nagle grupa dublująca prawie mnie wgniotła w skarpę, rower zabuksował w piachu, zaczęłam się przechylać. A do tego – skurcz w prawej łydce, tej, którą się asekurowałam. Nie przewróciliśmy się. Ani ja, ani rower. Kompresski pomogły, skurcz minął. Napiłam się trochę i ruszyłam dalej. Becia czekała na samym końcu tego koszmarnego odcinka. Tym razem wiedziałam, gdzie jestem.

Gassy. Tu byłam rok temu na pierwszej i jedynej czasówce rowerowej. Przez chwilę teren zrobił się znajomy. Jechałam jak najszybciej mogłam, chociaż zostałam w tyle za Becią. Ot, tak na kontakt wzrokowy. Na końcu tego odcinka był punkt odżywczy. Złapałam kawałek pomarańczy i kubek wody. I ruszyłyśmy na ostatnie 12 km. Ztriplował nas zwycięzca Grand Fondo. No cóż. Na całe szczęście strzałki już jednoznacznie wskazywał „Do mety”.

Końcówka – asfalt. Na jakieś 4 km przed metą Becia zaczęła mi odjeżdżać zdecydowanie. Widać uznała, że już na pewno dojadę. Próbowałam ją gonić, ale już nie bardzo miałam z czego. Zemściła się nieumiejętność jedzenia w czasie jazdy, nawet po żel bałam się sięgnąć. Mimo to wyprzedziłam jeszcze ze dwie osoby, jedna wyprzedziła mnie. Najgorszy jednak był finisz – znowu kilkaset metrów po tych kocich łbach. Pojechałam niby odważniej niż na początku, ale i tak…

Na całe szczęście szybciej niż myślałam pokazała się meta.

Za metą powiedziałam Beci, że jej nienawidzę. A potem się wycałowałyśmy.

I poszłam oddać rower. Tylko trochę zakurzony. Panu Darkowi z Shimano powiedziałam, że chyba nie chcę wiedzieć, ile kosztuje to cudo. Wiem tylko, że gdyby nie ono, to parę razy bym leżała w mazowieckich piachach. O ile w ogóle dotarłabym do mety…

Ale szkoda takiego sprzętu na zawodniczkę, która 42 km jedzie przez 2 godziny i 5 minut. I na koniec jest zdziwiona, że 42 km można pokonać tak… małym nakładem wysiłku.

Bo podobno 1 godzina biegu jest równa 9 godzinom jazdy na rowerze. Czyli te dwie godziny wczoraj to jak… kwadrans? No nie wiem, moje pośladki dzisiaj twierdzą zupełnie coś innego.

A przygoda ze Skandia Maraton Lang Team okazała się nie taka straszna, jak ją sobie wyobrażałam. I nawet załapałam się na medialne pudło. Brąz brązem, ale nagroda zawsze cieszy. I jaka motywacja. Może za rok się poprawię?

- To co, teraz już pojedziesz na następną edycję? – zapytał Kuba, rzecznik Lang Teamu.

No, kurczę, żeby nie to, że 16 maja pewnie pracuję, to… Kraków czeka, polecam! I zapraszam na Wprost.pl. gdzie pwnie będzie można zdobyć pakiety.

SMLT_2Fot. Maratonmania, mat.prasowe.

 

Bieg sezonu. Łódzkie opowieści

beautyandb

I gdybym jeszcze kiedyś wpadła na pomysł jechać po wynik do Łodzi, to przypomnij mi, że jeszcze Krynica świetnie się nadaje na życiówki – powiedziałam do męża zaraz po tym, jak już zapięłam pod szyję kurteczkę, pozostawiając na wierzchu niezbyt urodziwy medal Łódź Maraton Dbam o Zdrowie. Ale wyjątkowo nie było w moim głosie specjalnego rozczarowania czy żalu. Raczej rozbawienie…


 

Bo cała złość i irytacja wyparowała mi na finiszu w Atlas Arenie, gdzieś w tych egipskich ciemnościach w których błyskały tylko reflektory skierowane na metę… Gdzieś w tych dźwiękach bębnów na wlocie do Atlas Areny – bo przypomniał mi się Run Berlin i poczułam to coś… dzięki czemu jeszcze zdobyłam się na finisz i szczęśliwie nie potknęłam się i nie wybiłam zębów na żółtym dywanie.


Czemu tam leżał ten dywan? Tego już nie udało mi się stwierdzić. Owszem, w Wiedniu przed metą też jest dywan, ale po pierwsze czerwony, po drugie – jakiś taki mniej pofałdowany, a po trzecie – jest w pełnym blasku dnia, a nie w ciemnościach, co ogranicza jego... wpływ na wyniki końcowe. No i przed pałacem ten dywan jest jakoś bardziej  na miejscu niż w hali.

Wracając jednak do tej trasy. Który to już raz dałam się nabrać na teksty organizatora: szybka, płaska, bardziej płaska, najbardziej płaska, trasa na rekordy… Ta miała być na rekord Polski. Kobiet. To prawda, że nie znam Łodzi. Mimo że biegłam tam kiedyś półmaraton. Ale półmaraton rozgrywał się na dwóch pętlach po ok. 10 km gdzieś w środku miasta. A tu organizator postanowił ukazać nam całe piękno miasta. No i cudnie. Ale trzeba było gdzieś wrzucić profil tej trasy, to może bym przez chwilę się zastanowiła… Jakkolwiek wątpię. Jak już sobie wymyślę, że gdzieś pobiegnę, to zazwyczaj mało co może mnie od tej myśli odstręczyć. A poza tym każdy profil jestem sobie w stanie zracjonalizować. Przed biegiem.


Tu przed biegiem przede wszystkim uwijałam się jak w ukropie. Jeszcze tu zajrzeć, to zrobić, z tym się spotkać, coś napisać. Ledwie zdążyliśmy na autobus. I w ogóle cala sobota była w niedoczasie. Chyba powinnam brać wolne już w piątek przed maratonem. Na szczęście w Łodzi byliśmy o czasie, a w hotelu nawet przed, ale hotel stanął na wysokości zadania i znalazł wolny i sprzątnięty pokój. Też na wysokości, z widokiem na łódzkie dachy i podwórka.

Z hotelu do Atlas Areny, gdzie mieściło się biuro oraz baza biegu, było jakieś 1300 metrów. Zrobiliśmy spacer. Na miejscu okazało się, że projektant przestrzeni musiał brać szkoły w supermarkecie, bo chleb, to znaczy numery, były na samym końcu dość skromnego acz uroczo chaotycznego expo. 

Gnani zobowiązaniami rodzinnymi, przelecieliśmy i przez biuro i przez expo jak burza, załapując się na prezentację elity. Z uznaniem obejrzeliśmy koszulki okazjonalne  bodaj New Balance – z wzorami, które nie wygrały konkursu i nie znalazły się na koszulce oficjalnej. Oczywiście, były ładniejsze. Ale tylko w wymiarze męskiego L i XL. Cóż... Za to na pasta party była opcja bez mięsa i innych składników odzwierzęcych. Była tez opcja dokupienia kluchów dla osób zaprzyjaźnionych, co od razu podnosi rangę towarzyską imprezy. I to w sumie wszystko, co zapamiętałam z soboty, bo po kluchach pognaliśmy dalej…

Ale za to niedziela, ale za to niedziela… Zaczęła się wcześnie, jak to prze maratonem. O siódmej byliśmy na śniadaniu – bo dopiero o tej porze podawali. My, organizatorzy, elita, biegacze. Prawie się zaśliniłam na widok szwedzkiego stołu, napakowałam sobie na talerze jak dziki pierwszy raz w cywilizacji, ale głos rozsądku sprawił, że poprzestałam na płatkach z mlekiem sojowym i bułeczce z miodem. Taki tam, biegowy standardzik.

Jakoś cały czas nie mogłam poczuć tego maratońskiego święta, tej adrenaliny, tych emocji. O ile rok temu w Barcelonie byłam pewna swego jak chyba nigdy, tak w niedzielę miałam doskonałą   świadomość, czego nie wybiegałam. Oraz miałam świadomość, że jest strasznie późno, a do startu cały czas kilkaset metrów nie wiadomo gdzie. Mimo to robiłam dobrą minę. Im bliżej Atlas Areny, tym bardziej nabierałam optymizmu. Niesłusznie. Pierwsze podejście do depozytu – nietrafione. Małe błądzenie, ale w końcu udało się odnaleźć karteczki wielkości zeszytu A5 ze strzałkami. Ufff. Na szczęście w samym depozycie obyło się bez kolejki.


Na start kierowały kolejne karteczki zeszytowe i wydzielone taśmą przejście przez lokalny teren zazieleniony. Poruszało się nim wystarczająco dużo osób, żeby nie zabłądzić. Im bliżej było startu, tym robiło się bardziej nerwowo, bo szereg niebieskich budek był dobrze ukryty przed wzrokiem biegaczy… Zresztą, może one nie były niebieskie, tylko bardzie maskujące?


W strefie startu jakoś w miarę sprawnie udało mi się zlokalizować właściwą strefę, spotkać znajomych, popozować i… I już – odliczanie, strzał, start. Wystartowaliśmy wspólnie z biegiem na 10 km, ale po kilkuset metrach trasy nam się rozeszły. Starałam się. Starałam się za wszelką cenę ruszyć rozsądnie. I nawet mi się to udało. Nie bacząc na to, że koleżanka (ta od 3:40) mi odjeżdża, robiłam swoje i nie zamierzałam przyspieszać. Już myślałam, że jestem taka cwana i tak po profesorsku biegnę. Podobało mi się. Na 7. kilometrze delikatny wiatr przywiał miły nosowi zapach. Co to jest, co to jest? Rozejrzałam się na boki. No tak, browar! Zaraz potem kawalątek Piotrkowskiej, który pozwolono nam zająć, i w lewo, w nieco mniej zadbana, choć urokliwą uliczkę. Gdzieś po drodze – orkiestra dęta. Niósł mnie te łódzki asfalt, przyczaiłam się za plecami dwóch panów z Truchtu Tarchomin, biegli równo i spokojnie, ale pewnie…   

Podbiegi zaczęły się zrazu delikatnie mniej więcej na 13. kilometrze. Zaraz potem wbiegliśmy w tereny zielono leśne i zaczął się odcinek specjalny, górski OS dla wytrwałych…  Wbiegliśmy w las łagiewnicki. Pięknie było, zielono, na szczęście nic nie pyliło, za to trasa zakwitła rowerzystami, którzy nie wiedzieć czemu uważali, że są bohaterami tej imprezy, zwłaszcza na podbiegach, to jest, pardon, podjazdach. Ale odnośne służby nie protestowały, może to był rodzaj takiej masy krytycznej okołobiegowej. Co jakiś czas wyrastały przy trasie spontaniczne punkty kibicowania, jak ten na 19. Kilometrze, gdzie pani przez mikrofon zachęcała „I z entuzjazmem krzyczymy, z entuzjazmem”. Prawie się poplułam z radości. Oczywiście zaraz za zakrętem wynurzył się podbieg…

Jakoś tak kawałek za półmetkiem, po serii zabójczych podbiegów na chwilę zrobiło się płasko, w sam  raz żeby złapać i oddech i nastawić się psychicznie na… kolejny podbieg. 25 km. Zaczynałam mieć dosyć. I niestety, zaczynało to być widać. Tu pozdrawiam całą grupę czytelników bloga, którzy mijali mnie kolejno, zaczepiając i upewniając się, że to na pewno mnie mijają. Próbowałam jeszcze zacisnąć zęby i powalczyć, że niby tanio skóry nie sprzedaje, ale to już był łabędzi śpiew. Właśnie zaczynał się prawdziwy maraton, a mnie właśnie wychodził z mięśni ostatni miesiąc, kiedy to tak naprawdę więcej nie biegałam niż biegałam i kiedy to postawiłam na regenerację i dochodzenie do zdrowia raczej niż na żyłowanie i przyginanie gałęzi (taka moja metafora). Nie było z czego przycisnąć. I jeszcze ta kolka.  

31 kilometr wypadał w okolicach startu. Wyglądało, że prowadzi tu długa agrafka, bo z naprzeciwka nabiegali zawodnicy w bardzo umiarkowanym zagęszczeniu, co by sugerowało, że to ci znacznie, a nie tylko trochę szybsi. Agrafka, jak się okazało, miała ponad 3 km w jedną stronę. Ulicą, o ironio, Maratońską. Ulica Maratońska dopełniła mojego kielicha goryczy, przelało mi się, bezsilnie patrzyłam na nieubłaganie biegnący czas. I odpuszczałam kolejne granice. Nie pomogła nawet odgazowana cola podana przez małżonka po drodze (a moje pełne żalu „Zakręconą mi dajesz?” przysporzyło niekłamanej rozrywki kibicom). Zacisnęłam zęby i ruszyłam na ostatnie 5 km.


To już było końcowe odliczanie, final countdown, odliczałam każde 100 metrów, każdy zakręt, każdego kibica. Nie pozbierała mnie nawet grupa na 3:45, choć pacemakerzy bardzo się starali i mieli ogromną siłę przekonywania. Nie dało rady. Co próbowałam przyspieszyć, resztki śniadania podchodziły mi do przełyku. Pozbywanie się ich w miejscach publicznych nadal jednak wykraczało poza tolerancję mojego poczucia estetyki. A poza tym było mi coraz bardziej wszystko jedno.

Aż do ostatnich 200 metrów, kiedy to nagle przed samą Atlas Areną dostałam przyspieszenia. A potem były bębny, zbieg, dywan i finisz, jakbym nagle odzyskała siły. I te reflektory, w których każdy choć przez chwilę był gwiazdą.  

I ten ból wszystkich mięśni – już za metą. Z medalem, który pierwszy raz w życiu gryzłam, jak gryzłam ten asfalt na ostatnich 5 kilometrach. Może będą zdjęcia z gryzienia, bo w końcu Sportografia sportografowała i uwieczniła (Rafał :)) ten moment. Becia dokumentowała, jak gryzę asfalt. 

Łódź. Maraton bez historii, bez wyniku, bez dreszczu. Ale pełen  emocji, pełen dobrych słów, pełen świetnych ludzi (dziękuję za wszystkie rozmowy w biegu, za kibicowanie, za wsparcie) i fajnych gestów. I wreszcie – ważny, bo z przesłaniem.

Przypominam – a szczegóły: na http://www.siepomaga.pl/f/fundacjahospicyjna/c/1194.


P.S. W międzyczasie rozwiązały się konkursy na pakiet na Bieg Konstytucji. Dzięki PKO BP wraz ze mną 3 maja pobiegną Olga BeDe (FB) oraz Harrer (spod bloga). Gratulacje i do zobaczenia na biegu.

 

Ten bieg też ma swój cel charytatywny. To akcja biegowa „biegnę dla Adasia”. Chłopiec urodził się rok temu ze skomplikowaną wadą serca (TAC). Ze względu na pogarszający się stan zdrowia musi być pilnie operowany (w połowie maja). Wszyscy chętni zawodnicy będą mogli odbierać kartki – identyfikatory akcji w dniu biegu w namiocie PKO Banku Polskiego rozstawionego na Agrykoli od ok. godz. 9.00 do 11.00. Jeśli dla Adasia pobiegnie co najmniej 200 osób, Fundacja PKO Banku Polskiego przekaże na jego konto 20 tys. zł. Akcja prowadzona jest w ramach programu „PKO Bank Polski Biegajmy razem”.

 

Wszystkie fotki we wpisie (poza wykresem trasy) - Tomasz Pojawa. Mąż, kibic, support. Nie tylko na tej trasie :) 

 

Bieg sezonu. Część pierwsza. Atmosfera przedstartowa. Konkurs

beautyandb

To przychodzi tak niepostrzeżenie. W tym roku – wyjątkowo późno, bo nie trzeba organizować lotów, transferów, logistyki ani noclegów w obcym mieście. To prawda, nie znam Łodzi, ale jednak parę razy tam byłam, nawet debiucik półmaratoński  tam zaliczyłam. Liczę i liczę i wychodzi mi, że to już siedem lat. Bez miesiąca. Ah, co to był za bieg…

4 mbank Łódź Maraton, maj 2007. Z archiwum domowego ;-) 

Wracając jednak do teraźniejszości. Zaczęło się mniej więcej w poniedziałek. Jak już przebiegłam dyszkę po Woli, choć w tempie całkiem przyzwoitym, uznałam, że przyzwoite tempo może też być całkiem realne na łódzkich ulicach. I od razu poczułam przyjemne mrowienie gdzieś na wysokości mostka. Bo przecież to już zaraz, już za chwilę, za momencik , już w niedzielę, trzynastego (ja mam talent do dat) – start tej części sezonu. Łódź Maraton Dbam o Zdrowie.

I niezależenie od tego, że ostatnie trzy tygodnie nie mieszczą się w żadnym planie treningowym, to jednak zimę przepracowałam solidnie, bez fajerwerków, ale trochę pobiegałam, jakieś wybiegania nawet zmieściły się w planie… Więc co niby miałoby mi przeszkodzić skończyć bieg w dobrej formie?

Ja oczywiście wiem, co. Na przykład próba pokonania maratonu w tempie półmaratońskim. Albo pierwsze pięć kilometrów przeleciane w tempie życiówki na piątkę. O ile z tym drugim raczej powinnam sobie poradzić, to co do pierwszego nie byłabym taka pewna, że mnie nie poniesie. Tymczasem jednak plan jest taki, żeby zacząć spokojnie. Tak, za każdym razem mam taki plan…

Ale motyle w brzuchu wymykają się planom. Jakoś w poniedziałek kojarzę, że co prawda na maraton zapisałam się w grudniu, ale chyba nie mam noclegu. Na szczęście organizator zadbal o kilka hoteli partnerskich. Dzwonię. Jeden, drugi, w trzecim są pokoje, ale tylko jednoosobowe, może być z dostawką – tu słyszę cenę, która przyprawia mnie o przyspieszone tętno… Dzwonię do czwartego, tego najbardziej ekskluzywnego, tu są dwójki i cena też jakby niższa niż w trzecim, zwłaszcza, ze maratończycy maja 20 proc. zniżki. Co zrobić, będziemy jedną noc spać w luksusie. Trzeci i czwarty przyjmują zwierzęta – za dopłatą. Robię rachunek, nie ekonomiczny, ale zwykły, ludzki, humanitarny. Koty zostaną w domu, Izie i Justynce dziękujemy za pomoc :)

Cudownie. Inaczej niż przy wyjeździe zagranicznym, na samym końcu ogarniam transport. Autobus. Ekonomiczniej. Nie tylko finansowo, ale czasowo. Można się zdrzemnąć, można napisać wpis na bloga. Więc pojedziemy autobusem. Drogę z dworca do hotelu i z hotelu na EXPO już obczaiłam. Drogę do depozytów – takoż. Ewentualne miejscówki z jedzeniem wegańskim – też. W jednym nawet makaron dają :)

Ale najpierw trzeba się spakować. Różowe spodenki dosychają po praniu, reszta już prawie gotowa. Dwa stroje do biegania, tak na wszelki wypadek. I buty… Mam swój typ, ale jeszcze obmyślam.

Co pół dnia sprawdzam prognozę pogody. Podczytuję, kto stanie starcie. Kto poprowadzi na mój czas. Kto się szykuje. Od czasu do czasu wyskakuje mi gęsia skórka. Jakiś dreszczyk przyjemny na plecach. Zaczynam liczyć godziny. Już niespełna 50.

Dzisiaj ostatni trening – spokojne 8 km i kilka przebieżek. Jak mawia Trener – na pobudzenia czucia mięśniowego. Poczułam. Mięśnie poczułam. Ale potem rozpływałam to jeszcze na basenie. Może w sobotę jakiś mały rozruch – jak starczy czasu w napiętym planie dnia. Pół godzinki, pięć przebieżek.

Łodzi, nadchodzę!

A dla tych, którzy kochają przedstartową atmosferę i którzy muszą mieć cel – mały konkursik, w którym do wygrania pakiecik na Bieg Konstytucji. Tym razem w komentarzach pod tym blogiem poproszę o Waszą opowieść przedstartową. Z epilogiem. Do jutra do końca dnia, będę miała lekturkę na drogę do Łodzi :)  Wyniki – przed startem łódzkiego maratonu.

P.S. W Łodzi będę miała zaszczyt pobiec dla Dawida. Dawid choruje na rdzeniowy zanik mięśni, który powoduje ich powolny i nieuchronny zanik na skutek braku pobudzenia nerwowego. Ujawnił się, kiedy w wieku zaledwie 6 miesięcy chłopiec zachorował na zapalenie płuc. Kilka miesięcy później zdiagnozowano u niego atrofię mięśni, w wyniku której Dawid nie chodzi, a siedzi jedynie podparty.  Dawidowi niezbędny jest wózek elektryczny - dopasowany do jego nietypowych potrzeb. Więcej informacji o Dawidzie i o tym, jak można mu pomóc – na http://www.siepomaga.pl/f/fundacjahospicyjna/c/1194. Polecam Waszej uwadze.

 

Bez łez. Bez wzruszeń. Bez życiówki. 35. PZU Maraton Warszawski

beautyandb

Ta cisza może oznaczać jedno. Znowu nie zrobiłam życiówki, znowu coś poszło nie tak, i teraz zamiast zachwycać się, jaki to piękny maraton był, to ja schowałam się w skorupę i przeżywam w samotności.

 

Fot. Katarzyna Bernadetta Olszewska

No, niezupełnie oczywiście. I nie przeżywam. Odpoczywam. Maraton Warszawski miał być punktem kulminacyjnym sezonu, tymczasem okazało się, że kulminacja formy, dyspozycji i wszystkiego była na wiosnę, a druga połowa roku jakoś mi „nie leży”.  Dlatego pomysł, na który wpadłam przed biegiem, ściślej mówiąc – dwa dni przed biegiem – był nieco straceńczy i nosił wszelkie znamiona ucieczki do przodu przed tym co musi nastąpić.

3:20 z zającami na negative split. Czyli w języku zwykłych ludzi – do półmetka spokojnie, ale przyzwoicie, a potem – w długą. Co prawda od początku wątpiłam w drugą połowę tego zdania, ale pomyślałam – tyle ludzi próbuje, niektórym wychodzi, to może i ja… Całego dystansu równo na 3:20 nie pobiegnę, ale jakby tak dobrze to rozegrać, to jakieś 3:25 powinno się udać.

I może nawet by się udało.

Ale to nie był mój dzień.

Chociaż rano nic tego nie zapowiadało.

Rano wstałam, zjadłam śniadanko mistrzyni – owsiankę i dwie kanapki z miodem, wypiłam kawę. Zorientowałam się w rozkładach jazdy, zarzuciłam na plecy worek – i wybiegłam z domu. W sam raz żeby dzikim galopem dogonić autobus. Potem chwila w zaciszu autobusu, spacerek Saską Kepą – i już stadion. Od przystanku do stadionu wyglądało to prawie jak w Berlinie – z kolejnych uliczek dołączali kolejni ludzie w sportowych butach, z workami… Jak jakaś sekta wszyscy w niedzielny poranek ciągnęli na Narodowy. Tam, jak po sznurku, do szatni i depozytów. Wbiłam się na elitarną rozgrzewkę i potruchtałam trochę po parkingach w kazamatach i labiryntach stadionu. Aż wreszcie uznałam, że pora iść na start. I poszłam. A tam też światowo, tojtoje w strefach startowych, kolejki umiarkowane, strefy przepustowe, nawet baloniki właściwe znalazłam….

Znalazłam też kolegę, który co prawda reprezentuje poziom o klasę czy dwie lepszy od mojego, ale twierdził, że jest bez formy, ja w sumie w formie nieznanej – postanowiliśmy zacząć razem.

Ale zanim zaczęliśmy, wybrzmiał „Sen o Warszawie”. Niezmienna gula w gardle. W tym roku może nawet większa niż zazwyczaj.

A potem strzał, start – i do przodu.

Mimo rekordowej liczby startujących, start z perspektywy strefy żółtej na 3:20 – bardziej niż płynny. Żadnego przepychania, od razu udało się wejść we właściwe tempo.

Biegliśmy sobie z Gerardem równo, starając się nie tracić kontaktu wzrokowego lub przynajmniej głosowego z negatywnymi balonikami. Trochę gadaliśmy, ale nie za dużo, bo wiadomo, szkoda energii, każdego dżula. Pilnowaliśmy się nawzajem, żeby nie było za szybko. Bo wiadomo, szkoda…

Fot. Andrzej Chomczyk

A trasa niosła, bo akurat było z górki. I kibice stali. I tunel był, i chór anielski w tunelu, i tłum kibiców u wylotu tunelu… Gdzieś w okolicach Łazienek Gerard się zagubił, ale znalazła się Iwonka. Przykleiłam się jej do pleców. Potem Gerard się odnalazł. Biegliśmy znowu razem, za plecami Iwonki. I tak aż do Witosa. Tam przystanęłam na chwilę, żeby przełknąć żel i… poczułam, że jest źle. Ale co tam, jeszcze tylko druga połówka.

Gerarda i Iwonki już nie goniłam. On nabiegał 3:22, ona – 3:34.

Dogonił mnie balonik na 3:25. Zaproponował nawet podwózkę do mety pod swoimi skrzydłami. W sumie to chętnie bym się zgodziła, ale wtedy protest wyraził żołądek. Jakoś dociągnęłam do najbliższej niebieskiej kabinki… Potem próbowałam złapać ogon balonika, ale coś mi nie szło. Na Wilanowie nie widziałam nic. Podobno biegliśmy koło jakiej świątyni. Podobno słoiki kibicowały. Znaczy, pardą, lemingi kibicowały słoikami. Coś mi się kojarzy, z tymi słoikami.

W Wilanowie byli Gosia i Marcin. Tak jak obiecali – z odgazowaną colą. Marcin podholował mnie pewnie z kilometr, akurat do następnej niebieskiej… Wyszłam. Popiłam coli.

Zejść z trasy…?

Eee, nie. No przecież nie jest jeszcze tak źle.

25 km, 17 zostało. Jakoś dam radę. Gdzieś na Arbuzowej pożegnałam się z myślą o życiówce.

Na KEN-ie w ogóle pożegnałam się z perspektywą osiągnięcia 3,5 godziny. Co prawda do mety zostawało już raptem 10 km, ale prawda też była taka, że fizycznie nie było możliwe, żebym tą dyszkę przebiegła w 50 minut. Nie w tych okolicznościach przyrody, choć okoliczności w tym roku były wyjątkowo sprzyjające.

Pozostało powalczyć o przyzwoitość.

Z zmiennym szczęściem.

Ale próbowałam powalczyć.

Fot. Marian Gawlikowski

Ostatnie kilometry to już tylko dzięki kibicom – tym na Placu Unii Lubelskiej, tym  wzdłuż Parku Ujazdowskiego, tym spod de Gaulle’a i z Mostu Poniatowskiego. Dopiero na zbiegu z mostu odzyskałam rezon. I na stadion wpadałam już tak jak trzeba – w pełnym locie, nie zwracając uwagi na poobcierane do krwi uda, które zresztą wyglądały dużo gorzej niż to było warte i już w poniedziałek śladu po obtarciu nie było. Tymczasem jednak wpadłam na metę. 3:38:23.

Bez wzruszenia. Bez radości. Bez łez. Po prostu. Dobiegłam. Nie padłam na kolana. Nie siadłam. 12 minut. Niby niewiele. Ale zabrakło.

Fot. Andrzej Chomczyk

Oparłam ręce o uda, pochyliłam się, potoczyłam wzrokiem po trybunach.   

Wykrzywiłam się.

Uh.  

I znowu nie. Znów nie w Warszawie. Nie tym razem. Jeszcze będę musiała wrócić na ten stadion.

Z przyjemnością.

Bo skupiona na sobie zapomniałam napisać, że Maraton Warszawski A.D. 2013 (gwoli ścisłości: 35. PZU Maraton Warszawski) to już międzynarodowa klasa. I kiedy sobie przypomnę te półtora tysiąca ludzi na starcie na Bonifraterskiej sześć lat temu, ten depozyt na ciężarówkach, to jakoś nie mogę się oprzeć się poczuciu dumy, że z takiego – powiedzmy to wprost – maratonu prowincjonalnego, z kompletnego folkloru, w kilka lat wyrosła impreza, która bez kompleksów wchodzi do europejskiej czołówki. W przeciwieństwie do mnie, Maraton Warszawski ma się czym pochwalić. Bo on zrobił życiówkę. Jakby przeskoczył epokę. Te 8,5 tysiąca ludzi na mecie. Ta oprawa. Kibice. Organizacja. To tak jakby przeskoczyć z 3:45 na 3:03. Do połamania trójki niewiele brakuje. A już jest się obiektem podziwu i uznania. To bardzo… motywujące – być częścią tego sukcesu.

I to też dowód, że wiara w cel – góry przenosi. A skoro MW może, to ja też – mogę. Więc jestem na Narodowym – za rok na pewno.

A wynik? Kiedyś się nabiega. Bo przecież w maratonie nie ma nic na skróty, a ja znowu chciałam wsiąść do nie swojej kolejki.


© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci