Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Last minute - rady dla poczatkujących maratończyków. #droganaNarodowy

beautyandb

Ponad 3000 osób zgłoszonych na 36. PZU Maraton Warszawski to debiutanci. A ponieważ ostatnio wyspecjalizowałam się w udzielaniu rad ;-), specjalnie dla początkujących maratończyków i ich najbliższych - garść porad, które pomogą możliwie bezboleśnie zmierzyć się z dystansem 42 km 195 m. To tyle, co ze Stadionu Narodowego do Zakroczymia. Samochodem zaledwie kilkadziesiąt minut, ale pokonywanie trasy na własnych nogach to prawdziwe wyzwanie. Warto się na nie przygotować nie tylko fizycznie, ale też logistycznie.

1. Jesteś tym, co jesz. W tygodniu przed startem bacznie zwracaj uwagę na to co jesz. Unikaj przypadkowych jadłodajni, zawiesistych sosów, sałatek podlanych obficie sosem majonezowym. Jakiekolwiek problemy żołądkowo mogą poważnie osłabić organizm. Ostatnie dwa dni to tzw. ładowanie węglowodanów, kiedy makaron i pizza stanowią podstawę diety biegacza. Ale to nie oznacza objadania się bez umiaru. Zwłaszcza na sobotnim pasta party, czyli makaronowej kolacji. Lepiej czuć lekki niedosyt niż się przejeść. Rano przed startem zjedz lekkie śniadanie. Owsianka, bułka z bananem albo z miodem, kasza  na 3 godziny przed startem powinny dać energię na pierwsze kilometry. Na trasę zabierz sprawdzone wcześniej żele energetyczne. Jedz, zanim poczujesz głód.

2. Regeneracja to też trening. W ostatnim tygodniu nie nadrobisz już braków treningowych. Pozostały lekkie biegi na podtrzymanie formy i wyczucia tempa. Teraz ważna jest regeneracja i wypoczynek. Zwracaj uwagę na to, ile śpisz. Szczególnie w noc poprzedzającą noc przed startem. Bo ostatniej nocy trema może ci utrudnić wypoczynek.

3. Nie szata zdobi cesarza, ale akurat maratończykowi może skutecznie przeszkodzić lub pomóc w uzyskaniu dobrego wyniku. Podstawą jest właściwa ocena temperatury. Zazwyczaj na bieg ubieramy się tak, jakby było 10 stopni więcej niż pokazują termometry. Jeżeli temperatura w dzień ma przekraczać 10 stopni Celsjusza, nie warto zakładać koszulki z długim rękawem czy długich spodni. Przed chłodem przed startem ochroni stara bluza, którą można wyrzucić po starcie, lub folia termiczna.

4. Startówki nie dla każdego. Buty to podstawa stroju maratońskiego. Elita i najszybsi biegacze często biegają maraton w lekkich butach startowych z niewielką amortyzacją. Jeżeli jednak do tej pory nie pokonałeś w swoich startówkach więcej niż 15 km, a twojej wadze daleko do kenijskiego wzorca z Iten – postaw raczej na sprawdzone buty treningowe z amortyzacją.

5. Chip i numer. Oprócz butów – najważniejsze wyposażenie maratończyka. Numer startowy najlepiej przypiąć do koszulki już dzień wcześniej. Osoba bez numeru nie jest pełnoprawnym uczestnikiem biegu, sędziowie mogą ją „zdjąć” z trasy, czyli nakazać zaprzestanie biegu. Równie ważny jak numer jest chip, który może być albo zintegrowany z numerem startowym (takie paski z tworzywa), albo  mieć postać małego białego kółka, które należy przymocować do buta, a po biegu – oddać. Chip gwarantuje znalezienie się na liście wyników i pozwala na rejestrowanie czasu na kolejnych punktach kontrolnych. Dzięki temu wirtualni kibice mogą śledzić swojego zawodnika na trasie. Chip warto przymocować do buta dzień wcześniej.

6. Czas zobowiązuje. Na numerach nadrukowane są kolory, które odpowiadają strefom startowym. Strefy związane są z czasami, jakie planują osiągnąć startujący z nich zawodnicy. Na ogół przydział do strefy następuje na podstawie wyniku w innym maratonie albo krótszym biegu lub wedle czasu deklarowanego. Dlatego jeżeli planujesz biec ok. 4 godzin – nie wpychaj się do strefy czerwonej i nie stawaj w pierwszej linii z elitą. To brak szacunku dla wpółbiegaczy.

7. Osobista asysta. Jeżeli trener personalny biegnie razem z tobą i ma numer startowy – nic nikomu do tego, dopóki nie tarasujecie drogi innym. Jeżeli nie ma numeru – gorzej, tym bardziej jeżeli korzysta z udogodnień przygotowanych na trasie przez organizatora. Ryzykujecie zdjęcie z trasy. Jeżeli natomiast Twój trener albo partner zamierza jechać obok na rowerze albo na rolkach – odradź mu to. Przy tej liczbie biegaczy i przepustowości warszawskich ulic rowerzysta czy rolkarz między biegaczami jest zagrożeniem zarówno dla samego siebie, jak i dla innych zawodników.

8. Słuchawki. Nie są potrzebne. Na trasie co kilka kilometrów znajduje się muzyczny punkt kibicowania, więc muzyki i dobrej energii na trasie nie zabraknie. A słuchawki odgradzają cię  od świata, powodując że nie słyszymy komunikatów sędziów, które mogą być ważne dla naszego bezpieczeństwa. Ale przede wszystkim nie słyszymy dopingu kibiców i słów wsparcia współbiegaczy – a to jest przecież sól maratonu i to, co sprawia, że ten bieg jest wyjątkowy.

9. Kibice. Są potrzebni w kluczowych momentach. Najlepiej zaopatrzyć ich w mapkę trasy i rozpisać, o której godzinie planujecie w konkretnych punktach. W Warszawie kibice metrem i tramwajami mogą podążać wzdłuż trasy maratonu. Na Stadionie Narodowym czeka na nich moc atrakcji.

10.Start. Zacznij spokojnie. Zbyt szybki start, który zawdzięczamy emocjom, startowej adrenalinie i namowom kolegów, może drogo kosztować w dalszej części dystansu. Jeżeli po drodze robisz życiówkę na 5 czy 10 km – masz powody do obaw.       

Aktywnie nie bardzo, ale z optymizmem. I z nagrodami ;-)

beautyandb

Skoro z jakiegoś powodu mój organizm odmawia od jakiegoś czasu biegania szybko, postanowiłam się z nim nie spierać, bo finał takiego sporu nie trudno przewidzieć. I zdecydowanie to nie ja byłabym stroną wygraną. Czasami trzeba sobie dać na spocznij, wyluzować i przestać myśleć kategoriami: dystans, czas, życiówka. Takie sanatorium czy urlop zdrowotny. Chociaż na żaden urlop się nie wybieram, tylko biorę wolne od presji na wynik. Postanowiłam cieszyć się spokojnym bieganiem, a że biegam tempem galopującego żółwia, więc mam całe mnóstwo czasu na to cieszenie.

I zabawę w bieganie.

Nie, to nie jest łatwe. Głowa chciałaby szybciej, a tu – szklana ściana, szybciej nie nada, coś się zacięło. No to się uśmiecham i wrzucam na luz.  

Co prawda protest organizmu przyszedł w najgorszym momencie – bo w samym szczycie przygotowań do maratonu. Wtedy, kiedy właśnie powinnam była docisnąć, żeby się odgięło na 28 września. Ale przez tych kilka sezonów nauczyłam się kilku rzeczy na pewno. Przede wszystkim tego, że niektórych rzeczy nie da się rozbiegać czy zabiegać. Bo takie próby, nawet jeżeli na chwilę przynoszą efekt, często gęsto kończą się dłuuuuuugą i bolesną przerwą. A zatem – kilka dni biegowego postu przeszło w taki biegowy slow food, powolne budowanie od nowa. C’est la vie! Ciekawe tylko, że moja kondycja była tak słaba, iż w 10 dni obróciła się w kurz, perz i ruinę.

Cóż, do maratonu zostały równiutko dwa tygodnie. Biorąc pod uwagę moje ostatnie spektakularne dokonania w Krynicy-Zdrój, mam szansę na absolutnie unikatową antyżyciówkę. Może być nawet słabiej niż w debiucie, chyba że jednak doświadczenie i perspektywa Narodowego okażą się dodatkowymi motywatorami.

Na pewno już nic nie wytrenuję. Tym bardziej, że przez ostatni tydzień oprócz ogólnego rozbicia miałam jeszcze jednego przeciwnika – ostry katar. Właściwie jeszcze trwa, bo nieleczony… Ale nieleczony, bo te wszystkie szybkodziałające antykatary i przeciwgrypy osłabiają dodatkowo i mogą poczynić więcej szkód niż pożytku przed biegiem. A już najgorszym złem są antybiotyki – poczytajcie historię Henryka Szosta sprzed Zurychu. Więc gdyby Was jeszcze coś dopadło – to herbatka z miodem, z prądem, z malinami, czosnek, imbir -  i wystarczy.

A co z bieganiem? Zostały mi już tylko spokojne rozbiegania, w planie jeszcze start za tydzień w twierdzy Modlin, ale rozważam jego sensowność. Można przebiec szybkie 10 km na tydzień przed maratonem. Ale ponieważ ja nie biegam szybko, więc i start ten będzie wyłącznie turystyczny. Czy warto startować turystycznie? Cóż, prawdziwi biegacze powiedzą, że to niepotrzebna strata czasu, energii i pieniędzy. I w sumie jestem gotowa się z nimi zgodzić. Co nie znaczy, że zamierzam się zaszyć w jakiejś biegowej pustelni, skąd będę donosiła o ewentualnych postępach lub ich braku. Wyjazd do Modlina jeszcze rozważam, ale że nigdy tam nie byłam (serio, nawet na lotnisku), jest szansa, że się skuszę. Nawet jeżeli przybiegnę ostatnia.

Maraton Warszawski będzie klamrą sezonu, ale jest jeszcze jedna impreza w której startuję, od kiedy biegam. Tak, Biegnij Warszawo, kiedyś Run Warsaw, dzisiaj, po pewnej wolcie – Biegnij Warszawo z PKO BP. I z tym biegiem wiąże się pewien konkurs. Pierwsza osoba, która wymieni w komentarzu pod blogiem w kolejności chronologicznej (z latami)  kolory koszulek Run Warsaw/Biegnij Warszawo i zadeklaruje taką chęć – pobiegnie w Biegnij Warszawo – dzięki uprzejmości PKO BP ;-) Druga osoba dostanie nagrodę pocieszeni w postaci książki „Biegiem przez życie” Jerzego Skarzyńskiego – z autografem. Na konkursowe komentarze czekam do wtorku, 16.09., do północy :)

A propos książek – odkrywam na nowo audiobooki. Kiedyś już o tym pisałam, że nie jestem w stanie biegać i słuchać książki – bo albo się nie skupiam na treningu i robię bardzo wolne wybieganie, albo się skupiam na treningu – i muszę jeszcze raz odsłuchiwać te same rozdziały, bo nic z nich nie zapamiętuję. Jeszcze zanim zwolniłam, znalazłam książkę idealną do słuchania podczas biegu. I tak, chodzi o „I jak tu nie biegać” Beaty Sadowskiej, czytanej przez sam autorkę. Książkę w wersji tradycyjnej przeczytałam w marcu. Myślałam, że audiobook mnie będzie nudził, że – znając treść – nie będę tak naprawdę słuchała. Tymczasem ciepły głos Beaty – nie bez kozery dziennikarki radowej – jej naturalna intonacja i czytanie w taki sposób, jakby snuła opowieść – wszystko to sprawiło, że byłam w stanie wyłączyć książki (naprawdę tak napisałam? wyłączyć książkę?). Słuchałam na treningu, w samochodzie w drodze do pracy, stojąc w korku (przez tych kilka dni polubiłam światła przy Pomniku Lotnika), wchodząc do biura. I odkrywałam nowe wątki, które umknęły mi w papierowej wersji.  Jedyne co mi nie grało – to „podrabiany” Kuba Wiśniewski. Wolałabym prawdziwego i pewnie wypadłby bardziej naturalnie. Ale nie można mieć wszystkiego. Audiobook dostępny w Bibliotece Akustycznej.

A naturalnym przedłużeniem audiobooka Beaty Sadowskiej jest jej nowa audycja „Aktywnie bardzo”. Zetka, niedziela, siódma rano. Można słuchać przed niedzielnym śniadaniem albo podczas treningu. Lub… w  drodze na zawody.

To chyba za tydzień wybiorę się do tego Modlina. Modląc się o jakieś resztki formy ;-) 

Droga i meta. Symbole i metafory. Festiwal Biegowy i #droganaNarodowy

beautyandb

Najpierw jest długa droga. A na końcu – nagroda. Nie, nie tylko medal. To tylko symbol, materialny dowód. Wcześniej trzeba pokonać setki kilometrów. Tych na treningach.  A potem tych na start. I tych od startu do mety. Przed tą ostatnią, symboliczną metą stoją kibice i krzyczą, ile sił w płucach. Przyspieszasz. Chyba,  że już się nie da, bo dałeś z siebie wszystko, mięśnie ci sztywnieją, nie słyszysz wrzasku tłumy, widzisz tylko plamą mety. Ale przecież wcześniej tyle razy obywałeś się bez kibiców. Miałeś cel – i go osiągałeś. Czasami ktoś wsparł dobrym słowem, czasami – podstawił nogę. Kibice są ważni, ale najważniejszy jest cel.

Lubię Festiwal Biegowy w Krynicy-Zdrój. Co prawda trochę daleko. Z moimi umiejętnościami za kierownicą – pół dnia jazdy. Droga. To właśnie jest ta metafora. Na końcu czekają znajomi, przyjaciele, trzy dni biegowego święta. Nagroda za to, że siadłam za kierownicą i przejechałam pół Polski. Korzystam z okoliczności i napawam się atmosferą, nasiąkam… Trochę też zaspokajam swoją próżność, bo to miłe ileś razy w ciągu dnia usłyszeć: „Czytam twojego bloga, fajny jest”. Najmilsze – od biegacza, z którym razem wpadamy na metę półmaratonu na deptaku. Bo na ostatnich 200 metrach przypomniało mi się, że lubię nieco szybciej biegać.  I równie miłe – usłyszeć swoje imię od kibiców gdzieś na pierwszym kilometrze, z balkonu. I od pani stojącej na drugim. I jeszcze od kogoś ze współbiegaczy na 6 kilometrze, tam, gdzie rozwidlały się trasy - maratońska i półmaratońska. Skrzydła mi rosły, choć ciało raczej wykazywało naturalną skłonność do ciążenia i jakkolwiek nie miałam jakichś ambitnych planów czasowych, to jednak tak absolutnie bezwzględnej antyżyciówki się nie spodziewałam. 2 godziny i niemal pięć minut na trasie – to przebiło nawet moje okołodebiutanckie wyczyny.

NX2A5850

Trzeba zawsze widzieć metę – mówiła mi w zeszłym roku Wanda Panfil, kiedy miałam przyjemność z nią rozmawiać – najpierw w kuluarach, a potem już całkiem oficjalnie na spotkaniu przed 35. PZU Maratonem Warszawskim. To mądra kobieta jest, a jej słowa przełożyłam sobie na życie. Bo nie zawsze życiówka czy inny seasonal best jest celem. Czasami wystarczy tylko meta – i ten symboliczny medal.

Zresztą, a propos medal – Fundacja Maratonu Warszawskiego pokazała dziś komplet medali na maratoński weekend. Wow! To będzie naprawdę coś. Najładniejszy warszawski, jeden z ładniejszych w kolekcji w ogóle. Ażurowy, z Mostem Poniatowskiego, na stulecie przeprawy, z której startujemy.  I ten na piątkę także niczego sobie – też ażury i most. Dla samego medalu warto się pomęczyć, namawiam!

medal_fb

Ale Maraton Warszawski – to jeszcze kilka ładnych kilometrów. Wróćmy więc do Krynicy, bo warto. Ja zresztą wracam co roku – nieustająco od lat pięciu, V Festiwal Biegowy to dla mnie edycja piąta i pół, bo nawet wtedy, kiedy festiwal zmyła woda – tak, nawet wtedy tu byłam. I z niekłamaną przyjemnością patrzę, jak rośnie, jak się rozwija, jak nabiera rozmachu. Co roku nowe konkurencje, nowe biegi – dziesiątki i setki nowych biegaczy. I nawet jeżeli czasami trochę marudzę, jeżeli nawet mi się wymknie, że coś jest nieidealnie, nie tak – kiedy festiwal się kończy, ja już nie pamiętam, o co chodziło, a wyjeżdżam z akumulatorem świeżo naładowanym – energią, endorfinami, pomysłami.

No dobrze, w tym roku przywiozłam sobie jeszcze gluta do pasa, bo komuś przyszło do głowy, żeby nie wieźć depozytów do Muszyny, a kierowca autokaru powrotnego uważał za stosowne włączyć klimę. W sumie nie wspominałabym o tym, gdyby nie irytujące tabliczki prowadzące do szatni i prysznica w Muszynie. Chyba, że miałam biec z plecakiem. No, tak – znowu nie doczytałam regulaminu.

15675_822511127779612_3267551563469808859_n

W Krynicy przekonałam się jeszcze, jak bardzo ważne są imienne numery. I już nawet nie chodzi o kibiców, chociaż fajnie, jak krzyczą „Ania!” (no dobra, i tak krzyczeli). O nie! Chodzi o rzecz o wiele bardziej przyziemną, mieszczącą się mniej więcej na wysokości buta – o chip. Który to chip (oraz numer i cały pakiet) przejęłam od małżonka gdzieś między Biurem Zawodów a hotelem. I po raz pierwszy w życiu, a startujemy już kilka lat, pomyliliśmy numery. Zorientowaliśmy się dopiero po Życiowej Dyszce, bo znajomi nie kryli zaskoczenia wynikami, które widzieli w sieci. Ale postanowiliśmy być konsekwentni do ostatniego startu.  Jak to ładnie małżonek ujął – zepsułaś mi wyniki na 5 i 10 km, to ja Ci pokażę, co można zrobić w półmaratonie… Mściciel krynickich szos!

10606388_823321757698549_6037413050692450996_n

W Krynicy też w tym roku po raz pierwszy rozstrzygnięto dwa plebiscyty. Ten pierwszy – na biegową imprezę roku. I ten drugi, dla mnie ważniejszy – na Biegowego Dziennikarza Roku. Nie, nie wypada mi komentować, bo w końcu nawet nie dostałam wyróżnienia, chociaż dziękuję tym wszystkim, którzy na mnie głosowali. Ale właściwie zaskakująco dobrze się z tym czuję, bo też i znalazłam się w doskonałym towarzystwie… Wśród wyróżnionych zabrakło też m.in. Wojtka Staszewskiego, Piotrka Falkowskiego oraz kilku innych, którzy rzetelną dziennikarską robotą promowali bieganie, kiedy jeszcze nie było modne i którzy dzisiaj nadal dokładają ręki do tego, żeby biegnie trafiało na łamy i anteny największych mediów – nie tylko tych dla biegaczy. Swoją drogą, to ciekawa jestem, czy po tym doświadczeniu jeszcze jakikolwiek zawodowy dziennikarz zgodzi się w przyszłości stanąć w szranki z… facetem, który ma problem z poprawnym wyrażeniem się po polsku (tak, mam na myśli zwycięzcę). Metaforycznie rzecz ujmując – jakie czasy, takie media, jakie media – tacy dziennikarze. Ale jakiś absmak jest. Nie każdy powinien biegać na 100 kilometrów.

A propos kilometrów. Już w tę sobotę okazja do dołożenia kilku w doskonałym towarzystwie. Razem z Julitą Kotecką, Bartkiem Olszewskim i Mateuszem Jasińskim poprowadzimy trening przedmaratoński – z hotelu Radisson Blu Sobieski na Pola Mokotowskie i z powrotem. Wiem, to niedużo. Ale jak wpleciecie ten kawałeczek gdzieś w końcówkę swoich przedmaratońskich zmagań – na pewno skorzystacie. Na koniec hotel zaprasza na poczęstunek, szykują się też jakieś nagrody niespodzianki, więc… Do zobaczenia. To już ostatnia prosta #droginaNarodowy. Meta czeka! Medal też..

10509671_820706071293451_2543036692902203388_n

#droganaNarodowy – mieszanka firmowa. I mali bohaterowie Narodowego.

beautyandb

Nie jestem na bieżąco. Z bieganiem też, a może nawet – przede wszystkim. Maraton Warszawski coraz bliżej, a ja się wydłużam. Nie dystansowo, ale czasowo. Obawiam się, że 36 PZU Maraton Warszawski będzie tym, na którego trasie spędzę bardzo dużo czasu. Ale jakoś mnie to nie martwi. Spokojne bieganie też ma swój urok. Zupełnie jak spokojne życie… Tyle że ja bym z tym spokojem wytrzymała najdalej miesiąc. Potem zaczęłoby mnie nosić. Dlatego nie zapisaliśmy telefonu do tej willi przy ul. Sportowej w Bukowinie. Była na sprzedaż. Jaki piękny adres! Cóż, nie tym razem.

W niedzielę wspólnie z szefem Fundacji Maratonu Warszawskiego Markiem Troniną i trenerką Weroniką Zielińską (oraz biegającym i ćwiczącym dziennikarzem Piotrkiem Galusem) rozmawialiśmy na antenie o bieganiu. A właściwie o tym, dlaczego czasami warto nie dobiegać niż przebiegać. I o tym, że jeżeli ktoś właśnie zaczyna biegać – to raczej powinien się zapisać na biega na piątkę. Będzie bezpieczniej. Kto nie słuchał – ma okazję nadrobić, nagranie jest dostępne na stronie radiowej Czwórki - http://www.polskieradio.pl/10/2773/Artykul/1221265,Przed-maratonem-warszawskim.

W kuluarach rozmawialiśmy nie tylko o bieganiu. Chociaż wokół sportu. I stadionu. Narodowego. Że jednak bieżnia nie. Bo i tak puchy na trybunach. Ile razy w roku można by zapełnić widownię? Podobno nawet na basen na Narodowym bilety nie idą jak woda. Tak klimat.

Nie rozmawialiśmy za to o lekkoatletycznych orlikach. Właściwie temat już był chyba nieaktualny. Bo co prawda premier wygłosił swoje kolejne expose raptem w zeszłym tygodniu, ale w sobotę wieczorem chyba zmieniły mu się priorytety. I tak postulat na fali zuryskiego sukcesu może pozostać tylko ciekawostką retoryczną. Swoją drogą to ciekawe, że jak budowano orliki, to nikt nie pomyślał, żeby je otoczyć bieżnią. Przecież nie trzeba od razu tartanu wylewać, zwykła żużlowa by wystarczyła. Ale nie, bo wtedy nie było mody na bieganie, tylko na piłkę. Cóż, piłkarze grają, jak grali, a mistrzowie wyrośli z treningu pod mostem. Przypomina mi się Djoković (http://aniabiega.blox.pl/2014/07/Serwuj-aby-wygrac-Opowiesc-Novaka-Djokovicia.html )

A propos mistrzów. W niedzielę w niszowej telewizji oglądałam mityng LA z Berlina. Tak sobie bezrefleksyjnie patrzyłam, aż w pewnym momencie młot poleciał daleko, bardzo daleko. 79,58! Anita Włodarczyk  poprawiła rekord świata. Przez następny kwadrans nie napisało o tym żadne medium. Nawet profile społecznościowe stacji, która pokazywała zawody, zapowiadały wyłącznie wieczorne mecze. Ja rozumiem, liga włoska. Ale rekord świata!!! Mam wrażenie, że fanpage Ania biega był pierwszym polskim "medium", które podało tę informację. I to bez błędu, który nie wiadomo skąd powieliły potem duże serwisy.

To takie różne od tego, co pisze w swojej biografii Usain Bolt. Na Jamajce Międzyszkolne Mistrzostwa Uczniów i Uczennic Szkół Średnich, zwane Champs, są narodową obsesją. „(…) co roku w marcu ponad dwa tysiące dzieci zjeżdża z całego kraju, by współzawodniczyć. Przyznaje się tytuły „króla” i „królowej”, a zawody SĄ ZAWSZE RELACJONOWNE W TELEWIZJI (wyróżnienie – Ania). Mało tego – o Champs pisze się na PIERWSZYCH STRONACH KRAJOWYCH GAZET. (….) TRZYDZIEŚCI TYSIĘCY BILETÓW ROZCHODZI SIĘ BŁYSKAWICZNIE. (…) Kiedy skończą się bilety, mnóstwo ludzi przeskakuje przez płot, żeby się dostać na stadion (…).” (*) Dwa tysiące dzieciaków! Dla porównania, ludność Jamajki to 2,7 mln. Czyli, przy zachowaniu skali, w Polsce w takich zawodach musiałoby wystartować…  prawie 30 000 dzieciaków. A na stadionie mogłoby się pojawić ok. 400 000 kibiców. Idę o zakład, że w Polsce nie ma tylu trenujących nastolatków. O kibicach nawet nie wspomnę, chociaż jakby każdy przyprowadził rodziców,, to może by akurat było tyle, żeby wypełnić trybuny , żeby nie było tej żenującej pustki na górze, jak na Memoriale Skolimowskiej.

Dzieciaki! W nich cała nadzieja, bo jak one będą miały w sobie ducha walki, rywalizacji i fair play, to sport nadal będzie miał sens. I dlatego bliższych i dalszych znajomych namawiam: Przyprowadźcie dzieci na Narodowy. Tym razem  to oni będą bohaterami stadionu. W ostatni weekend września, w sobotę, tuż przed 36. PZU Maratonem Warszawskim, odbędzie się wielobój sportowy dla dzieci – tory przeszkód, wyzwania rozwijające szybkość, skoczność, zmysł równowagi czy koordynację wzrokowo-ruchową. Ale najlepsze czeka dzieciaki w sobotnie popołudnie – biegi dzieci z metą na Stadionie Narodowym. Dystanse praktycznie dla każdego – od stumetrowego Biegu Bąbla do Biegu Nastolatka na 1500 metrów. Więcej – na stronie Maratonu Warszawskiego (http://pzumaratonwarszawski.com/mali-bohaterowie-narodowego-0 ).

mapa_KIDS

 

Pamiętam siebie jak miałam 12 lat i pierwszy raz pobiegłam 100 m na bieżni (żużlowej ;-)). Czas fatalny, ale radość ogromna, a miłość – jak widać, gdzieś w sercu ocalała.

Przy okazji przypomina mi się inna śmieszna historyjka, coś o ironii losu i o tym, że w życiu wszystko ma swoją przyczynę i skutek. Kiedy miałam te 12 lat i strasznie ogromnie bardzo chciałam biegać (wyłącznie na 100 i 200 metrów), wymyśliłam sobie, że prymusce (tak, tak, byłam prymuską, choć nie kujonem) nie wypada wiązać przyszłości ze sportem. I na pytani nauczycieli, kim chcę zostać w przyszłości, już wtedy zaczęłam odpowiadać: „Dziennikarzem”. I dlatego nominacja w Konkursie Biegowy Dziennikarz Roku 2014 jest bardzo przewrotnym zbiegiem losu. Wiem, wśród kandydatów są dziennikarze o znacznie bogatszym i bardziej dziennikarskim dorobku. Ale jeżeli lubicie mnie czytać – zapraszam do głosowania. Jeszcze do środy do 12 w południe można głosować – pod adresem http://www.festiwalbiegowy.pl/vot4.

A ja powoli pakuję się do Krynicy.  

(*)Usain Bolt, „Szybszy niż błyskawica. Autobiografia”. Bukowy Las 2014. 

#droganaNarodowy. Półmaraton PWZ i o tym, co robić, a czego nie robić przed biegiem

beautyandb

Nie mogę się ogarnąć. Tak dawno nie startowałam, że nie wiem, co spakować – marudziłam w niedzielę od rana. Wybieraliśmy się na IV Półmaraton Powiatu Warszawskiego Zachodniego (jest taki twór administracyjny, serio). Kiedy zapisywałam się na niego jakieś dwa i pół tygodnia temu, miała to być sól sama moich przygotowań maratońskich, po górskich wakacjach chciałam zrobić mocny trening w tempie maratońskim, wcześniej podkręcając tempo na treningach.

Jednak, jak to zazwyczaj bywa, dobrymi chęciami to piekło najczęściej jest wybrukowane. Bo tydzień później dopadła mnie jakaś niemoc ogólna, która po trzech dniach nabrała konkretnego przekazu z pieczątką lekarską. Przez jakieś 5 dni ograniczyć aktywność fizyczną. Jeżeli bieg – to krótko i wolno, ewentualnie pływanie i rower, ale… I tu nastąpiło wyliczenie potencjalnych konsekwencji. Uznałam, że 5 dni to nie wieczność, odpocznę sobie. I właściwie całą koncepcję biegu w Błoniu trafił szlag jasny, ale skoro w sobotę już się dobrze czułam, to uznałam, że w niedzielę mogę pobiegać. I to – pobiegać w półmaratonie od razu, czemu nie. W sumie, jeżeli nie będę się nastawiała na wynik, pobiegnę  na luzie, bez spinki i nerwów – dam radę.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Dodatkowo za moimi racjami przemawiał padający od rana deszcz – sama w tak pogodę niekoniecznie bym się zmusiła do 20 km, a tak – sama przyjemność.

W Błoniu od samego parkingu – znajomi, mnóstwo znajomych. W tym i kolega z klubu. Wszyscy pytają: na jaki czas, na jaki czas. Na żaden czas, dzisiaj będzie byle dobiec. Kolega (normalnie jakieś 1:30 w półmaratonie) zdradza, że chce biec na 1:45. Hm… Wiesz, to nie jest takie głupie tempo. To może spróbuję pobiec z tobą – mówię buńczucznie. Gdyby się udało…

Nie udało się. Nie mogło się udać. Zaczęliśmy optymistycznie (dla mnie) po 4:50. Do czwartego kilometra wszystko szło gładko. Na piątym zaczęłam zwalniać, bo do walki włączył się mój żołądek, nienawykły ostatnio do wstrząsów. Po kilkuset metrach boksowania powiedziałam Wojtkowi,  żeby na mnie nie czekał, bo to nie ma sensu. On pobiegł zatem dalej, zdaje się, że w narastającym tempie,  a ja miałam narastającą ochotę, żeby zejść z trasy. Na szczęście po jakimś kilometrze mi przeszło, żołądek się uspokoił, wróciłam do prawie równego tempa w okolicach 5:00. Biegło mi się coraz lepiej. Dziesięć kilometrów, półmetek, dwanaście, czternaście…. Trasa niemal idealnie płaska, miejscami tylko ciut wiało, miejscami pojawiali się kibice, niektórzy nawet uzbrojeni w urządzenia do wytwarzania hałasu. Pięknie. Na 15. kilometrze zaczęłam lekko zwalniać, poczułam lekkie zmęczenie. Ale tu była agrafka, więc siłą rzeczy i woli trzeba było biec… Bo nie wypada. Zaraz za agrafką uświadomiłam sobie, że jeszcze tylko 4 kilometry. Jedno osiedlowe kółko. Co to jest, to już jakbym była na mecie…

I jak tylko o tym pomyślałam, poczułam, że łydki mi kamienieją, uda sztywnieją – i właściwie jest po biegu. Ściana na 18. kilometrze – to nawet było dość zabawne. Dobrze, że do mety było tak blisko i w miarę płasko – to toczyłam się jeszcze siłą rozpędu…

Dotoczyłam się lekko poniżej 1:50 (1:49:20).

10408732_815751498455575_5660629439087568342_n

A za metą, jak już się wykąpałam pod gorącym prysznicem, pożarłam makaron maźnięty sosem pomidorowym i zaczęłam odczuwać pewien dyskomfort w kończynach, doszłam do wniosku, że… Do 36. PZU Maratonu Warszawskiego  zostało jeszcze 5 tygodni, więc to i owo uda się jeszcze poprawić. A ja dostałam nauczkę, że walka z własnymi słabościami jest fajna, dopóki nie szkodzi się samemu sobie.

I dlatego dzisiaj kilka rad dla tych, którzy chcieliby pójść w moje ślady. Bo po co się kopać ze ścianą i to od pierwszego razu. Rady są w kilku działach. Od końca.

W dniu biegu:

a)      Wstań odpowiednio wcześnie. Jeżeli start jest o 9, dobrze być na nogach już o 6. I mniej więcej wtedy zjedz śniadanie. To, co zjesz – to już jest sprawa indywidualna, ale przez te 5 tygodni masz szansę przetrenować, co nie szkodzi przy długich wybieganiach. U mnie – chleb z dżemem, miodem, ew. kasza manna z bakaliami (jak jestem w domu), ale hitem jest chleb z awokado. Nie za dużo, żeby żołądek nie był ciężki. Niektórym pasuje owsianka, ale uwaga na błonnik (ach, te jelita!)

b)      Pakowanie. To właściwie można ogarnąć dzień wcześniej, ale jeżeli lubimy dreszczyk emocji – możemy zaryzykować poranne pakowanie. Wersja damska niezbędnika – ręcznik, żel pod prysznic, szczotka/grzebień, krem lub balsam do ciała, klapki (jakby był prysznic), suszarka (jak jest zimno), bielizna na zmianę (skarpetki, majtki, panie: biustonosz), sucha koszulka, cienka bluza, kurteczka. Mogą być spodnie (lub spódniczka). Buty na zmianę (ja zabieram biegowe, zakładam przed biegiem, po biegu zmieniam). Panie: kosmetyczka, dla mnie obowiązkowo z tuszem do rzęs. Tzw. mokre chusteczki – na wypadek gdyby jednak prysznica nie było. Panowie – plaster, do zaklejenia wiadomo czego. Oraz: żele (na maraton – ze cztery-pięć, SPRAWDZONE WCZEŚNIEJ W WRUNKACH FRONTOWYCH), picie na drogę (sprawdzony izotonik lub woda), batonik na chwilę przed startem. Numer startowy. Chip do pomiaru czasu (jeżeli nie jest w numerze). Ew. worek na depozyt – jeżeli był pakiecie. Folia termiczna – do utrzymania ciepła przed startem. Czasami gąbka. Gąbka służy do obmywania twarzy w upale.

c)       Strój startowy. Warto przygotować dzień wcześniej. Generalnie: koszulka startowa, techniczna, najlepiej sprawdzona. Ja biegam bez rękawów nawet jak jest chłodno, ale to kwestia gustu. Generalnie pamiętamy, że na zawody trzeba się ubrać tak, jakby było 10 stopni więcej niż pokazuje termometr. Na trasie się rozgrzejemy. Odradzam bluzy, koszulki z długim rękawem, kurtki. Nie we wrześniu. Do koszulki od razu przypinamy numer. Są takie miejsca (np. Warszawa), gdzie numer zwalnia z opłaty za przejazd komunikacją miejską.  

Na dół - spodenki lub krótkie legginsy. Skłaniam się ku tym ostatnim po kilku obtarciach wewnętrznej stronu ud. Warto sprawdzić na długich treningach. Do tego cienkie skarpetki, możliwie bezszwowe. Jeżeli macie opaski lub skarpety kompresyjne – warto, bywają na trasie  wsparciem, kiedy w mięśniach czai się skurcz.

d)      Buty. Przede wszystkim – wygodne i sprawdzone. Osoby nieco cięższe (siebie też zaliczam do tej kategorii) powinny pamiętać, że bucik musi mieć chociaż minimum amortyzacji. Lekkie startówki na maraton zostawmy wycieniowanym profi. A jeżeli już zainwestowaliśmy – niech poczekają na jakąś szybką piatkę lub dyszkę. Maraton bez wsparcia może zaboleć. W takich butach warto wcześniej zrobić dłuższe wybieganie. Dłuższe wg Ani = jakieś 25-35 km.

Uwaga! Na większości cywilizowanych maratonów nie ma potrzeby taszczenia ze sobą bidonu czy plecaka z piciem. To, które zapewnia organizator na punktach powinno w zupełności wystarczyć.

Dzień przed biegiem:

a)      Rozruch. Warto sobie bardzo wolniutko przetruchtać jakieś 4-5 km, a na koniec zrobić kilka ożywczych przebieżek. Nie jestem pewna o co chodzi, ale ile razy tak zrobiłam – tyle razy w dniu zawodów wypadałam jakoś… lepiej. Cudowną okazją do takiego rozruchu s wszelkiego rodzaju biegi śniadaniowe, zazwyczaj połączone z drobnym poczęstunkiem. Najlepiej wspominam taki bieg w Barcelonie J

b)      Pasta Party! Czyli nawet jeżeli nie idziesz na żadną imprezę – na kolację zafunduj sobie albo zrób (wersja bezpieczniejsza) górę makaronu. Z warzywami, ewentualnie z mięsem, ale odradzam ciężkie zawiesiste sosy i ser żółty. Pizza też będzie ok, ale makaron – najlepszy. Jeżeli nie jesteś abstynentem – możesz na dobre trawienie wypić lampkę wina. Ale lampkę, a nie pół butelki.

c)       Maraton Expo – czyli targowe szaleństwo. Dobrze jest trochę ponasiąkać atmosferą biegowego święta. Można sobie kupić jakiś mały upominek awansem, choćby pamiątkowę koszulkę. Można dokupić odżywki i żele – ale jeżeli mają być na ten start – lepiej sięgnąć po te znane niż po nowości. Jeżeli dodatkowo targom towarzyszą prelekcje i spotkania ze znanymi biegaczami – na pewno warto posłuchać doświadczeń innych, nawet nie zawsze mądrzejszych.

d)      Biuro Zawodów – jeżeli nie zrobiłeś tego wcześniej – nie odkładaj odbioru numeru n ostatnią chwilę. Im wcześniej go odbierzesz, tym wcześniej się zmobilizujesz. Ja staram się odbierać numer już w piątek, nawet wieczorem. Wtedy w sobotę zaglądam na expo, ale już bez ciśnienia, że biuro, że coś muszę.

e)      Relaks – no właśnie. Nawet jeżeli pierwszy raz jesteś w nowym miejscu – zwiedzanie odłóż na PO biegu. A dzień przed poleż nawet do góry brzuchem i z lekko uniesionymi nogami. Chociaż z własnego doświadczenia dodam, że życiówkę maratońską robiłam dzień po tym, jak odbyliśmy dłuuuugi spacer barcelońskimi uliczkami. Ale może wtedy byłam po prostu dobrze przygotowana.

Tydzień przed biegiem.

a)      Trening. Wyluzuj. Teraz już nic poprawisz, a jeszcze możesz napsuć. Zrób 2-3 lużne wybiegani po ok. 8-10 km. We wtorek lub środę – kilometrówki w planowanym tempie maratonu. Kilka. To jest ten etap, kiedy lepiej zrobić jeden trening mniej niż o pół za dużo.

b)      Dieta. Niektórzy stosują w tym czasie dietę polegającą na tym, że od niedzieli wyłączają z jadłospisu węglowodany, jedzą głównie białko. W środę rano robią akcent (te kilometrówki), a od popołudnia „ładują” węglowodany. Teoretycznie dieta taka ma powodować magazynowanie glikogenu i coś tam jeszcze. W praktyce chyba nie m dowodów na jej związek z wynikami. Ja sama jakoś nie zauważyłam różnicy, poza tym, że trzeciego dnia bez węglowodanów zaczynałam warczeć na ludzi. Więc nie stosuję. Ale w ramach esperymentu – można.

c)       Picie. W zasadzie nie można napić się na zapas. Jednak do maratonu dobrze być odpowiednio nawodnionym. Dla mnie tydzień przed maratonem to krytyczny czas, kiedy przestrzegam zasady wypijania dwóch litrów wody dziennie (na co dzień mam z tym kłopot).

Ostatnie zawody przed.

Na tydzień przed można przebiec mocne pięć lub 10 kilometrów. Dłuższe dystanse – w tempie maratońskim, na luzie, ale raczej z pewną ostrożnością. Półmaratonu lepiej już nie biegać. Jeżeli nie startujemy, możemy sobie zrobić 17-20 km wybiegania, ale spokojnie.

Półmaraton kontrolny/ostatnie długie wybieganie

Ten najlepiej pobiec 2-3 tygodnie przed. Czyli w tym przypadku – najpóźniej w połowie września. Akurat w tym czasie fajnych imprez nie brakuje, więc tylko wybierać. Ja bym jeszcze zastosowała gradację – trzy tygodnie przed – na życiówkę, na dwa przed – tempo maratońskie. Jeżeli zamiast startu mamy w planie długie wybieganie -  to też ostatnie zróbmy dwa tygodnie przed imprezą, zwłaszcza jeżeli długie w naszym planie to 30 km i więcej.

Uwaga, wirus!

Jeżeli macie za sobą solidnie przepracowany BPS, to na dwa tygodnie przed startem robi się niebezpiecznie, bo organizm jest osłabiony treningiem i podatny na wirusy i przeziębienia. Jeżeli gorączka czy katar dopadnie was dwa tygodnie przed startem – nie panikujcie.  Żadnych armat na wróble i szybkiego zbijania przeziębienia. Żadnych, broń Boże!, żadnych antybiotyków. Najlepsze w tym przypadku będą domowe sposoby – malinki, miód, cytryna… Uważałabym nawet na aspirynę. Za to trzeba lekko odpuścić trening. Po 3-4 dniach można wrócić do truchtania – i wtedy już tylko zostają kilometrówki w tempie maratońskim w charakterze ostatniego akcentu. Da się!

Co jeszcze warto wiedzieć na 5 tygodni przed maratonem?

  1. Że za tydzień upływa termin podstawowej opłaty. Jeżeli chcecie przekroczyć metę na Narodowym – warto się szybko zdecydować. Zresztą, umówmy się, nikt normalny nie podejmuje decyzji o starcie w maratonie z dnia na dzień.
  2. Zostało pięć tygodni – to już za mało na klasyczny BPS, ale jeżeli biegacie – dacie radę się przygotować do ukończeni biegu.
  3. Maraton to nie są po prostu dwa półmaratony. Im szybciej biegacie, tym ta prawda jest bardziej oczywista. Do maratonu trzeba się przygotować  i warto w te 5 tygodni wplanować jeszcze 2-3 dłuższe wybiegania. Dłuższe = 25-35 km.
  4. Jeżeli macie zaplanowane starty w półmaratonach – jeden z nich można poświęcić na przećwiczenie tempa maratońskiego. To doskonały sprawdzian.
  5. Jeżeli przyjeżdżacie na maraton spoza Warszawy, warto już zaplanować logistykę – noclegi, przejazd, organizację dnia. Unikniecie niepotrzebnego stresu i przepłacana za last minute.

Ufff, chyba komplet rad na to, co PRZED startem. Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania – to zapraszam :) I do zobaczenia za miesiąc na Narodowym.

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci