Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#warsawhalf. Wide wild world

beautyandb

Tytuł jest w języku lengłydż, bo ładnie brzmi takie w-w-w-. A tylko troska o brzmienie może usprawiedliwić fakt, że o 10. PZU Półmaratonie Warszawskim piszę dopiero w czwartej dobie po biegu. Cóż. Gdybym zrobiła życiówkę – na pewno wiedzielibyście o tym jeszcze tego samego dnia. Gdybym pobiegła na miarę oczekiwań, czyli na jakieś 1:47 – 1:48 – pewne też.

A tak – wyszło jak wyszło. Mając świadomość, jak bardzo antybiotyk osłabia, w ogóle nie wzięłam pod uwagę tego drobnego faktu. Co w połączeniu z brakiem wybiegania i w ogóle z bieganiem homeopatycznym przez dwa miesiące mogło się skończyć tylko w jeden sposób.  Kiedy na 13. kilometrze zbiegałam jak na skrzydłach niesiona spadkiem Trasy Łazienkowskiej, już wiedziałam, że przesadziłam i zaraz zaczną się schody… I to  na długo przed spodziewanym na trasie podbiegiem.

Ale od początku. Początek tkwił głęboko we mgle. Dosłownie. Wsiadłam do samochodu i lekko mnie zmroziło. Nie tylko chłodem, ale tym, że nie widziałam. Na 100 metrów nie było widać nawet świateł. Miałam przed sobą mleczną ścianę. I potem, jak w baśniowej opowieści, kiedy wjeżdżałam na Most Świętokrzyski, za lewym ramieniem zaczęło mi przebłyskiwać słońce… Zanim dojechałam do centrum, świeciło już całkiem przyjemnie, chociaż mgła jeszcze unosiła się nad miastem…

Miałam wystarczająco dużo czasu przed startem. Taki układ, że jakoś na imprezy niektóre warszawskie docieram wcześnie, bardzo wcześnie… Zdążyłam nawet zostawić w samochodzie kurtkę, bo już po 8 było całkiem ciepło, a zawsze to mniej do depozytu.

Jeszcze dobrze nie otworzyłam oczu, a już wszędzie było pełno znajomych. I tych od zawsze znajomych z biegowych ścieżek. Tych, z którymi się spotykam na PMW od mojego pierwszego startu (2008, prehistoria, jakieś niecałe 2,5 tys. ludzi, depozyt w kilku ciężarówkach, start na Krakowskim Przedmieściu….). I tych, którzy dziś debiutują. Tych, z którymi łączy mnie bieganie. I tych, z którymi znam się skąd inąnd, a oni po kolei dołączali do wielkiej biegowej rodziny. Właściwie trudno przejść dwa metry, żeby nie spotkać kogoś znajomego. Szukam swojego miejsca. Mijam zające na 2:00. Nie, aż tak wolno nie planuję. Mimo wszystkiego, o czym było w poprzednim poście.

Ustawiam się gdzieś między 1:50 a 1:55. Tak się szacuję i nie ma co się wbijać bliżej, jakieś zasady trzeba mieć. Naturalnie, moja realistyczna postawa mści się zaraz po starcie. Nie tylko, że do tego startu jest koszmarnie daleko. Ale przede wszystkim pierwsze trzy kilometry spędzam na slalomie i –nie zawsze udanych – próbach ominięcia biegaczy, którzy bardzo świadomie pomylili strefy startowe. Niektórzy już na wiadukcie przy Dworcu Centralnym pochodzą. A ścisk niewyobrażalny. Zaczynam się lekko gotować, drobię jak gejsza pod tą górkę… Na zbiegu próbuję się rozpędzić, ale nic z tego. W końcu już gdzieś w Al. Niepodległości mijam zające na 1:50, dobrze, od tej pory już nie biegnę w takim tłumie, kontroluję czas, biegnę spokojnie na czas lekko powyżej 1:45, może 1:46.

Po drodze – znajomi. Na trasie, ale też wzdłuż. Gdyby ktoś pytał, czemu ósmy raz w Warszawie. Bo tylko tutaj mogę spotkać przy trasie swoją lekarkę , która będzie mnie dopingować, koleżankę z zcałą rodziną, kolegę, szwagierkę siostry (siostra  naturalnie nie dojedzie, bo pomyli godziny i trasy, nigdy nie kibicuje), a koleżanka z pracy pochwali się potem, że jechała wzdłuż trasy i dopingowała (sorry, Gabi, naprawdę nie patrzyłam na rowerzystów).

Na półmetku już czuję, że przesadziłam z optymizmem co do własnych możliwości. Tylko że teraz ciężko zwolnić. Właśnie zaczyna się piękna, długa (i opadająca) prosta – Trasa Łazienkowska. No, to lecę, chociaż wiem już, że za tę brawurę przyjdzie mi zaraz zapłacić. Na dodatek mam mały kryzys energetyczny, bo ZAPOMNIAŁAM wziąć żelu z worka i oddałam do depozytu (tak, też mi się takie kiksy zdarzają). Na szczęście na 15. km na punkcie odżywczym są banany. Chyba nigdy się tak na nie nie rzucałam…  Cóż. Pomogły. Na energię.

Na nogi już nie. Jeszcze tunel przebiegłam, bo te świetlne ekrany dodawały sił i ducha, ale na wybiegu postanowiłam jednak podspacerować. A potem już był regularny marszobieg, piątka przybita gdzieś po drodze z trenerem, który zdecydowanie nie podpisał się pod tym startem (pod Wiązowną też nie bardzo), co zrobić, dwa miesiące jednak nie trenowałam, dziesiątki pytań, czy nic mi nie jest, nie nic, na ten egzamin się nie przygotowałam, chciałam wyłgać na 4, a tu przychodzi bronić słabej trójki.

Wtoczyłam się pod górkę gdzieś pod Cytadelą i ze zdziwieniem skonstatowałam, że już całkiem blisko. Mimo to nogi nie bardzo chciały nieść. No to nadal przeplatałam, patrząc, jak umykają kolejne sekundy, minuty. Nic już i tak nie mogłam, to się uśmiechałam. Chociaż, jak patrzę na fotki FotoMaratonu, to dziwny grymas raczej był. Ale do Doris z maratończyka.pl nawet się wyszczerzyłam. Też w grymasie.

warszawa_polmaraton_168Fot. Dorota Świderska, maratonczyk.pl

Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem… T.Love dzwonił mi w głowie nie tylko na finiszu, ale tu jakoś – bardziej. Tabuny kibiców oraz kibiców przymusowych, którzy wtarabaniali się na jezdnię z najmniej oczekiwanych momentach. Z wózkiem dajmy na to. Albo z pieskiem. Koncentracja plus 100. Zakręt w Ossolińskich. Już nie było się na co oszczędzać. Zmusiłam nogi do ostatniego maksymalnego wysiłku. Przynajmniej finisz chcę mieć ładny – przypomniałam sobie hasło z Wiązowny.

Na mecie chyba się nawet uśmiechnęłam. 1:52:32. Minutę lepiej niż w Wiązownej. Na dodatek znacznie mniejszym kosztem, z marszobiegiem, ale bez takiej męki, bez umierania. Cóż, na tyle mnie było aktualnie stać. Powlokłam się po medal, po picie i żółtą folię.

A potem w kolejkę po zupę. Tak! Była pomidorowa! I to ciepła. I co teraz, hejterzy?? Co prawda kolejka spora, a tłum, że szpilki nie wetkniesz (kończyłam zupę łyżką koleżanki, bo moja spadła na ziemię, a nie odważyłam się wrócić po nową). Po zupie – pora na upominek. Jeszcze odebrać depozyt – trzy sekundy, jeszcze prysznic (tak! z ciepłą wodą!) i już  w cywilu mogłam się polansować z medalem. I tylko w strefie VIP ktoś mnie zapytał: a Ty w ogóle biegłaś?  

No, to może za dużo powiedziane. W każdym bądź razie – dotarłam do mety. Dumna nie tyle z siebie, bo jednak nie ma z czego, ale z tej imprezy, w której właśnie wzięłam udział, którą pamiętam jako takiego nieopierzonego podlotka, uroczego, ale – jak to podlotek – trochę odbiegającego  standardami i możliwościami od światowych wzorców, choć niewątpliwie z ambicjami. No i wyrosła z ambitnego podlotka panna piękna i hoża, taka, że właściwie nie ma się do czego przyczepić. I poszła w szeroki świat, a świat może się dzisiaj przyjeżdżać do Warszawy i zachwycać się tak, jak kiedyś my – światem.

PS. I, nie chcę tego pisać, ale muszę. Trasa naprędce zmieniona, wymuszona, a do biegania – jakby wymarzona. Naprawdę żal, że nie mogłam szybciej…

 

No więc tak…

beautyandb

Pora sobie uporządkować parę faktów. Żeby potem nie było, że trasa za trudna, że wiatr, że kamyczek w bucie albo inny żel. Że żołądek, że kolano, że łydka czy coś. Prawda jest taka, że do jutrzejszego #warsawhalf przystępuję tak nieprzygotowana jak chyba nigdy. Cały mój trening diabli wzięli już dwa miesiące temu,  a potem były już tylko okazjonalne starty, króciutkie niby-treningi raz w tygodniu, rzucanie się na bieganie jak szczerbaty na suchary (z kulminacją w Wiązownie) oraz dłuższa wizyta w Szpitalu Bielańskim zakończona dwoma gustownymi szwami  (trzeciego nie widać).

No i jeszcze jeden projekt, który się kończy przygotowywać, ale pewnie jeszcze parę nieprzespanych nocy będzie mnie kosztował.  

A, pardą. I jeszcze ręka. W piątek mi widowiskowo spuchła w miejscu po wenflonie. Po 17 dniach od wyjęcia tegoż. Szybka wizyta u lekarza, diagnoza – stan zapalny i … antybiotyk. A o tym jak się biega na czy po antybiotykach to wszyscy wiemy, vide taki Henryk Szost w Zurychu.   

I wobec powyższego oczekiwań wobec mojego jutrzejszego startu nie mam żadnych. To znaczy, w sumie mam aż dwa – dotrzeć do mety i mieć fun z biegu. Z pierwszym powinnam dać radę, z drugim – no cóż…

Wiem, zdrowy rozsądek nakazywałby w tej sytuacji nie biec. Ale nie mogę nie. Bo:

  1.        Ciągłość przede wszystkim. Od 3. edycji mam skompletowane wszystkie medale #warsawhalf
  2.        Jubileusz. 10. edycja jest tylko raz!
  3.        Trasa. Wymuszona, taki klimat, ale wygląda przecudnie, eh, gdybym ja była w formie na życiówkę….
  4.        Trasa. Łazienkowska. Być może jedyna okazja, żeby nią pobiec.
  5.        Numer. Jak szlachectwo. Zobowiązuje. Taki piękny. 3000. Nie wypada nie pobiec.
  6.      Towarzystwo. 14,5 tysiąca biegaczy. Tego jeszcze w Polsce na półmaratonie nie było. Szkoda było Was wszystkich nie spotkać.
  7.     Towarzystwo. Doborowe. Tu powinna nastąpić seria dedykacji personalnych – dla debiutantów, jubilatów oraz tych co na wspólnych ścieżkach od lat.

Siedem. Jakbym się dobrze postarała, to pewnie jeszcze kolejne siedem, albo nawet 77 bym wymyśliła. Rzecz w tym, że już te siedem wystarczy, żeby jutro stanąć na linii startu.

Ale jest jeszcze jeden. To „Sen o Warszawie”. I ta gula w gardle, kiedy wybrzmiewa przed startem.

No więc tak. Jutro będzie start. A potem zacznę od nowa. Gonić swoje kolorowe sny.

Do jutra!

PS. I pamiętajcie o zegarkach :P  

Kijowo…

beautyandb

Kijowo zrobiło się w czwartek. Nie, nie ten ostatni, ale tamten wcześniejszy. Wracałam sobie spokojnie ze spotkania do biura. I nagle zadzwonił lekarz. Pani Aniu, chciałbym panią dzisiaj zobaczyć – powiedział. Hm, w sumie widzieliśmy się dzień wcześniej, uzgodniliśmy kilka spraw i wydawało się, że wszystko wraca do normy. A tu…

Podjechałam po 19. O 20 wyszłam ze skierowaniem do szpitala. I zaleceniem, żeby się w nim znaleźć jeszcze tego samego wieczoru. Przed 23 byłam na izbie przyjęć, trzy i pół godziny później – na oddziale. A 48 godzin od czasu odebrania skierowania leżałam sobie na sali pooperacyjnej, z plastikowymi rurkami w nosie, spinaczem do pomiaru pulsu na palcu, aparatem, który kompulsywnie mierzył mi ciśnienie, na przedramieniu. I kilkoma innymi drobiazgami, które powodowały, że bałam się drgnąć.

Teraz powinien następować szalenie wzruszający wpis o tym, co to mi nie było i jak bardzo się nie nacierpiałam i w ogóle. Ale szczerze pisząc, fizycznie w sumie nie pamiętam, bo mnie skutecznie znieczulili, a psychicznie się znieczuliłam się sama jakiś czas wcześniej. Do tego stopnia, że najważniejsze pytanie przy odbieraniu wypisu brzmiało: „A na basen to kiedy będę mogła iść?”

Odpowiedź nie była jednoznaczna, ale jest szansa, że już za tydzień.

Wypis dostałam niespełna 48 godzin po operacji i wróciłam do domu z zaleceniem: żadnego wysiłku fizycznego, żadnego obciążania mięśni brzucha. To ostatnie okazało się kluczowe. Okazuje się, że prawie wszystkie oswojone ćwiczenia, w tym ukochane ostatnio pompki i deski, jak najbardziej używają mięśni brzucha. Czyli de facto mogę sobie co najwyżej rękami pomachać i to też ostrożnie.

Następny tydzień spędziłam w pozycji półleżącej, pracując dla odmiany nad pewnym projektem okołobiegowym. Może niebawem będę mogła zdradzić coś więcej. Ale z każdym dniem coraz bardziej mnie nosiło. No, bo ile można leżeć na kanapie?!

Wymyśliłam sobie, że skoro nie mogę biegać (bo jeszcze przez kilka dni nie mogę) i skoro nie mogę w zasadzie nic ćwiczyć (bo ten brzuch, a właściwie – mięśnie brzucha), to mogę przecież – pójść na spacer. Ergo – mogę chodzić. „Tylko powolutku, nie męcz się” – skomentowała Mama (lekarz), jak się z nią podzieliłam radością z tego odkrycia. Nie, no jasne, nie będę się męczyć… Ale skoro mogę chodzić, to przecież mogę też chodzić – z kijkami. Przecież to też sport. I na pewno będzie mi łatwiej, zawsze to można się podeprzeć.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W poniedziałek pognałam do sklepu, kupiłam kijki do nordic walking, rzuciłam okiem na instrukcję, zaktualizowałam aplikacje w telefonie i… o świcie ruszyłam. Z kijami. A właściwie kijkami. Leciutkie, zgrabne, trochę się na początku składały, bo teleskopowe, trochę się plątały, ale co w rodzaju rytmu złapałam po jakichś 300 metrach. Po 3 kilometrach poczułam, że jestem lekko spocona. Po 5 km miałam lekko zmarznięty tyłek, rozgrzaną – całą resztę i uśmiech wymalowany na twarzy. W kijki zaplątałam się tylko dwa razy. A najbardziej przez cały spacer radowały mnie komunikaty z aplikacji Nike+ Running, które mi oznajmiały, że pokonuję kolejne kilometry w tempie między 8:40 a 8:50, czyli takim, w jakim zazwyczaj pokonywałam… milę. Cóż.

11060284_926005514096839_3499947475671312448_n

Jest 17 marca. Za chwilę #warsawhalf, czyli moja ukochana warszawska połówka, z trasą marzeniem. Miałam powalczyć o nową życiówkę. Mam nawet taki piękny, okrągły numerek – 3000. I dzisiaj nadal nie mam pewności, że wystartuję. A jeżeli nawet, to wynik może być – kijowy. Bardzo kijowy.

W tej wojnie postu z karnawałem, serca ze zdrowym rozsądkiem – zwycięzcy nie będzie. Jeżeli pobiegnę, przegra rozsądek. Do mety pewnie dotrę, ale chyba nie o to mi chodzi w bieganiu, jednak. Jeżeli nie pobiegnę, serce mi się zapłacze. Bo ten „Sen o Warszawie”, ten „warszawski kolorowy dzień”… Eh, kijowo się urządziłam.

Tymczasem postanowiłam trochę podkręcić czas. Idę jutro na kontrolę i po zielone światło dla biegania. BTW, na żółtym można biegać? Tak pytam, jakby co.

Cienka czerwona linia

beautyandb

Nie wkładaj tam palca – krzyknęła mama, ale już było za późno. Czteroletnia Ania musiała sprawdzić, co się kryje w otworze wyłącznika światła na klatce schodowej. Krył się prąd, trochę pobolało. Więcej tam nie wsadzała palucha, ale ciekawość została. Jakiś czas potem przy pomocy wsuwki do włosów Ania postanowiła sprawdzić co jest w gniazdku elektrycznym. Były…. Iskry. Poszły aż miło, wysiadła faza w całym pionie i oczywiście tata musiał naprawiać i świecić oczami.  Mimo to nie wykazał entuzjazmu, żeby wysyłać córkę na politechnikę, uważał, że kobiety na politechnice to pomyłka. Ale trwały głębokie lata 80-te i do akcji „Dziewczyny na Politechniki” było jeszcze blisko 20 lat.

Dlatego Ania pozostała humanistką i mimo ogólnej znajomości praw fizyki i pewnej znajomości ludzkiej fizjologii co poniektóre rzeczy musi sama sprawdzić i to najlepiej empirycznie, na samej sobie. Niestety, wiek i doświadczenie nie mają tutaj wielkiego znaczenia. Czasami Ania zachowuje się właśnie jak ta mała czterolatka, która pcha wsuwkę do kontaktu i patrzy, co się stanie…

A co to ma wspólnego z bieganiem? No cóż. Tym razem postanowiłam sprawdzić, co się stanie, jak po 5 tygodniach biegania homeopatycznego (6 razy przez cały miesiąc, w tym głównie krótko i wolno) wystartuję w półmaratonie. Doświadczenie z jesieni z Krakowa mówiło, że ten numer może się udać i nawet nie najgorzej. A nawet – całkiem dobrze. Tylko że mnie nie dość było półmaratonu, na który zapisałam się na początku stycznia w przeświadczeniu że będzie on preludium do nowej warszawskiej życiówki, że będzie powrotem do wysokiej formy, że…

Nie. Ja postanowiłam zrobić organizmowi sprawdzian podwójny, a nawet – krzyżowy. Bo doszłam do wniosku, że skoro udało mi się zamknąć Falenicę, to głupio jakoś odpuścić Wesołe Biegi Górskie, a ze startem za tydzień to nie wiadomo jak będzie. No więc taka wypoczęta i świeżutka jak szczypiorek na wiosnę, taki lekko przechlorowany szczypiorek, bo jednak na basen to regularnie chodziłam, zjawiłam się w sobotę na wydmie. I tu dostałam pierwszy sygnał ostrzegawczy.  Po pierwszym okrążeniu, dość żwawym, ale nie jakimś szybkim, w połowie drugiego zaczęły mi sztywnieć wszystkie mięśnie. A zwłaszcza te w nogach. Nie wiem, jakim cudem przetoczyłam się do końca tego okrążenia i pokonałam następne. Na czwartym mięśnie trochę się odblokowały i pozwoliły dokończyć bieg poniżej godziny.

Sygnał ostrzegawczy został przyjęty. Na zasadzie – odpocznę sobie do jutra i dam radę. Tymczasem kombinowałam, jak wkomponować w niedzielę jeszcze trening basenowy. I wydumałam…

Otóż najlepiej pływa się rano. Trening nie wyglądał na jakiś wyczerpujący, głównie w płetwach, więc akurat, nogi się zregenerują – pomyślałam. I jak pomyślałam, tak zrobiłam. Ósma rano w niedzielę – trening pływacki. W samo południe – start w półmaratonie. A gdyby głupota miała skrzydła, to pewnie jak ta gołębica latałabym nad parafią św. Hieronima w Starej Miłośnie.

Tymczasem rano trening na basenie w zacnym towarzystwie i przy cichym zainteresowaniu ratownika nieco dodał mi energii. Wymyśliłam sobie, że w Wiązownie spróbuję pobiec na 1:45. Szanse na sukces nie są duże, ale jakieś są…

Prosto z basenu z małym międzylądowaniem w domu pognałam do Wiązowny. Zaparkowałam jak zwykle pod sklepem, chociaż można było pewnie dużo bliżej biura zawodów. Ale zawsze zatrzymuję pod sklepem. Zabrałam manele i ruszyłam…

Najpierw do szkoły. Tam sprawnie znalazłam biuro zawodów, jeszcze sprawniej odebrałam numer startowy, potem pakiecik z ładną fioletową koszulką (nawet wybór był), pogawędziłam ze znajomymi, obejrzałam swój felieton w „Pasji biegania” i poszłam się przebierać.

Okazało się że żeby nie wiem jak organizator się starał, to niektórzy biegacze jednak nie umieją czytać. Napis „Strefa kobiet” wisi jak byk nad schodami i przed wejściem na I piętro, a panowie w najlepsze oblegają schody. I łażą nie wiadomo czego szukając. Może tego nauczyciela, co ich czytać nie nauczył. Jakoś udało mi się przebrać gdzieś pomiędzy kolejnym zagubionymi analfabetami, którzy co i raz przemykali przez strefę.  I akurat zostało mi tyle czasu, żeby oddać depozyt i wyruszyć w okolice startu.

Start… nastąpił prawie punktualnie, ale przy tej pogodzie drobny obsuw można wybaczyć. Ruszyłam energicznie, ale nie za szybko, wiedząc, że na specjalną szarżę to mnie nie stać. I tak do piątego kilometra biegłam sobie na luzie, tempem lekko poniżej 5’/km. W okolicy siódmego kilometra (których ktoś chyba złośliwie przestawił o jakieś 200 m) poczułam, że zaczynają się schody. A może tylko bardziej wiało. W każdym razie z lekka jakby zwolniłam. Ale nadal biegło mi się jeszcze nieźle, chociaż czułam, że nogi robą mi się coraz bardziej ołowiane…

I na półmetku, zaraz za nawrotem, ołów mnie zalał. Aż po kolana. Od 11 do 13 km poruszałam się jakimś rozpaczliwym marszobiegiem, zagryzając zęby z bezsilności. Na czternastym zaczęłam liczyć, ile jeszcze zostało. Jakoś dam radę pomyślałam sobie i gdzieś od 15. km ruszyłam spokojnym biegiem. O dziwo, nogi zaskoczyły i zaczęły się kręcić. Nie był to jakiś szybki bieg, ale bieg. Jeszcze minimalne szanse na 1:50 były. I wtedy, na 18. km, zatrzymałam się na picie. O, mamo! Jak mnie skręciło. Nie wiedziałam, czy mi zaraz brzuch wyjdzie uszami, czy mi go urwie w dół. Rozejrzałam się za jakąś infrastrukturą krzaczkową, ale jakoś nie było sprzyjających okoliczności. No to postanowiłam sobie pospacerować w stronę mety, od czasu do czasu zdobywając się na małą przebieżkę.

To był ten moment, kiedy wymyśliłam tytuł tego wpisu. Cienka czerwona linia, która dzieli brawurę od głupoty. Bo sam start w Wiązownie był swego rodzaju brawurą, ale z szansą na powodzenie. Ale dopakowanie sobie jeszcze górek dzień przed i basenu o poranku… I kto to pisze? To naprawdę ja…? No cóż, czasami wychodzi ze mnie taki… rys szaleństwa połączony z chęcią sprawdzenia siebie. Sprawdziłam sobie. Cud boski, że jakaś karetka nie musiała mnie z trasy zbierać albo inny samochód pomocniczy – transportować.

Na kilometr przed metą podjęłam ostatnią próbę. Ruszyłam, przebiegłam jakieś 200 m – i znowu stop, spacer, odpuszczam. I nagle zobaczyłam, że dziewczyna w różowej kurtce, której właśnie odpuściłam walkę, też zaczyna spacerować. O niedoczekanie! Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale przynajmniej finisz sobie urządziłam jak trzeba. A na mecie? No cóż.

Bez fajerwerków. Odebrałam medal (jak zwykle ładny). Odebrałam depozyt. I powlokłam się przebierać. Do strefy kobiet. Bo pod prysznicem dominowała zimna woda. Naturalnie tłumek analfabetów okupował schody. Zdaje się, że omal nie zrobiłam dwóch awanturek. Albo nawet trzech. W życiu się tak długo nie przebierałam! Trwało to i trwało. Wreszcie postanowiłam zejść na dół i zobaczyć jak wygląda świat przed szkołą. I wyszłam w samą porę, żeby…

Usłyszeć swoje nazwisko. Tak, mam wyjść na podium. Tak, wygrałam. Tak, zostałam Mistrzynią Polski. Dziennikarzy. No to wchodzę między panów dziennikarzy, którzy odbyli porządne ściganie. I aż mi jest głupio stać tak pomiędzy nimi, z tym swoim żenującym wynikiem. No, ale co zrobić. Wygrałam, nie?

(I już ani słowa nie napiszę o tym, że jak po dekoracji dojrzałam do tego, żeby może coś zjeść i trafiłam na stołówkę, to na pytanie o coś bez mięsa pani powiedziała, że może mi dać suchą bułkę. Życzliwi donieśli, że podobno wcześniej był nawet dobry makaron z suszonymi pomidorami. Podobno, bo chyba niewielu go widziało. Ale na koniec został tylko bigos, kiełbaski i żurek… )

 

Drobne radości

beautyandb

Siedzę w betach. Mąż pojechał do Gdyni na Bieg Urodzinowy. Trochę mu zazdroszczę, jak się zrobi cieplej, a ja w końcu wygrzebię się z różnych zobowiązań, które mnie trzymają przy komputerze, też pojadę. Albo pojedziemy razem. Nawet wystartował, chociaż pewne wolałby, żeby jego wynik nie figurował w oficjalnych statystykach klubowych. Tak to jest, jak się nie biega. Czasami jednak trzeba odrobić pracę domową.

Ja też nie biegam. Patrzę w dzienniczek treningowy i widzę, jak dwa miesiące dobrych treningów przez ostatnie cztery tygodnie stopniowo ze mnie wyparowały. W lutym – aż pięć razy biegałam, w sumie 48 km. Statystyka jak w średnim tygodniu treningowym. Dobrze, że chociaż nadrabiam pływaniem. Dzięki temu dzisiaj nie umarłam na górkach.

Bo stwierdziłam, że mam dość. Tego siedzenia i czekania nie wiadomo na co. Nie mogę biegać za szybko, ale w sumie to nie znaczy, że nie mogę sobie pobiegać w ogóle. Niebieganie powoduje nieprzyjemne rozleniwienie, chociaż i tak budzę się bladym świtem, dokładnie tak, jakbym miała iść pobiegać. Po czym przewracam się na drugi bok i śpię dalej. Nie biegam.

I w czasie, kiedy zamiast biegać – śpię, trafiam na taki cytat na tablicy Michaela Phelpsa: Podczas, gdy niektórzy śnią, inni nie śpią, żeby spełnić swoje sny -  tłumaczenie nieco kulawe, ale sens z grubsza oddaje. No, to postanowiłam się obudzić. I co prawda dzisiaj dzień głównie w betach, ale udało się wyrwać na chwilę i… wyskoczyć do Falenicy. Tak, bo jak wracać do biegania to od razu na najtrudniejszą traskę, nie? Żeby się na maksa upodlić, sprawdzić, jak bardzo się sflaczało, posypać głowę popiołem i… zacząć od nowa. A poza tym, dzisiaj była ostatni szansa na zaliczenie trzeciego biegu, wymaganego, żeby ukończyć cykl i dostać medal. A medale z Falenicy są wyjątkowej urody i do tej pory od 2008 r. mam wszystkie. Szkoda by było przerywać taką tradycję.

To tak trochę literacko brzmi, bo rzeczywistość była nieco inna. Po pierwsze, nie ustaliłam tego z trenerem, więc założeń na ten bieg nie było. Po drugie – nie było trenera, więc nie miałam komu uciekać przed dublem. Po trzecie – miało nie być ściągania, bo…wiadomo. Po czwarte – po raz pierwszy od kilku sezonów pobiegłam Falenicę bez kolców. Cóż, buty Reebok-cośtam-Allterrain, czyli takie do Spartan Race’ów, sprawdziły się doskonale. Mają wszystkie zalety kolców, ich lekkość, ich przyczepność, ale za to nie mają wad (czyli nie zbierają wszystkiego z drogi, w tym szyszek i innych patyków). Oczywiście, jestem nieuleczalna. Już kilka razy pisałam, że nie do końca umiem pobiec rekreacyjnie.

10991147_909896272374430_1815301946348922286_n

Więc ruszyłam dość mocno. Za mocno, już po pierwszym kilometrze korygowałam swoje tempo, bo jednak za cel  miałam ukończyć bieg, a nie zajechać się na pierwszym kółku. O dziwo, pierwsze okrążenie pokonałam wolniej niż ostatnio, ale nie AŻ TAK BARDZO wolniej. Drugie było nieco trudniejsze. Ja miałam poczucie, że biegnę coraz wolniej, a dookoła wyprzedzali mnie ludzie, którzy… no, bez urazy, po prostu zazwyczaj mnie nie wyprzedzają. Zagryzłam zęby. Kusiło, żeby przyspieszyć, ale głowa mówiła, że lepiej nie bo… Bo albo zejdę, albo będę tego żałować.  Postanowiłam wyluzować. Znalazłam sobie inny cel. Otóż w Falenicy, nawet jak się mocno ścigam, zazwyczaj gdzieś tam po drodze mam kawałki, w których podchodzę. Czwarty podbieg, szósty podbieg. A zatem cel na dzisiaj był – nie podchodzić.

10993963_913530675344323_2149178948696782837_n

I nagle coś zaskoczyło. Na ostatnim okrążeniu nie tylko nie podchodziłam, ale… wyprzedzałam na podbiegach. Ja? To naprawdę ja? Sama w to nie wierzyłam. Gdzieś po drodze udało mi się minąć kilka osób z tych, które mnie wyprzedzały na drugim kółku. Nie wszystkie. Ale kilka tak. I postanowiłam tanio nie sprzedawać skóry. Finisz był godny co najmniej życiówki. No cóż, nie tym razem. Za to radość miałam porównywalną. A wynik? W sumie raptem 7 sekund słabszy niż w grudniu. Druga mała radość - że nie jest tak źle. Trzecia – że to dobry punkt wyjścia. To idę dalej. Żeby nie przespać swoich snów.   10440281_913530692010988_3803880629026702968_n

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci