Ania biega - Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało s...
Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Nie moja bajka, ale ten Majka! Czyli nie do końca moja opowieść o rowerach i emocjach

beautyandb

Stałam w średnim miejscu. Nie widziałam telebimu, byłam zdana na relację słowną, z tego, co telebim akurat pokazywał. I tylko słyszałam – jeszcze 12 km, jeszcze 10, jeszcze 6, wreszcie – pięć, te pięć, z których cztery poznałam wracając z porannej przebieżki, czyli podjazd przez samą Bukowinę. Nie napiszę, w jakim tempie wbiegałam tym podjazdem…

Spiker co jakiś czas meldował: dogonili ucieczkę, jadą razem, podjeżdżają pod ścianę Bukowina, Rafał mobilizuje kolegów, żeby mu pomogli, wreszcie, n 3,3 km przed metą – jeżeli miał się oderwać, to kiedy, jak nie tutaj, na kolejnym podjeździe. Liczyło się każde sto metrów. Kiedy został mu kilometr do mety, wśród publiczności zapanowała zbiorowa histeria. Spiker krzyczał „Rafał”, a tłum wrzaskiem odpowiadał „Majka!”. Krzyczałam najgłośniej jak umiem (nie wiedziałam, że tak umiem). Zaciskałam kciuki, gardło zaciskało mi się same, a pod powiekami czułam jakieś wzruszające pieczenie.

I nagle wyłonił się zza zakrętu. Jechał sam, nie było widać za nim nikogo. Gardło nadal miałam ściśniętę i czułam rosnącą gulę wzruszenia, ale nadal wydzierałam się razem z innymi. Za to oczy zrobiły mi się okrągłe jak spodki od filiżanek. Jak to – sam? Jak to – z taką przewagą? Jak on to zrobił? Przecież jeszcze wjeżdżając na ostatnia pętlę peleton z pociągiem Tinkoff Saxo miał ponad 40 sekund straty do ucieczki, która uformowała się gdzieś po pierwszej pętli i w której długo prym wiódł Maciej Paterski, ostatecznie najlepszy góral 71. Tour de Pologne.    

Ale pociąg w żółtych koszulkach odrobił swoje, pojechali na Rafała. Jeszcze przed trzecią (z czterech pętli) mieli prawie dwie minuty straty. A potem systematycznie zbliżali się do uciekinierów, va banque poszli na ścianie Bukowina w Gliczarowie – właśnie na trzeciej pętli, nadrabiając około minuty. Rafałowi pozostawało zakończyć tę piękną akcję tak jak umiał najlepiej – z 10-sekundową przewagą nad rywalami. Ależ ta przewaga na rowerach robił wrażenie – z punktu widzenia biegacza to raptem kilkadzieścia metrów, na rowerze – na pewno ponad sto. Dobrze ponad sto.   

10524699_807812299249495_3366319306270425979_n

„Rafał Majka” – krzyczała publiczność. Ja też. Gardło zdarłam sobie aż po sam przełyk. Dłonie mam lekko opuchnięte od klaskania i uderzania w różne elementy wyścigowej infrastruktury celem robienia hałasu.

A Rafała zobaczyłam kilka godzin wcześniej – kiedy podpisywał listę startową. Nawet ustawiłam się gdzieś w pierwszym szeregu chętnych do wspólnej foty, ale… ale jeszcze bliżej stała Mama kolarza, z którą syn chciała zamienić kilka słów, potem pojawili się panowie aktorzy z „Czasu honoru” którzy chwilę wcześniej ukończyli wyścig dla amatorów – i faceci honoru zrobili sobie fotę – i Majka już spieszył się do przestartowego wyciszenia. Cóż. Zatem mamy zdjęcia Majki, ale nie mamy sweet foci z bohaterem dnia.

15200_807811855916206_299857443017445750_n

Mam za to zdjęcie z bohaterem innego dnia… Dzisiaj też był jedną z gwiazd amatorskiego wyścigu. Panie i panowie – Zbigniew Bródka!

10403058_807811735916218_3842211979146918787_n

No i jeszcze jedna fotka. Bo zupełnie niespodziewanie (dla mnie) w Bukowinie na starcie pojawił się… mój szef. I nie tylko się pojawił, ale pojechał w wyścigu amatorskim. I bez szwanku dotarł do mety. Wyrazy uznania.

1544372_807811925916199_7977713359136186719_n

Ja się nie odważyłam. Kiedy rezerwowałam pobyt w Bukowinie, to właśnie start w Bukowinie, w Tour de Pologne Amatorów, miał być wisienką na torcie, królewskim zakończeniem wakacji. Ale jakoś… nie udało mi się swojego wyjeździć. Na dodatek spd-y budzą jakiś mój opór wewnętrzny. I kiedy wczoraj wyjechaliśmy z małżonkiem na małą próbę przed ewentualnym startem, okazało się, że buty udaje mi się wpiąć albo nie zupełnie przypadkowo, niewpięty pedał przy jednej z prób uderzył mnie w piszczel z taką siłą, że jeszcze mnie boli (a noga natychmiast spuchła), a jak już w końcu udało mi się wpiąć trzy razy z rzędu bez problemu i okazało się, że nawet daję radę podjeżdżać – to na zjazdach jednak rower panował nade mną, a nie odwrotnie. No cóż, nie o takim końcu wakacji myślałam… I chociaż serce bolało, a rozum wiedział, że kondycyjnie i siłowo dałabym radę – to jednak ten sam rozum powiedział – odpuść, jeszcze tu wrócisz.

10561810_807131032650955_8458119690920802825_n

A na razie sobie pobiegaj.

No to biegam. Dzisiaj w sumie 13 km, przez Brzegi, Jurgów, Czarnogórę i podjazdem, to jest, pardon, podbiegiem w Bukowinie. Choć usłyszałam i taki komentarz: „Pani, tu się jeździ, nie biega”. Cóż, póki co jazda to jeszcze nie do końca moja bajka. Ale ja bywam czasami uparta. Mam nawet pewien plan…

     

   

Jak dobrze nam zdobywać góry…

beautyandb

Nuciłam z niekłamanym sarkazmem słowa tej turystyczno-harcerskiej piosenki wdrapując się na Śnieżkę. Wdrapywałam się dosłownie, gdyby nie to, że kilka dni przed wyjazdem robiłam manicure, to pewnie i pazurami po tych skałach i poręczach bym darła. Pazurami od rąk rzecz jasna, bo nogi ze mną nie współpracowały. Od jakiegoś czasu. A podejście na Śnieżkę obnażyło mą słabość w sposób bezwzględny. Wyprzedzały mnie kobiety w klapkach japonkach, panowie w ciążach spożywczych, panowie z dziećmi na plecach i dzieci jako takie. Oraz zwierzęta.

W którymś momencie, jakieś niespełna 100 m od szczytu, usiadłam na kamieniu i pewnie bym już tak została, rozważając, dlaczego nie zakończyłam biegu przed wejściem na Śnieżkę, gdyby nie życzliwy współbiegacz, który przechodząc mimo zwrócił mi uwagę, że do szczytu już naprawdę niedaleko. „W sumie – słusznie” – stwierdziłam i ruszyłam za nim. Co prawda było mi słabo, niedobrze, kręciło mi się w głowie, a nogi były jak koły, ale ruszyłam. Z mocnym postanowieniem, że jak tylko zejdę z drugiej strony – to zejdę też z trasy biegu, bo ukończenie go raczej nie mieści się w granicach moich możliwości tu i teraz. Muliło mnie gigantycznie i rozglądałam się za jakimś dyskretnym krzaczkiem, ale na Śnieżce nie było mowy, ani o krzaczku, ani o – dyskretnie.

Cóż było robić? Ruszyłam powoli w dół. Ale że było w dół – nawet powoli okazało się jakby ciut szybciej. Oczywiście natychmiast złapała mnie kolka. Rozciągnęłam j nie przestając truchtać. Kiedy dobiegłam do podśnieżkowego punktu po raz drugi, już nie myślałam o schodzeniu z trasy. Zresztą, tak na zdrowy rozum, niby jak ja bym stamtąd wróciła? Przecież nawet kasy na jakiś autobus nie miałam… To już lepiej było toczyć się do mety. Napiłam się tylko solidnie wody, pilnując, żeby przypadkiem nie wciągnąć izotoniku, który ewidentnie mi szkodzi.

Spojrzałam na zegarek. Przeliczyłam w głowie. Oj. Słabo. Będę miała problem ze zmieszczeniem się w limicie. Niby już jestem za półmetkiem, ale to nie znaczy, że już z górki. To prawda, że Śnieżki więcej nie będzie, a ze Śnieżnych Kotłów czeka mnie zbieg, ale też i zmęczona jestem już mocno – i te nogi. Jak kołki. Ale czemu się dziwić, skoro najdłuższa aktywność jaką ostatnio odbyły to spokojne asfaltowe 17 km…? Nie miałam jednak wyjścia. Tam, gdzie było z górki albo  przynajmniej płasko – musiałam biec. Na 25. kilometrze złapałam plecy biegacza w niebieskiej koszulce Festiwalu Biegowego – i tak się ciągnęliśmy – raz ja wyprzedzałam, raz on. W ten sposób minęliśmy jedną parę. Kiedy dotarliśmy do 30 km, wiedziałam już – zmieścimy się w limicie. Musimy napierać dalej, będziemy minuty przed zamknięciem mety, ale powinniśmy dać radę. Z tej radości próbowałam podbiec sobie po prawie równym. I równo pięknie podcięło mi nogi, wywinęłam konkursowego orła, który tak mnie zdziwił, że przez ułamki sekund leżałam skulona na ziemi (bo zwinęłam się, żeby zasłonić głowę). Mój biegowy towarzysz natychmiast był przy mnie – pytając, czy wszystko w porządku. No, nie licząc krwawiącego kolana, jakiejś krwi na dłoni oraz szczypiącego łokcia – w sumie byłam cała… Kolano przepłukaliśmy wodą z camelbaka kolegi i ruszyliśmy dalej. Chwilę później dogoniła nas koleżanka, która wyprowadziła mnie z błędu co do dystansu. Bo, nie wiedzieć czemu, do tej pory byłam przekonana, że mamy do pokonania 48 km. Nie ma to, jak się miło rozczarować. Oficjalnie podawanym dystansem było jednak ok. 46 km.

Od razu jakby skrzydeł dostałam. Na zejściu do punktu minęłam jeszcze dwóch panów. Na punkcie moje cały czas krwawiące kolano nie zainteresowało służb medycznych, więc obficie zlałam je wodą -  i ruszyłam dalej. Po drodze dogoniłam jednego biegacza, który mijał mnie jakieś… 17 km wcześniej, mówiąc, że jeszcze go wyprzedzę. Cóż, podbieg, a raczej podejście pokonywaliśmy wspólnie. Potem ja byłam troszkę z przodu. A kiedy odwróciłam się następny raz – byłam sama… I napierałam. Mimo że to był 35 kilometr. Mimo że było pod górkę. Bieg to to nie był, ale szybko posuwałam się do przodu. Do Śnieżnych Kotłów dogoniłam kolejnych dwóch biegaczy. Wiedziałam już, że w limicie zmieszczę się spokojnie. Choć bez fajerwerków. Teraz jednak nie liczył się wynik, a dotarcie do mety.

Ze Śnieżnych Kotłów schodziłam już bardzo raźno. Tuż przed Schroniskiem Pod Łabskim Szczytem dogoniłam biegaczkę, którą ścigałam od podnóża Śnieżki. Na punkcie wypiłam tylko dwa kubki wody. Od 13 km nic nie jadłam – miałam żele, ale po akcji na górze trochę się bałam. Uznałam, że dopóki nie czuję się osłabiona – lepiej nie będę jadła. Ostatecznie pewne naturalne zapasy mam…  

Od Schroniska droga już wiodła w zasadzie wyłącznie w dół i miała dość przyjemną nawierzchnię. Zaczęłam się rozpędzać. Jak kula śniegowa nabierałam szybkości. Humor mi się poprawiał z każdą pokonaną stumetrówką. Aż do przedostatniego zakrętu, kiedy to… zmyliły mnie strzałki i jedna pani mówiąc, że mam biec prosto… Dopiero jakieś 100 m dalej kolejni turyści mnie zawrócili na właściwą drogę, a ja dale pewności zaczekałam jeszcze na tych, co byli za mną. A potem włączyłam turbo i pognałam….

SDC15732_m

Za górką zobaczyła żółtą koszulkę małżonka. Zaczęłam machać entuzjastycznie. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo Tomek stwierdził, że jednak więcej w tym było rozpaczy niż entuzjazmu. Oddałam mu plecak i pędziłam prosto na czerwoną bramę. A za nią jeszcze był mały zbieg, ostry zakręt i…. 200 m podbiegu. Ale przecież nie podchodzi się przy kibicach… Wpadłam na metę szczęśliwa jak chyba nigdy, choć z czasem tak słabym jak nigdy (7:30:20, miejsce 393).

Potem Piotr napisał na FB coś o statystykach. Zerknęłam w wyniki. Od Śnieżki do mety minęłam 27 osób… Jedna minęła mnie, ale to się nie liczy, bo na Śnieżce była przede mną.

Tymczasem za metą najpierw padłam, a potem - wpakowałam się po same uda do ogrodowego baseniku z zimną wodą, który tam stał ku uldze i uciesze biegaczy…

Jak dobrze nam zdobywać góry… - nuciliśmy sobie z małżonkiem już bez cienia sarkazmu na drugi dzień, kiedy najpierw sportowym marszem podeszliśmy na Szrenicę, a potem pod prąd starej trasy MK dotarliśmy do Śnieżnych Kotłów – i zbiegliśmy spod Łabskiego Szczytu. I jeszcze kolejnego dnia, kiedy o poranku próbowaliśmy wbiec na Kamieńczyk…

Co zrobić, droga na szczyt zazwyczaj wiedzie pod górkę...

 

Gdzie diabeł nie może, czyli feminizacja maratonu polskiego

beautyandb

Starożytni mieli prościej. Kobiety nie tylko nie biegały, ale generalnie miały zakaz wstępu na stadiony, gdzie rozgrywano igrzyska. Z czasem wpuszczono na olimpijski stadion kobiety niezamężne, ale ponieważ zasadniczo nie poruszały się one samopas, więc wyłom w regułach był czysto teoretyczny.  Kobiety trzymały się od sportu na dystans, podobnie jak od wojny. W końcu i tu, i tu mam do czynienia z walką.

Od jakiegoś czasu co prawda co po niektórzy twierdza, że kobiety miały swoje igrzyska, poświęcone boginii Herze, Heraia, ale tak naprawdę była to raczej lokalna impreza o ograniczonym zasięgu – w przeciwieńskie do igrzysk olimpijskich. Niejaki  Pauzaniasz w swojej „Wędrówce po Helladzie” podaje, że niezamężne kobiety rywalizowały ze sobą na olimpijskiej bieżni w biegu na dystansie pięciu szóstych stadionu (około 160 metrów).

Historia nam bliższa okazała się dla kobiet jeszcze bardziej okrutna, bo wyłączyła je ze sportu w ogóle. Ale, jak wiadomo, kobiety nie są z tych, co łatwo rezygnują i nie lubią, żeby je traktować jako płeć specjalnej troski. I dlatego już w 1896 r. na starcie biegu maratońskiego, który wtedy był jeszcze nieco krótszy niż dzisiejsze 42 km 195 m, wraz z grupą mężczyzn stanęła kobieta – Greczynka Melpomena. Dotarła do mety w czasie powyżej czterech godzin, nie zakwalifikowała się na pierwsze nowożytne igrzyska, ale trafiła do legendy.  A w pierwszych nowożytnych igrzyskach nie wstartowała ostatecznie żadna kobieta. Zresztą, wobec zaciekłego oporu barona de Coubertina (tak, tak, i on ma skazę na życiorysie), w większej liczbie kobiety pojawiły się na olimpijskich arenach dopiero w 1928 r. Pomysł, że mogłyby wystartować w biegu maratońskim, nikomu nie przyszedł do głowy. Z wielkimi obawami dopuszczono bieg na 800 m, który brutalnie pokazał, że kobiety nie powinny biegać więcej niż jedno okrążeni stadionu.

W tym kontekście w sumie przestaje mnie dziwić mój osobista Mama, która kiedyś, wybierając się ze mną jako kibic na stadionowy trening (dwa dni po moim trzecim maratonie) zapytała: Ale to zrobisz jedno czy dwa kółka po tym stadionie? – Mamuś, na dwa to szkoda buty zmieniać… Dwadzieścia. A właściwie – dwadzieścia pięć – wyprowadziłam ją z mylnego wyobrażenia o bieganiu.

Mam szczęście, bo mniej więcej wtedy, kiedy ja się urodziłam, trwała batalia o kobiece bieganie. W tym – o maraton. Maraton w ogóle – i maraton na igrzyskach. Dzisiaj już nikt nie pyta, czy kobiety mogą biegać, czy powinny, czy to im przypadkiem nie szkodzi. Nie, dzisiaj  dyskusja jest o tym – jak szybko mogą biegać, kiedy padnie nowy rekord świata, czy dogonią mężczyzn.

Ale zanim znaleźliśmy się w takim przyjemnym momencie, że możemy się bić co najwyżej o osobne szatnie i ewentualnie wysokość nagród, musiało się wydarzyć kilka incydentów, które spowodowały, że kobiety zdobyły maraton.  Wszystko zaczęło się nieco wcześniej, ale tak naprawdę do dyskursu publicznego trafiło w kwietniu 1967 r. To wtedy Boston Marathon zamiast na kolumny sportowe trafił na czołówki amerykańskich  gazet. A ilustracją z biegu było czarnobiałe zdjęcie, na którym dwóch działaczy szarpało zawodnika z nr 261. Zawodnika? No, właśnie się zorientowali, że K.V. Switzer to nie zawodnik, a – zawodniczka, Kathrine, i nie bacząc na autobus pełen fotoreporterów, próbowali usunąć z trasy kobietę. 20-letnia Kathrine biegła ze swoim trenerem i z narzeczonym, którzy odepchnęli napastników i umożliwili jej dalszy bieg.

Kathrine miała zresztą podwójne szczęście. Po pierwsze, dopuszczono ją do biegu. A dopuszczono, bo zarejestrowała się nie jako Kathrine, a jako K.V. Switzer. Według niej samej, nie było to zamierzone. Ot, po prostu, akurat w tym okresie swojego życia podpisywała się inicjałem – na cześć J.D. Salingera. Może się tak podpisywała. Ale na pewno też znała całkiem świeżą historię Roberty Gibb. Gibb przebiegła bostoński maraton rok wcześniej. Jej wynik był o prawie godzinę lepszy niż wynik Switzer. W 1967 Gibb też przybiegła przed Switzer. I w 1968. Ale wyniki Gibb figurują w oficjalnych statystkach Bostonu raptem od… 1996 r. Dopiero po trzydziestu latach Amerykanie przyznali, że faktycznie, była taka zawodniczka i faktycznie, przebiegła legendarny maraton. W 1966 r. sam dyrektor bostońskiego maratonu wysłał Gibb pismo tłumaczące, że niestety, jako kobieta nie może wziąć udziału w maratonie, bo kobieca fizjologia uniemożliwia bieganie maratonów i w ogóle kobiety mogą się ścigać najwyżej na półtorej mili (ok. 2,4 km). Gibb, w bermudach swojego brata i bluzie z kapturem, ukryła się w krzakach i wystartowała. Z krzaków.

Trzeba było kolejnych kilkunastu lat, by kobiecy maraton tak naprawdę wylazł z krzaków, wyrósł z powijaków – i trafił do programu Igrzysk Olimpijskich. Pierwszy olimpijski maraton kobiet rozegrano w 1984 r. w Los Angeles.

A potem ruszyła lawina. Kobiety rozpanoszyły się na biegowych ścieżkach na całego. Już nie tylko powstają specjalne kolekcje biegowych strojów dla kobiet, damskie modele butów, które podobno są lepiej dopasowane do budowy kobiecej stopy, chociaż na pierwszy rzut oka stopa kobiety może być co najwyżej ciut mniejsza niż stopa męska. Już mamy specjalne biegi – tylko dla kobiet, gdzie panom wstęp wzbroniony, chyba że kibicują lub robią zdjęcia, albo – jak w ostatniej edycji Samsung Iren Women’s Run – służą za znaczniki kilometrów.  Ale biegi kobiece w Polsce to jeszcze pieśń przyszłości, bo na razie daleko nam do tego, żeby, jak w San Francisco, organizować maraton dla kobiet z kilku- czy nawet kilkunastotysięczną frekwencją. I daleko nam jeszcze do tego, żeby – jak w Stanach – kobiety stanowiły ponad 60 proc. uczestników biegów krótszych niż maratońskie.

Na dzisiaj kobiety stanowią jakieś 25-30 proc. uczestniczek biegów krótszych – do 10 km. I warto zwrócić uwagę na tą tendencję, bo jeszcze 4-5 lat temu udział kobiet w biegach wahał się od 7 (standardowo) do 15 proc. (duże masowe biegi).  Najwięcej kobiet wzięło udział w ubiegłorocznej edycji Biegnij Warszawo – ale nadal 4,5 tysiąca pań w skali całego biegu stanowiło zaledwie i a 35 proc. Mniej pań wystartowało w Biegu Niepodległości, ale i tak 2716 kobiet to 37 proc. wszystkich uczestników i to chyba również, poza biegami stricte kobiecymi – jeden z najwyższych współczynników. Kobiety zatem już pokazały, że biegają, że nie boj się startować, ale wciąż mierzą siły na zamiary i ostrożnie szacują swoje możliwości. A poza tym – lubią bieg duże, gdzie łatwiej ukryć się w tłumie ;-)

Bo już taki półmaraton czy maraton cieszy się zdecydowanie mniejszym udziałem kobiet. Już, już miałam napisać, że mniejszym zainteresowaniem, ale jednak to nie o zainteresowanie chodzi, tylko właśnie o udział. Chociaż liczba pań, które w tym roku dobiegły do mety 9. PZU Półmaratonu Warszawskiego imponuje. 2385. 21 procent.  Niby nie dużo, ale w liczbach to jakieś 500 więcej niż rok wcześniej. Zresztą, rok wcześniej, w warunkach arktyczno syberyjskich, do mety dotarło prawie 1900 pań, także pond 1/5 wszystkich uczestników. Twardy charakterek mają biegaczki!

A co z maratonem? Tu już panie zdecydowanie są w mniejszości. Nadal obowiązuj zasada – 7, maksymalnie 10 proc. Tu też odbiegami od średniej świata zachodniego, gdzie pań startuje 25-40 proc. To prawda, że niektórzy organizatorzy bardzo się przyczynili do takiego stanu rzeczy, różnicując nagrody i odstraszając lepsze zawodniczki od startu. A kobieca logika działa tak: chce pobiec maraton. Chcę zrobić życiówkę albo dobry wynik. Sprawdzam kilka biegów. Sprawdzam wyniki za ubiegły rok. No i widzę, że zwyciężczyni miała ponad 3 godziny… Szukam innego. Często – w bliskiej zagranicy. Na przykład w takim Berlinie, gdzie kobiet biegnie blisko 10 000.

W Polsce najwięcej pań można spotkać na trasie Maratonu Warszawskiego. No, tak, w końcu mnie też. W zeszłym roku było nas prawie 1000. Ale to dalej raptem 12-13 proc. wszystkich uczestników. Co cieszy – to dynamika. Między rokiem 2012 a 2013 liczba kobiet na trasie MW wzrosła o 36 proc. Między 2011 a 2012 – prawie się podwoiła.  No, ale w końcu gdzie może być więcej kobiet, skoro w Warszawie jest też największy wybitnie kobiecy punkt odżywczy – obsługiwany przez najbardziej kobiece dziewczyny w perfekcyjnym makijażu i w różowych koszulkach. Nawet na 35. kilometrze potrafią dodać siły.

Jeżeli tendencja się utrzyma – już we wrześniu będziemy mieć na mecie 36. PZU Maratonu Warszawskiego ponad 1000 kobiet. I to dobrze ponad 1000. Na razie na liści startowej jest już ponad 1140 pań i codziennie przybywają nowe! Stawiamy milowy krok w feminizacji polskich maratonów. I tak do 28 września. Fajnie będzie być częścią tej historii. To może jakaś specjalna strefa za metą? 

Z punktu widzenia zająca

beautyandb

Ten moment, kiedy na 9 kilometrze patrzysz na zegarek i widzisz, że zabraknie Ci sekund, żeby się zmieścić w wyznaczonym czasie. Wiesz, że powinieneś przyspieszyć. I możesz przyspieszyć. Ale czy mogą jeszcze przyspieszyć ci, którzy biegną za Tobą i uwierzyli, że pomożesz im dobiec z nowym rekordem życiowy rekordem sezonu, albo po prostu z dobrym wynikiem? Zatem – przyspieszasz, ale nie aż tak bardzo. Zerkasz na zegarek. Znowu zerkasz. I jeszcze raz zerkasz…

A potem na mecie okazuje się, że jesteś tam pół minuty wcześniej niż to było w planie. Stajesz za linią mety z wyrzutami sumienia, czekasz na tych, co za Tobą, wypatrujesz twarzy poznanych przed i w trakcie biegu. Ktoś się do Ciebie uśmiech, wyciąga rękę, mówi, że dziękuje. Najlepsza nagroda, radość, lekkie uspokojenie. Nowe przeżycie, nowe emocje.

Mimo że to już ósmy mój Bieg Powstania Warszawskiego. Chyba niedługo będę takim biegowym Matuzalemem, opowiadającym o zamierzchłych czasach… Bo kiedy pomyślę o moim pierwszym BPW, to pamiętam – deszcz, znicze w alejkach AWF, pięć pętli tymi alejkami, jakieś 200 osób na trasie… No i mojego osobistego pacemakera, Miśka z Galerii, który miał mnie za uszy przeciągnąć przez 50 minut, ale nie wyszło, bo trasa… miała więcej niż 10 km… 50 minut złamałam kilka tygodni później na Kabatach, z zupełnie innym osobistym pacemakerem, ale atmosfera BPW już na zawsze wpisała się w mój kalendarz startów.

I jakoś nie potrafię z niej zrezygnować. Mimo że zazwyczaj jest to jeden z moich najsłabszych biegów w sezonie. Wieczorna pora, całodzienne sobotnie obżarstwo, letni, często gorący i parny dzień – to nie sprzyja szybkiemu bieganiu. Kilkakrotnie zaczynałam BPW bardzo szybko – i kilkakrotnie kończyłam marszobiegiem, bo organizm odmawiał współpracy w tych okolicznościach przyrody…W tym roku już właściwie miałam zrezygnować w ogóle, ale wtedy pojawił się Grzegorz z pytaniem, czy może ktoś ze znajomych nie pozającowałby… Chwilę pomyślałam i wymyśliłam, że skoro i tak zazwyczaj w BPW biegam słabo i się tym frustruję, a tu jest okazja pobiec spokojnie i jeszcze zrobić coś pożytecznego – to dlaczego nie skorzystać? Uznałam, że 50 minut w mojej obecnej formie może być jednak wyzwaniem zbyt trudnym i asekurancko wymyśliłam 55 minut.

I tak też w sobotę stanęłam w strefie startowej gdzieś pomiędzy 50  a 60 minut, odziana w kamizelkę z cyferką 55 i z balonikami na 55. Oraz z kolegą w podobnym stroju organizacyjnym.

Tłum wokół nas gęstniał, na dźwięk hymnu zdecydowana większość stanęła na baczność, a po hymnie i po odliczaniu rozpoczęliśmy długi marsz – do startu. Lekko byłam przerażona tym, co czeka nas za linią startu – jeszcze nigdy nie startowałam z tak daleka, a zator na Bonifraterskiej wspominam jako jeden z koszmarów BPW. Na szczęście dyszka startowała z Bonifraterskiej prosto, nie było zakrętu – i o dziwo, po starcie było tłoczno, ale na tyle, że w miarę szybko można było złapać właściwy rytm, a potem… - tylko mijać. No właśnie, bardzo mnie zastanowiły te dziesiątki wręcz osób, które mijaliśmy już na pierwszych dwóch kilometrach, mimo naprawdę spokojnego biegu….

Zerkałam na zegarek od czasu do czasu, żeby nie było za szybko ani za wolno, ale jednak z wskaźnik wiarygodny przyjęłam oznaczenia organizatora. Po dwóch kilometrach było perfekcyjnie – 11  minut.

Potem nastąpił magiczny zbieg Karową, na którym zdublował nas zwycięzca.  Zaraz za zbiegiem – chwila wytchnienia w kurtynie wodnej. Trzeci kilometr, czwarty – 22 minuty – szło idealnie. Podbieg lekko wolniej, podobnie przy punkcie z wodą – obowiązkowo biorę wodę – trzy łyki do gardła, reszta na głowę – i dalej. Spokojnie, ale do przodu, teraz już głównie wyprzedzamy. No, to miło już było, a też trzeba zapierniczać, myślę sobie.  6 km – 32:50. Perfekcyjnie, cieszę się w myślach. Spokojnie mijam Krakowskie Przedmieście, na zaciągniętym hamulcu zbiegam Karową, pajacuję pod kurtyną wodną. Ósmy kilometr. Pierwsze drgnięcie niepokoju… Rozjazd z zegarkiem, pojawia się jakiś niedoczas, lekutko koryguję tempo. Ale nadal spokojnie. Fontanny tańczą na Podzamczu, Most Gdański w oddali, jeszcze chwila i podbieg, a za nim meta…

I wreszcie ta nieszczęsna 9-tka. Znacznik mijam po 50 minutach. Czyli zostało 5 minut na ostatni kilometr! Jakim cudem? Przecież nie będziemy teraz biec po 5’/km, nie ma takiej opcji. Skręcamy na podbieg. Dociskam gaz, ale bez przesady, tempo jest jakieś 5:15… Dopiero po wbiegu w lej do mety zaczynam się ścigać z jakimś biegaczem, prowokuję do finiszu jeszcze szybszego, ostatecznie przegrywam ten finisz, ale jestem zadowolona. Do momentu, dopóki nie spojrzę na zegarek. 54:16. Twarz mi tężeje. Jakim cudem? Jak? Po perfekcyjnych 4/5 dystansu? Przecież to zaprzecza fizyce… Przesadziłam?

pzuoutbpw14_02_mp_20140726_220818.jpgANNA

Kilkanaście sekund później dobiega drugi pacemaker. Też jest przed czasem. Ale nikt wokół nie zgłasza pretensji.  Rozglądam się jeszcze z troską dookoła, łowię uśmiechy i mile słowa. Jednak nie zawiodłam, w każdym razie – niektórych – nie.

I po raz pierwszy od dawna Bieg Powstania Warszawskiego kończę bez frustracji i narzekania, za to z podekscytowaniem i tak przyjemną radością…

Ale następnym razem dobrze się zastanowię, zanim założę zajęcze uszy. Bo to jednak wielka odpowiedzialność jest!

Cudze chwalicie, swego nie znacie…

beautyandb

Uciekliśmy na weekend z Warszawy. Kierunek – Mazury. Pogoda wymarzona. Tri-debiut małżonka zaczyna nabierać realnej perspektywy. Było pływanie, był rower. Na rower znaleźliśmy miejsce idealne. Bo przejazd przez miasteczko i kawałek drogą wojewódzką, z której próbowała nas zepchnąć gnojarka, a potem dwa tiry - nie był miły. Skręcamy – zdecydował Tomek, który na tych ścieżkach i dróżkach czuje się jak u siebie w domu, a właściwie – on tu jest u siebie w domu.

I odkryliśmy, a raczej ja odkryłam, drogę na Możne. 4,9 km asfaltu, całkiem przyzwoitego, kilka łagodnych podjazdów, średnio 5 samochodów na przelot. Bajka. Trzy razy jeździliśmy ta drogą, a jeśli ode mnie by to zależało, jeździlibyśmy pewnie i z 5 razy. Pięknie było, las, pola, cisza – i tylko słychać szum łańcucha…

Zachwycałam się. Bo ja tak mam, że popadam w zachwyty. A potem miewam różne refleksje. Dziś refleksja był w temacie okołomaratonowym, bo to już tylko 70 dni zostało, 10 tygodni, a to znaczy, że trzeba zagęścić treningi, nie tylko co do ich liczby, ale i co do jakości, żeby na tym Narodowym mieć powody do uśmiechu.

- A Tobie się to bieganie po Warszawie jeszcze nie znudziło? – zapytała koleżanka jakiś czas temu. Faktycznie, moja przygoda z Maratonem Warszawskim zaczęła się od debiutu w 2007 r., potem przez kilka sezonów kibicowałam, sama jeżdżąc w różne dziwne miejsca, żeby zmierzyć się z królewskim dystansem, aż w końcu wróciłam n trasę MW. Najpierw z partyzanta – towarzyszyłam debiutującemu małżonkowi przez 30 km. To był 2010 r., a maraton tak bardzo różnił się od tego, co pamiętałam sprzed trzech lat, że wtedy zdecydowałam, iż Maraton Warszawski na stałe wraca do mojego kalendarza. Bo skoro mam „w domu” imprezę na światowym poziomie, to aż szkoda nie korzystać z okazji.

Dzisiaj w Warszawie mamy imprezę, która jeszcze o lata świetlne różni się nawet od tamtej z 2010 r. I nawet jeżeli czasami mi się marzy (no, czasami się marzy, czasami się pewnie i zrealizuje, choć raczej nie w tym roku) jesienny maraton gdzieś w Europie – to jako drugi, po Warszawie, oprócz Warszawy.

Pamiętam, że w tym 2010 r. moim pierwszym odczuciem było, że ten Maraton Warszawski jakiś taki europejski się zrobił, że to, co kiedyś opowiadano o zagranicznych imprezach – teraz jest odczuwalne w Warszawie. Wtedy jeszcze brakowało kibiców i trasa była miejscami nudnawa (ach, ten Wał Miedzeszyński! Ale w tym roku doskonale nada się dla rolkarzy). Rok później Maraton wbiegł na Ursynów – i już nie było mowy o tym, że Warszawa nie kibicuje maratończykom. Kibicuje, i to jak! A że nie wszędzie, nie na całej długości trasy?

Nie wiem, jak jest w Nowym Jorku, ale w takim Berlinie też są fragmenty trasy, gdzie nie uświadczy się kibica. O Barcelonie czy Amsterdamie nawet nie wspomnę, a w takim Dubaju to właściwie kibiców można było na palcach policzyć i dopiero w okolicach mety robiło się lekko tłumniej. No, ale Dubaj to jednak inna strefa, także kulturowa. Ale na wiosnę w Paryżu – choć to tylko relacja zasłyszana – ulice świeciły pustkami i nawet atak na rekord świata nie był skutecznym magnesem dla publiczności. W takim Wiedniu też są miejsca oblegane przez kibiców, ale i takie, gdzie nikogo nie interesuje maraton. W Rotterdamie są grupy kibiców podążające za maratonem wzdłuż trasy, są pikniki w ogródkach w dzielnicy willowej i spontaniczne punkty dożywiania z przydomowego grilla. Ale są też całe długie kilometry, kiedy dobry słowem może wesprzeć co najwyżej współbiegacz. 

Kibice to jedno. Ale umówmy się – nawet najlepszy kibic nie pomoże, jak trasa będzie za trudna, albo przygotowanie niewystarczające. Trasy – to temat rzeka albo temat-trasa… Bo każdy czego innego od trasy oczekuje. Jedni chcą, żeby była płaska jak stół, inni – żeby szybka (bo szybka nie zawsze znaczy płaska), jeszcze inni oczekują atrakcji widokowo-turystycznych. Niektórzy lubią trasy stricte śródmiejskie, innych nie odstraszają peryferia. Niektórzy lubią pętle, inni pętli nienawidzą. I weź tu człowieku (organizatorze) dogódź wszystkim! Wielbicielom tras płaskich i prostych, bez dodatkowych atrakcji polecam Dubaj – ani pół podbiegu przez całe 21,1 km w jedną stronę i tyleż samo z powrotem. Zaletą dużej agrafki jest możliwość śledzenia najszybszych, wadą – niewątpliwie jednostajność, i trasy, i pracy mięśni na całym dystansie. Mimo wszystko rekord świata w Dubaju na razie nie padł. O trasie w Barcelonie – zanim pojechałam tam po raz pierwszy – słyszałam, że jest ładna, ale trudna, raczej nie na życiówkę. Faktycznie pierwsze 7 km wiedzie głównie pod górę do Camp Nou, potem jest ostry zbieg – i  dopiero reszta atrakcji. Cóż, z Barcelony dwukrotnie wracałam z rekordami życiowymi. Mimo że trasa gdzieś między 24 a 34 kilometrem ucieka z najatrakcyjniejszej części miasta gdzieś między biurowce i szklane domy, a potem na nadmorską promenadę, gdzie zapach ze smażalni przyprawia o mdłości. W Amsterdamie  trasa już ok. 14 kilometra ucieka z miasta nad rzekę, gdzie krowy i wiatraki, krajobraz raczej bukoliczny niż urbanistyczny, i tak przez jakieś 10 km agrafki nadrzecznej. W Rotterdamie gdzieś na 30. kilometrze zaczyna się pętla wokół wielkiego parku, a potem przelot przez dzielnice willowe (o grillach w ogródkach już pisałam). W Wiedniu mniej więcej od 25 kilometra trasa wiedzie nad starą odnogą Dunaju, gdzie co jakiś czas mosteczek, a przy mosteczku – wszystko wznosi się i te malutkie podbiegi, zwłaszcza po 36. kilometrze – mogą stanowić wyzwanie. W Atenach, w kolebce maratonu, jakieś 30 km biegnie się wśród pól… 

Z tego punktu widzenia Warszawa wpisuje się w dobrą średnią europejską. Mamy i Śródmieście z Pałacem Kultury zamiast Wieży Eiffela, i starówkę z koszmarnym brukiem w okolicach sądów, z Wisłostradą wzdłuż rzeki, tunel, który niektórzy kochają (ja nie), mamy park – i to od razu atrakcyjny turystycznie, bo Łazienki, mamy i blokowiska, nowoczesne Miasteczko Wilanów, nieco bardziej oldschoolowy Ursynów, który byłby koszmarem biegaczy, gdyby nie to, że właśnie tam najpewniej można się spodziewać najlepszego dopingu, wielkomiejską Puławską – i znowu parki, Trakt Królewski, serce miasta i najbardziej zabytkowy z warszawskich mostów. Kilka podbiegów, kilka zbiegów – w sam raz, żeby poczuć przyjemność biegu. I żeby w biegu zobaczyć to, co najlepsze w mieście.

Na trasie, poza własnym przygotowaniem, liczy się też „zasilanie”. Z tego punktu widzenia ważne są punkty. Pamiętam moje zdumienie w Berlinie, że na punktach trzeba wyhamować praktycznie do zera. Ani w Warszawie, ani w Barcelonie nie musiałam nawet zwalniać. Zresztą, uważam że właśnie te dwa maratony mają najlepiej zorganizowane punkty na trasie. No, jeszcze Koral Maraton w Krynicy-Zdroju, ale to inna skala. W Barcelonie rok temu oprócz bananów i innych owoców (pomarańcze!) były też – żele. I myślę, że sporo im zawdzięczam, bo moje skończyły się na 25. kilometrze, a ja jakoś wyjątkowo dużo energii potrzebowałam.  Nic dziwnego, biegłam po rekord J Z żelami na trasie po raz pierwszy spotkałam się w Toronto – pojawiały się tuż przed 30. kilometrem.  Ja wtedy jeszcze nie jadałam na trasie specjalnie, ale wtedy skorzystałam i poczułam różnicę. W tym roku w Łodzi były bardzo nieinwazyjne dla żołądka żele ALE, chyba się sprawdziły. O tym, jak ważne jest ustawienie punktów, przekonałam się po raz pierwszy w Amsterdamie, gdzie jeden z punktów był 1,5 km dalej niż wynikało z mapy. Tak mnie to wybiło z rytmu (wysychałam i zabrakło mi energii), że potem przez kilka kilometrów nie mogłam złapać właściwego biegu. O biegach, gdzie podają tylko napoje, chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Poza Dubajem, gdzie w pewnym momencie wodę w buteleczkach podwali wyfraczeni kelnerzy z najdroższego hotelu świata…. Ale to był tylko woda… Z to odgazowana cola nalewana z wielkich miednic na 35. kilometrze maratonu wiedeńskiego była prawdziwą ambrozją.

Tak, wiem, jest jeszcze cała otoczka biegu, jego oprawa. Od kiedy jednak MW trafił na Narodowy, to jego oprawa jest co najmniej światowa. Brakuje mi co prawda biegu śniadaniowego w sobotę – nie wiem, czy brałabym udział, ale ilekroć mi się to udawało (zwłaszcza w Barcelonie) tyle razy miało to dla mnie dobry skutek dzień po. Zresztą, ten bieg ma wymiar integracyjny, towarzyski, trochę turystyczny… Lubię takie biegi. I nie chodzi wcale o to, że chcę przyoszczędzić na śniadaniu. W Barcelonie dodatkową atrakcją jest finisz na Stadionie Olimpijskim. No, ale tam stadion ma bieżnię… Drugim kamyczkiem – gatunkowo może cięższym – jest EXPO. Wiem, że nie wszędzie musi być jak Berlinie, że trudno się przecisnąć przez hale pełne towarów, gdzie są chyba wszyscy producenci świata. Ale też wiem, że mimo kursu euro, z zagranicznych maratońskich expo zazwyczaj wracam z zakupami. Także dlatego, że umiem liczyć. I często gęsto na maratońskich expo, oprócz najnowszych kolekcji w dobrych cenach (w Barcelonie najnowsze buty pewnej marki kosztowały sporo mniej niż w Polsce), oprócz okolicznościowych strojów z okolicznościowym nadrukiem i w cenach też okolicznościowych, jest cała gama produktów, które można nabyć nie z 10- czy 15-procentowym rabatem – jak w Warszawie, ale z rabatem 50-procentowym. O czym nad Wisłą na razie możemy pomarzyć. Chociaż to może kwestia tego, że w Warszawie wystawiają się przede wszystkim sklepy – a na tych największych maratonach oprócz sklepów swoją ofertę pokazują producenci. Pamiętam też, że w Barcelonie oprócz oferty czysto biegowej była olbrzymia oferta dla triatlonistów – i to naprawdę bardzo atrakcyjna, a także… oferta producentów żywności. I to nie tylko żeli i napojów izotonicznych. Prawdą jest, że przechodząc przez expo można było solidnie podjeść.

A propos podjeść. Posiłek przed i po maratonie. Pasta party. W Barcelonie – bezpłatne. To chyba jedyny przypadek bezpłatnego posiłku. Mało tego, każdy uczestnik może wejść z osobą towarzyszącą. Ogromna kolejka w ogromnej, ciemnej hali. Z Barcelony mam porównanie. W 2008 r. pasta party było pyszne, chodziłam po dokładkę (można było). Rok temu nadal było bezpłatne, ale szczerze pisząc… Tak paskudnego makaronu to nie pamiętam. Kluchy i pozbawione smaku coś, co miało być sosem. Blee. W Berlinie te kilka lat temu dopłacało się 4 euro, porcja była skromna, ale smakowała jak bolognese. W innych miastach było drożej, ale bywało i z pompą. W Wiedniu za 10 euro można było zjeść (i napić się piwa bezalkoholowego) w sali balowej miejscowego ratusza. Z porcelany Villeroy&Bosch. A Kaiserschramm naprawdę był doskonały. W Rotterdamie za 12 euro makarony i sałatki do wyboru do koloru. Tylko picie trzeba było dokupić. Amsterdam – też kilkanaście euro – i eleganckie przyjęcie. Ale na godziny, trzeba pilnować swojej tury. W Toronto pasta party kosztowało 30 dolarów kanadyjskich. Za to odbywało się w restauracji pięciogwiazdkowego hotelu i trzeba było uważać, żeby się nie przejeść. Stoły uginały się od jedzenia i picia, a przy okazji można było posłuchać sław maratońskich. W Warszawie trochę mi tego pasta party brakuje – zawsze to była okazja do spotkania z przyjaciółmi, znajomymi, do pogadania. I przy okazji więcej czasu na expo schodziło.  A tak – wiele grup umawia się w okolicy Narodowego,  włoskie knajpki na Saskiej Kępie notują gigantyczne obroty, ale czegoś… brakuje.   

No i posiłek po biegu. Tu przyznam się bez bicia – w większości wypadków nie pamiętam. Zazwyczaj tuż po biegu nie jestem w stanie przyswajać. Pamiętam tylko w Barcelonie stół z pomarańczami, bananami, rodzynkami i orzechami – cały posiłek, kto chciał, to brał. W Rotterdamie chyba w ogóle nie było posiłku, w Amsterdamie – nie pamiętam. Za to do końca życia nie zapomnę, jak po Maratonie Gdańskim w 2008 r.  podano mi… kiełbaskę z grilla i bułę. Co prawda mięso wtedy jeszcze jadłam, ale na widok tego pomaratońskiego posiłku ledwo powstrzymałam pewne odruchy. Akurat mogłam grymasić, bo godzinę później zostałam po królewsku nakarmiona. Po biegu zazwyczaj i przede wszystkim chce mi się pić. I smak BEZALKOHOLOWEGO piwa podawanego za metą maratonu w Berlinie, nie jakiegoś chemicznego izotonika, ale właśnie piwa z jego goryczką – też pamiętam. W Wiedniu chyba też było… Nauczona doświadczeniami – na mecie właściwie nie oczekuję dwudaniowego obiadu ze schabowym. Ani nawet tej nieszczęsnej pomidorowej. Wiem, że głodna będę za kilka godzin – i wtedy zamówię sobie pizzę albo pójdę na makaron czy inne lokalne frykasy. Ważne, żeby można się było napić. A skoro już ma być jedzenie – to najlepiej owoce, jak na Szczelińcu po Supermaratonie Gór Stołowych.

Właściwie za metą marzę głównie o prysznicu – choć i z tym bywa różnie. W Wiedniu i Berlinie były namioty prysznicowe, w Amsterdamie nie pamiętam prysznica, w Barcelonie też nie, ale było blisko do „domu”. W Rotterdamie… Ach, to zupełnie inna historia, szok cywilizacyjny, depozyt bez dozoru, rzeczy po biegu zostawione w sali gimnastycznej jakiejś szkoły i nietknięte czekające na nas cztery godziny później… Ale prysznic był, i nawet niekoedukacyjny. Tak, po biegu prysznic to podstawa. W Warszawie prysznice są :)

A ja tymczasem zmykam do wody. Żadne tam Morze Egejskie czy inne Czerwone. Mazurskie jeziora w końcu wołają, pogoda jest wymarzona, niebo czysty błękit… Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie – że tak podsumuję. Nie tylko o maratonie. Od jutra – trening! Warszawa czeka! 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci