Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Życiówki

No to wróciłam. Oczywiście w Warszawie

beautyandb

No to wróciłam. Na razie głównie do biegania, z pisaniem jeszcze trochę gorzej, ale plan jest ambitny. Choć przez minione trzy miesiące przekonałam się, że plan to nie wszystko. I że bez planu można też nieżle działać i osiągać swoje cele. Wiem, wiem, gdyby był plan, to i może i cel byłby ambitniejszy, może i jeszcze lepszy wynik. Ale jak dla mnie na razie wystarczy.

To był mój dziesiąty start w Półmaratonie Warszawskim. Taki rocznicowy rok, chodzi mi po głowie pewne rocznicowe szaleństwo, ale jeszcze mu nie uległam (nie namawiać, jak decyzja zapadnie, to ogłoszę). I chociaż od życiówki dzieliło mnie w niedzielę dobre 12 minut (no, bez kilku sekund), to i tak miałam się z czego cieszyć. I cieszyłam się tak, że żeby nie uszy, to uśmiechałabym się naokoło głowy. Za metą, z medalem, śmiałam się i jednocześnie miałam łzy w oczach, czyli popadłam w stan mojej biegowej histerii, co zazwyczaj oznacza, że było dobrze.

Bo było. A nawet nadspodziewanie dobrze.

Nadspodziewanie dobry okazał się czas. Kiedy kilka dni przed półmaratonem ogłoszono listę zajęcy, miałam dylemat, czy pobiec z Iwonką na 1:55, czy raczej próbować biec z pacem na 1:50 i próbować nie dać mu uciec. A może zacząć z Iwonką, a potem ewentualnie przyspieszyć? A może jednak na 1:50, a potem kontrolowanie zwalniać? Zapytacie, dlaczego zwalniać? Bo jakoś 21 km w tempie 5:12 leżało w mojej głowie poza granicą aktualnych możliwości.

Generalnie interesował mnie wynik poniżej 2 godzin, coś w okolicach 1:55. To byłam sobie w stanie wyobrazić. Zwłaszcza po kontrolno-treningowym starcie w Wiązownej, gdzie nabiegałam 1:56.

Nadspodziewanie dobra okazała się też pogoda. Oczywiście, dla biegacza to nie jest dobra wiadomość. Chyba że biegacz ma intuicję i się dobrze ubierze. Udało mi się być w grupie szczęściarzy. A mówiąc wprost – nie uwierzyłam w te poranne chmury i prognozy pogody. Jeszcze tak nie było od kiedy biegam – w PMW startuję od 2008 r. – żeby na Półmaratonie Warszawskim nie było słońca. Owszem, raz było minus 10 na starcie. Ale też było wtedy piękne słońce. Więc tym bardziej musiało być i tym razem. Pewnie się powtarzam, ale moim zdaniem Marek Tronina ma jakiś układ z „górą” ;-) i pogodę gwarantowaną w pakiecie.

A skoro przy pogodzie i przy ubraniu jesteśmy, to ubrałam się nad wyraz dobrze. Czyli zmarzłam przed startem, marzłam przez pierwsze trzy kilometry, a potem było idealnie i wreszcie pod koniec miałam ochotę zrywać z siebie… A, nie. Nie było co zrywać. Problem tkwił pod koszulką i był techniczną koszulką, która miała chronić nerki i okolice od wiatru i przechłodzenia. Tak, ja tylko wyglądam na lekko zwariowaną, poza tym jednak bywam rozsądna.

Chociaż też w każdym calu jestem kobietą – i nie odmówiłam sobie nowej biegowej kiecki. Znaczy, spódniczki w stylu folk od Polka Sport. Spódniczka nie tylko ma fajny folkowy wzór (uwielbiam!), to okazała się nadspodziewanie funkcjonalna. Bo pod spódniczką właściwą kryją się minispodenki, a w nich kieszenie. A to oznaczało, że nie musiałam upychać żeli w rożnych dziwnych miejscach. Więc zapakowałam od razu dwa. I to był strzał w dziesiątkę – pierwszy wciągnęłam na ósmym kilometrze, drugi – na 15. Jakbym zaplanowała jakaś strategię odżywania, nie mogłaby być lepsza.

Chociaż nie wszystko mi sprzyjało. Jakiś tydzień przed biegiem w niewyjaśnionych okolicznościach zaginał mój ukochany zegarek do biegania. Moje szczęśliwe Suunto z Gór Stołowych. Jednego dnia w nim biegałam, a dwa dni potem – już go nie było. I nie ma go do dziś L   Ale to temat na inny wpis, może do tego czasu zegarek się jednak znajdzie.  

Na treningach na razie biegam sobie z telefonem. Ale zaufanie do niego mam ograniczone. Chociaż bieg z nim okazał się zaskakująco skuteczny, nie gapiłam się cały czas na cyferblat, a cieszyłam się tym, co wokół, i tylko co jakiś czas z zaskoczeniem konstatowałam, że właśnie minął kolejny kilometr, a ja ciągle biegnę i ciągle nie mam kryzysu, nie mam półmaratońskiej ściany jak w Wiązownie…

Cieszyłam się trasą, bo było czym. To był mój dziesiąty start w PMW i trasa już prawie idealna. I trakt królewski, i Łazienki, i Agrykola, i Trójka, i Most Świętokrzyski, i Praga, i biegliśmy tuż obok Kamiennej – mojego pierwszego adresu w Warszawie, i potem Most Gdański… Co trochę mi się twarz rozciągała w uśmiechu, trochę wyglądałam jak plastuś z przyklejonym uśmiechem, ale co zrobię, tak wyszło, mam tak samo jak wy – miasto moje, a w nim…. Wszystko co dobre i złe… Ale akurat trasa szła po tych dobrych rejonach.

17546724_10211437131256371_1985075155622221819_oFot. Bartek Wasilewski

Cieszyłam się kibicami, których tradycyjnie już nie brakowało na trasie. Nie tylko na oficjalnych punktach. Najlepsi byli ci kibice, którzy wylegli spontanicznie ze stolikami i wodą – miejscami nieśli zbawczą siłę (dzięki za tą butelkę przed Gdańskim ;-)). Kierowcy chyba też powoli się oswajają z biegaczami, bo jakoś udało mi się nie trafić na żadnego agresora. Miasto w końcu dorasta do imprezy, to fajne.

No, a już zdecydowanie cieszyłam się ze swojego wyniku na mecie. Bo to było tak – z jednej strony ograniczone zaufanie do telefonu, z drugie próby ulokowania się między czasem netto a brutto wyświetlanym na oficjalnych zegarach – i już na 20 kilometrze tak się konkursowo pogubiłam, że nie wiedziałam, czy złamię te 1:50 czy nie. W sumie nie biłam się o czas, ale po takim dobrym biegu – byłoby super. No więc spróbowałam przyspieszyć, albo przynajmniej nie zwalniać. Brutto – zmieściłam się w dwóch godzinach. Netto… no cóż. Telefon zastopowałam na 1:48: 37, ale margines błędu był spory… Taki akurat na 34 sekundy. 1:48:03. Szkoda tych trzech sekund, ale! 1:50 złamane konkretnie! Znowu uwierzyłam, że jeszcze kiedyś pobiegam szybciej.

Ale tak najbardziej to się cieszyłam z tego, że… pobiegłam dobrze. Bo po raz kolejny wzięłam udział w akcji #biegamdobrze. Po raz kolejny zbierałam pieniążki na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. I tym razem udało mi się zebrać więcej niż przed rokiem – także dzięki Wam J A ja zrobiłam tylko to, co do mnie należało – pobiegłam najlepiej jak umiałam.       

I dlatego za metą mogłam się tylko uśmiechać od ucha do ucha. Jak w Barcelonie, jak kiedyś w Krakowie, jak nie raz już – w Warszawie.

17545497_1442612869102765_6369446096626544972_oFot. Beata Czarnecka, Sportografia.pl

No i… coś mi przyszło do głowy, ale o tym – w innym odcinku.

Ten jest od tego, żeby zachwycać się Warszawą. I Półmaratonem Warszawskim, w którym biegłam dziesiąty już raz J       

Nie zdążyłam, czyli nieoczekiwanie przerwany BPS

beautyandb

W sporcie taka historia w zasadzie nie ma prawa się wydarzyć. Chociaż zaraz mnie pewnie ktoś sprostuje, bo być może jednak… Jeżeli już się zdarza – to raczej przesunięcie terminu na później. Tak jak w Mistrzostwach Polski w maratonie w 2010 r. , w tym roku – w maratonie w Himalajach. Ale życie pisze nieoczekiwane scenariusze i okazuje się, że czasami  na BPS zwyczajnie nie starcza czasu. To mi się właśnie wydarzyło, a fraza „nie zdążyłam” była chyba tą, którą najczęściej powtarzałam przez minione dwa tygodnie.

A przecież plan był taki prosty. Do początku grudnia w pracy, potem 5 tygodni na to, żeby dosprzątać mieszkanie, samochód, wymienić opony, urządzić święta – i po Nowym Roku trafić spokojnie do szpitala. Tu miałam mały stresik, bo oczywiście wymyśliłam sobie szpital pierwszego i drugiego wyboru, ale nie poczyniłam ani kroku, żeby mieć gwarancję, ze właśnie tam mnie przyjmą. Owszem, o tym pierwszym słyszałam (i czytałam), że trzeba mieć „swoją” położną. To tak jakby na maraton zatrudnić osobistego pacemakera. – Naprawdę jest konieczna? – zapytałam lekarki prowadzącej. Ona akurat była lekko sceptyczna. – Głównie dla pani komfortu psychicznego. – wyjaśniła. Ciekawe, że już lekarka od USG twierdziła, że w moim wieku i w ogóle… to już wyłącznie.

Taaak. W moim wieku i z moją historią to powinnam od razu wybrać cesarskie cięcie, zrobić kwalifikację u konkretnego lekarza i pozamiatane. Tylko że poza tym wskazań ściśle medycznych do cesarki było brak, a w szkole rodzenia zrobili mi pranie mózgu i przestawili tryby myślenia. Dlatego szukałam wszystkich możliwych wskazań i przeciwwskazań. Ułożenie dziecka? Prawidłowe. Masa? Nie będzie bardzo duże. Mój zabieg z wiosny? Nie, nie naruszał mięśni. Ryzyko konfliktu płytkowego? Ale nie ma przeciwciał, poród naturalny byłby nawet wskazany. Tak naprawdę zastanawiałam się do ostatniej wizyty u lekarza. To znaczy, ona nie miała być ostatnia.

Ale tak wyszło.

To mniej więcej tak, jakbyście się szykowali na ultra i nagle ktoś Wam powiedział, że start jest miesiąc wcześniej. I to właściwie z dnia na dzień.        

Komplikacje zaczęły się zaraz potem, jak już wzięłam zwolnienie. Organizm chyba poczuł lekkie rozprężenie, bo jak przez całą ciążę właściwie żadne infekcje mi się nie imały, tak tu po czterech dniach dopadł mnie koszmarny kaszel. Dwa dni kuracji miodem, mlekiem, imbirem, czosnkiem, malinami etc… poskutkowało tylko tym, że do kaszlu dołączył jeszcze katar, skutecznie niwecząc moje plany sesji ciążowej, która już była umówiona, Tak, bardzo chciałam mieć te zdjęcia, czekałam prawie do ostatniej chwili. Z cieknącym nosem i oczami w końcu się poddałam i przełożyliśmy spotkanie na piątek.

Tylko że wcześniej nastał wtorek. O świcie pognałam do internisty, bo ten kaszel z katarem nadal nie wyglądały obiecująco. Internista wypisał antybiotyk, po weryfikacji u doktor prowadzącej nawet zdazyłam się w niego zaopatrzyć. A potem pojechaliśmy z małżonkiem do centrum, bo miałam też skierowanie na kontrolne ktg od 37. tygodnia. Ot, tak na wszelki wpadek.

No i właśnie wypadku było trzeba. Poszłam do przychodni, specjalnie żeby z tym katarem i kaszlem nie siedzieć między kobietami w ciąży na Izbie Przyjęć. Szybciutko weszłam, podpięli mnie do aparacika, leżę i słucham. I nagle, tuż przed końcem badania, poddenerowowana położna każe mi zmieniać pozycje, głęboko oddychać, leci po lekarza… Lekarz wpada, każe mi się jeszcze inaczej ulożyć, znowu oddychać…    Po chwili wszystko wraca do normy, ale przytrzymują mnie pod aparacikiem drugie tyle. A na koniec dostaję jeszcze konsultację lekarską, z której lekarz odsyła mnie bezpośrednio do Izby Przyjęć. Tam od razu znowu podpinają mnie pod aparat. Tym razem zapis jest książkowy, ale na koniec słyszę: Dobrze by było, gdyby pani już  u nas została. Oczywiście nie musi pani, ale…

Robi mi się ciemno przed oczami… Wiadomo, zostaję, ale nie wiadomo, co dalej. Zostaję… Pańcia z torebeczką i kartą ciąży, bo przecież inne badania akurat nie były mi potrzebne. Na szybko robię Tomkowi listę rzeczy niezbędnych. Nie zapominam o szlafroku, ale zapominam o takich rzeczach, że to… aż wstyd pisać ;-) Zostaję na Żelaznej. W tej całej sytuacji to jedyny pozytyw. Właśnie na Żelaznej chciałam rodzić, ale cały czas miałam perspektywę, że zostaniemy odesłani. Tymczasem na razie sami mnie tu zatrzymali. No, ale do terminu porodu jeszcze ponad trzy tygodnie, chyba nie będą mnie tu trzymać przez święta… Tomek wraca jeszcze w środku nocy, przywozi mi rzeczy.

Zrazu mimo szpitalnych okoliczności nie jest źle. W środę w południe zostaję na sali sama, co skrzętnie wykorzystuję na pozakręcanie kaloryferów i wietrzenie. Potem już da się wytrzymać. Wieczorem załogę uzupełniają jeszcze Asia i Ania – przez te 36 godzin we trzy zdążamy się trochę zakumplować, choć każda z inna historią i perspektywą. Przez środę i czwartek wszystko jest super, cztery razy na dobę podpinają mnie na godzinę pod ktg, zapisy są książkowe. Zaczynam powoli myśleć, że może mnie wypuszczą…

Aż do piątkowego obchodu. Bo w piątek mamy skończony 37 tydzień ciąży, czyli formalnie ciąża jest uznana za donoszoną. I na obchodzie pan doktor mówi, że „będziemy indukować poród”. Że co??? Dopiero sobie uświadamiam, jak bardzo byłam nieprzygotowana. A te wszystkie liście malin, masaże, przygotowania, nie wspomnę o rzeczach (nadal nie mam ze sobą torby dla maleństwa)…

Tymczasem przypinają mnie do ktg, za chwilę mają podać oksytocynę. No, ale to jeszcze nic nie znaczy. Tomek zagląda do mnie rano, potem ma jechać do szkoły, pozaliczać wszystkie egzaminy w „zerówce”, żeby potem mieć swobodną głowę. Leżę pod tym ktg i nagle… Znowu wpada położna, lekarz, znowu muszę oddychać do brzucha, znowu coś jest nie tak, tętno maluszka spada. Na chwilę, ale spada. Lekarz decyduje szybko – urodzi pani dzisiaj. Najdalej w nocy. Nikt nie będzie ryzykował trzymania pani dłużej. Mam wrażenie, że ruszyła lawina. Pytam położnej, jak czasowo to ma wyglądać. Dzwonię do małżonka, żeby już się nie douczał, bo nie zdąży nigdzie pojechać. A najlepiej, jakby dopakował rzeczy dla Marcinka i za jakieś 3 godziny pojawił się w szpitalu z powrotem. Na smsach wypisuję, co oprócz ubranek powinno być w torbie. Ta uprana już czekała, tylko ciągle mi  czegoś brakowało, żeby ją spakować.

Na smsach jestem też w kontakcie z moją panią doktor, która dzwoni do doktor dyżurnej. Oczekiwanie trochę się przedłuża, ja cały czas jestem podpięta pod ktg i kroplówkę z oksytocyną, od śniadania już nie jem. W końcu pani doktor kończy zabieg i ma chwilę dla mnie. Zaczyna się nieźle, bo mam na sobie koszulkę półmaratonu w Wiązownie, okazuje się, że to jej okolice, a wcześniej mieszkała tak, że prawie byłyśmy sąsiadkami. Gadamy sobie zatem przyjemnie, prawie nie odczuwam nieprzyjemności badania. Ustalam, że gdyby tylko coś się znowu z tym tętnem działo, będzie cięcie, trudno. Wracam na salę, chwilę potem przybywa małżonek, dosłownie w ostatniej chwili, bo już zgarniają nas na… blok porodowy.

Sala morelowa. Jest bosko. Duża sala, wanna, łazienka, piłki, drabinka, lina… Rozgaszczamy się. Ja cały czas z tą okropną kroplówką, ale staram się nie zwracać na nią uwagi. Po 19 pojawia się położna, która będzie się nami zajmować. Patrzę spod oka. – Pani prowadziła zajęcia w szkole rodzenia? – pytam niepewnie. – Tak, z porodu. To co? Sprawdzian praktyczny? – półżartem odpowiada położna. Fajnie. Zaczęło się nieźle. Ale to złudzenie. Przez następną godzinę nic się nie dzieje. Niby mam skurcze, ale ani jakieś silne, ani regularne. Timer do skurczów (tak, są takie aplikacje, serio, nawet ściągnęłam jedną) okazuje się kompletnie nieprzydatny. Chodzę, gadamy, jest radio, więc zaraz w tle wybrzmiewa Lista Przebojów Trójki. Śmieję się, że mały powinien się czuć jak u siebie w domu, w końcu zawsze w piątek wracaliśmy z pracy słuchając listy…

Niestety, po tej godzinie na jakiś czas kończy się wolność. Znowu ktg, oksytocyna już cały czas. Leżę pod aparatem dobrze ponad godzinę. Skurcze robią się coraz silniejsze, ból coraz trudniejszy do zniesienia, wydaję z siebie dziwne dźwięki… Położna przynosi ciepły kompres, Tomek przykłada mi go do pleców. Gdzieś w międzyczasie odwiedza nas lekarz dyżurna, położna opowiada o innej rodzącej, co to miała powiedzieć, że skoro przebiegła maraton, to i dziecko urodzi. – Ja przebiegłam dwadzieścia, ale nie pamiętam, żeby którykolwiek tak bolał – odpowiadam gdzieś w przerwie. Z rozmowy wynika, że dla odmiany pani doktor ma w swoim życiorysie epizod triathlonowy. Ładnie trafiłam.

I wtedy zaczynam sobie uświadamiać jak się czuję. Dokładnie tak, jak na tych dwóch ultra, co to się do nich nie do końca przygotowałam. Jak na 35. kilometrze Supermaratonu Gór Stołowych, kiedy jeszcze do mety było daleko, choć było ją słychać nieznośnie blisko…      

Gorzej, że robię się zmęczona. Normalnie zasypiam w przerwach między skurczami. Tyle że przerwy coraz krótsze. Wtedy, kiedy nie zasypiam, staram się coś z humorem i dystansem zaprodukować, bo widzę, że małżonek też ma trochę dosyć. Okupuję piłkę. Tak jest trochę wygodniej.

W końcu koło jedenastej postanawiam się poddać. Jakbym znalazła tego, co mnie namówił na poród siłami natury… Kiedy zagląda położna, pytam o znieczulenie. – O północy podepnę panią pod ktg, jak wszystko będzie w porządku, podamy znieczulenie – mówi. Czas wlecze się niemiłosiernie. Jeszcze przed północą Tomek ściąga położną do sali. Krótkie badanie, 4 cm rozwarcia… Matko, jeszcze drugie tyle… - myślę z przerażeniem, czekam na to znieczulenie jak na wybawienie. Położna idzie po lekarza. Mija północ. Przychodzi lekarka. Jeszcze raz bada. Jakie 4 cm? Osiem. Tu już nie ma czego znieczulać, za chwilę człowiek się urodzi. Dźwięki, które z siebie wydaję, nie mają już nic wspólnego z ludzkimi. Ale to już absolutny finisz. Za chwilę człowiek wystawia główkę, potem panie mną sterują i wyciągają małego. Kładą mi go na brzuchu.

Mam łzy w oczach, od razu zaczynam coś nawijać do synka…

Ależ poszło. Jak na tym maratonie karkonoskim, co ledwo się dowlokłam do półmetka i już chciałam zejść z trasy, kiedy nagle odzyskałam animusz i do mety wyprzedziłam jeszcze 30 osób. Czuję się równie padnięta. Tylko… dużo bardziej szczęśliwa. Tulę w ramionach największy skarb, największe szczęście. Już nie ma znaczenia, że z czymś nie zdążyłam. Synek jest z nami – i tylko to się liczy. Drobniutki, niecałe 3 kg, ale długi, zdrowy, dostaje 10 pkt. Mamy następne dwie godziny tylko dla siebie… Najlepszy czas. Jak tuż za metą po życiówce… Taka życiówka!           

Z tego wszystkiego nie robimy zdjęć. Może to i lepiej. – Tylko jednego ujęcia żałuje. Tego, jak ci położyli małego na piersi – mówi mąż.

Za chwilę musi zniknąć w mroku nocy, a my z Marcinkiem trafiamy na ogólną salę. Potem jeszcze na inną. Spędzamy w szpitalu jeszcze trzy doby. Poznajemy się. Mam najcudowniejszego synka na świecie. I męża, który w tym czasie nadrabia to, czego nie zdążyliśmy posprzątać. Prawie mu się udaje zdążyć. Mnie też się prawie udaje zrobić pierogi na Wigilię. Ale jeszcze w pierwsze święto mama i mąż dolepiają reszteczki.

Z wpisem też nie zdążyłam. Miał być na Wigilię, ale… prawdę powiedziawszy dopiero wczoraj włączyłam komputer…

Mam nadzieję, że z następnym, ważnym wpisem, zdążę przed szampanem (bezalkoholowym rzecz jasna).1934421_10153403507323845_3195003844990872312_n

Rys. Tomasz Pojawa

Marcin, czyli dlaczego #anianiebiega

beautyandb

To chyba już najwyższy czas napisać, dlaczego tak naprawdę Ania nie biega. Z dużą częścią znajomych i czytelników spotkam się pewnie dzisiaj na przedmaratońskim Expo albo jutro gdzieś za strefą mety. Tak, zamierzam być na stadionie, tym razem bez oficjalnej czy nieoficjalnej funkcji, bo w sumie każde okołomaratońskie zadanie, nawet stanie za metą przez dłużej niż pół godziny może przerosnąć możliwości mojego kręgosłupa.

Bo kręgosłup mam niewątpliwie dodatkowo dociążony. Oprócz mojej wagi, która zdecydowanie wykroczyła poza to, co się zdarzało kiedykolwiek do tej pory, musi poradzić sobie z niewielkim, ale jednak istotnym obciążeniem.

„Obciążenie” ma na imię Marcin. Tak przynajmniej wskazują wszystkie znaki, nie tyle na niebie i na Ziemi, co po prostu – na monitorze aparatu USG, chociaż młody pilnie strzeże swojej prywatności i dość długo nie zdradzał nic, co umożliwiałoby nadanie mu imienia. Marcinem został po trosze w związku z Marcinem Lewandowskim, bo padło też w naszej rodzinnej rozmowie imię Adam (wiadomo, było tuż po Pekinie), ale ponieważ wszystko wskazuje na to, że pojawi się na świecie gdzieś pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia a Świętem Trzech Króli (formalnie czekamy na niego tuż po Trzech Królach, ale… wiadomo) – więc Adam byłby niehumanitarny. Będzie więc Marcinem.

Póki co Marcin waży co prawda niespełna kilogram, ale troskliwa mamusia (czyli jednak ja) postanowiła mu zafundować solidny kokonik. Nawet nie chce mi się stawać na wagę, odchudzać się będę potem. Na wiosnę J W ciuchy, zwłaszcza te ze sportowej półki, już dawno się nie mieszczę.

Tak, wiem, stan odmienny, dla niektórych błogosławiony, to jeszcze nie powód, żeby nie biegać. I nie zabronił mi tego żaden lekarz (poza tym, który oglądał moje kolano na początku czerwca). Ani ten, który się mną zajmował przez wcześniejsze pół roku, a który za każdym razem mi powtarzał, że ciąża to nie choroba i nie ma powodu do zmiany trybu życia, ten sam, który na wiosnę pozwolił mi  na szybki powrót do aktywności, dzięki czemu mogłam pobiec w Półmaratonie Warszawskim. Ani doskonale znana w biegowym środowisku pani doktor, która kibicowała na półmaratonie, a teraz  zajmuje się nami, i która na każdej wizycie odpytuje mnie z aktywności fizycznej.

Właściwie biegania zabroniłam sobie sama. I to prawie od samego początku. Tak, ten półmaraton w Sopocie, na trasie którego spędziłam ponad dwie godziny, był pierwszym biegiem, kiedy już wiedziałam, że muszę nieco bardziej uważać. Uważanie okazało się strasznie… czasochłonne. Z kolejnych dwóch biegów – półmaratonu w Kielcach i Oleckiej Trzynastki – zrezygnowałam. Potem dostałam zielone światło na bieganie. Z tętnem tak do 150… Na drugi dzień pobiegłam 5 km w Warsaw Track Cup. Tętno… cóż. Na pewno było wyższe niż 150, zwalniałam i hamowałam jak się tylko dało, byłam ostatnia z ostatnich.

I doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. To znaczy – zawody nie mają sensu. Nie w moim wykonaniu. Ale dalej w grę wchodziło bieganie rekreacyjne. I właśnie kiedy udałam się na taki bieg rekreacyjny – uszkodziłam sobie nogę. Tę historię już znacie. Z tym, że sama noga uniemożliwiła mi bieganie raptem przez jakieś 6 tygodni. Od połowy lipca mogłam próbować truchtać. Ale doszłam do wniosku, że to niekoniecznie musi być najlepsza forma ruchu, zwłaszcza, że waga, że słabsze mięśnie, że inny rozkład ciężaru ciała, że…

W każdym razie uznałam, że to jednak chodzenie z kijkami i siłownia oraz rowerek stacjonarny będą zdecydowanie bardziej sprzyjały bezpiecznemu zachowaniu formy.

Tak trafiłam do Gravitana w Adgar West na kluczowe dwa miesiące. Na całe szczęście spotkałam tam też dwójkę fajnych trenerów – Krzysztofa i Kasię. Krzysztof pomógł mi trochę w dobraniu pierwszych ćwiczeń, jeszcze bardziej rehabilitacyjnych, i dopilnował techniki przy niektórych. A potem przyprowadził Kasię, która pracowała z kobietami w ciąży i ułożyła mi cały zestaw ćwiczeń. Teraz mogę te ćwiczenia robić w domu. Pod warunkiem, że się zmobilizuję. Aha, bo karnet  do Gravitana w końcu się skończył…

Ale przede wszystkim staram się chodzić. Jeszcze nie tyle i nie tak regularnie jak bym chciała, ale staram się. W tym tygodniu też wreszcie po raz pierwszy od maja poszłam na basen. Wiadomo, żaden trening nie wchodzi w rachubę. Ale przynajmniej się poruszałam i odciążyłam kręgosłup. Tego będę potrzebować coraz częściej, więc pora się przyzwyczajać. Śpię ze specjalną poduszką, bo inaczej chyba nie przespałabym nocy, a przecież te bezsenne dopiero czekają ;-)

Marcin chyba lubi ruch, bo po takim aktywniejszym dniu on sam też jest bardziej aktywny.  Cały czas jednak jest we mnie jakaś irracjonalna obawa, żeby nie wydarzyło się coś, co może… No, w każdym razie ja mam świadomość swojego wieku (wiem, nie widać, ale mam te swoje lata). Dlatego może jestem nazbyt ostrożna. Wiem, że dla mnie/dla nas to właściwie ostatnia szansa, żeby móc się cieszyć z bycia rodzicami. O tym, o naszym „biegu po nowe życie” być może jeszcze napiszę przy innej okazji. Teraz został nam taki BPS, ostatnie trzy miesiące. Mamy jeszcze czynniki ryzyka, z którymi musimy się liczyć i na które kompletnie nie mamy wpływu. Na szczęście na razie wszystko jest w porządku i w miarę pod kontrolą. Powoli rozglądamy się za łóżeczkiem (rady mile widziane ;-))   

A ja planuję powoli przyszły sezon. Tak sobie myślę, że Półmaraton Warszawski… Chociaż może spotkamy się już wcześniej :)  A z niektórymi – na pewno dzisiaj i jutro.

pzuoutbnz15w_01_pkl_20150905_113136_1.jpg1225Na trasie Biegu Po Nowe Życie :) 6.09.2015

Antyżyciówka, czyli po co mi to było.  I PKO Półmaraton Sopot

beautyandb

- A może mi pani powiedzieć, jak pani pobiegła półmaraton dwa tygodnie po zabiegu? – zapytała lekarka, która widziała mnie na trasie, a z którą jakiś czas potem zobaczyłam się w okolicznościach medycznych.

- To były trzy tygodnie – odpowiedziałam, puszczając oczko. – Zresztą, jak się widziałyśmy, to jeszcze mi się dobrze biegło, schody zaczęły się później… - uzupełniłam.

- Aha, na głowę miało pomóc? Pomogło?

- Trochę…

Dobrze, że pani doktor też trochę biega, wiec  nie usłyszałam słów krytyki. A w międzyczasie wymyśliłam sobie, że przecież porażkę w Wiązownie i słaby wynik w Warszawie mogę sobie powetować w takim… Sopocie. Właściwie nie wiadomo, dlaczego, bo w Sopocie w życiu nie byłam albo byłam całe wieki temu służbowo, bo poza molem i kawałkiem deptaka jako żywo nic nie pamiętam, ale czułam się tu dziwnie znajomo i swojsko. Ale kiedy tylko usłyszałam, że szykuje się taki półmaraton, a potem jeszcze zobaczyłam projekt medalu – wymyśliłam sobie, że Sopot to będzie idealna majówka.

A potem, jak to zwykle bywa, zaczęły się schody. Niby na początku kwietnia zaczęłam wracać do jakiegoś treningu, w palnie był spokojny powrót, podobnie jak jesienią, ale jednocześnie gdzieś w tle cały czas pojawiały się kolejne sygnały dymne od medycyny – i w rezultacie skończyło się tym, że przez ostatnie dwa tygodnie przed I PKO Półmaratonem Sopot moja aktywność ograniczyła się do jednego treningu pływackiego i jednej przejażdżki rowerowej na 42 km w tempie ok. 20 km/h. W sumie przez cały kwiecień nabiegałam aż 32 km.

I z tym imponującym przygotowaniem postanowiłam jednak pojechać do Sopotu. Też trochę na ostatnią chwilę – i podróż, i nocleg, i pakowanie. Jestem mistrzynią improwizacji, chociaż tym razem mogła mnie drogo kosztować. I to dosłownie, bo w piątek okazało się, że wydostać się z Sopotu w niedzielę po południu można tylko samolotem, ewentualnie. Bo nawet najdroższych miejsc na Pendolino i inne ekspresy już nie ma. Jasne, trzeba było dłużej poczekać. Na całe szczęście wróciliśmy wczoraj w nocy – luksusowo, w towarzystwie Beci i Rafała, a wcześniej wycisnęliśmy, co się dało z tych dwóch nadmorskich dni.

W piątek co prawda trochę padało, ale to nie przeszkodziło nam w 3,5-kilometrowym spacerze do Ergo Areny, gdzie mieściło się Biuro Zawodów. Biuro działało sprawnie albo może ludzi było mało, na listach startowych widniało w piątek ok. 850 nazwisk, nie widać było wielkiego pospolitego biegowego ruszenia. Expo składało się z jednego stoiska, więc jeżeli miałam jakiś pomysł na zakupy – szybko mi przeszło. Za to wreszcie miałam okazję dopchać się (no, dobra, w piątek po południu też nie było specjalnego tłoku) do stoiska PKO Biegajmy razem i zadeklarować bieg w szczytnym celu. Karteczkę „Biegnę dla Magdy” przypięłam w sobotę na plecach koszulki. W piątek też było pasta party – niestety, rozciągnięte w czasie, więc było pustawo, choć makaron znakomity. Szkoda, że pustawo było też na prezentacji elity, ale staraliśmy się narobić pozytywnego hałasu, mam nadzieję, że się udało.

A energię doładowaliśmy w przybytku „Pomarańczowa plaża”, gdzie z widokiem na morze – od jakiegoś czasu świeciło słońce, chociaż wiało jak… wiadomo – podawano całkiem pysznego i całkiem świeżego dorsza.

W sobotę słońce świeciło od rana. Ale to nic ni znaczyło, bo wiatr nadal wiał jak… (wiadomo jak) i było dość chłodno. Na spacer w kierunku startu (znowu te 3,5 km) założyłam zimową czapkę. Ledwie wyszliśmy z miejsca obozowania, a już natknęliśmy się na służby zamykające ulice. Ba, nawet deptak – od razu zostaliśmy shaltowani, bo „tu będzie bieg”. – Wiemy, właśnie idziemy na start – odparowaliśmy. –A, to proszę.

Poszliśmy. Marszem raczej żwawym, bo zrobiło się późnawo. Ale w porę dotarliśmy do Ergo Areny i do depozytów. Cali mocno już rozgrzani, a ja na dodatek z objawami odwodnienia, bo zapomnieliśmy wody na drogę, a o 8 rano przy deptaku nie ma nic. Przebierając się, ujrzałam zgrzewkę wody pod stolikiem wolontariuszy. Rzuciłam się zdesperowana do stolika. –Czy ja mogę od pani odkupić butelkę wody? – wycharczałam widowiskowo do wolontariuszki. –Ale my tu nie mamy… - zaczęła dziewczyna. –Owszem, macie, stoi tu pod stolikiem – pokazałam jej palcem. Podała mi butelkę. Byłam uratowana.

Depozyt też działał w miarę sprawnie, mimo że sporo biegaczy kompletnie olało oznaczenia, który stolik dla których numerów i biedne dzieciaki zasuwały z tymi worami po całym depozytowym kawałku hali.

Po depozycie zostało mniej więcej tyle czasu, żeby odwiedzić toalety i pognać na start. Słońce prażyło, wiatr wiał, pogoda postanowiła nie być przyjaciółką biegaczy. Ustawiliśmy się z małżonkiem w plamie słońca w strefie gdzieś powyżej 1:50. I ruszyliśmy – na początek niemal łapka w łapkę, jak zgodne małżeństwo prawie jednakowo nieprzygotowane do biegu. Gdzieś na pierwszym kilometrze uwiecznił to Wasyl J Potem posłuchaliśmy ciekawej dyskusji treningowej za naszymi plecami. Było m.in. o treningu Bartka Olszewskiego. I jeszcze o kilku zabawnych rzeczach. I tak do 5. kilometra, czyli małą pętlę wokół Ergo Areny pokonaliśmy wspólnie. Ale pod koniec tego piątego kilometra małżonek zaczął mi odjeżdżać, a ja… już wiedziałam, że muszę przyjąć inną taktykę. Dobiegłam do 6 km i przeszłam w marsz. Minuta – i znowu bieg. Umówiłam się z organizmem, że 2 km biegnę, minutę-dwie maszeruję. Coś w rodzaju Gallowaya. Na 8. kilometrze akurat był punkt odżywczy, 10. wypadł w okolicach molo, gdzie tłum kibiców próbował mnie poderwać do biegu, aż jakaś pani rzuciła, że na pewno biegnę Gallowayem. Uśmiechnęłam się, machnęłam ręką, że tak, i potupałam dalej.

Do 12 km trzymałam się swojego założenia. Później organizm jednak podjął inne formy strajku. W efekcie było tak, że maszerowałam sobie dziarsko, kilka osób mnie mijało, potem zaczynałam biec, doganiałam, przeganiałam – i znowu szłam. Na 16 kilometrze stali kibice z tablicą: Dawaj, dawaj, Kenijczycy już jedzą! Zmobilizowałam się i do 17 prawie dotruchtałam. Ale tam była dłuższa prosta pod wiatr. Walkę z wiatrem, podobnie jak z wiatrakami, uważam za bezsensowną. Zatem przespacerowałam się jakąś imitacją chodu sportowego (kijki mi się przypomniały, doszłam do tempa 7:05). I tak sobie marszobiegłam, bo Gallowayem to już trudno nazwać – i na 19. kilometrze, gdzie kilku kibiców-nastolatków zdzierało gardła, i podbiegałam na 20, i znowu pochodziłam tuż przed koncówką, bo tak, chociaż i nogi, i reszta dawały sobie radę…

Wreszcie zaliczyłam ostatni zakręt i rozpędziłam się w stronę mety. 2:08 z jakimiś ułamkami. No, jaka piękna antyżyciówka – ucieszyłam się. Nawet w Krynicy na jesieni pobiegłam szybciej. A tu – nie dało się. Nie, i już. I na dodatek, zamiast się wściekać, że nie mogę, że nie idzie – ja się uśmiechałam, zagadywałam, odmachiwałam. I w ogóle doskonale się bawiłam. A trasa sopockim deptakiem podbiła mnie na tyle, że postanowiłam wrócić tam w lepszej formie. Tym bardziej, że nie tylko medal był wyjątkowej urody, ale okazało się, że zaplecze Ergo Areny dysponuje przyzwoitymi szatniami i prysznicami z gorącą wodą. I znalazła się nawet… szatnia damska ;-)

A poza tym, gdzie indziej zaraz po biegu można pognać na plażę i zjeść zupę rybną (ach to białko, ta regeneracja!)?

W każdym bądź razie Sopot, a raczej sopocki półmaraton, mimo że jeszcze nie nabrał rozmachu, jeszcze był taki trochę nieopierzony – mnie podbił zupełnie i znalazł sobie we mnie fankę. No, pardą. Czasami bywam irracjonalna.

To zupełnie jak z tym startem w Sopocie. Zaprzecza absolutnie wszystkim zasadom, których w bieganiu się trzymam. Ale potrzebowałam go. Potrzebowałam, żeby przypomnieć sobie radość biegania. Nie, nie magię, ani nie poezję ani nic w tym stylu. Raczej – wysiłek i radość z pokonywania własnej słabości. I potrzebowałam go też, żeby spojrzeć na bieganie i na zawody z innej strony – właśnie tego biegacza na ponad 2 godziny. Chociaż chyba miałam szczęście – bo w samej końcówce zabrakło medali. Bo nagle z tych niespełna 900 osób na liście zrobiło się ponad 1000 osób na mecie. Też tak trochę… irracjonalnie i nietypowo, bo zazwyczaj na mecie jest mniej osób… Cóż, ten magnetyzm i ten sopocki jod ;-)

W każdym bądź razie, żeby nie było, że ja jestem taka kompletnie irracjonalna, to jednak na razie zrezygnuję z biegania w zawodach. Przy całej radości, jaka mi dał bieg w Sopocie, jakoś nie bawi mnie ustanawianie kolejnych antyżyciówek. Truchtać to sobie mogę po lesie.

Nota bene, ten w okolicach Sopotu jest całkiem przyjemny… Może by jakieś małe wakacje…?

11173357_950075285023195_5459024513586061588_nFot. Tomasz Pojawa. Ania po tym, jak własnie ukończyła najsłabszy półmaraton ever. 

Już wiem, dlaczego sport

beautyandb

Już wiem, dlaczego sport. Dlaczego od jakiegoś czasu każdą wolną chwilę spędzam ze sportem w roli głównej albo przynajmniej w tle. Dlaczego wstaję, kiedy za oknem jeszcze czarna noc albo wybiegam w minus dwadzieścia. Dlaczego z na wpół zamkniętymi oczami jadę przez Warszawę do miejsca, z którego kiedyś uciekałam, a teraz znajduję osobliwą satysfakcję w obijaniu sobie łokcia o plastikowe paskudztwo rozdzielające tory.

Z niezwykłą siłą dotarło to do mnie dzisiaj, kiedy wychodziłam z basenu, to jest, pardą, z pływalni. Na tejże pływalni zaliczyłam sprawdzian na 400 m. Chociaż „zaliczyłam” jest tu określeniem nie do końca adekwatnym. Trochę się bałam, trochę tremowałam, ale okazało się, że popłynęłam prawie półtorej minuty lepiej niż gdzieś na przełomie listopada i grudnia. I chociaż dalej są to prędkość z zakresu pełzającego żółwia, to jednak dałam z siebie prawie wszystko (tętno na ostatniej pięćdziesiątce dobiło do 185, prawie jak na dobrym finiszu biegowym). I czas też okazał się minimalnie lepszy niż wstępne założenia.

I właśnie dlatego sport. Bo jest wymierny. W biegu, w wodzie, nawet na tym nieszczęsnym rowerze, do którego nadal nie mogę się przekonać, chociaż bardzo chcę, w tych wszystkich dyscyplinach tyle dostajemy na końcu, w postaci wyniku i własnej satysfakcji, w postaci endorfin i czystej radości, ile włożyliśmy w trening i przygotowanie. Tu nie ma ściemy, nie ma miejsca na sztuczki. Nawet najdroższy rower świata sam nie pojedzie. Jak siądzie na niego taka lebiega jak ja, na pewno się przewróci. Ale jak się sto tysięcy razy przewrócę i wstanę, a potem znowu wsiądę – to w końcu pojadę. To pobiegnę szybciej, popłynę lepiej.

Tylko w sporcie wynik tak bardzo zależy od nas samych. Nie od pani z okienka, która stroi fochy, nie od klienta, który właśnie olał naszą fantastycznąjedynąwswoimrodzajuniepowtarzalna ofertę, nie od koleżanki zza biurka, która właśnie podłożyła nam świnię albo przynajmniej wsadziła szpilę, nie od tego gościa z drugiej strony maila, który zupełnie opacznie zrozumiał maila i wyciągnął z niego kompletnie nie to co powinien. Nie. W sporcie, przynajmniej amatorskim, jest tak, że przykładasz pracę i wyciągasz moc. Powinien być na to jakiś wzór. Fizyczny. Czysty związek przyczynowo skutkowy.

A kiedy nie wszystko zależy od nas? Bo deszcz, bo wiatr, bo nieplanowana górka po drodze? Bo upał ścina komórki w białko? Bo za wysoka fala? Wtedy wiesz, że musisz wrócić i spróbować jeszcze raz. Ten wątek nie ma już nic wspólnego ze sprawdzianem na 400 m. Ani z bieganiem, znowu mam kilka dni przerwy. Chociaż może jednak z bieganiem. Bo znowu coś nie poszło tak jak planowałam, znowu zakręt okazał się nie do przejścia, znowu się odbiłam od ściany w życiowym projekcie, który jest dla mnie ważny, ważniejszy niż bieganie (serio). I już opuściłam głowę, i już sobie chciałam powiedzieć, że dość próbowania, że już nie mam siły, że już nie chcę, że się poddaję.

I wtedy biegowa część mojego mózgu przypomniała mi, że na życiówkę w maratonie potrafiłam czekać cztery lata i osiem podejść. 3:30 łamałam przez prawie pięć lat i dziesięć podejść. Ale w końcu się udało. Więc jeżeli tym razem zależy mi bardziej…nie mogę dzisiaj zrezygnować.

Dlatego sport.

A zdjęcie jest z ostatniego Maratonu Karkonoskiego, podczas którego na półmetku marzyłam o zejściu z trasy. Jak widać - dotarłam do mety i jeszcze kilka osób udało mi się wyprzedzić. SDC15732

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci