Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Moda sezonowa, czyli jak się ubrać na Bieg Niepodległości

beautyandb

Zasadniczo, z punktu widzenia biegacza, można rok podzielić właściwie na dwie pory roku. Ciepłą i zimną. Ewentualnie wiosenno-letnią i jesienno-zimową. Ostatnio też deszczową i suchą. Najgorsza franca to zimowa, deszczowa i wietrzna. Wtedy najlepiej po prostu nosa nie wychylać z domu i tyle. Ale najciekawsze są te okresy przejściowe, kiedy to nie tylko panie stają przed dylematem – i co by tu na siebie włożyć.

Nie bez kozery ja o tym dzisiaj. Bo już w sobotę w Warszawie Bieg Niepodległości (a właściwie co najmniej dwa Biegi Niepodległości), a w całej Polsce też pewnie nie zabraknie okazji do pościgania się albo przynajmniej pobiegania w duchu niepodległej. O biegach patriotycznych i całym tym Disneylandzie już kiedyś pisałam, ale akurat Bieg Niepodległości wyjątkowo mnie w tym zestawieniu nie razi, wręcz przeciwnie, uważam, że powinien być jeszcze większy i bardziej się wdzierać w serce miasta. No, ale. Z aktualnej trasy mam życiówkę (tak, były takie czasy!) i parę fajnych wspomnień, więc nie ma co marudzić. Ciekawe tylko, kiedy zdążę odebrać pakiet startowy…?

Tymczasem jednak trochę się wymądrzę w temacie biegowego stroju. To w sumie temat, w którym lubię się wymądrzać, bo wydaje mi się, że przez ponad 10 lat udało mi się wypracować system niemal doskonały, rzadko zdarza mi się przestrzelić z ubraniem. Chociaż, żeby daleko nie szukać, dzisiaj w pół treningu zdejmowałam z siebie kurtkę i zostałam w krótkim rękawku. A wystarczyło założyć lekko bluzę albo zwyczajnie koszulkę z długim rękawem – i pewnie nie byłoby problemu.  No, ale do tego trzeba by było jeszcze zerknąć na termometr wychodząc z domu. Zerkajcie!

23157214_1674683869228996_5453369537502710297_o

Jesień w stroju biegacza zazwyczaj oznacza, że warto zaopatrzyć się w długie legginsy – do kostek. Nie muszą jeszcze być ocieplane, ale jeżeli mają dodatkową ochronę od wewnętrznej strony – powinny zapewniać komfort. Drugim zwiastunem jesieni są bluzy. Choć tej jesieni zdecydowanie wygrywają kurtki przeciwdeszczowe. Same bluzy, wykonane najczęściej z grubszych, miękkich tkanin, stanowią barierę dla pierwszych chłodów. I takie długie legginsy z bluzą – to jest świetny strój. Na trening. W zależności od temperatury, pod taką bluzę można założyć koszulkę z krótkim rękawem czy wręcz – bez rękawów, ale także koszulkę z długim czy bieliznę termiczną.

Kiedyś wyprodukowałam z siebie taką tabelkę na temat stroju jesiennego:

  Baza Dodatki
Góra Bluza,

 

koszulka techniczna z długim rękawem,

koszulka techniczna z

krótkim rękawem

Lekka oddychająca kurtka. Ewentualnie: lekka czapka, cienkie rękawiczki.
Dół Długie legginsy.  

Niech Was nie zmylą zdjęcia. Ja generalnie jestem zmarzluchem. Jedyna zasada, do jakiej się stosuję, ubierając się na trening, to ta, żeby się ubrać, jakby było 10 stopni więcej. To mniej więcej gwarantuje komfort termiczny. A miesiąc czy pora roku nie ma tu większego znaczenia, chociaż oczywiście 11 stopni w lipcu a 11 stopni w listopadzie to jednak jest pewna różnica. A czasami po prostu nie patrzę na termometr. Najczęściej w zimie ;-)

Wracając jednak do tego nieszczęsnego Biegu Niepodległości. Nie tylko pory roku rządzą się swoimi prawami. Inaczej ubieramy się na trening, inaczej na zawody. Strój startowy zazwyczaj jest lżejszy niż strój treningowy. O tej porze roku może być nawet duuuużo lżejszy. Bo wiecie – zawsze człowiek może trochę przyspieszyć, żeby się rozgrzać, ale jak się przegrzeje – to już po nim. I nic nie pomoże. Dlatego mój podstawowy strój na Bieg Niepodległości to zazwyczaj krótkie spodenki (w tym roku będzie piękna czerwona spódniczka od Polka Sport) oraz koszulka z krótkim rękawem. I tego się trzymam, chyba że do soboty ściśnie jakiś trzaskający mróz.

1391869_665740006790059_1992357269_n

Jeżeli jest naprawdę chłodno (ale jednak powyżej zera), to pod koszulkę zakładam termiczną i chroniącą przed wiatrem podkoszulkę bez rękawów (mam jedną taką, ma z 8 lat i cały czas działa), a na ręce – rękawki. W tym roku urzekły mnie rękawki okolicznościowe od Halfworn, więc na pewno je założę ( a potem będę miała na jakieś wyjazdowe starty). I jeszcze cienkie rękawiczki. Czasami w wersji: koszulka z krótkim rękawem i rękawiczki. Bo dłonie rozgrzewają się najwolniej, do końca 3 kilometra mam kostki lodu zamiast palców.

Na nogi zazwyczaj zakładam opaski kompresyjne – po pierwsze bo lubię, po drugie – bo mam wrażenie, że trochę jednak chronią. Skarpetki – obowiązkowo za kostkę. No i na wypadek przenikliwego zimna mam albo starą bluzę z secondhandu, co to nie żal wyrzucić, albo folię termiczną.

Aha. Buty. Te same, co wiosną i latem. Lekkie i przewiewne. Zakładam, że będzie cieplej niż minus 10!

I jeszcze czapka. Ja zakładam w okolicach zera albo przy dużym wietrze. Ale ja mam czapkę z naturalnego włosia (na głowie ;-)). Dla komfortu albo przy zimnym wietrze cienką czapkę można założyć. Ewentualnie opaskę. Albo wziąć ze sobą i zdecydować na miejscu.

Co zrobić z tą czapką czy rękawiczkami, jak się jednak ociepli na trasie albo atmosfera zrobi się gorąca? No więc… ja pakuję rękawiczki pod ramiączko stanika. Chyba że uda mi się znaleźć tak schodzone, żeby nie żal było po drodze wyrzucić.

I jeszcze jedno. Dla mnie Bieg Niepodległości, podobnie jak bieg Powstania Warszawskiego, to bieg szczególny. Dlatego dokładam starań, żeby tego jednego dnia nie biec jak zwykle na różowo, bo tak lubię i wyróżniam się tłumu, ale biegnę na biało-czerwono. Jedyne odstępstwo to czarne rękawiczki i ewentualnie różowe kompresy, bo akurat takie mam. Natomiast wyjątkowo karnie stosuję się do prośby organizatora o bieg w białej lub czerwonej koszulce – bo ta białoczerwona rzeka wygląda niesamowicie i przede mną, i za mną, i na zdjęciach, że choćby dlatego – warto.

Chyba że jesteś w 8 miesiącu ciąży i nie mieścisz się w żadną białą koszulkę.

12249865_1042115599152496_7324810224610999491_n

Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

beautyandb

Cudze chwalicie, swego nie znacie… Runbertów

…sami nie wiecie, co posiadacie. Kiedyś chyba już coś podobnego napisałam, wtedy odnosiło się to do Maratonu Warszawskiego, który przebojem zdobywał kolejne stopnie rozwoju imprezy, a niektórzy dalej twierdzili, że lepiej jeździć biegać za granicę. Guzik tam lepiej, chociaż moje życiówki pochodzą ze startów zagranicznych. Ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj będzie o moim odkryciu. Rychło w czas, bo to już piata edycja tej imprezy była.

Runbertów. Czyli bieg przez Rembertów. Taką trochę zagadkową dzielnicę Warszawy, niby sypialnię, ale niekoniecznie, niby pod Warszawą, ale jednak w mieście, niby miasto, a niby las, niby… Zresztą. Nie będę ściemniać. W Rembertowie do kwietnia byłam może ze 2-3 razy w życiu. I może raz przebiegałam gdzieś na granicy. Od kwietnia regularnie zajeżdżam tam o poranku, zostawiam młodego z lokalnym żłobku, bo duży, więc „się załapaliśmy”. No, a potem stoję w korkach, czekam na podniesienie szlabanu i próbuję dojechać do biura w mniej niż godzinę. Często dłużej niż bym jechała z domu, chociaż niby droga krótsza. Wielką miłością do tego miejsca nie zapalałam, ale tkwiąc w korkach zaczęłam się interesować co nieco mijanymi okolicami.

Pomysł startu w Rembertowie zarzucił małżonek. Głównie na fali zazdrości o mój start w Maratonie Warszawskim. Zarzucił jakoś zaraz po maratonie. Ja podchwyciłam ideę. I tym sposobem znaleźliśmy się dzisiaj w południe na kampusie Akademii Sztuki Wojennej (tak! Tak się to teraz nazywa!)

Byliśmy tylko we dwoje, bo chociaż Marcin był zgłoszony do biegu dzieci, to jednak pogoda – mżawa z deszczem na zmianę od rana, jego kondycja, czyli stan nieustającego podziębienia i gluta  oraz decyzja, że „Marcinek kochany zostanie w domku” sprawiły, że z pewnym żalem, ale uznaliśmy, że nie warta skórka za wyprawkę. Ostatecznie to ma być dla dziecka przyjemność i frajda, a nie przymus i udręka. Zwłaszcza że na szczęście ma z kim zostać.

Rembertów przywitał nas mokro i pochmurno. Ale też przywitał nas doskonale oznaczonym parkingiem, szatniami z prysznicami (nie byłam w środku, ale zewnętrze nie wyglądało źle) i drogą do Biura Zawodów. Biuro mieściło się w budynku kasyna.  Działało dość sprawnie. A na dodatek pomiędzy biurem a toaletą i depozytami było dość miejsca, żeby się zadekować na przyjacielskie pogawędki w oczekiwaniu na start.

Sam start odbył się niemal co do minuty punktualnie i tak jakoś nagle, że ledwo udało mi się telefon ustawić w tryb aplikacji do biegania. Tuż przed biegiem w zasadzie przestało padać. Trasa była całkiem przyjemna, perfekcyjnie oznaczona, prowadziła przez chwilę Aleją Chruściela, a potem mniejszymi uliczkami, jedną nawet kojarzyłam z jakichś porannych objazdów. Małżonek zapowiadał dwie pętle, ale okazało się jednak, że między pierwszą a piątą edycją bieg wyewoluował w przyjemną pojedynczą pętelkę, która w sprzyjających okolicznościach może być nawet dość szybka. Mokra i pełna kałuż mogła być wyzwaniem. Dla mnie była, bo wiadomo. Się nie biega, się nie ma (wyników).

22343595_1482143821881276_1489150327_o

(Foto dzięki Natalii z Natalia biega jak szalona)

Chociaż wynik mój i tak mieści się w granicach przyzwoitości (czyli poniżej 25 minut). Za to biegłam sobie równo i prawie z uśmiechem. Taki mam ostatni pomysł na bieganie, dopóki nie przyspieszę. Na przyspieszenie też mam pomysł, ale wiadomo.

Za metą – medal w formie wojskowego nieśmiertelnika, izotonik (mimo deszczu wtrąbiłam całą butelkę w mgnieniu oka), wojskowa grochówka na bogato. I dekoracje – całkiem serio potraktowane dekoracje dziecięce, a potem cała masa kategorii lokalnych…

I tak sobie w tym Rembertowie pomyślałam, że to w sumie trochę wstyd, że wbijam dopiero na piątą edycję imprezy. Imprezy, która mam 10 km od domu, atestowanej piątki, kameralnej, ale ze świetną oprawą, za której sterami stoją biegacze i mają oko na każdy szczegół. A że blisko domu, to i znajomych sporo spotkaliśmy. Za rok może ich być więcej, bo przecież ten żłobek… No i za rok zakładam, że wynik też będzie lepszy. I może pogoda, bo to właściwie jedyny szczegół, którego organizatorzy nie dopracowali.

Ale chyba się starali, bo na dekoracje – wyszło słońce.

Więc po co mi jeździć nie wiadomo gdzie, kiedy pod bokiem mam taki bieg…?

Pięć powodów, żeby nie biec. I trzy, dzięki którym mi się udało. Mój #MaratonWarszawski

beautyandb

– To jakiej argumentacji pani właśnie użyła? – zapytał Pewien Znany Profesor Od Retoryki, kiedy dość nieudolnie, ale z dużą kokieterią i niezbitą pewnością siebie próbowałam go przekonać, żeby postawił czwórkę z egzaminu. Egzamin był bodaj szósty czy siódmy w ciągu dziesięciu egzaminów podczas tamtej sesji, a mnie się na dodatek zachciało przeprowadzać i pracować. Istniało tysiąc powodów, dla których nie powinnam go zdać. Choćby dlatego, że kiedy chwilę wcześniej podobne pytania dostał jakiś nieszczęśnik, nawet nie zrozumiałam, czego dotyczą. Ale nagle złapałam punkt orientacyjny i zaczęłam płynąć. Aż do tego pytania. – Na pewno bardzo nieracjonalnej – odbiłam się od dna dość rozpaczliwie, przygotowując się psychicznie na kampanię wrześniową. – Ma pani tą czwórkę – odpowiedział profesor. Zdałam…

Głównie dzięki temu, że w wieku szczenięcym miałam dość okrutnego nauczyciela od polskiego. Do tego stopnia, że właściwie nigdy więcej od skończenia podstawówki polskiego nigdy nie musiałam się uczyć. Owszem, bywało, że się uczyłam. Ale tylko wtedy, kiedy coś mnie wybitnie zainteresowało. Natomiast baza z podstawówy pozwoliła mi całkiem nieźle poradzić sobie nie tylko w liceum, ale na olimpiadach polonistycznych, na studiach, wreszcie – na obronie pracy magisterskiej, która całkiem mocno wchodziła w obszar języka…

Ale, ale, dlaczego ja tu nagle na blogu o bieganiu, wyjeżdżam z egzaminem z retoryki i polskim z podstawówki…?

Bo istniało co najmniej pięć powodów, dla których nie powinnam była startować w 39. PZU Maratonie Warszawskim. Ten pomysł tylko u jego zarania wydawał się niezły, ale każdy kolejny dzień oddalał mnie od jego realizacji. Sami zobaczcie:

1, Trening cz.1. Czyli podstawy. Umówmy się. Moje bieganie w ostatnim czasie trudno nazwać treningiem. Bo trening ma w swojej konotacji jakąś strukturę, porządek, określone jednostki we właściwiej kolejności, mikrocykle, starty kontrolne itd., itp. Tymczasem moje bieganie raczej sprowadza się do wyjścia od czasu do czasu i potupania sobie ok.10-12 km. W tempie bliżej nieokreślonym, bez żadnych akcentów, żadnych jednostek specjalnych. Nic. No, ale. Powiedzmy, że maraton można też sobie przeczłapać. W tym celu jednak wypadałoby chociaż wyrobić w sobie jakąś wytrzymałość. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że aby przebiec maraton, trzeba biegać przynajmniej 42 km tygodniowo. Na palcach jednej ręki mogę policzyć te tygodnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy pokonałam więcej niż 30 km. Trochę z lenistwa, trochę z nieogarnięcia, trochę z tzw. przyczyn obiektywnych. Poza tym zazwyczaj przygotowanie do maratonu rozpisywałam sobie na 3-4, a często i więcej miesięcy, ostatnie dwa poświęcając już na szlify, a nie – budowę bazy. Tym razem czekałam i czekałam nie bardzo wiadomo na co. Maraton na świeżości?

2. Długie wybiegania, czyli trening cz.2. Niby cały czas znajdujemy się w obszarze treningu, ale ta konkretna jednostka treningowa ma u mnie specjalne poważanie. Był taki cudowny czas w mojej biegowej przygodzie, kiedy to regularnie w niedzielę rano wychodziłam i mówiłam – to ja wracam za jakieś 2 albo trzy godziny. I wracałam po trzech, z trzydziestką na liczniku, z każdym tygodniem coraz szybciej. Tym razem moim najdłuższym wybieganiem było 25 km Pucharu Maratonu gdzieś na początku sierpnia. W tym – 15 km z wózkiem, więc tempo tego wybiegania było co najmniej zabójcze (2:37). Poza tym pobiegłam dwa półmaratony – jeden z wózkiem w dwie godziny i jeden bez wózka, ale za to w górach. W 2:06. I zrobiłam jedno rozbieganie długości 21 km. Jedno 17 i jedno 14… I tydzień ‘luzu’ przed startem. Tak nieprzygotowana to chyba jeszcze nie byłam. Nawet w debiucie (trzy „30-tki” przed).

3. Czas czyli teoria względności. Kiedyś sobie obiecałam, że nie pobiegnę maratonu, jeżeli nie będę gotowa pobiec go poniżej 4 godzin. Bo to podobno męczarnia. Przed startem w Warszawie wiedziałam, że nie pobiegnę poniżej 4 godzin. Ba, nie liczyłam na czas specjalnie lepszy niż 4:30. Bo taki był plan, że skoro już muszę, skoro się duszę – to zrobię to powoli i z godnością.

4. Praca, czyli teoria bezwzględności. Tak się akurat złożyło, że kiedy na wiosnę nieśmiało myślałam o starcie w Maratonie Warszawskim, nie połączyłam wszystkich kropek. Zresztą, niektórych nie połączyłam dlatego, że miały nie być już moimi kropkami. Ale nagle wróciły i okazało się, że mój służbowy kalendarz nagle jest upstrzony kropkami jakby go muchy ob…. No, powiedzmy, że obsiadły. Co prawda dzięki temu znalazł się w nim prawie górski tygodniowy obóz, ale raczej obóz pracy niż biegowy, z miłym tylko zakończeniem w postaci Festiwalu Biegowego, oraz zwyczajowy kwartalny tydzień wynikowy z momentem kulminacyjnym wyjątkowo zaplanowanym na czwartek przed maratonem. I to zdaje się z moją pomocą tak zaplanowany… Kropki. Na przyszłość muszę pamiętać o wszystkich kropkach.

5. Syn, czyli los nieprzewidywalny. Dołożył jeszcze swój kamyczek. Kiedyś przeczytałam, że najważniejsza jest nie noc przed startem, ale ta wcześniejsza. Chwała Bogu, tę przedostatnią w miarę dobrze przespałam. Bo w ostatnią noc… Nie, wcale nie Luksemburg, chata i nie szkło. Raczej wymioty, gorączka, mało snu. Mojego. Trzymając pod pachą mały termoforek, miałam pokusę zrezygnować. Przecież dziecko chore. Chyba nikt by mi nic nie powiedział…

Na szczęście rano gorączka spadła, młody spokojnie spał, a w domu zostawał pod opieką cioci, babci i dziadka… Z piaskiem pod powiekami ruszyłam w niedzielę rano na start.

DSC06920.JPG

A bardzo chciałam wystartować, bo:

  1. Rocznica. Dzień przed 39. PZU Maratonem Warszawskim przypadała 10. rocznica mojego maratońskiego debiutu. W Warszawie oczywiście. A ja sentymentalna jestem jak diabli.
  2. Trasa. Nie tylko ładna, nie tylko atrakcyjna turystycznie, ale też dość szybka, taka jak lubię. Śródmieście, Mokotów, Ursynów, Wilanów, Praga, Żoliborz. Serce miasta, jego kręgosłup. Długie proste, zero pętli, szeroki start, meta na Podzamczu. Już w zeszłym roku zazdrościłam maratończykom dobrej trasy, ale tegoroczna była jeszcze lepsza.
  3. Medal. Piękny, z Syrenką Warszawską. Jak zobaczyłam projekt medalu, wiedziałam, że chcę go mieć. I już. Choćbym cierpiała na trasie.
  4. #BiegamDobrze. Czyli akcja charytatywna, która towarzyszy Maratonowi i Pólmaratonowi Warszawskiemu. To była kolejna okazja, żeby dorzucić swoje trzy grosze na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. Jak już uzbierałam na pakiet, głupio było się wycofać.
  5. Warszawa. Moje miasto. Sen o Warszawie na starcie. Znajomi. Przyjaciele. Kibice. W tym roku nawet moja mama na trasie. I moi siostrzeńcy. I Gośka z Polska Biega, która mnie podholowała na 29. km. I Paweł z colą na 32. I Maciek z Karo i Kropką zaraz za nimi. I Iza z Zuzią. I ekipa z Tarchomina z kolejną colą. I Iwona, która mnie przeciągnęła przez metę. I Becia, która zrobiła nam piękną fotę.

22015505_10212253200017940_728354593_o

A co to wszystko ma wspólnego z egzaminem u Bardzo Znanego Profesora?

Bo ukoronowaniem wszystkiego są trzy powody, dzięki którym nie tylko dotarłam do mety, ale jak tak patrzę na zdjęcia, to chyba na żadnym maratonie nie uśmiechałam się tak ciągle od startu aż do samej mety i jeszcze za nią. A jak patrzę na zdjęcie zza mety, to aż mi się wierzyć nie chce, że po 42 km można mieć taką minę.

Co zatem zdecydowało?

  1. Głowa. Chyba po raz pierwszy tak współpracowała ze mną od startu po samą metę. Żadnych kryzysów mentalnych, żadnych załamań, nawet fizyczny kryzys w miarę przytomnie opanowany. W głowie miałam te wszystkie przebiegnięte maratony i nie dopuszczałam myśli, że coś może tym razem być nie tak, że coś może mi przeszkodzić.
  2. Baza. O tym też myślałam jeszcze biegnąc. Niby tym razem nie odrobiłam lekcji i do tego egzaminu podchodziłam nie do końca przygotowana. Ale przecież gdzieś w nogach mam te pewnie już dobrze ponad 20 000 wybieganych kilometrów, te 10 lat biegania, te 20 wcześniejszych maratońskich startów. To znika tak sobie, nie wchłania się w niebyt. Istnieje coś takiego jak pamięć mięśniowa. I moje mięśnie przypomniały sobie, jak smakuje maraton. Te wszystkie lekcje, które odrobiłam z moimi trenerami – w niedzielę sobie przypomniałam.
  3. Serce. Mnie naprawdę brakowało maratonu. Dopiero w niedzielę poczułam, jak bardzo. Nie biegłam tego dystansu od trzech lat. Nie mając celu w postaci maratonu, nie mogłam się zmobilizować do treningu na serio. Ale w Warszawie tak bardzo chciałam dobiec do mety, tak bardzo czułam dobrą energię z każdego miejsca, że to musiało się udać. Stąd ten uśmiech. – Jak ty to robisz, że po 42 km jesteś uśmiechnięta? – zapytała koleżanka na Facebooku. – Ja po prostu kocham biegać.

Tylko tyle i aż tyle.

Teraz to już chyba wróciłam naprawdę.

39. PZU Maraton Warszawski 24.09.2017 Warszawa

Kiedy małe rośnie...

beautyandb

 

Małe dzieci – mały kłopot – mówili kiedyś, a ja nie do końca wierzyłam, no bo przecież wiadomo, najwięcej zachodu jest z takim co to trzeba nakarmić, przebrać, przewinąć, płacze nie wiadomo czemu… Dzisiaj, mając na stanie jednego bardzo aktywnego młodego człowieka, którego niektórzy biorą za bardzo drobnego trzylatka (ma 20 miesięcy!), który potrafi w mgnieniu oka wejść na ten przykład… na toaletkę, zaczynam się skłaniać jednak do tego, że z tymi rosnącymi kłopotami – to jest głębsza prawda.

A że Ania biega pozostaje blogiem biegowym, a nie parentingowym, to tym razem konstatacja dotyczy… biegów. Z nimi też jest tak, że dopóki są małe i kameralne, bywają urocze, a im bardziej rosną, tym bardziej ten swój dziecinny urok tracą i zaczynają przypominać takie nastolatki ze wszystkimi ich wadami, takich niby dorosłych, ale nie do końca, z za długimi kończynami, pretensjami do dorosłości, ale jednak z umysłem na poziomie dziecka. I to  w sumie nie jest zarzut, bo rośnięcie i dorastanie, dojrzewanie, jest właściwie procesem naturalnym, ale tempo rośnięcia niektórych imprez wymaga od ich organizatorów dorastania błyskawicznego. Niestety, niektórzy mają z tym kłopocik. Chociaż, dopóki drobiazgi organizacyjne nie wpływają na sam przebieg biegu, na resztę można popatrzeć przez palce.

Ten przydługawy wstęp prowadzi nieuchronnie do relacji z Biegu Siedleckiego Jacka. Relacja na szczęście nie będzie długa ani bardzo wnikliwa, bo też i nasz udział w imprezie był jakiś wyjątkowo szczątkowy – trochę z winy własnej, trochę – organizatora.

Wyjątkowo, prawie jak nigdy, dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Bo Siedlce blisko. No, blisko. Ale nie aż tak. A ekspresówka tylko na części trasy, dodatkowo 10 km przed Siedlcami wyrzuciła na nawigacja w jakieś pola i dróżki nieomal polne. Ok, jest półmaraton, pewnie pół miasta zamknięte, prowadzi nas od drugiej strony. Ciekawe, że wracaliśmy tą samą drogą.

Nic to jednak. Potem, na jakieś niespełna dwa kilometry od Biura Zawodów, uprzejmy policjant odesłał nas na objazd. Potem drugi skierował w jakąś małą uliczkę i kazał tam zaparkować. Co było robić. Zaparkowaliśmy, przerzuciliśmy rodzinny majdan do wózka i hajda w drogę! Tymczasem miejscowych (te rejestracje!) jakoś dziwnym trafem puszczano dalej, prawie a samą trasę biegu…

No nic. Mamy 10 minut na odbiór pakietów i … nieokreśloną odległość do pokonania. Szybki podział zadań. Ja kłusuję za końcem nosa, końcem języka i ludźmi. Tomasz wiezie Marcina i posuwają się mniej więcej za mną, ale ciut wolniej. Ciocia w eleganckich butach podąża naszym śladem średnim spacerkiem. Ja lecę. W miejscu, gdzie wg GPS powinno być biuro, jest dzika trawa i kilka samochodów. Ale już widzę park wodny, którego nazwa obiła mi się o uszy po drodze. Lecę. Jestem koło basenu. Już widać infrastrukturę biegową – bramy startowe, mety, trybuny, super. Ale gdzie to cholerne biuro zawodów. Trzy osoby patrzą na mnie jakbym się urwała z choinki. A biuro…. Właśnie powinno kończyć pracę. Czwarta osoba wreszcie macha ręką mniej więcej w kierunku biura. Aha. Muszę przejść przez trasę. Z jednej strony znajduję lukę w barierkach, z drugiej – sama sobie barierkę odsuwam, na szczęście na trasie są luzy…  

Wpadam do biura spocona jak mysz. Szybko ogarniam, gdzie te pakiety, siadam, melduje się, na szczęście nikt nie robi problemu, że odbieram od razu dwa pakiety… Przy stoisku biegów dziecięcych kusi mnie zapytać jeszcze o pakiety, ale najkrótszy bieg jest na 200 m, trochę jednak przydługo jak na Marcina… Darowuję sobie, ruszam na poszukiwania chłopaków.

Znajdujemy się pod trybuną. Idziemy z powrotem w kierunku biura zawodów i depozytu. Dobrze, że przyjechaliśmy od razu w strojach startowych, bo start za kwadrans. Nas z kolei znajduje ciocia. W samą porę, bo Marcin właśnie postanawia że on teraz sobie pospaceruje. A tu matka musi lecieć, szukać toitoja. Na szczęście blisko i na szczęście z małą kolejką.

Jak będzie pięć minut do startu – to zapowiemy mówi głos ze sceny. Ufff, na mój gust już jest pięć minut, ale zegarek już w trybie sportowym, kończę toaletę, myję spokojnie ręce, idę poprawić buty…

Staję gdzieś obok strefy startowej i słyszę, że już jest te 5 minut. Wbijam się w tłum startujących. Staję i się rozglądam, ale akurat żadnych znajomych w zasięgu wzroku. Trudno. Nie mijają DWIE minuty, jak pada strzał i czołówka rusza. Hm. No dobra. To lecimy.

Poleciałam…

Pierwszy kilometr 4:28. Oj… Tymczasem pogoda jest… Dziwna. Jakby zaraz miało lunąć. Ale tymczasem dojmująco piecze słońce. Staram się nie odpuszczać, choć po pierwszym kilometrze wyraźnie zwolniłam. Wokół tworzy się mała grupka, mijamy się nawzajem. Drugi kilometr – jeszcze poniżej 4:40. Niby nie prędkość, ale dla mnie może być zabójcza, jeszcze nie weszłam na takie rejestry biegania (moja życiówka w okolicy 21 minut to jeszcze długo sobie poczeka…). Po dwóch kilometrach moment ulgi, bo woda. Super. Po czwartym – woda i gąbki. Zresztą, na czwartym to ja już walczę, żeby biec poniżej 5…

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze drugi… No, biegnę wolniej, ale biegnę. Na ostatnich 200 metrach zmuszam się do czegoś na kształt finiszu. 24:10.

Medal.

Muszę na chwilę się zatrzymać i postać z głową w dół.

Piiiić. Teraz pić, gdzie picie?

O, nie! Są kubeczki i dzieci, które polewają z wielkiego baniaka do kubków.

What…? Do kubeczków…?

Ale medal ładny…

Ruszam na poszukiwania Marcina.

On tymczasem rządzi w strefie dla dzieci. Podobno nawet trafił do kroniki. Jako najmłodszy uczestnik warsztatów. Trzylatek, ha, ha, ha :) Dostaję serduszko z białej gliny ozdobione ziarnami kawy, jarzębiną i „kamaronem”. Najlepszy medal.

Dobija do nas Tomasz, który skończył niecałą minutę po mnie.

21083044_1608538552510195_3228796203568025945_o

Niebo coraz groźniejsze, zbieramy się do odwrotu. Zaczyna lać. Chowamy się w holu parku wodnego. Niby nie wolno, ale bierzemy panie „na wózek”. Wymyślam niemal boski plan. Rodzinka niech poczeka, a ja pognam po samochód. Trasa już chyba otwarta…

Idę. Na szczęście przestało padać. Piecze słońce. Ja idę. Idę. I idę. W końcu dzwonię do Tomasza. „Ty pamiętasz, na jakiej ulicy zostawiliśmy samochód?” Tomasz: „Nieee…. A Ty nie pamiętasz?” Trudno. Idę dalej. Zniknęła policja, zniknęła straż miejska, nie ma ludzi, nawet nie mam jak zapytać. W końcu…. Po ponad pół godzinie…. Znajduję J Ufff. Co za ulga!

Wracam. Już mogę podjechać „pod same drzwi”. Na stadionie trwają biegi dzieci. Podobno przedszkolaki też były… Cóż. A w sumie co szkodziło dołożyć 100 m dla najmniejszych…? Miałby młody komplet Traktu Brzeskiego (hej, organizatorzy, a może też dla dzieci taki mini-trakcik?)

21082919_1608746005822783_4916605193904624026_o

Tymczasem młody szaleje na leżakach i workach PGE.

Dołączam do rodzinki. I tak sobie zalegamy, nasłuchując relacji z dekoracji.

A potem uciekamy przed burzą.

I w sumie było miło, chociaż tak jakoś… Obok biegu. Z nostalgią wspominamy Białą Podlaską i Platerów…

Aha. A czy napisałam, że tuż obok tego nieszczęsnego parku wodnego były trzy spore i częściowo… puste parkingi? Jeden ewidentnie dla biegaczy…?  

Łysy z grzywką… czyli jak się nie szykować na maraton, odc. 1.

beautyandb

Dawno nie nabiegałam tyle, co przez ostatnich 8 dni. I dawno nie biegałam tak… od Sasa do Lasa. Dawno też jednak bieganie nie sprawiało mi takiej frajdy. Bo niby nic nie muszę, ale przecież – chcę. Po pierwsze – chcę biegać. A po drugie – cały czas chcę stanąć na mecie 39. Maratonu Warszawskiego. Cały czas możecie mi w tym pomóc – KLIK :)

Za przygotowania do maratonu zabrałam się późno. Powiedziałabym nawet – skandalicznie późno. Dlatego też nie szukajcie w moim bieganiu jakiegoś specjalnego planu. Tym razem będzie pełen spontan, a po drodze zaprzeczę wielu dotychczas wyznawanym wartościom i przekonaniom związanym z treningiem, bieganiem maratonów i może nawet bieganiem w ogóle. Złamię kilka swoich postanowień i… w ogóle będzie się działo. Już dziś mogę zacząć robić listę na temat, jak się do maratonu nie szykować.

Punkt pierwszy – nie wpadaj na pomysł startu na 8 tygodni przed imprezą, zwłaszcza jeśli poprzednie dwa miesiące biegałaś okazjonalnie lub wcale.

Punkt drugi – a jak już wpadłaś na taki pomysł, przemyśl dokładnie plan przygotowań i plan startowy, a nie rzucaj się jak łysy z grzywką na parapet (od razu wszystkich łysych przepraszam).

Tym razem w roli łysego występuje Ania.  

W ramach nadrabiania braków kondycyjnych, od początku sierpnia Ania przebiegła już więcej niż przez poprzednie dwa miesiące razem wzięte. Co w sumie nie jest jakąś większą sztuką , biorąc pod uwagę czerwcowe bieganie średnio dwa razy w tygodniu oraz dwa (słownie: dwa) lipcowe wyjścia na bieganie. Przy czym to drugie to już w sumie bardziej sierpniowe było, bo 31 lipca to taki prawie sierpień.

W sierpniu za to ruszyłam z kopyta. Bez ładu i składu, ale za to z dobrymi chęciami i  wielkim entuzjazmem. Po towarzyskim wózkowym starcie w Pucharze Maratonu (25 km), wymyśliłam, że oto okoliczności są idealne, aby po 10 latach od poprzedniego startu zawitać do… Radzymina. Tak. Mimo że to tuż za miedzą, to ostatni, a właściwie pierwszy raz startowałam w Półmaratonie Cud nad Wisłą w …2007 r. I był to mój drugi w życiu oraz jeden z bardziej traumatycznych półmaratonów. Dość powiedzieć, że pierwsze oznaczenia kilometrów zobaczyłam po 6 km, prawie zrobiłam życiówkę na 10 km, a następnie… Zaraz po tym półmaratonie zamówiłam pierwszy zegarek z GPS ;-) Tak, wtedy już były.

Rok później 15 sierpnia pobiegłam Maraton Gdański (czy ktoś jeszcze pamięta?), a potem… Potem jakoś unikałam imprez w tej dacie.

A tu nagle taki pomysł.

No więc – do Radzymina!

Zaczęło się nieźle, bo już na wejście – zaspałam. Na szczęście nie na start, ale powiedzmy że na spokojne przygotowanie. W rezultacie wstaliśmy z obłędem w oczach i niepełną godziną do wyjścia. A tu jeszcze trzeba się spakować, zjeść śniadanie, ogarnąć juniora, wózek… Idea był prosta. Jedziemy w komplecie. Małżonek sędziuje, matka biegnie, cioteczka z Juniorem kibicuje na starcie i mecie oraz korzysta z lokalnych atrakcji w Radzyminie. Noale… Skoro my zaspaliśmy, zaspała i ciocia. Zadeklarowała, że owszem, może zostać z Marcinkiem, ale w domu… Tymczasem młody już gotowy do wyjścia… Dobra, weźmiemy wózek biegowy. Dałam radę 15 km po lesie, dam radę 21 po asfalcie – nie było czasu na rozkminki, że miałam nie biegać długich biegów z wózkiem, że nieprzygotowana, że młody nie do końca lubi, że… .

Pognaliśmy, żeby małżon zdążył na odprawę sędziów. Potem jeszcze moja szybka przebióra i leniwe oczekiwanie na start, czyli spacerki z młodym, żeby go trochę zmęczyć. Obejrzeliśmy czołgi, pogadaliśmy z tym i z owym i w sumie już trzeba było stawać na starcie. Tym samym nadszedł moment najtrudniejszy. Pakowanie do wózka. Oj, nie lubi młody niewoli, nie lubi… I nie chodzi o biegowy, chodzi o wózek w ogóle. Ale tu jakby wyczuł powagę chwili, zaprotestował krótko dla fasonu i grzecznie dał się wpiąć w szelki. Potem jeszcze trochę pogaworzył, trochę podopingował innych biegaczy („Dawaj, dawaj, biegaj, biegaj!”), pozwolił podopingować siebie, wzbudzając co najmniej zainteresowanie nie tylko wśród kibiców i w końcu – chyba trochę znużony – przysnął. Tak jakoś na 6 kilometrze.

Pogoda nam sprzyjała o tyle, że start był o 9, niebo lekko przychmurzone, lekko powiewało. Z czasem słońce było coraz wyżej i coraz bardziej grzało, ale biegliśmy głównie bokiem do niego lub tyłem. Nie licząc dwukilometrowej agrafki, gdzie był grzejący wmordęsłońc i musiałam przysłonić wózek moskitierą. Jak młody będzie miał kiedyś piegi – to wiadomo skąd. Generalnie dziecko spało jak dziecko, a ja sobie biegłam, to pogadując z kimś mniej lub bardziej znajomym, to sprawdzając, czy dzieć jeszcze oddycha (jakaś obsesję mam).  Na półmetku skonsumowałam żel, zapiłam wodną kontrabandą z wózka i potoczyłam się dalej, konstatując, że czas jest przyzwoity, w dwóch godzinach powinniśmy się zmieścić.  

Na agrafce stał małżonek i zarazem tata Marcina, co sprawiło, że syn się nieco rozbudził, ale jeszcze przez chwilę nie protestował. Zresztą, w sumie w ogóle nie protestował. Na 15 km wzięłam już dwa kubki z wodą – dla siebie i dla Marcina. Wodą się gustownie pooblewał, ale trochę wypił. Banana… no cóż. Usmarował nim pół wózka, trudno. Jeszcze trochę podsypiał, kiedy dojechał do nas rowerowy ninja – sam szef Maratonu Warszawskiego, z którym sobie przyjemnie pogawędziliśmy, że wszystko to naturalnie przez niego.

Marcin był coraz bardziej obudzony, plotkowaliśmy o kolorach koszulek zawodników wokoło, matka robiła egzamin z kolorów („green”, „pink”, „yellow” – Marcin większość kolorów rozróżnia, ale nazywa je po angielsku i już). Przy okazji tempo troszkę nam siadło, jednak i do mety było już coraz bliżej, więc niespecjalnie się tym zajmowaliśmy.

Na 18 km syn trochę zaprotestował, przekonując, że „boli kolano”. Zrobiliśmy zatem przystanek na masowanie i całowanie kolana. Całkiem możliwe, że to właśnie wtedy ostatecznie pożegnaliśmy się z czasem poniżej dwóch godzin, ale jakie to ma znaczenie?

Ważne było, że zaraz ruszyliśmy raźno przed siebie, a im było bliżej mety, tym Marcin bardziej aktywnie komentował sytuację, a matka jakby zyskiwała na dynamice albo przynajmniej na wrażeniu własnej zajebistości. I tak radośnie, dopingowani mocno na finiszu, dotarliśmy sobie do mety w 2 godziny, dwie minuty i 15 sekund. Co i tak było wynikiem jakieś dwie minuty lepszym niż ten sprzed 10 lat. A wtedy jednakowoż biegłam bez wózka i ważyłam parę kilo mniej!

20785652_1597337123630338_3765253429639301067_o

Za metą dostaliśmy medal – jeden na spółę, ale i tak bardzo uroczy, Marcinowi się natychmiast spodobał. A potem poszliśmy po pakiet startowy (tak, Radzymin to jednak unikat! Kiedyś, o ile dobrze pamiętam, dawali medal w pakiecie przed startem, teraz dają pakiet po ukończeniu biegu… Jakaś logika w tym jest!) i na grochówę. Którą solidarnie zjedliśmy na pół.

I poszliśmy oglądać, jak pluszowy Piłsudski gania równie pluszowego bolszewika.

Oraz odbierać wyrazy uznania. M.in. od Pana Jacka Fedorowicza, który jest chyba stałym bywalcem radzymińskiej imprezy. I w sumie to mu się nie dziwię. Blisko, płasko, w miarę szybka trasa, niezła organizacja, przyzwoite nagrody (dla tych co na pudle), fajna oprawa… I nawet asfalt co roku lepszy, jak twierdzi Patrycja Bereznowska. A w końcu ona wie, co mówi.

W każdym razie my się tu jeszcze kiedyś wybierzemy. Nie wiem, czy znowu z wózkiem, bo przecież miałam nie biegać półmaratonów z wózkiem, ale przecież tylko krowa nie zmienia poglądów.  

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci