Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Żabie skoki i faza lotu

beautyandb

Marcin uczy się… Poruszać. Przemieszczać. Od kilkunastu dni położony na brzuchu… O, pardon. Położony na plecach w sumie też, bo natychmiast się na brzuch obraca. Najpierw na brzuch, , potem podnosi się wysoko, wysoko na rękach, potem podkurcza kolana i podnosi pupę. I to by było mniej więcej tyle. Jeszcze huśta energicznie tą pupą. Więcej mu na razie nie wychodzi, czasami udaj się żabi skok, wybicie z kolan, oderwanie obu rąk od podłoża i… rycie brodą w podłoże. Na szczęście przy tym nie płacze, tylko podnosi się i próbuje od nowa. I ciągle od nowa.

Czasami, zmęczony, irytuje się i zaczyna marudzić. Czasami popłakuje…

„Synku, nie denerwuj się, w końcu ci się uda. Zobacz, już oderwałeś jedną rękę. Jedna ręka i jedna noga… Świetnie ci idzie. Trening czyni mistrza” – powtarzam mu za każdym razem. A on przesuwa się albo takim żabim skokiem, ryjąc brodą, albo ślizgiem do tyłu. Na razie tak mu najwygodniej. Chociaż ostatnio zademonstrował też całkiem poprawny siad płotkarski i próbę przejścia do siadu normalnego… W końcu kiedyś usiądzie. W końcu kiedyś ruszy do przodu. A ja (podobno) zatęsknię za czasem, kiedy się nie poruszał…

Ale dlaczego ja o tym na blogu, było nie było biegowym, a nie parentingowym przecież?

Bo tak sobie patrzę na tego mojego synka i mam wrażenie, że znowu mnie uczy czegoś nie tylko o sobie samym.

Bieganie jest podobno najbardziej naturalną formą ruchu. Jak zajrzycie do regulaminów większości imprez biegowych, jest tam taki zapis o tym, że jest to „promocja biegania jako najprostszej formy ruchu/aktywności”.  

Kiedy tak patrzę na wysiłki mojego synka, dochodzę do wniosku, że biegnie wcale nie jest takie proste ani naturalne, jak to się powszechnie wydaje. Zresztą, chyba już kiedyś o tym pisałam. Tak jak dla Marcina nie jest naturalne chodzenie. Jeszcze nie wie, że najpierw musi iść jedna noga, potem druga. Że najpierw jedna ręka, potem druga. Że lewa ręka z prawą nogą, a prawa ręka – z lewą nogą. Na razie wykonuje żabie skoki i pełza do tyłu.

13094265_1159497100780405_8655787300163150414_n

Niektórzy początkujący biegacze też wykonują takie żabie skoki. Na swoją miarę.

Istotą biegania, tym, co różni bieganie od chodzenia, jest faza lotu. Tak poetycko nazywa się niekiedy tzw. fazę przeniesienia. To ten moment, w którym stopa jest nad ziemią. W biegu w tej fazie jedna noga zaczyna przeniesienie w chwili, w której druga jeszcze nie zakończyła ruchu i nie dotknęła ziemi. Obie stopy są oderwane od podłoża. W tym czasie przenosimy nogę do przodu. 

Nie dla wszystkich jest to oczywiste. Niektórym się wydaje, że jeżeli rytmicznie szurają, ciągnąc śródstopiem po ziemi, to już jest bieganie. Bo dla nich taki ruch jest naturalny. I nie muszą się niczego więcej uczyć. Bo dla nich naturalne jest szuranie. I nie mam na myśli Szuranie.pl.

Inni kurczowo zaciskają uda, przebierając wyłącznie łydkami i zmuszając swoja miednicę do pokracznych wygibasów nazywanych bieganiem. Najczęściej dlatego, że nie mają ochoty i/oraz czasu na ćwiczenia wzmacniające brzuch, miednicę właśnie czy uda. Owszem, udaje im się odrywać stopy od ziemi i nawet czasami osiągnąć niezły wynik, ale… o ile mieliby ten wynik lepszy, gdyby użyli tych wszystkich mięśni i pełnej dźwigni…?

W sumie. Żabie skoki też są metodą poruszania się.

A jednak mojego syna denerwuje to, że nie przemieszcza się tak, jakby chciał. Żabi skok nie jest tym o co mu chodzi. On chce się poruszać. I niekoniecznie wybijać zęby czy obdzierać brodę przy każdym kroku. Młody się uczy poruszać. Na razie ma matkę, która cierpliwie mu tłumaczy, pokazuje, demonstruje (tak, też!), podpowiada. Jednego staram się nie robić. – Synku, ale sam musisz pójść. Mama tego za ciebie nie zrobi – mówię.

Ostatnio na spacerze w jednym z warszawskich parków widziałam grupę „biegaczy”. Wybaczcie cudzysłów. Jedna grupa poruszała się rytmicznym szuraniem, które zapewne miało być biegiem, druga podążała za nią żwawym marszem.

Tak, ludzie mogą sobie spokojnie spacerować po parku w piątkowe popołudnie, czemu nie. Mogą szurać, maszerować i poruszać się najgłupszym krokiem, jaki są w stanie wymyślić. Tylko niech nie nazywają tego bieganiem. Tak jak nie nazwiemy ruchu żółwia, ślimaka czy węża, ani nawet żaby – bieganiem. Nie oszukujmy samych siebie. Bieganie to bieganie.

W tym dziecko jest uczciwsze niż dorośli. Ono wie, że żabi skok to nie jest chodzenie, nawet na czworaka. Dlatego szuka tego właściwego ruchu. Dlatego się irytuje, że nie wychodzi. Ono się uczy, żeby było jak trzeba. Owszem, jak już się nauczy – raczkować, potem chodzić, potem biegać – to będą dla niego najbardziej naturalne formy ruchu.

Dorośli mogliby się od dzieci wiele nauczyć. Na przykład tego, że to, co wydaje się najbardziej naturalne na świecie – na początku wymaga opanowania podstaw. To, że umiesz chodzić, nie znaczy, że umiesz biegać. Ucz się, naśladuj, szukaj mistrzów. Oderwij się od ziemi. Dopiero wtedy nazwij się biegaczem.

ANIAPP_KSIAZKA_3Fot.: Piotr SIliniewicz, Silne Studio. 

Zielono na talerzu… czyli dwa super proste dania, a Ania wraca do weganowania

beautyandb

Będzie bez zdjęć niestety, bo jedno danie się trochę przysmażyło za bardzo, a drugie zjadłam zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia. Z przepisów jednak szybko się zorientujecie, co tu jest grane. Bo po dłuższej przerwie Ania powoli wraca do weganowania. Nie tylko dlatego, że chce w końcu lepiej wyglądać na zdjęciach. O nie! Do tego w sumie wystarczyłoby pewnie więcej pobiegać.

To nie jest tak, że z tym mięsem jest mi jakoś strasznie źle. Źle mi było z nabiałem, bo nie przepadam. Jadłam, najchętniej ser biały, ze względu na młodego. Ale ponieważ moje spożycie odbijało się na jego buźce, to jakoś tak szybko i bezproblemowo wycofałam najpierw mleko, potem ser biały, kefir, wreszcie ser żółty, sernik (niestety!), masło i wreszcie, jako już absolutnie ostatnie, sery mozarellowe i w typie fety. Tych ostatnich trochę żal, ale bez przesady. Generalnie po różnych eksperymentach na żywym organizmie stwierdziłam jakiś czas temu, że moim problemem jest właśnie nabiał. W sumie z pewną ulgą wycofałam większość produktów nabiałowych z jadłospisu.

Inaczej trochę rzecz ma się z mięsem. Przed moim w sumie dość udanym i trwającym prawie dwa lata eksperymentem wegańskim byłam od mięsa uzależniona. Posiłek bezmięsny nie był wg moich norm posiłkiem. Właściwie byłam gotowa zakładać się, po ilu dniach przejdzie mi ochota na weganizm. Tymczasem przez dwa lata radziłam sobie nieźle i jakoś mnie nie ciągnęło do mięsa. A przy okazji czułam się z tym jakoś lepiej wewnętrznie.  

Po dwóch latach „na chwilę” wróciłam do „normalnego” jedzenia. Miała być chwila, ale jak już byłam gotowa do porzucenia zwierzęciny, okazało się, że mam pasażera na pokładzie i… nie odważyłam się. Tym bardziej, że literatury po polsku na ten temat w zasadzie nie ma. Owszem, nawet zakupiłam kiedyś  poradnik „Matka weganka i jej dziecko” czy jakoś tak. Z pierwszego rozdziału wynikało, że na diecie wegańskiej normalnym składnikiem są jajka. Cóż, wartość merytoryczna tej pozycji na pewno była wysoka. Wolałam nie sprawdzać dalej. A na lektury obce jakoś nie starczyło mi czasu i determinacji. W rezultacie „zwierzęcina” nie tylko zagościła w kuchni, ale rozpanoszyła się tam na całego. Za dużo, za często, za bardzo… Ale ja nie umiem połowicznie, u mnie jest wszystko albo nic.    

Teraz więc wracam na swoją dobrą drogę ;-) Prawie tak samo spontanicznie jak poprzednio. Tylko czas lepszy, bo idzie lato (tak, wbrew temu, co za oknem). Zielony powoli zaczyna dominować w lodówce…  

A mnie spontanicznie wymyśliły się całkiem niegłupie dwa dania. W sam raz dla biegaczy. I na dodatek – dania błyskawiczne.

Voila!

1. Makaron na zielono

Na dwie średnie porcje potrzeba:

1 cukinii

1 puszki groszku zielonego

5-6 łodyżek selera naciowego

garści pestek dyni

dwóch łyżki oleju (rzepakowy może być)

soli (różowa himalajska będzie idealna)

makaronu – ja akurat użyłam takiego: http://diet-food.pl/makaron-konjac-spaghetti.html, ale sprawdzi się też makaron ryżowy, sojowy, ale też „chow mein” z Lidla.   

Na rozgrzany olej wrzuciłam groszek, pokrojoną w półplasterki cukinię i pokrojone w niezbyt grube plastry łodygi selera. Poprószyłam to różową solą, przykryłam i poddusiłam jakieś 10-15 minut. I teraz – ten makaron konjac wystarczy przepłukać ciepłą wodą i dodać bezpośrednio na patelnię na jakieś 5 minut. Zwykły makaron trzeba ugotować i dodać do potrawy na patelnię na jakieś 3 minuty. Tuż przed makaronem dodać na patelnię garść pestek dyni. Można je podprażyć na drugiej patelni.    

Można też – dla smaku i jak ktoś lubi – przed warzywami przysmażyć na oleju dwa ząbki czosnku.

Można całość posypać posiekaną natką pietruszki – będzie bardziej zielono :) I z żelazem w bonusie.

2. Kotlety z brokuła.

Najprostsze danie pod słońcem, można zrobić na zapas i mieć  przez kilka dni obiady z głowy.

Potrzebujemy:

1 brokuła

100 g kaszy jaglanej

soli

pieprzu

ziół prowansalskich

garści otrębów owsianych

Brokuła gotujemy do miękkości. Kaszę też. Jak wystygną, ugniatamy i mieszamy je ze sobą, doprawiamy do smaku, dodajemy garść otrębów, żeby było jeszcze zdrowiej – i voila! Smażymy, gotowe. Jak ma być super zdrowo, możemy upiec. Jeżeli nie lubicie niespodzianek w kotlecie, można brokuła przemielić maszynką do mielenia. Miksowania nie polecam!

 

Uh, dawno tu o jedzeniu nie było. Zmieniamy to!

Smacznego!    

A następnym razem będą też zdjęcia.

Nie tak miało być…II Siebiega Półmaraton Kielecki

beautyandb

Przecież nie tak miało być – tak sobie nucę pod nosem piosenkę z jednej polskiej komedii romantycznej. Komedia jak komedia, żadne arcydzieło, ale piosenka miała taką charakterystyczną melodię, że zawsze, kiedy coś układa się nie do końca tak, jak sobie zaplanowałam, nucę ją sobie pod nosem… Ostatnio jakoś częściej, bo – jak to mnie niektóre życzliwe koleżanki i kuzynki ostrzegały – planowanie i dzieci nie do końca idą w parze. No, przynajmniej na razie nie.

Więc nie tak miało być. Bo miał być – w tych planach – solidnie przebiegany kwiecień, jakieś 2 kg mniej i jakieś 3 minuty szybciej niż w Warszawie. Miał być już taki porządny bieg, taki urodzinowy, w sam raz na inaugurację nowej kategorii wiekowej (no, formalnie to jestem w niej od stycznia, ale teraz miało być takie faktyczne zainaugurowanie zmiany kodu i w ogóle). Miał być…

A wyszło… inaczej. I nie, nie będę narzekać. Taki mam czas i już. Kiedy wydawało mi się, że wreszcie się ogarnęłam do biegania, małżonek raczył był się rozchorować, i to konkretnie, więc zostawienie mu młodego pod opieką, bo mamusia musi sobie pobiegać, raczej nie wchodziło w grę. I tak tatuś sobie chorował prawie dwa tygodnie, a mamusia budziła się przy bezzębnym uśmiechaczu i jakoś nie miała wyrzutów sumienia, że spędza poranki pod kołdrą. A na dodatek nie zamierzała się odchudzać…  Zresztą, nawet jeżeli zamierzała, to wcale jej to nie wychodziło.

Właściwie im bliżej było do 8 maja, tym bardziej sam start w półmaratonie wydawał mi się bardziej odległy i nierealny, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, po prostu – absurdalny.

Ale słowo się rzekło, i już nawet nie o to chodzi, że zapłaciłam wpisowe. Przecież obiecałam Mamie te Kielce na początku maja, wizytę wnuczka, cały tydzień, wizyty rodzinne…

Jakiś tydzień przed imprezą trochę się ogarnęłam. Nadal nie tyle żeby przeczytać regulamin biegu (i to był błąd zasadniczy, czytajcie regulaminy, żeby się nie zdziwić  dzień przed…). Na tyle jednak, żeby dać się wsadzić na orbitreka (tak, stoi taki mebel w sypialni, służy głównie za wieszak). I na tyle, żeby mieć świadomość własnej słabości. Chociaż udany start w Pucharze Maratonu na 5 km (udany = wynik poniżej 30 minut, wyszło 25:49) trochę podbudował wiarę w to, że o dziwo, ten start może się udać. Oczywiście, z pełną świadomością, że 5 km to nie 21, a ja przez cały kwiecień biegałam słownie 4 razy, w tym raz zrobiłam 8 km. No, i przebiegłam półmaraton. 3 kwietnia. Przygotowanie idealne po prostu J

Cóż. W Kielcach postanowiłam po prostu dobrze się bawić.

Niedziela zaczęła się… bardzo wcześnie rano. A właściwie już w sobotni wieczór, kiedy to z grubsza przygotowałam swoją torbę startową, ciuchy, buty, ręcznik… No właśnie. I przeczytałam regulamin. A tam jak byk stało napisane, że… prysznice będą koedukacyjne i organizator rekomenduje stroje kąpielowe… No, pięknie. Tylko że ja na początku maja nie wożę w bagażu podręcznym stroju kąpielowego.  Znaczy, w tym roku nie wożę, rok temu i owszem… Cóż.

Wróćmy jednak do niedzieli. Logistyka perfekcyjna, wsparcie małżonka i przejętej Mamy – bezcenne (także bezcenne dodatkowe pól godziny snu dla mnie). Wychodzimy niemal idealnie o zaplanowanej godzinie. Jedziemy w okolice nieco zbliżone do startu, ale bezpieczne poza strefą zamkniętych ulic. Na miejscu składamy wózek, pakujemy młodego do środka, przykrywamy, bo poranek chłodny, i – ruszamy. W stronę stadionu. Tam pierwszy (i w sumie jeden z nielicznych) zonków tego dnia. Ani pół strzałki do szatni/depozytu. Tak, wiem, jestem prawie miejscowa, z naciskiem na prawie. Stadion Korony budowano już po tym, jak na dobre opuściłam miasto, a nawet gdyby nie to, to nazwy ulic w tej okolicy też mi niewiele mówią, dla mnie zawsze to był drugi koniec miasta, powiedzmy, że wiem, jak się tu poruszać, ale nazw nie kojarzę za nic. Trudno, na szczęście mamy czas, żeby w razie czego obejść stadion. W końcu znajdujemy i depozyt, i szatnię… Szatnia damska ulokowana jest w Sali konferencyjnej, jeszcze się nie przebierałam przy mikrofonach, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz… W każdym razie w szatni cieplutko i komfortowo, za chwilę tam wracam z małym na karmienie, ale synola (o dziwo) o wiele bardziej interesuje mój numer startowy niż jedzenie.

Zanim jeszcze dotrę do depozytu, spotykam Dżastin, którą zdaje się sama na ten start namówiłam. Dżastin ma przy sobie moją książkę i życzy sobie dedykacji, więc się podpisuję gdzieś w powietrzu. Przy okazji poznaję Jej Tatę, który słysząc o moich przedwczorajszych urodzinach, wyciąga z teczki czekoladę. „Były dyplomata zawsze umie się znaleźć” – komentuje. A właściwie komentujemy razem.

Potem jeszcze spotykamy Maćka z Karoliną i Mają w wózku. Co to się porobiło z tym towarzystwem… „Synu, zobacz jaka laska” – śmiejemy się na parkingu wózek w wózek. I jakoś powoli ruszamy na start, bo to już lada chwila.

fotopkl16_01_mta_20160508_100148_1

Tomasz robi mi jeszcze zdjęcia przed startem, ja robię zdjęcia z Mamą, trzymam jeszcze młodego na rękach, jakoś niespieszno mi do tego startu. No, ale skoro już ten numer mam na klacie, to chyba trzeba by się ruszyć…

Ruszam niespiesznie, bardzo niespiesznie. Ale po przekroczeniu linii startu jakiś diabeł we mnie wstępuje. I noga zaczyna się kręcić. Więc przyspieszam, jakby nie pamiętając, że d…a jednak ciężka. To sobie zobaczę potem na zdjęciach. Ale na zdjęciach też zobaczę, że coś takiego jak pamięć mięśniowa jednak istnieje. No i jeszcze zobaczę jak słabą mam miednicę i uda. Tak, wiem, ile pracy przede mną.

Tymczasem po mniej więcej kilometrze doganiam Andrzeja, kolegę z dawnego klubu. Ja zagajam, on zagaja, od słowa do słowa, pogadujemy sobie. Niby mam ochotę przyspieszyć, ale na szczęście uświadamiam sobie, że to zły pomysł. Jak zły, to się jeszcze okaże. Tymczasem biegniemy sobie towarzysko gdzieś do 6 kilometra, rozstajemy się gdzieś przy pierwszym punkcie z piciem (swoją drogą organizator ma farta, gdyby pogoda była taka jak w sobotę, padaliby ludzie jak muchy…. Zresztą, jeżeli chodzi o punkty odżywcze, to ja jestem zdemoralizowana przez Warszawę, zawsze mi będzie mało). Na siódmym kilometrze trasa wpada do parku i malowniczo sobie zakręca po alejce, po bruku, na pysk pod górkę… Za tak moich młodych tego przejścia chyba nie było, nie pamiętam, żebym tamtędy chodziła… A urok tego podbiegu przywodzi mi na myśl cytadelę, która kilka lat temu znalazła się na trasie półmaratonu warszawskiego…

fotopkl16_01_mkd_20160508_103910

Jest urokliwie, zaraz za podbiegiem Pałac Biskupów, zbieg, kawałek przy katedrze, przelot do Placu Wolności, skręt w Sienkiewicza przy pomniku Sienkiewicza, wypiękniał kielecki deptak przez te lata, tak jak i Rynek, przez który też biegniemy, i jeszcze w dół Leśną, wracamy do Sienkiewicza, potem w Paderewskiego, która dla mnie zawsze będzie Buczka, w Żelazną, przebiegamy obok Dworca Autobusowego, którego dach podobno znowu nocami się świeci… Sięgam za pazuchę, wyciągam żel, na szczęście mam taki, co podobno nie wymaga wody… Faktycznie, właściwie sam jest wodą z dużą ilością cytrusa.  Kończę żel, rozglądam się… Jakoś mi głupio rzucać opakowanie na ulicę, i tak się nie ścigam o złote kalesony. Widzę kosze na śmieci na przystanku. Zbiegam, wyrzucam, słyszę jakiś aplauz. Wciagając żel trochę zwolniłam, teraz znowu biegniemy z Andrzejem przez chwilę. Ale ja znowu rwę jak gęś wyścigowa.

Półmetek mijam w czasie ciut słabszym niż w Warszawie, ale nadal dającym szanse na złamanie dwóch godzin. I w formie o wiele lepszej (o dziwo!) niż w Warszawie.

Tyle, że zaraz za półmetkiem trasa wypada w Aleję Krakowską i zaczyna się liczyć… Silna głowa. Bo teraz przede mną długa prosta, nawrót i powrót… Próbuję policzyć, ile tej prostej. W międzyczasie z przeciwka już biegną zwycięzcy. Są na 19. Kilometrze. Aha, czyli jakieś 3,5 km prze mną do zawrotki. Biegnę sama, ale nie odczuwam tego. Co jakiś czas miły doping z przeciwnej strony, ktoś nawet mi przypomina, że syn czeka na mecie. No, jak mogłabym zapomnieć. Przecież się spieszę, na moja miarę na dziś.  A tu – górki i dołki, podbiegi i z biegi. Przez chwilę widok na Karczówkę. Malownicze te Kielce. Malownicza – tak zwykłam mówić o trasie, która ma urok, która może się podobać, ale nie należy do łatwych. W Kielcach jest bardzo malowniczo. Gdzieś na 17 kilometrze (na 15. wciągam drugi żel) żegnam się z pomysłem startu w Kieleckim Biegu Górskim, 22 km po górkach w mojej dyspozycji nie jest dobrym pomysłem, te 7 tygodni raczej za wiele nie zmieni. Na 17 też zaczynam podchodzić. Dosłownie, czyli pod górkę idę albo drobię truchcikiem, staram się jednak zbiegać. Zaczynam odczuwać brak przygotowania do tak długiego wysiłku.

Na 19 kilometrze mam świadomość, że już blisko. Właściwie jeszcze jeden podbieg, zbieg – i meta. Biegniemy przez park, zatrzymuję się przy piciu, podchodzę, truchtam. Mija mnie Andrzej, ale nawet nie próbuję się do niego przypinać. Podbiegam, podchodzę, podbiegam.fotopkl16_01_rdn_20160508_115508

Jeszcze zakręt, jeszcze trochę pod górkę… Gdzieś tuż za górką – Mama, Tomasz i Marcin. Uśmiecham się. Już naprawdę blisko, został niespełna kilometr.

Ale tuż przed stadionem muszę znowu się kawałek przejść.

Bo przecież nie mogę dać plamy na samym finiszu.

fotopkl16_01_mta_20160508_120630_5

No nie mogę. Tym bardziej, że od wlotu słyszę swoje nazwisko. Po murawie nie biega się nadzwyczajnie, ale ja czuję się nadzwyczajnie, kiedy wreszcie wpadam na metę.

2:05 z ułamkami. Oficjalny czas – 2:04:50.

Cóż. Czas jak na okoliczności wcale nie najgorszy. Medal – cudny.

Pędzę za strefę mety, ale mojej rodzinnej ekipy ani śladu.

Gnam do depozytu. Potem szatnia. I ten koedukacyjny prysznic… Idę w końcu w samej koszulce i spodenkach, przy okazji pranie z głowy ;-) Kończę przebieranie w ciepełku i wychodzę – w sam raz, żeby wpaść na rodzinkę. Ruszamy z powrotem w stronę stadionu. Po drodze wciągam gorący żurek.

W genialnej niebieskiej koszulce nie wyróżniam się z tłumu biegaczy. Jestem częścią tej naprawdę fajnej imprezy. Jeszcze nie wielkiej, jeszcze nie do końca sprofesjonalizowanej, z całym urokiem takich kameralnych imprez, a jednak z zapleczem i przygotowaniem na wysokim poziomie.

I nawet jeżeli nie do końca miało tak być, to mimo wszystko cieszę się, że pobiegłam. Było pięknie. Malowniczo, towarzysko, rodzinnie. Dostałam w tych swoich Kielcach pozytywnego kopa i masę motywacji. Dostałam ładunek pozytywnego zmęczenia. Poczułam, że mimo wszystko jestem silna i jeszcze sporo mogę.

A ta zmiana kodu…? Cóż, to tylko cyferki. Póki co nie zamierzam się nimi przejmować. Plany są zgoła odmienne, a moją całą uwagę zaprząta obecnie Marcinek.

Chociaż… Od poniedziałku jakby więcej się ruszam…?

13124771_1150595168304538_7998981654715518455_n

Barany w słuchawkach

beautyandb

Duża impreza to dużo tematów. A że startuję teraz rzadko (no, dla ścisłości, ubiegłoniedzielny półmaraton był pierwszym startem od… przemaszerowanego Biegu Niepodległości) i jeszcze przez chwilę tak będzie, dopóki młody nie dorośnie do wózka biegowego (bo małżonek wymyślił sobie dokształcanie w weekendy, więc sami rozumiecie…; a jak się nie uczy, to sędziuje, czyli jeszcze gorzej…), to tym razem wyjątkowo mam czas napisać o wszystkich aspektach. Było o biegu, było o tym, dlaczego nie poszło mi tak, jak oczekiwałam (i poniekąd trochę o tym, że nie do końca jeszcze wróciłam do tego biegania), a teraz będzie o…

kaboompics.com_Black_headphones_with_mobile_smartphone(Photo by Kaboompics.com)

Baranach w słuchawkach. Chociaż może nie dosłownie. Dzisiaj tłumaczyłam synkowi, co to są „żaby” robione palcami – i że wtedy słowa nie znaczą dokładnie tego, co znaczą. Nie jestem pewna, czy zrozumiał. Więc nie będzie o prawdziwych baranach, ale o tych wszystkich, którzy nie bardzo wiedzą, po co startują w biegu masowym, zapisują się na niego jak te barany, wiedzeni owczym pędem, a część z nich do tego nie czyta regulaminu. Część natomiast uważa, że regulamin sobie, a oni sobie i itak im wszystko wolno.

I w sumie nie chodzi wyłącznie o słuchawki. Zresztą, o słuchawkach akurat w regulaminie nie ma. Przynajmniej nie dosłownie. Ani nawet w żabach. Ale jest taki punkcik: Uczestników biegu obowiązują przepisy PZLA, IAAF oraz niniejszy regulamin. A przepisy PZLA i IAAF nie dopuszczają startu w słuchawkach. Zaraz do tego jeszcze wrócę.

Za to na przykład w regulaminie jak byk stoi napisane: Podczas biegu wszyscy uczestnicy muszą mieć numery startowe przymocowane poziomo do przedniej części koszulki (ew. bluzy lub kurtki). Numer startowy musi być widoczny przez cały czas trwania biegu, zasłanianie numeru (w całości lub części, podczas jakiejkolwiek części biegu) lub jego modyfikacja jest zabroniona pod karą dyskwalifikacji. PRZEDNIA CZĘŚĆ KOSZULKI… Wiecie, ile osób tylko ja widziałam podczas biegu z numerami na plecach? Tylko w strefie, w której ja biegłam, strefie na ok. 2 godziny, czyli z założenia takiej, gdzie wiele jest osób początkujących, naliczyłam co najmniej dziesięcioro delikwentów z numerami na plecach. W sumie mi ich trochę szkoda, bo to pewnie był pierwszy start i teraz za nic się nie znajdą na zdjęciach np. na Fotomaratonie. Ale nic to, mam nadzieję przynajmniej, że chipy mieli prawidłowo zamocowane, przy tak masowym biegu i tak liczy się odczyt z aparatury, dopiero przy wątpliwościach czy reklamacjach decyduje oko sędziego, które zazwyczaj skupia się na czołówce i elicie. Gorzej, że tak naprawdę obsługa trasy i sędziowie na trasie mają prawo poprosić osobę z niewidocznym numerem  o opuszczenie trasy. Nie robią tego, ale teoretycznie – mogą.

Zresztą, numery na plecach widziałam nie po raz pierwszy. Nie wiem, skąd ten pomysł na mocowanie na plecach… Od kolarzy? No, ale im zasadniczo klaty i brzucha nie widać jak jadą. Od piłkarzy…? No nie wiem. W każdym razie lepszy numer na plecach niż brak numeru w ogóle. Albo dajmy na to założenie zamiast numeru – naklejki na depozyt (widywałam na biegach i takie rzeczy, z tłumaczeniem: bo tamten był za duży. I nie, nie 10 lat temu. W ostatnich 2-3 latach.) A czasami w takim numerze jest chip…

Chipy na PMW to osobna sprawa. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, że niemal zaraz za metą utknęłam w gigantycznym korku. Ki diabeł? Do medali taka koleja? Nie wyrabiają się z wieszaniem na szyjach? Nie! Wytłumaczenie było dużo bardziej banalne. Otóż ileś-tam osób uznało, że właśnie między linią mety a medalami muszą koniecznie wyplatać chipa spomiędzy sznurówek. O, masakro… Oczywiście stanowisk do zdawania chipów było co najmniej kilka, w różnych miejscach za metą, ale niektórzy musieli właśnie tam, powodując kompletny zator. Owszem, zdarzyło mi się że chipy odbierano gdzieś w okolicach medali, ale to było w Barcelonie, gdzie strefa mety była ze dwa razy szersza i siedzieli tam specjalni funkcyjny, którzy robili to za biegaczy, którzy nie musieli się schylać.

No i wreszcie te nieszczęsne słuchawki. Ja generalnie jestem przeciwniczką słuchawek na zawodach. W ogóle. Jakichkolwiek. Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – ze względów bezpieczeństwa. Po drugie – ze względu na atmosferę zawodów, z której słuchawki takiego delikwenta wyłączają. Więc po co ten start? Albo uczestniczymy w święcie, albo się od niego odcinamy. A tak to… 

Ważniejsze jednak są względy bezpieczeństwa. To dlatego tak się zagotowałam na PMW. Weźmy pierwszą lepszą sytuację. Zwężenie na jezdni, akurat dobiegam do większej, bardziej zwartej grupy biegaczy (zasada lewa wolna dla szybszych albo którakolwiek wolna to już w ogóle marzenie ściętej głowy na tak wielkiej imprezie), chcę ich wyminąć, przymierzam się do kroku na krawężnik i w tym momencie dokładnie pod moje nogi i zęby wyskakuje panna w słuchawkach. Gdyby nie to, że widziałam, że jest w słuchawkach i gdybym manewr zrobiła o ułamki sekundy szybciej – któraś z nas skończyłaby zapewne ze skręconą kostką. Co najmniej. I w tym momencie obiecałam sobie, że przy następnej okazji będę słuchawki z tych pustych głów zdejmować. Nieźle, tydzień minął, a ja wciąż się gotuję na wspomnienie tamtej sytuacji.

To, że w słuchawkach nie słychać kibiców – to problem  biegnącego w słuchawkach. Ale to, że nie słychać współbiegaczy – może być  zwyczajnie niebezpieczne. Kiedyś ścigałam się na obozie – kameralne zawody na zakończenie. I akurat przyszło mi wymijać koleżankę na wąskiej grobli. A ona była w słuchawkach i zasuwała samym środkiem ścieżki.  Innym razem, na biegu górskim, widziałam, jak jeden z biegaczy, w dużych słuchawkach, nie zauważył oznaczenia zakrętu i pobiegł przed siebie. Nie słyszał też wołania kolegów. Miał szczęście, że komuś chciało się zasunąć te 200 m sprintem i go zawrócić na właściwą trasę. Widziałam…

I nie chodzi o to, że w ogóle jestem przeciwniczką biegania w słuchawkach. Ależ skąd. Jeżeli czytacie mnie dłużej, to wiecie, że często biegam z radiem, od czasu do czasu z audiobookiem. Wszystko w granicach rozsądku i bezpieczeństwa. Czyli po okolicach jezdni ustawiam dźwięk tak, żeby dobiegał mnie dźwięk ruchu drogowego, a po lesie często – z jedną słuchawką, chyba że jest środek dnia i sporo ludzi na leśnych ścieżkach. Zresztą, słuchawki w lesie to też w sumie jakieś nieporozumienie…

Teoretycznie, zgodnie z regulaminem PMW, taki biegacz w słuchawkach mógłby być… zdyskwalifikowany. I nie przesadzam. Na postawie właśnie przywołanego wcześniej punktu o zasadach IAAF i PZLA. Zgodnie z tym zasadami, użycie słuchawek kwalifikuje się pod pojęcie niedozwolonej pomocy. Bo w takich słuchawkach można mieć… na przykład trenera dającego wskazówki  odnośnie biegu albo np. zestaw bitów  podkręcających odpowiednio tempo i tętno (są takie strony, gdzie można ściągnąć odpowiednie wiązanki). I o ile nie słyszałam, żeby u nas za to dyskwalifikowano, to za oceanem przestrzega się tego przepisu – przede wszystkim w odniesieniu do czołówki, ale bywa, że i w odniesieniu do „zwykłych” biegaczy. Zresztą, czołówka na ogół wszędzie biega bez słuchawek, właśnie z uwagi na regulacje IAAF i krajowe.

A im dalej w las, tym więcej drzew, im wolniejsi biegacze, tym częściej w słuchawkach… Resztę metafor sobie daruję… I następnym razem będę ściągać, słowo daję.

Dwa zdjęcia, czyli dlaczego tak wolno biegam

beautyandb

Dwa zdjęcia. Chociaż właściwie zdjęć jest znacznie więcej. Nadają się do powieszenia na lodówce, kuchence, piekarniku, przy wejściu do kuchni… To był bardzo dobry pomysł, żeby na 11. PZU Półmaraton Warszawski ubrać w dobrze znany strój startowy, w którym biegałam od lat. Zadowolona, że się zmieściłam, nie spojrzałam w lustro. To też dobrze, bo może bym coś zmieniła – i obraz nie byłby tak dojmująco prawdziwy. To, że pewne wady i niedoskonałości potrafię doskonale maskować – to przecież już wiem. Od dawna.  A tym razem wystawiłam się na strzał. Spojrzeń i obiektywów. Już wiem, dlaczego niektórzy fotografowie odwracali te obiektywy tuż przede mną. Migawka jest bezlitosna.

10157338_741935795837146_3464772028203652919_nZdjęcie 1. 6 kwietnia 2014.

Te zdjęcia dzielą dwa lata bez trzech dni, buty oraz… jakieś 8 kilogramów i prawie 20 minut w tabeli wyników Półmaratonu Warszawskiego (zdjęcie jest z tydzień późniejszego biegu Szybko Po Woli). Chociaż tamtego wyniku też nie zapisałam do osobistej tablicy chwały, od życiówki dzieliło mnie wtedy prawie 10 minut, byłam tuż po kuracji antybiotykowej, trochę pogubiona z treningami, trochę jednak bez formy, z maratonem w perspektywie…  Ale przynajmniej wyglądałam jak biegaczka. I byłam na samym początku pewnej życiowej drogi :)

12909557_10154049482369763_8248140023204566446_oZdjęcie 2. 3 kwietnia 2016. (fot. Piotr Dymus dla FMW)

Te 8 (albo nawet 9, ale raczej jednak 8) kilo wzięło się… No, wiadomo. Tylko że ciąża to nie jest usprawiedliwienie. Nie tyłam od ciąży, a od braku ruchu. Normalnie kobieta w ciąży może przytyć jakieś 12- 16 kg. Ja przybrałam… No, sporo ponad 20. Zaryzykowałabym nawet, że jakieś 24. Nie wiem, bo już pod koniec się nie ważyłam, zresztą ważyłam się tylko na wizytach u lekarza ostatnie ważenie opiewało na 22. Dlaczego aż tyle? No cóż. Zaczęło się od leków jeszcze przed. Więc już na wejście miałam prawie +3 kg. Potem, w czasie, kiedy normalnie kobiety „przy nadziei” jeszcze nie tyją, a niektóre wręcz tracą na wadze, ja przestałam się ruszać. Z 4-5 treningów biegowych i trzech basenów w tygodniu zeszłam do poziomu aktywności „zero”. A głodna byłam jak dawniej. Do tego remont kuchni i jadanie na mieście i… złapało mi się w sumie 7 kg. Z powietrza. Jedynym pozytywem był brak apetytu na słodycze. Jak sobie pomyślałam, że w tym tempie to przybędzie mnie ponad 30 kg, to na początku 3 miesiąca wylądowałam nawet u dietetyka w klinice. Co nieco się dowiedziałam, ale najgorszy nadal był brak ruchu…

W czwartym miesiącu już mogłam się zacząć ruszać (niby cały czas mogłam, ale pamiętacie, miałam jeszcze kontuzję nogi). Poszłam na siłownię. W lipcu bywałam tam regularnie – i od razu był efekt, tylko 1 kg na plusie. W sierpniu – urlop na łonie rodziny – i znowu więcej na plusie…  I tak w końcu się zrobiło ponad 20. Po porodzie ubyło mi z tego jakieś 6-7. Nadal pozostawało 15-18 na plusie (różnica wynika z faktycznej wagi przed i wagi docelowej ;)). Złożyłam wtedy, że do półmaratonu powinnam zrzucić połowę z tego. I ten cel się zrealizował, właściwie bez wielkiego mojego udziału.

Pierwsze 6 kg zleciało błyskawicznie, ja jadłam na potęgę, a dziecko ze mnie wysysało nadmiary. Po 6 kg spadek lekko wyhamował. Ale wtedy przyszła pora na aktywność. Jak tylko zaczęłam się ruszać, waga znowu zaczęła drgać lekko w dół.

No i tu dochodzimy do prawdziwej przyczyny, dla której nieśmiałe założenie złamania dwóch godzin nie mogło się udać.

Pamiętacie – jak wychodziłam na pierwsze biegania w styczniu, truchtałam sobie w tempie 6:30 – 7:00 i  zastanawiałam się, jakim cudem zmieszczę się w limicie. W lutym zaczęłam pobiegiwać bardziej regularnie i tempo mi lekko wzrosło, na początku marca zdarzało się nawet 10 km poniżej godziny. Ale nadal trudno byłoby to moje bieganie nazywać treningiem. W marcu miałam się trochę zdyscyplinować, ale… Nie wyszło. Pamietacie. Bieganie to przyjemność.

No więc zdarzyły się w tym marcu tygodnie, kiedy wyszłam cztery razy – i takie kiedy wyszłam raz. Trening jakościowy przez cały ten czas zrobiłam aż JEDEN. O dziwo, jego rezultat zaskoczył mnie pozytywnie. Dlaczego zatem nie zrobiłam więcej…? Dlaczego przez ostatnie 10 dni przed PMW nie wyszłam biegać? Wszak rodzinne święta to nie żaden powód, wręcz przeciwnie…

Jedyna logiczna odpowiedź, jaka się nasuwa, jest taka, że po prostu muszę się nauczyć biegać od nowa. Bo przecież zawsze bieganie było jak mycie zębów. Po prostu wstawałam i szłam biegać. Teraz jeszcze nie doszłam do tego etapu. Jeszcze czasami wolę rano zostać w łóżku i poprzytulać synka. Nie żebym była niewyspana, bo młody budzi się dwa, rzadko trzy razy w nocy. Ale za to rano tak się słodko przeciąga, tak fajnie się budzi… Eh, no.

A poza tym zabrakło mi jeszcze jakich dodatkowych ćwiczeń. Bo przecież po tym roku słaba jestem jak neptek. Brzuch duży, ale słabiutki, plecy wątłe, ramiona… Szkoda gadać. A, nie. Pardon. Biceps zaczynam odzyskiwać, w końcu po kilka godzin dziennie dźwigam te prawie 6 kg (dzisiaj już ponad 6). Więc biceps jest. Ale cała reszta. Dramat.

Nie żebym nie próbowała. Nawet raz poszłam na ćwiczenia dla mam z dziećmi. Było super. Tylko potem cały czas coś mi wypadało w porze zajęć… Bo ja przecież na urlopie jestem, nie? W rezultacie po pierwszym razie kolejnych nie było. Ostatnio w desperacji nawet wyciągnęłam przedpotopową Chodakowską z SHAPE’a. Udało mi się poćwiczyć. Raz. Ale zamierzam kontynuować, bo przyjemnie po tym poczułam mięśnie brzucha.

I jakbym tak sobie poćwiczyła przez miesiąc, to nawet te 8 (czy 9) kilo nie byłoby aż takim problemem. A, pardon. Jakbym się bardziej regularnie ruszała, to pewnie nie byłoby 8 czy 9, tylko 4 czy 5 ;-) Cóż.

Po audycie plan naprawczy został podjęty.

Zdjęcie wisi na lodówce.

A na 8 maja mam nr 1005. Będzie taki domowy, urodzinowy półmaraton.  Wiadomo gdzie ;-)

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci