Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Kiedy małe rośnie...

beautyandb

 

Małe dzieci – mały kłopot – mówili kiedyś, a ja nie do końca wierzyłam, no bo przecież wiadomo, najwięcej zachodu jest z takim co to trzeba nakarmić, przebrać, przewinąć, płacze nie wiadomo czemu… Dzisiaj, mając na stanie jednego bardzo aktywnego młodego człowieka, którego niektórzy biorą za bardzo drobnego trzylatka (ma 20 miesięcy!), który potrafi w mgnieniu oka wejść na ten przykład… na toaletkę, zaczynam się skłaniać jednak do tego, że z tymi rosnącymi kłopotami – to jest głębsza prawda.

A że Ania biega pozostaje blogiem biegowym, a nie parentingowym, to tym razem konstatacja dotyczy… biegów. Z nimi też jest tak, że dopóki są małe i kameralne, bywają urocze, a im bardziej rosną, tym bardziej ten swój dziecinny urok tracą i zaczynają przypominać takie nastolatki ze wszystkimi ich wadami, takich niby dorosłych, ale nie do końca, z za długimi kończynami, pretensjami do dorosłości, ale jednak z umysłem na poziomie dziecka. I to  w sumie nie jest zarzut, bo rośnięcie i dorastanie, dojrzewanie, jest właściwie procesem naturalnym, ale tempo rośnięcia niektórych imprez wymaga od ich organizatorów dorastania błyskawicznego. Niestety, niektórzy mają z tym kłopocik. Chociaż, dopóki drobiazgi organizacyjne nie wpływają na sam przebieg biegu, na resztę można popatrzeć przez palce.

Ten przydługawy wstęp prowadzi nieuchronnie do relacji z Biegu Siedleckiego Jacka. Relacja na szczęście nie będzie długa ani bardzo wnikliwa, bo też i nasz udział w imprezie był jakiś wyjątkowo szczątkowy – trochę z winy własnej, trochę – organizatora.

Wyjątkowo, prawie jak nigdy, dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Bo Siedlce blisko. No, blisko. Ale nie aż tak. A ekspresówka tylko na części trasy, dodatkowo 10 km przed Siedlcami wyrzuciła na nawigacja w jakieś pola i dróżki nieomal polne. Ok, jest półmaraton, pewnie pół miasta zamknięte, prowadzi nas od drugiej strony. Ciekawe, że wracaliśmy tą samą drogą.

Nic to jednak. Potem, na jakieś niespełna dwa kilometry od Biura Zawodów, uprzejmy policjant odesłał nas na objazd. Potem drugi skierował w jakąś małą uliczkę i kazał tam zaparkować. Co było robić. Zaparkowaliśmy, przerzuciliśmy rodzinny majdan do wózka i hajda w drogę! Tymczasem miejscowych (te rejestracje!) jakoś dziwnym trafem puszczano dalej, prawie a samą trasę biegu…

No nic. Mamy 10 minut na odbiór pakietów i … nieokreśloną odległość do pokonania. Szybki podział zadań. Ja kłusuję za końcem nosa, końcem języka i ludźmi. Tomasz wiezie Marcina i posuwają się mniej więcej za mną, ale ciut wolniej. Ciocia w eleganckich butach podąża naszym śladem średnim spacerkiem. Ja lecę. W miejscu, gdzie wg GPS powinno być biuro, jest dzika trawa i kilka samochodów. Ale już widzę park wodny, którego nazwa obiła mi się o uszy po drodze. Lecę. Jestem koło basenu. Już widać infrastrukturę biegową – bramy startowe, mety, trybuny, super. Ale gdzie to cholerne biuro zawodów. Trzy osoby patrzą na mnie jakbym się urwała z choinki. A biuro…. Właśnie powinno kończyć pracę. Czwarta osoba wreszcie macha ręką mniej więcej w kierunku biura. Aha. Muszę przejść przez trasę. Z jednej strony znajduję lukę w barierkach, z drugiej – sama sobie barierkę odsuwam, na szczęście na trasie są luzy…  

Wpadam do biura spocona jak mysz. Szybko ogarniam, gdzie te pakiety, siadam, melduje się, na szczęście nikt nie robi problemu, że odbieram od razu dwa pakiety… Przy stoisku biegów dziecięcych kusi mnie zapytać jeszcze o pakiety, ale najkrótszy bieg jest na 200 m, trochę jednak przydługo jak na Marcina… Darowuję sobie, ruszam na poszukiwania chłopaków.

Znajdujemy się pod trybuną. Idziemy z powrotem w kierunku biura zawodów i depozytu. Dobrze, że przyjechaliśmy od razu w strojach startowych, bo start za kwadrans. Nas z kolei znajduje ciocia. W samą porę, bo Marcin właśnie postanawia że on teraz sobie pospaceruje. A tu matka musi lecieć, szukać toitoja. Na szczęście blisko i na szczęście z małą kolejką.

Jak będzie pięć minut do startu – to zapowiemy mówi głos ze sceny. Ufff, na mój gust już jest pięć minut, ale zegarek już w trybie sportowym, kończę toaletę, myję spokojnie ręce, idę poprawić buty…

Staję gdzieś obok strefy startowej i słyszę, że już jest te 5 minut. Wbijam się w tłum startujących. Staję i się rozglądam, ale akurat żadnych znajomych w zasięgu wzroku. Trudno. Nie mijają DWIE minuty, jak pada strzał i czołówka rusza. Hm. No dobra. To lecimy.

Poleciałam…

Pierwszy kilometr 4:28. Oj… Tymczasem pogoda jest… Dziwna. Jakby zaraz miało lunąć. Ale tymczasem dojmująco piecze słońce. Staram się nie odpuszczać, choć po pierwszym kilometrze wyraźnie zwolniłam. Wokół tworzy się mała grupka, mijamy się nawzajem. Drugi kilometr – jeszcze poniżej 4:40. Niby nie prędkość, ale dla mnie może być zabójcza, jeszcze nie weszłam na takie rejestry biegania (moja życiówka w okolicy 21 minut to jeszcze długo sobie poczeka…). Po dwóch kilometrach moment ulgi, bo woda. Super. Po czwartym – woda i gąbki. Zresztą, na czwartym to ja już walczę, żeby biec poniżej 5…

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze drugi… No, biegnę wolniej, ale biegnę. Na ostatnich 200 metrach zmuszam się do czegoś na kształt finiszu. 24:10.

Medal.

Muszę na chwilę się zatrzymać i postać z głową w dół.

Piiiić. Teraz pić, gdzie picie?

O, nie! Są kubeczki i dzieci, które polewają z wielkiego baniaka do kubków.

What…? Do kubeczków…?

Ale medal ładny…

Ruszam na poszukiwania Marcina.

On tymczasem rządzi w strefie dla dzieci. Podobno nawet trafił do kroniki. Jako najmłodszy uczestnik warsztatów. Trzylatek, ha, ha, ha :) Dostaję serduszko z białej gliny ozdobione ziarnami kawy, jarzębiną i „kamaronem”. Najlepszy medal.

Dobija do nas Tomasz, który skończył niecałą minutę po mnie.

21083044_1608538552510195_3228796203568025945_o

Niebo coraz groźniejsze, zbieramy się do odwrotu. Zaczyna lać. Chowamy się w holu parku wodnego. Niby nie wolno, ale bierzemy panie „na wózek”. Wymyślam niemal boski plan. Rodzinka niech poczeka, a ja pognam po samochód. Trasa już chyba otwarta…

Idę. Na szczęście przestało padać. Piecze słońce. Ja idę. Idę. I idę. W końcu dzwonię do Tomasza. „Ty pamiętasz, na jakiej ulicy zostawiliśmy samochód?” Tomasz: „Nieee…. A Ty nie pamiętasz?” Trudno. Idę dalej. Zniknęła policja, zniknęła straż miejska, nie ma ludzi, nawet nie mam jak zapytać. W końcu…. Po ponad pół godzinie…. Znajduję J Ufff. Co za ulga!

Wracam. Już mogę podjechać „pod same drzwi”. Na stadionie trwają biegi dzieci. Podobno przedszkolaki też były… Cóż. A w sumie co szkodziło dołożyć 100 m dla najmniejszych…? Miałby młody komplet Traktu Brzeskiego (hej, organizatorzy, a może też dla dzieci taki mini-trakcik?)

21082919_1608746005822783_4916605193904624026_o

Tymczasem młody szaleje na leżakach i workach PGE.

Dołączam do rodzinki. I tak sobie zalegamy, nasłuchując relacji z dekoracji.

A potem uciekamy przed burzą.

I w sumie było miło, chociaż tak jakoś… Obok biegu. Z nostalgią wspominamy Białą Podlaską i Platerów…

Aha. A czy napisałam, że tuż obok tego nieszczęsnego parku wodnego były trzy spore i częściowo… puste parkingi? Jeden ewidentnie dla biegaczy…?  

Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1.

beautyandb

Dawno nie nabiegałam tyle, co przez ostatnich 8 dni. I dawno nie biegałam tak… od Sasa do Lasa. Dawno też jednak bieganie nie sprawiało mi takiej frajdy. Bo niby nic nie muszę, ale przecież – chcę. Po pierwsze – chcę biegać. A po drugie – cały czas chcę stanąć na mecie 39. Maratonu Warszawskiego. Cały czas możecie mi w tym pomóc – KLIK :)

Za przygotowania do maratonu zabrałam się późno. Powiedziałabym nawet – skandalicznie późno. Dlatego też nie szukajcie w moim bieganiu jakiegoś specjalnego planu. Tym razem będzie pełen spontan, a po drodze zaprzeczę wielu dotychczas wyznawanym wartościom i przekonaniom związanym z treningiem, bieganiem maratonów i może nawet bieganiem w ogóle. Złamię kilka swoich postanowień i… w ogóle będzie się działo. Już dziś mogę zacząć robić listę na temat, jak się do maratonu nie szykować.

Punkt pierwszy – nie wpadaj na pomysł startu na 8 tygodni przed imprezą, zwłaszcza jeśli poprzednie dwa miesiące biegałaś okazjonalnie lub wcale.

Punkt drugi – a jak już wpadłaś na taki pomysł, przemyśl dokładnie plan przygotowań i plan startowy, a nie rzucaj się jak łysy z grzywką na parapet (od razu wszystkich łysych przepraszam).

Tym razem w roli łysego występuje Ania.  

W ramach nadrabiania braków kondycyjnych, od początku sierpnia Ania przebiegła już więcej niż przez poprzednie dwa miesiące razem wzięte. Co w sumie nie jest jakąś większą sztuką , biorąc pod uwagę czerwcowe bieganie średnio dwa razy w tygodniu oraz dwa (słownie: dwa) lipcowe wyjścia na bieganie. Przy czym to drugie to już w sumie bardziej sierpniowe było, bo 31 lipca to taki prawie sierpień.

W sierpniu za to ruszyłam z kopyta. Bez ładu i składu, ale za to z dobrymi chęciami i  wielkim entuzjazmem. Po towarzyskim wózkowym starcie w Pucharze Maratonu (25 km), wymyśliłam, że oto okoliczności są idealne, aby po 10 latach od poprzedniego startu zawitać do… Radzymina. Tak. Mimo że to tuż za miedzą, to ostatni, a właściwie pierwszy raz startowałam w Półmaratonie Cud nad Wisłą w …2007 r. I był to mój drugi w życiu oraz jeden z bardziej traumatycznych półmaratonów. Dość powiedzieć, że pierwsze oznaczenia kilometrów zobaczyłam po 6 km, prawie zrobiłam życiówkę na 10 km, a następnie… Zaraz po tym półmaratonie zamówiłam pierwszy zegarek z GPS ;-) Tak, wtedy już były.

Rok później 15 sierpnia pobiegłam Maraton Gdański (czy ktoś jeszcze pamięta?), a potem… Potem jakoś unikałam imprez w tej dacie.

A tu nagle taki pomysł.

No więc – do Radzymina!

Zaczęło się nieźle, bo już na wejście – zaspałam. Na szczęście nie na start, ale powiedzmy że na spokojne przygotowanie. W rezultacie wstaliśmy z obłędem w oczach i niepełną godziną do wyjścia. A tu jeszcze trzeba się spakować, zjeść śniadanie, ogarnąć juniora, wózek… Idea był prosta. Jedziemy w komplecie. Małżonek sędziuje, matka biegnie, cioteczka z Juniorem kibicuje na starcie i mecie oraz korzysta z lokalnych atrakcji w Radzyminie. Noale… Skoro my zaspaliśmy, zaspała i ciocia. Zadeklarowała, że owszem, może zostać z Marcinkiem, ale w domu… Tymczasem młody już gotowy do wyjścia… Dobra, weźmiemy wózek biegowy. Dałam radę 15 km po lesie, dam radę 21 po asfalcie – nie było czasu na rozkminki, że miałam nie biegać długich biegów z wózkiem, że nieprzygotowana, że młody nie do końca lubi, że… .

Pognaliśmy, żeby małżon zdążył na odprawę sędziów. Potem jeszcze moja szybka przebióra i leniwe oczekiwanie na start, czyli spacerki z młodym, żeby go trochę zmęczyć. Obejrzeliśmy czołgi, pogadaliśmy z tym i z owym i w sumie już trzeba było stawać na starcie. Tym samym nadszedł moment najtrudniejszy. Pakowanie do wózka. Oj, nie lubi młody niewoli, nie lubi… I nie chodzi o biegowy, chodzi o wózek w ogóle. Ale tu jakby wyczuł powagę chwili, zaprotestował krótko dla fasonu i grzecznie dał się wpiąć w szelki. Potem jeszcze trochę pogaworzył, trochę podopingował innych biegaczy („Dawaj, dawaj, biegaj, biegaj!”), pozwolił podopingować siebie, wzbudzając co najmniej zainteresowanie nie tylko wśród kibiców i w końcu – chyba trochę znużony – przysnął. Tak jakoś na 6 kilometrze.

Pogoda nam sprzyjała o tyle, że start był o 9, niebo lekko przychmurzone, lekko powiewało. Z czasem słońce było coraz wyżej i coraz bardziej grzało, ale biegliśmy głównie bokiem do niego lub tyłem. Nie licząc dwukilometrowej agrafki, gdzie był grzejący wmordęsłońc i musiałam przysłonić wózek moskitierą. Jak młody będzie miał kiedyś piegi – to wiadomo skąd. Generalnie dziecko spało jak dziecko, a ja sobie biegłam, to pogadując z kimś mniej lub bardziej znajomym, to sprawdzając, czy dzieć jeszcze oddycha (jakaś obsesję mam).  Na półmetku skonsumowałam żel, zapiłam wodną kontrabandą z wózka i potoczyłam się dalej, konstatując, że czas jest przyzwoity, w dwóch godzinach powinniśmy się zmieścić.  

Na agrafce stał małżonek i zarazem tata Marcina, co sprawiło, że syn się nieco rozbudził, ale jeszcze przez chwilę nie protestował. Zresztą, w sumie w ogóle nie protestował. Na 15 km wzięłam już dwa kubki z wodą – dla siebie i dla Marcina. Wodą się gustownie pooblewał, ale trochę wypił. Banana… no cóż. Usmarował nim pół wózka, trudno. Jeszcze trochę podsypiał, kiedy dojechał do nas rowerowy ninja – sam szef Maratonu Warszawskiego, z którym sobie przyjemnie pogawędziliśmy, że wszystko to naturalnie przez niego.

Marcin był coraz bardziej obudzony, plotkowaliśmy o kolorach koszulek zawodników wokoło, matka robiła egzamin z kolorów („green”, „pink”, „yellow” – Marcin większość kolorów rozróżnia, ale nazywa je po angielsku i już). Przy okazji tempo troszkę nam siadło, jednak i do mety było już coraz bliżej, więc niespecjalnie się tym zajmowaliśmy.

Na 18 km syn trochę zaprotestował, przekonując, że „boli kolano”. Zrobiliśmy zatem przystanek na masowanie i całowanie kolana. Całkiem możliwe, że to właśnie wtedy ostatecznie pożegnaliśmy się z czasem poniżej dwóch godzin, ale jakie to ma znaczenie?

Ważne było, że zaraz ruszyliśmy raźno przed siebie, a im było bliżej mety, tym Marcin bardziej aktywnie komentował sytuację, a matka jakby zyskiwała na dynamice albo przynajmniej na wrażeniu własnej zajebistości. I tak radośnie, dopingowani mocno na finiszu, dotarliśmy sobie do mety w 2 godziny, dwie minuty i 15 sekund. Co i tak było wynikiem jakieś dwie minuty lepszym niż ten sprzed 10 lat. A wtedy jednakowoż biegłam bez wózka i ważyłam parę kilo mniej!

20785652_1597337123630338_3765253429639301067_o

Za metą dostaliśmy medal – jeden na spółę, ale i tak bardzo uroczy, Marcinowi się natychmiast spodobał. A potem poszliśmy po pakiet startowy (tak, Radzymin to jednak unikat! Kiedyś, o ile dobrze pamiętam, dawali medal w pakiecie przed startem, teraz dają pakiet po ukończeniu biegu… Jakaś logika w tym jest!) i na grochówę. Którą solidarnie zjedliśmy na pół.

I poszliśmy oglądać, jak pluszowy Piłsudski gania równie pluszowego bolszewika.

Oraz odbierać wyrazy uznania. M.in. od Pana Jacka Fedorowicza, który jest chyba stałym bywalcem radzymińskiej imprezy. I w sumie to mu się nie dziwię. Blisko, płasko, w miarę szybka trasa, niezła organizacja, przyzwoite nagrody (dla tych co na pudle), fajna oprawa… I nawet asfalt co roku lepszy, jak twierdzi Patrycja Bereznowska. A w końcu ona wie, co mówi.

W każdym razie my się tu jeszcze kiedyś wybierzemy. Nie wiem, czy znowu z wózkiem, bo przecież miałam nie biegać półmaratonów z wózkiem, ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów.  

Olśnienie by Lumene, czyli po co pojechałam na See Bloggers, cz 1. #Invisibleillumination #lumene

beautyandb

Właściwie po co tu przyjechałaś? – zapytał małżonek, kiedy w pewną lipcowa niedzielę późniejszym popołudniem opuszczaliśmy gościnne mury (i przeszklenia) Pomorskiego Parku Technologicznego w Gdyni. – No jak to - po co? Po inspirację Po motywację. Po wiedzę – odpowiedziałam. – I masz co chciałaś? – drążył temat.

Chyba miał dosyć bycia całoweekendową nianią Marcina. Ale trudno, sam się zgodził. Bo ja już jakoś na przełomie maja i czerwca zapowiedziałam, że wreszcie wybieram się na See Bloggers. Konferencję dla blogerów. O wrażeniach pewnie jeszcze napiszę, bo warto, choć temat nieco zdezaktualizowany. Ale dzisiaj o czym innym. Obok garści inspiracji, które mam nadzieję wkrótce przełożyć na życie blogowe, obok motywacji, wynikającej także z jakże niskich pobudek, wreszcie obok kilku nowinek stricte blogowych, wywiozłam z Gdyni także pół reklamówki różnych próbek i innych takich. Pół, bo jestem kiepska w żebraniu o #darylosu, choć nawet stosowne torby dawali. Zresztą, jakoś to nie uchodzi. Poza tym najwięcej próbek było w strefie beauty, a do tej jakoś wybitnie nie pasowałam, nawet na oko. Mimo fantastycznej Jolki z Riska, w którą się wbiłam drugiego dnia. Risk zresztą to moja taka trochę nie do końca spelniona modowa miłość… No nic.

20170723_163007

Ale do ad remu ;-)

W całej tej strefie beauty było jedno logo, które przyciągnęło mnie szczególnie. Znajome i nieznajome zarazem. To znaczy – kojarzyłam takie niebiesko-fioletowe flakoniki czy słoiczki ze złotymi nakrętkami, których Mama strzegła szczególnie starannie w ponurych i chemicznych latach 80-tych. I nie, nie będę ściemniać, że pamiętam te zapachy czy coś, nie. Kojarzyłam że są drogie, raczej ekskluzywne i lepiej, żebym w nich swoimi nastoletnimi paluszkami nie grzebała. No nie grzebałam. Zapamiętałam też nazwę, naturalnie, bo Lumene niosło ze sobą światło. Nie że taka byłam poetyczna, ale wolnych chwilach studiowałam sobie słownik wyrazów obcych, to różne rzeczy mi w głowie zostawały. No a potem uczyłam się łaciny. Chociaż gdzieś w międzyczasie dotarło do mnie, że fiński i łacina to niekoniecznie z jednego pieca, to jest, tfu, kolebki się wywodzą.

W sumie to nawet tego fińskiego chciałam się kiedyś nauczyć. I byłam na dobrej drodze. W liceum zaliczyłam obóz z Finami, mieszkałam z Finką w pokoju, nauczyłam się dwóch zdań po fińsku (to taki język, gdzie długość głoski może zdecydować o znaczeniu całego zdania) oraz jak powiedzieć „Dzień dobry” i „Kocham Cię”. A potem… potem wystarczyło mi jeszcze zapału, żeby nauczyć się słówka Nokia i to był w zasadzie koniec mojej przygody z nauką fińskiego.

No więc teraz, w tym gdyńskim parku technologicznym, poczułam się jak mała dziewczynka, która znalazła dawno zapomnianą zabawkę. Choć kosmetyki Lumene na oko nie przypominają tamtych z maminej łazienki. Zniknęły fioletowo-zlote słoiczki, symbol luksusu pełnych przepychu i „Dynastii” lat ’80. Zniknęła luksusowo kaligrafowana litera „L”. Zamiast nich pojawiły się białe i przezroczyste opakowania, które przywodzą na myśl krystaliczną wodę fińskiego jeziora Lummenne, a w logo zagościł symbol, który wpisuje się w łaciński źródłosłów słowa „lumen”. O tych historycznych zmianach pogawędziłam sobie przyjemnie z panią z Lumene, która swoim wyglądem uosabiała ideał fińskiej urody i doskonale wpisywała się w markę. Na koniec pogawędki obdarowała mnie trzema próbeczkami – z przesłaniem, żeby wypróbować nowe Lumene.

Nie ulegam specjalnie takim namowom, poza tym nigdy nie wiem, jak pisać o takich kosmetykach tak, żeby nie przepisywać połowy katalogu. No, ale. W ramach inspiracji pomyślałam, że spróbuję. Takie zadanie warsztatowe. Ja piszę, Wy oceniacie, czy się nadaję na blogerkę strefy ‘beauty’.

Na pierwszy ogień poszedł krem intensywnie nawilżający Lumene Lahde Intense Hydration Moisturizer 24 H. Uwielbiam kremy nawilżające, zwłaszcza latem. Z tym złapałam chemię (nomen omen) natychmiast po odkręceni i wsadzeniu palucha. Bo chociaż krem jest kremowy i biały, to jednak konsystencją przypomina żel. Skóra, po letnich urlopowych szaleństwach, wchłonęła go jak gąbka. Właściwie od razu zapodałam podwójną dawkę, bo czułam, jakby się komórki w twarzy otworzyły i prosiły o więcej. Daj wody, daj wody – wrzeszczały wszystkimi porami. Dałam. I dobrze, bo wyzwanie było nie lada. Zaraz potem z tak pięknie nakremowaną buźką poleciałam na zawody – 25 km w lesie, w nieomal upale… Nie będę ściemniać, że się nie spociłam czy że mnie słońce nie złapało. Złapało. Spociłam się, twarz mi spłynęła. Ale nadal była dość dobrze nawilżona i nieźle zniosła wysiłek. I nie wyglądałam jak upiór. Biorąc pod uwagę, że przez wcześniejsze dwa tygodnie wystawiłam się bez litości na słońce, wiatr, deszcz, morską bryzę i inne takie, a kremu używałam, jak sobie przypomniałam – naprawdę nie było źle. A po kilku dniach jest jeszcze lepiej – uczucie suchej i pościąganej skóry zanikło, podobnie jak cienie pod oczami (dobra, może jednak więcej śpię albo jakoś tak).  

20170814_214013

Katalog podaje, że oprócz wód arktycznych (podobno mieszczących się w ścisłej światowej czołówce, w co akurat mogę uwierzyć, bo Finlandia w ogóle mi się dobrze ekologicznie kojarzy, a te jej 5 mln mieszkańców bardzo kojąco wpływa na wyobraźnię) w kremie jest jeszcze wyciąg z arktycznej brzozy który stanowi naturalną terapię nawilżającą i odżywczą dla skóry. Cóż, kiedyś witek brzozowych używano do smagania dziewcząt w Śmigus Dyngus, dzisiaj brzoza oddaje nam inne usługi. Chociaż jej zdrowotny i kosmetyczny wpływ na pewno jest nie do przecenienia.

 Jedyny problem, jaki mam z tym kremem, to fakt, że nie udało mi się do tej pory sprawdzić jego 24-godzinnego działania. Wszystko przez drugą próbkę, czyli Overnight Bright Vitamin C Sleeping Cream. To już linia valo i arktyczna malina moroszka. W Polsce bardzo rzadka, ale powszechna w Skandynawii. Owoce i liście maliny moroszki są używane w medycynie ludowej jako środek przeciwgorączkowy i przeciwbiegunkowy oraz zapobiegający szkorbutowi. Brrr! No ale. Pachnie prześlicznie, raczej lekkim cytruskiem, ale może być i malinka. Na pewno też witaminka C. W każdym razie po kilku dniach systematycznego stosowania i po porannej przebieżce mogę sobie zrobić selfie z twarzą, a nie tylko te buty i buty. I nawet bez okularów słonecznych. Konsystencja, jak w przypadku kremiku dziennego, lekko żelowa, sam się wchłania, żadnego wklepywania czy innych tortur. No i żadnego filmu czy pozostałości na twarzy, bo chyba by mnie chłopaki wprosili z łóżka. I ojciec, i syn ;-)  A tak – to nawet się przytulają.

Last but not least, czyli ostatnia próbka od Lumene – to maska Deep Detox Puryfying Mask. Linia Sisu, czyli arktyczna sosna, sęki arktycznego świerka i arktyczne czarne jagody. Nabieram niejasnego wrażenia, że hasło „arktyczne” w opisach Lumene to synonim gwarancji czystości i jakości. Ale niech tam, wolno im. Poza tym antyoksydanty, witaminy i dalej. Maska jak maska. W zasadzie piling. Dobry, gruboziarnisty, ja taki lubię najbardziej. Zwłaszcza, że nie miałam ostatnio czasu na wizytęu kosmetyczni „po lecie”. Nałożyłam zatem na twarz, potem delikatnie starłam z twarzy, spłukałam i voila! 

Nie żebym zaraz wyglądała jak nastolatka, ale te moje 41 to w zasadzie głownie w papierach widać.  Chociaż to akurat geny, a nie kremy. Choćby najlepsze.

20727830_1595476923816358_4876199069659652101_n

Teraz ostrzę sobie ząbki na serię Invisible llumination by Lumene. Akurat na maraton powinna się nadać. Bo znowu biegam powoli ;-) (…to chociaż muszę dowyglądać ;-))

I jak? Mogę pisać o kosmetykach? Czy lepiej jednak zostać przy bieganiu?

Powrót marnotrawnej. #biegamdobrze

beautyandb

Tęsknicie? I tak Wam nie uwierzę ;-) Ale ja za Wami tęsknię. A może za chwilą dla siebie, kiedy mogę postukać w klawiaturę. Kiedy mogę wyjść z domu i skupić się tylko na dystansie, na czasie, na sobie. Tak, jestem egoistką. Albo – byłam. Powoli próbuję odzyskiwać dla siebie chociaż okrawki czasu, ale średnio mi to wychodzi. Po prostu Marcin… Marcin patrzy tymi niebieskimi ślepiami, mówi: „Mama, pytul” albo bardziej dosłownie: „Cyca” – i koniec. Pozamiatane.

No tak, cały czas jest małą przyssawą. I chociaż pierwsze starty ma już na koncie, pierwsze medale wiszą po domu, dzielnie nam sekunduje na zawodach, chodzi, biega, gada, ba, nawet już żartuje – przychodzą takie chwile, kiedy po prostu musi się przytulić i już. I raczej przytula się dłużej niż krócej. A ja nie mam serca wyjść, bo… wiadomo. Póki co jestem przede wszystkim mamą i nie zamierzam udowadniać, że jest inaczej. Zresztą – komu i po co? Wiadomo, kto rządzi (Marcin).    

Plany biegowe, jeżeli takie miałam, poszły… No, w każdym razie przesunęły się na drugi plan. Po niezłym początku roku, przebieganej zimie i dobrze zaczętej wiośnie, zaczęły się schody, a raczej… żłobek. Niby miało być łatwiej, ale jakoś nie bardzo. Także dlatego, że poranny czas bardzo nam się skrócił, bo do żłoba trzeba dojechać na 8.15. A to jednak parę kilometrów jest. I nie, nie da się pobiec, a potem wrócić biegiem czy jakoś tak. Żadnych kombinacji. Człowieka trzeba zawieźć autem, oddać w ręce pań, i zasuwać do roboty, odstając godzinki na przejeździe w Rembertowie. W końcu jednak opanowaliśmy i poranki, trochę się zorganizowaliśmy i już, już się wydawało, że będzie lepiej, ale…  

Wraz ze żłobem nawiedziły nas… Tak, słusznie się domyślacie. Infekcje. I to jest rozwałka na maksa. Bo najpierw niedomaga Marcin. Nie da się zamknąć drzwi i wyjść. Przynajmniej ja nie potrafię. Nie wyobrażam sobie, że syn leży z gorączką, a ja idę sobie pobiegać. No nie. No, ale. Infekcja infekcją, tydzień i zazwyczaj przechodzi. Chyba, że drugi rzut dopadnie mnie. Albo małżonka. Albo… Przez pół maja, pół czerwca i prawie cały lipiec byliśmy zainfekowani na zmiany.

Pomyślałam, ze skoro nie biegam, to chociaż mogłabym pisać. Ale nie. Bo nie potrafię jedną ręką pisać, a drugą – karmić, przytulać, wycierać nos  i tak dalej.

20506970_1579319182098799_4428535982503751344_o

Już, już myślałam, żeby w ogóle sobie dać spokój. Z bieganiem, z blogiem, z tym wszystkim.

Ale wtedy popatrzyłam w kalendarz.

I wyszło mi, że we wrześniu minie 10 lat od mojego pierwszego maratońskiego startu. Od pierwszego medalu za prawdziwe 42 km i 195 m.

Udawałam, że mnie to nie rusza. Ale rusza.

Na dodatek ekipa MW pokazała tegoroczny medal.

Na urlopie teściowa (!!!) wykopała nas na bieganie. Nie raz. Co najmniej trzy.  Szkoda by było to zaprzepaścić ;-)

 

No więc…

Będzie powoli. Możliwe, że będzie to mój najwolniejszy i najsłabszy maraton.

Ale bardzo chciałabym pobiec.

Jak zwykle od jakiegoś czasu – charytatywnie, niech to moje żółwienie się ma chociaż jakiś głębszy sens. Jak zwykle od jakiegoś czasu – wspieram Fundację Wcześniak. Mam nadzieję, że z Waszą pomocą.

Bo… pomożecie?

Wystarczy kliknąć… TU!

A ja? Ja postaram się dobiec do mety J I znowu więcej pisać. W końcu przecież Marcin też czasami sypia.

    

No to wróciłam. Oczywiście w Warszawie

beautyandb

No to wróciłam. Na razie głównie do biegania, z pisaniem jeszcze trochę gorzej, ale plan jest ambitny. Choć przez minione trzy miesiące przekonałam się, że plan to nie wszystko. I że bez planu można też nieżle działać i osiągać swoje cele. Wiem, wiem, gdyby był plan, to i może i cel byłby ambitniejszy, może i jeszcze lepszy wynik. Ale jak dla mnie na razie wystarczy.

To był mój dziesiąty start w Półmaratonie Warszawskim. Taki rocznicowy rok, chodzi mi po głowie pewne rocznicowe szaleństwo, ale jeszcze mu nie uległam (nie namawiać, jak decyzja zapadnie, to ogłoszę). I chociaż od życiówki dzieliło mnie w niedzielę dobre 12 minut (no, bez kilku sekund), to i tak miałam się z czego cieszyć. I cieszyłam się tak, że żeby nie uszy, to uśmiechałabym się naokoło głowy. Za metą, z medalem, śmiałam się i jednocześnie miałam łzy w oczach, czyli popadłam w stan mojej biegowej histerii, co zazwyczaj oznacza, że było dobrze.

Bo było. A nawet nadspodziewanie dobrze.

Nadspodziewanie dobry okazał się czas. Kiedy kilka dni przed półmaratonem ogłoszono listę zajęcy, miałam dylemat, czy pobiec z Iwonką na 1:55, czy raczej próbować biec z pacem na 1:50 i próbować nie dać mu uciec. A może zacząć z Iwonką, a potem ewentualnie przyspieszyć? A może jednak na 1:50, a potem kontrolowanie zwalniać? Zapytacie, dlaczego zwalniać? Bo jakoś 21 km w tempie 5:12 leżało w mojej głowie poza granicą aktualnych możliwości.

Generalnie interesował mnie wynik poniżej 2 godzin, coś w okolicach 1:55. To byłam sobie w stanie wyobrazić. Zwłaszcza po kontrolno-treningowym starcie w Wiązownej, gdzie nabiegałam 1:56.

Nadspodziewanie dobra okazała się też pogoda. Oczywiście, dla biegacza to nie jest dobra wiadomość. Chyba że biegacz ma intuicję i się dobrze ubierze. Udało mi się być w grupie szczęściarzy. A mówiąc wprost – nie uwierzyłam w te poranne chmury i prognozy pogody. Jeszcze tak nie było od kiedy biegam – w PMW startuję od 2008 r. – żeby na Półmaratonie Warszawskim nie było słońca. Owszem, raz było minus 10 na starcie. Ale też było wtedy piękne słońce. Więc tym bardziej musiało być i tym razem. Pewnie się powtarzam, ale moim zdaniem Marek Tronina ma jakiś układ z „górą” ;-) i pogodę gwarantowaną w pakiecie.

A skoro przy pogodzie i przy ubraniu jesteśmy, to ubrałam się nad wyraz dobrze. Czyli zmarzłam przed startem, marzłam przez pierwsze trzy kilometry, a potem było idealnie i wreszcie pod koniec miałam ochotę zrywać z siebie… A, nie. Nie było co zrywać. Problem tkwił pod koszulką i był techniczną koszulką, która miała chronić nerki i okolice od wiatru i przechłodzenia. Tak, ja tylko wyglądam na lekko zwariowaną, poza tym jednak bywam rozsądna.

Chociaż też w każdym calu jestem kobietą – i nie odmówiłam sobie nowej biegowej kiecki. Znaczy, spódniczki w stylu folk od Polka Sport. Spódniczka nie tylko ma fajny folkowy wzór (uwielbiam!), to okazała się nadspodziewanie funkcjonalna. Bo pod spódniczką właściwą kryją się minispodenki, a w nich kieszenie. A to oznaczało, że nie musiałam upychać żeli w rożnych dziwnych miejscach. Więc zapakowałam od razu dwa. I to był strzał w dziesiątkę – pierwszy wciągnęłam na ósmym kilometrze, drugi – na 15. Jakbym zaplanowała jakaś strategię odżywania, nie mogłaby być lepsza.

Chociaż nie wszystko mi sprzyjało. Jakiś tydzień przed biegiem w niewyjaśnionych okolicznościach zaginał mój ukochany zegarek do biegania. Moje szczęśliwe Suunto z Gór Stołowych. Jednego dnia w nim biegałam, a dwa dni potem – już go nie było. I nie ma go do dziś L   Ale to temat na inny wpis, może do tego czasu zegarek się jednak znajdzie.  

Na treningach na razie biegam sobie z telefonem. Ale zaufanie do niego mam ograniczone. Chociaż bieg z nim okazał się zaskakująco skuteczny, nie gapiłam się cały czas na cyferblat, a cieszyłam się tym, co wokół, i tylko co jakiś czas z zaskoczeniem konstatowałam, że właśnie minął kolejny kilometr, a ja ciągle biegnę i ciągle nie mam kryzysu, nie mam półmaratońskiej ściany jak w Wiązownie…

Cieszyłam się trasą, bo było czym. To był mój dziesiąty start w PMW i trasa już prawie idealna. I trakt królewski, i Łazienki, i Agrykola, i Trójka, i Most Świętokrzyski, i Praga, i biegliśmy tuż obok Kamiennej – mojego pierwszego adresu w Warszawie, i potem Most Gdański… Co trochę mi się twarz rozciągała w uśmiechu, trochę wyglądałam jak plastuś z przyklejonym uśmiechem, ale co zrobię, tak wyszło, mam tak samo jak wy – miasto moje, a w nim…. Wszystko co dobre i złe… Ale akurat trasa szła po tych dobrych rejonach.

17546724_10211437131256371_1985075155622221819_oFot. Bartek Wasilewski

Cieszyłam się kibicami, których tradycyjnie już nie brakowało na trasie. Nie tylko na oficjalnych punktach. Najlepsi byli ci kibice, którzy wylegli spontanicznie ze stolikami i wodą – miejscami nieśli zbawczą siłę (dzięki za tą butelkę przed Gdańskim ;-)). Kierowcy chyba też powoli się oswajają z biegaczami, bo jakoś udało mi się nie trafić na żadnego agresora. Miasto w końcu dorasta do imprezy, to fajne.

No, a już zdecydowanie cieszyłam się ze swojego wyniku na mecie. Bo to było tak – z jednej strony ograniczone zaufanie do telefonu, z drugie próby ulokowania się między czasem netto a brutto wyświetlanym na oficjalnych zegarach – i już na 20 kilometrze tak się konkursowo pogubiłam, że nie wiedziałam, czy złamię te 1:50 czy nie. W sumie nie biłam się o czas, ale po takim dobrym biegu – byłoby super. No więc spróbowałam przyspieszyć, albo przynajmniej nie zwalniać. Brutto – zmieściłam się w dwóch godzinach. Netto… no cóż. Telefon zastopowałam na 1:48: 37, ale margines błędu był spory… Taki akurat na 34 sekundy. 1:48:03. Szkoda tych trzech sekund, ale! 1:50 złamane konkretnie! Znowu uwierzyłam, że jeszcze kiedyś pobiegam szybciej.

Ale tak najbardziej to się cieszyłam z tego, że… pobiegłam dobrze. Bo po raz kolejny wzięłam udział w akcji #biegamdobrze. Po raz kolejny zbierałam pieniążki na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. I tym razem udało mi się zebrać więcej niż przed rokiem – także dzięki Wam J A ja zrobiłam tylko to, co do mnie należało – pobiegłam najlepiej jak umiałam.       

I dlatego za metą mogłam się tylko uśmiechać od ucha do ucha. Jak w Barcelonie, jak kiedyś w Krakowie, jak nie raz już – w Warszawie.

17545497_1442612869102765_6369446096626544972_oFot. Beata Czarnecka, Sportografia.pl

No i… coś mi przyszło do głowy, ale o tym – w innym odcinku.

Ten jest od tego, żeby zachwycać się Warszawą. I Półmaratonem Warszawskim, w którym biegłam dziesiąty już raz J       

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci