|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bywam, biegam
Co nieco więcej
Siedem i trochę wiecej
W świetle reflektorów
Z historii niepowszechnej
Zaglądam do Blogaczy
Zaglądam z ciekawością
Tagi
![]() |
niedziela, 13 maja 2012
Wyjść? Nie wyjść? Biegać? Nie biegać? Za oknem pochmurno, deszcz wisi w powietrzu, na razie kanapa wygrywa… Właściwie mój biegowy post trwa już dziewiąty dzień. Post nie jest ścisły, bo w środę wybrałam się na Agrykolowy trening z Ortorehem, popodbiegałam sobie do połowy Agrykoli (to jest to łagodniejsze pół :>), a potem była homeopatyczna dawka szybkiego biegania. Dwa kółeczka w 1:33. W sumie tak powinnam je biegać… Potem półkółeczka, a na koniec – seteczki… Wczoraj rano natomiast świńskim truchcikiem obiegałam trasę Wesołej Stówy, bladym świtem, który był jeszcze słoneczny, komary gryzły jak szalone, ale trzeba było rozwiesić kilometrówkę. A potem już – inni biegali, a ja stałam i patrzyłam. Doglądałam. Gospodarskim okiem.
Fot. Robert Karpiński, Spartanie Dzieciom Ścigacze się wykruszyli i nie dojechali w tym roku. A może doszły ich słuchy, że z nagrodami w tym roku kiepsko :) No cóż, pogłoski w tym temacie były nieco przedwczesne. W ostatniej chwili burmistrz zdecydował, że jednak Wesoła Stówa to fajna impreza, a zwycięzcom nagrody się należą – więc ufundował. Sklep.napieraj.pl wycenił, Timex się dołożył – i nagrody wyszły może mniej wypasione niż rok temu, ale całkiem przyzwoite. Tak sądzę. A skoro zabrakło ewidentnych faworytów, walka o podium trwała od pierwszego okrążenia.
Fot. Robert Karpiński, Spartanie Dzieciom A już na pierwszym okrążeniu zdecydowanie na czoło wysunął się nieznany zawodnik z równie nieznanej sztafety Weekendowy Reset. Zdobytego prowadzenia zresetowani ultrasi nie oddali do końca biegu. Ukończyli z przewagą prawie jednego okrążenia nad drugą sztafetą. O kolejne miejsca toczyła się zacięta batalia… O drugie dość długo walczyły ekipy Byledobiec Anin (sztafeta mieszana, do tej pory miksty raczej nie stawały na podium…) oraz Trzech Tenorów Plus Jeden. Ten jeden mieszał konkursowo, bo robił 15 km w czasie, w jakim niektórzy – 10. W sumie zrobił 45 km, wciągając swoją sztafetę na podium, po pasjonującej walce na końcówce z kolejną sztafetą mieszaną ze Ścieżki Biegowej Pole Moktowskie. Nie o wynikach jednak chciałam, ale o zaskoczeniu. Weekendowy Reset. Czterech chłopaków, których pierwszy raz w życiu widziałam na oczy. O których nikt nic nie wiedział… Trzymali się nieco na uboczu. Od 30. km było widać, że nikt im nie zabierze zwycięstwa. Nie musieli się ścigać. Ale dawali z siebie dużo. Dopiero pod koniec udało nam się pogadać. - Skąd jesteście? – Z Warszawy. – Hm, a gdzie biegacie? – Głównie w górach, w Biegu Rzeźnika, jakiś Kierat, Harpagan… W takich krótkich biegach nie startujemy… Wczoraj wystartowali w Wesołej Stówie. Mam nadzieję, że za rok wrócą.
Fot. Robert Karpiński, Spartanie Dzieciom O zaskoczeniu tym, jak bardzo rywalizacja w sztafetach wciąga. Jaka to była taktyka, jakie liczenie, jakie kombinowanie, ile różnych metod pokonania tych 20 pętli! Pogoda była… dla biegaczy. Ale nie na całodzienną imprezę plenerową. Zawodnicy startowali w ulewie, potem padało, mżyło, popadywało – i tak aż do popołudnia. Po południu trochę się przejaśniło, a na koniec wyjaśniło całkiem i koniec był całkiem przyjemny, a odjeżdżający zawodnicy twierdzili, że wrócą za rok… Jakoś nie miałam w tym roku serca do tej imprezy… Miałam wrażenie, że to nie ma sensu, że jednak bieganie to sport indywidualny, a do sztafety jednak potrzeba ducha zespołu, że formuła pikniku z bieganiem robionego jednak po amatorsku, społecznie, siłami wolontariuszy i grupki zapaleńców powoli się wyczerpuje… Kiedy wieczorem wracałam do domu, wracałam z przekonaniem, że to jednak ma sens. Że warto. Że biegaczom team spirit nie jest obcy…
Team Spirit. Na trasie (znakowanie, zbieranie oznaczeń) i w Biurze Zawodów wspierał mnie małżonek. Fot. Robert Karpiński, Spartanie Dzieciom. A dzisiaj? Dzisiaj ja mam weekendowy reset. A potem wracam. Do biegania, do planu, do startów. Dość odpoczywania :)
piątek, 04 maja 2012
Na początek będzie jednak to, co właściwie powinno być w post scriptum do tego wpisu. Tak, brałam udział w Biegu Konstytucji. Tak, uważam, że to świetna impreza i bardzo dobrze zorganizowana. Tak, jak zwykle ostatnio, pobiegłam kiepsko (22:56 na 5 km to nie jest wynik, który mnie satysfakcjonuje. Chyba że po drodze dłuższego biegu). I na tym zakończmy wątek Biegu Konstytucji. Ale żeby płynnie przejść do tematu głównego, biegłam na biało-czerwono. Z wyjątkiem butów, bo na nogach miałam moje cytrynowe ścigacze Faas 300. Niestety, w zestawieniu ze ścigaczami w kolorze Jamajki (też trzysetki) małżonka, okazały się być jakieś takie… krowiaste. Zresztą, może to nie buty były krowiaste… Do ad remu jednak, do ad remu (chociaż sama sobie zgotowałam ten los, następne listy do M. starannie przemyślę). Na biało-czerwono biegam w tzw. biegach patriotycznych, czyli w Biegu Powstania, Biegu Niepodległości, od wczoraj – w Biegu Konstytucji oraz za granicą. Tam dodatkowo z orzełkiem na piersi. Dlatego kiedy pod koniec marca trafiły do mnie adidas Supernova Glide 4, pierwsze skojarzenie, jakie miałam (no przepraszam bardzo, jestem kobietą, w każdym calu, nawet jeżeli chodzi o bieganie) było takie, że fajnie by pasowały do zestawu na maraton. Bo białe z czerwonym. Co prawda paski mają obciachowo-srebrne, ale bez przesady. Zaraz sama siebie jednak zmitygowałam. Moje doświadczenie z marką na a. sprowadzało się do tej pory do jesiennego obiegania Sequenców, które jakkolwiek ładne i diablo wygodne, jednak były dość ciężkie (ta amortyzacja) i na pewno nie nadawały się do szybkiego biegania.
Glide’y bezrefleksyjnie postawiłam na biurku. Fajne. I jakie lekkie – zdziwił się kolega, który akurat zajrzał i nie omieszkał obejrzeć bucików. Lekkie? – uniosłam brwi na czubek czoła. W bucie tkwił jeszcze papier… Na oko wyglądało, że cholewkę mają niższą nie Sequency, ale amortyzacji co najmniej tyle samo. Kolejne człapaki na treningi. Ale kolega nie biega, więc może mu się wydawały lekkie Pierwsze zaskoczenie przeżyłam w domu, kiedy postawiłam bucik na wadze. Tak mam, taki mały feler, od jakiegoś czasu. Każdy nowy bucik trafia na wagę kuchenną i jest skrupulatnie porównywany z innymi. Bucik Supernova Glide 4 w rozmiarze 41 1/3 okazał się o 10 g lżejszy (274 g) od Nike Lunarglide 3+ (284). Który to z kolei do tej pory definiowałam jako dość lekki but do szybszych treningów i niektórych startów i w którym całkiem przyzwoicie startowałam w Biegnij Warszawo… Drugie zaskoczenie to pierwszy trening. Któregoś marcowego poranka wyszłam w nowych adidaskach na osiedlowy kieracik. Nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań, chciałam spokojnie potupać, zobaczyć, jak bucik pracuje. Bucik pracował. A nawet – podawał. Po dwóch kilometrach ni stąd ni z owąd załapałam pożądane tempo około maratońskie i tak pozostało przez następne 10 km. Bez specjalnego piłowania z mojej strony. Bucik nie był ani za ciężki, ani nie krowiasty, dynamicznie odbijał się od twardego podłoża, a jednocześnie dawał poczucie bezpieczeństwa, że każdy krok jest jednak amortyzowany. Nieco słabiej niż w Sequencach, ale jednak w Sequencach tak szybko nie biegałam.
Nadal jednak związek Glide’ów z maratonem był dość mglisty. Bo cały czas myślałam, żeby jakieś typowe startówki, żeby leciutkie buciki, żeby… Po drodze jednak był Półmaraton Warszawski, który pobiegłam w cytrynowych ścigaczach. Skończyło się tym, że przez pół godziny po biegu nie byłam w stanie stanąć na stopach, a bolało mnie do wieczora. No cóż, do biegania w startóweczkach więcej niż 10-15 km to jednak trzeba mieć parę kilo mniej i trochę techniki. Albo chociaż jedno z dwojga. Nie czarujmy się – ja po pierwsze jestem ciężka jak na osobę biegającą, po drugie – technikę mam słabą i pięta rządzi. A maraton za trzy tygodnie.
I wtedy pomyślałam przyjaźnie o Glide’ach. Przeszły jeszcze jedną próbę. 32 km, w większości po kostce Bauma i płytach chodnikowych. Ze Starej Miłosny na Agrykolę przez Trasę Łazienkowską i z powrotem do Anina przez Siekierki. W sumie niecałe 3 godziny, ostatni kilometr – w tempie 5’/km. Żadnego człapania, kłapania nogi (czasami tak mam, że mi jedna noga kłapie bardziej), żadnych otarć, odparzeń, odcisków, pęcherzy. Buciki trzymały stopę w ryzach, ale wygodnie. I co prawda do Wiednia zabrałam trzy pary butów, wszystkie trzy – do biegania, ale sprawa była właściwie przesądzona. Do koszulki z orzełkiem pasowały tylko te z czerwonym. Co prawda dalej uważałam, że srebrne paski są obciachowe, ale na szczęście nie było słońca, więc nie świeciły po oczach. I chociaż na trasie maratonu akurat zrobiły mi paskudny pęcherz na lewym śródstopiu (ale Glide’y Tomka, model albo dwa wstecz, zrobiły mu dokładnie to samo), to była to jedyna niemiła rzecz, jakiej doświadczyłam. Poza tym żadnych więcej strat, ani w paznokciach, ani w naskórku. A co więcej – żadnych dolegliwości po biegu. Żadnego bólu stóp. Żadnego chodzenia boso. Żadnego, nic. Właściwie na drugi dzień mogłam wyjść na trening. I gdyby nie zakwasy… W każdym razie, ostatni dylemat co do butów treningowych mam właściwie rozwiązany. Zwłaszcza na treningi „chodnikowe”. Bo jednak w lesie Gilde’y są trochę bezradne. Na udeptanych ścieżkach, bez korzeni – super dają radę. Chociaż oczywiście o dynamice można zapomnieć. Ale umówmy się, w MPK są głównie wydmy i korzenie. W piachu adidaski kopią się po sam nos, a każdy korzeń rezonuje tak, że się czuję jak pies Pluto. Ale ostatecznie adidas Supernova Glide są bucikami na asfalt, nigdzie nie mają znaczka, który by świadczył, że są przeznaczone w teren, na dodatek – trudny teren. W teren to ja buciki dopiero muszę sobie znaleźć. A na maraton – na razie mam :) Chyba, że do września je zajadę, bo przez siedem tygodni zrobiłam w nich 250 km… A to mała sesja w Augarten. Fotografował - Tomasz Pojawa :) Dzień PO maratonie:
środa, 02 maja 2012
Zatęskniłam wczoraj. Bo z okazji święta postanowiłam sobie zrobić prezent i zamiast jak zwykle – pobiegać, pojechałam potańczyć. Jakiś czas temu wygrałam karnecik na zajęcia taneczne w konkursie Ortorehu, czas go wykorzystać. O, ja naiwna! Oczywiście wybrałam zajęcia open, czyli takie, które można dołączyć w każdej chwili. Miała być zumba, ale jak przyjechałam, to akurat przy recepcji siedziała instruktorka czegoś, co się nazywa reggaeton, a że mnie było dokładnie wszystko jedno, w jakim stylu i przy jakiej muzyce się upodlę, to wybrałam jej zajęcia. Jednej zasadniczej rzeczy nie wzięłam pod uwagę. A może nawet dwóch. Po pierwsze, mój słuch muzyczny i poczucie rytmu pozostawiają wiele do życzenia. Dlatego tak pokochałam bieganie – bo wystarczy taktować na dwa. No, jeszcze walca na trzy mogę zatańczyć. I koniec. Po drugie obecne siłownie, fitness kluby i inne studia tańca to bardziej lansernie niż miejsca kaźni. Nie macie takiego wrażenia? To nawet widać jak się idzie na bieżnię. Nie rozumiem tych wszystkich pań spacerujących po bieżniach w tempie 5 km na godzinę (panów jest mniej). Albo pedałujących na rowerkach i czytających jednocześnie gazety. Jak ja idę na bieżnię, to zostaje po mnie mokra plama (wycieram oczywiście), spływam z tej bieżni dosłownie. Budzę wtedy duże zainteresowanie, graniczące z tym jakie budziłoby UFO na Placu Zamkowym. No, bo jak to? Spocić się na siłowni…? W studiu tańca też się nie pocimy. Co to – to nie. Zdaje się też, że przy okazji nieco wyzywająco się ubrałam. Czarny t-shirt z prowokującym napisem CrossFit i do tego legginsy ¾ marki na R. (BTW, bardzo fajne legginsy, z wbudowaną bielizną, co przy tej pogodzie jest nie do przecenienia). No i buty. Też na R., prowokująco fioletowe, na pewno nie mające nic wspólnego z tańcem. Chociaż akurat butami się wpisałam, większość była marki na R., tylko jakoś mniej sportowe w stylistyce. Wyglądałam mniej więcej jak na tym zdjęciu:
I tak wystrojona weszłam na te zajęcia. Taneczne. Przez 5 minut rozgrzewki wyplułam płuca. Gdyby nie treningi Ortorehowe na Siennickiej i w WOSIRZE, po rozgrzewce zapewne umarłabym na serce. Ale nie umarłam. I przeżyłam godzinę gehenny, obiecując sobie, że nigdy więcej. Bo, nie wiedzieć czemu, instruktorka uznała, że wszyscy uczestniczący potrafią machać pośladkami i biustem w sposób doskonale nieskoordynowany, ale rytmiczny, rzucać biodrami na wszystkie strony i machać rękami w sposób dla odmiany skoordynowany. Z nogami. No cóż… Koordynacja nigdy nie była moją mocną stroną. A taniec brzucha, który kiedyś, w czasach przedbiegowych, namiętnie ćwiczyłam, jakkolwiek z wyglądu trochę przypomina to machanie i rzucanie, opiera się na trochę innej mechanice. Rozpaczliwe trochę były te moje wygibasy, śmieszne i groteskowe. A na dodatek – nie pozostawiły po sobie żadnego śladu w postaci choćby cienia zmęczenia. Tymczasem ja naprawdę chciałam się zmęczyć. Wychodząc z zajęć zatęskniłam za ćwiczeniami fizycznymi w ich najprostszej formie. Za takim klasycznym aerobikiem czy czymś podobnym. Gdzie muzyka nie przeszkadza w ćwiczeniu, nie gdzie nie ma wydumanych układów, sekwencji dziwnych kroków, gdzie można się upodlić i zmęczyć. Jednym słowem – zatęskniłam za crossfitem. Crossfit odkryłam pod koniec lutego. I jest moim objawieniem sezonu. Przez 20 minut złachałam się do imentu. W gruncie rzeczy też polega na machaniu i rzucaniu, tylko czym innym się macha, czym innym rzuca, w międzyczasie wypluwając płuca i ścigając się z tymi obok. Myślę, że gdybym wyskoczyła z takim programikiem w mojej lokalnej siłowni, zostałabym z niej usunięta za zgrożenie dla życia i zdrowia współćwiczących. Na razie jednak, jako że – poza bieganiem – jestem fitnessowym neandertalem, muszę poczekać, aż jakiś trener udzieli mi dokładniejszych instrukcji wykonywania niektórych ćwiczeń. Zwłaszcza tych ze sztangą :) Będzie okazja, bo za 3 tygodnia CrossFit Drop Box Tour zawita do Warszawy. Te wszystkie poręcze, sztangi, piłki, kettlebelle i inne narzędzia tortur… Doczekać się nie mogę. A potem… A potem to będę crossfitować, gdzie się da. Na podwórku jest huśtawka z drabinką, na lokalnych placach zabaw – drabinki i poręcze, w Lesie Sobieskiego - farmenty jakiejś ścieżki zdrowia. Wszystko się nada. BTW, a wiedzieliście, że cros fiterzy biegają szybciej...? Nie? To poczytajcie Bieganie.pl. Oczyma wyobraźni widzę moją nową życiówkę na dychę :>
niedziela, 29 kwietnia 2012
A jednak – da się. Da się biegać w tej temperaturze. I dobrze, że wczoraj mniej więcej streściłam ostatni tydzień, bo dzięki temu mogę się skupić na dzisiejszym – III Biegu Raszyńskim. Nie pamiętam już, co mnie skłoniło, żeby się gdzieś z początkiem marca na ten bieg zapisać. Może pokusa prawdopodobnej życiówki, bo w końcu po maratonie dobrze się biega krótsze dystanse, więc Raszyn miał mi pewnie powetować ewentualną kolejną porażkę w Wiedniu. Tymczasem jednak w Wiedniu pobiegłam lepiej niż mi się wydawało, że mogę, ale też i okres dochodzenia do siebie nieco się wydłużył. O życiówce raczej nie mogło być mowy. Także nie w tych okolicznościach przyrody. Te 20 stopni o 7 rano i pełne słońce za oknem miały jednoznaczną wymowę… Będzie jatka, meksykańska masakra w meksykańskim słońcu albo raczej – raszyńska masakra w raszyńskim słońcu. Ale słowo się powiedziało, numerki przyznane, jechać trzeba. Pojechaliśmy. Już na światłach przywitała nas strzałka nie pozostawiająca wątpliwości, gdzie są parkingi dla uczestników biegu. Potem wszystko jak po sznurku – biuro zawodów, odbiór pakietu, nawet w toalecie nie było mega kolejek. Tylko to słońce. Zanim wystartowaliśmy, trzy razy wkładałam głowę pod kran z lodowatą wodą. Włosy zmierzwiły mi się w murzyńską wełenkę. Ale schły – błyskawicznie. Mała niepewność, bo w regulaminie nie było informacji, że na trasie będą punkty z piciem. Cały czas taszczyłam więc pod pachą buteleczkę z własnym magnezem. Okazało się jednak, o czym zapewnił głos z estrady, że picie będzie. Dzięki temu mogłam spokojnie dopić magnez i porzucić buteleczke. Poprawiłam to jeszcze mrożoną i ulepkowo słodką Idee Kafe. A potem… Wystartowaliśmy. Na początku biegliśmy z małżonkiem niemal łapka w łapkę. Albo może raczej nóżka w nóżkę. Na początku drugiego kilometra (a kilometry były wyznaczone z precyzją niema zegarmistrzowską, opisane na asfalcie i oznaczone na tablicach) stała pierwsza zorganizowana grupa kibiców. „Piłkarze” krzyczeli „Witajcie, witajcie!!!”. „Ciekawe, co będą krzyczeć na trzecim kółku?” – przemknęło mi przez głowę. Ale nie miałam czasu tego specjalnie roztrząsać, bo już skręcaliśmy w ulicę Spokojną (nie że tak dobrze znam Raszyn, ale był specjalny transparent), gdzie witano nas nie tyle chlebem i solą, co chłodną wodą i gorącym dopingiem. Za kolejnym zakrętem – kolejne grupki kibicujące. Ostatnia, wyjątkowo hałaśliwa, była nieoceniona. A potem jeszcze 600 m… Tomek właśnie mi odjechał – trzymał równe tempo, a ja jednak zwalniałam i lekko mi się odechciewało. Na szczęście przy starcie dopingowały Monia i Alina – no wstyd by było, wstyd. Złapałam więc kubek z wodą, dwa łyki, reszta na głowę – i dalej. Na czwartym kilometrze – niespodzianka – strażacy otworzyli kurtynę wodną, prysznic na trasie. Ufff. I tak już prawie co kilometr – do końca biegu. I woda – na Spokojnej. I przy starcie. I od dziewczynek po drodze. Jeszcze nie skończyłam drugiego kółka, kiedy usłyszałam charakterystyczny okrzyk „Lewa wolna!” Z rowerowym pilotem dublował mnie właśnie zwycięzca i rekordzista trasy, Mariusz Giżynski. Pędził już do mety.
Fot. Piotr Falkowski A ja miałam jeszcze przed sobą jeszcze jedno kółko. Przy starcie minęłam dziewczynę w niebieskiej koszulce, za którą biegłam prawie całe okrążenie. Przed sobą miałam jeszcze jedną dziewczynę i… Iwonkę. Hm… Nic na siłę. Ale starałam się biec jednym tempem. Dogoniłam dziewczynę. Prawie doszłam Iwonkę. Ale między kurtynami z wody wyprzedzona przed chwilą dziewczyna minęła mnie w takim tempie, że za chwilę i ja, i Iwonka mogłyśmy ewentualnie oglądać jej pięty. Iwonka złapała butelkę wody od kibiców, piła i wylewała na siebie, a ja nieubłaganie ją ścigałam. Na Spokojnej już biegłyśmy obok siebie, zwolniłam jednak przy wodopoju. Ale za chwilę znowu byłyśmy koło siebie. Tyle, że po minięciu oznaczenia 9 km Iwonka zaczęła przyspieszać. Ja niby też, ale jakby słabiej. Już nie mogłam się doczekać mety. A tu jeszcze dwa zakręty… A właściwie – trzy. Przed przedostatnim zakrętem minął mnie rozpędzony Pina. Wpadł na metę tuż przed Iwonką. A ja – zaraz za nimi. Zapowiadana na mecie przez spikera, który prawie każdego wbiegającego witał jak gwiazdę. Po tych 10 km na patelni – bezcenne. 47:05. Małżonek przybiegł ponad półtorej minuty wcześniej. Za metą medal, picie. I dziewczyna w błękitnej koszulce. Nie dogoniła mnie, chociaż podobno mocno próbowała. Tymczasem okazuje się, że za metą są i prysznice. Oznakowane. Co prawda bez rozróżnienia na damski i męski, ale jakoś żaden facet do damskiego nie zajrzał przez te kilkanaście minut, które tam spędziłam. Prysznic elegancki, gorąca woda, trzy pomieszczenia, w jednym – toaletki z lusterkami. Wersal, normalnie Wersal. A spod prysznica – prosto na grochóweczkę. I gorącą herbatkę. A co! A potem jeszcze dekoracja i losowanie nagród. Chociaż w tym przypadku zdecydowanie pozostaliśmy w roli widzów, ale niektórzy wyjechali z fajnymi zabaweczkami :) Zazdroszczę. Ale co się odwlecze… Ja w każdym razie do Raszyna wrócę. Nie tylko po nagrody :> Bardzo fajny ten bieg. Mimo 32 stopni. Taka przyjemna raszyńska masakra :)
sobota, 28 kwietnia 2012
Ale nie będzie o kuchni, chociaż właśnie skonsumowałam spaghetti autorskie by osobisty małżonek. Uwielbiam J Nie wiem jak on to robi, składniki są z grubsza znane – spaghetti, mielone mięso, przecier pomidorowy, cebulka, ser feta lub bałkański, czasami jeszcze oliwki i parmezan. Reszta to tajemnica kucharza. Słodka tajemnica, albo raczej – smakowita tajemnica, ale na pasta party – jak znalazł. Może jutro dyszka w Raszynie będzie bardziej przyjazna niż dzisiejsze niepełne 10 km na Młocinach. Chociaż… Ma być 25 stopni i ani jednej chmurki na niebie. Pogoda na opalanie, a nie na bieganie. Dzisiaj był chociaż cień drzew, a jutro… Będzie patelnia, jak nic będzie patelnia. Hm… I weź tu człowieku biegaj. Jak nie -18, to zaraz +25. Z dwojga złego wolę chyba to pierwsze. Przy temperaturze powyżej 15 stopni po prostu się gotuję. Dym mi Idzie uszami, toczę pianę i najchętniej po 1/3 trasy zeszłabym sobie spokojnie do pit stopu. Ale nie. Ponad rok temu obiecałam sobie nie schodzić z trasy. I nie schodzę. Chociaż może dzisiaj należało. Ruszyłam sobie w ten młociński skwar i kurz bardzo przyzwoicie, prułam tuż przed nosem małżonka, zasłuchana we własny organizm, który z racji kwitnienia wszystkiego wokół nie jest w najlepszej formie, więc wolałam mieć go na oku. Mniej więcej na wysokości pierwszej zawrotki odechciało mi się biec. Ale akurat przy zawrotce stała Chika i dopingowała. A kobiecie w ciąży się nie odmawia. Zwłaszcza kobiecie w 9. miesiącu ciąży, która mimo to kibicuje. Więc potupałam dalej. Potupałam było tu właściwym słowem. Zabezpieczony przed pyłkami organizm zaprotestował na innym froncie. Poboksowaliśmy się chwilkę, jakiś kilometr, ale to nie moje było górą. No cóż, było sprawdzić przed śniadaniem, czy ten serek nadaje się jeszcze do jedzenia. Nie nadawał się. Zgotowałam się… Ale ponieważ przestałam się stresować wynikiem, nagle zaczęło mi się biec dobrze. I bardzo dobrze. Mijałam. I mijałam. I mijałam… Do czasu kiedy kilometr przed metą biegacz przede mną nie zaczął wykonywać dziwnych ruchów, jakby miał zaraz paść na plecy. Zatrzymałam się. Wynik i tak diabli wzięli, a facet nie wyglądał dobrze. Ale pomocy nie przyjmował. No, poza piciem, które ktoś zaoferował. Nie chciał usiąść, stanąć, nic… Po chwili dyskusji odpuściłam. Za to biegłam już ile sił, bo wiedziałam, że na mecie jest karetka. Zanim jednak dobiegłam, w drugą stronę pospieszył zaalarmowany sanitariusz. A ja? No, w końcu dobiegłam. Witana wyraźnym westchnieniem ulgi małżonka, który między trzecim a dziewiątym kilometrem dołożył mi prawie 5 minut… I to już druga pomaratońska porażka, po tym jak tydzień temu zebrałam baty na 5 km na Kępie Potockiej… Oj, szykuje nam się małe domowe ściganko. A tymczasem gotujemy się… znaczy, przygotowujemy. Na jutro.
Tydzień temu na Kępie Potockiej, fot. ze strony www.maratonwarszawski.com
niedziela, 22 kwietnia 2012
Miało być w tygodniu, ale tydzień był intensywny, a wieczorami padałam na twarz, bo jednak organizm wyczerpany wysiłkiem domagał się snu i odpoczynku. Co prawda w międzyczasie zdążyłam zaliczyć trening funkcjonalny w niemal pełnym wymiarze i jakieś drobne bieganie, ale tak naprawdę bez bólu chodziłam dopiero w piątek. Ergo, to był prawdziwy, dobrze przebiegany maraton. Po kilku poprzednich zdecydowanie szybciej wracałam do stanu używalności. Ale wrócę jeszcze do Wiednia, bo a) obiecałam, b) warto. Wrócę też jeszcze na pewno biegowo, może nie za rok (chociaż kusi, bo to będzie jubileuszowa, trzydziesta edycja), kiedyś-tam, nie raz i nie dwa. Mimo że nie wszystko było takie piękne, jak by się mogło wydawać. Jednak jeżeli – jak w starożytnym łyżwiarstwie figurowym z końca ubiegłego wieku – miałabym dawać notę techniczną i notę za wrażenie artystyczne, to ta pierwsza byłaby mocno przeciętna, za to ta druga – w okolicach 5.8-5.9 (szóstek się nie dawało przy słabej technice). Dla nas maraton zaczął się już w czwartek – ale to wiecie, bo już pisałam. W piątek odwiedziliśmy Expo, gdzie doświadczyłam pewnego zaskoczenia. Bałagan w biurze organizacyjnym był spory, ale mimo to kolejek specjalnych nie było. Z pewnym zdziwieniem odnotowałam, że na numerze małżonka jest żółta strefa startowa (szybsza), a na moim – zielona (wolniejsza). Ze zdziwieniem, bo jednak akurat maraton to ja biegam szybciej, i to istotnie szybciej (na razie przynajmniej). Nota bene nie mieliśmy kolejnych numerów, więc pomyłka też była mało możliwa. Na szczęście wolontariuszka nie robiła problemu, zakleiła moje zielone kółeczko – żółtym, naklejki odpowiednie były przygotowane w dużej ilości, więc organizatorzy przewidzieli zmiany… Ale to jeszcze nic. Pani wolontariuszka nie była w stanie nas poinstruować, gdzie się odbiera koszulki, gdzie – bilety na Pasta Party. Właściwie wiedziała tylko, gdzie się odbiera resztę – poza numerem – pakietu. Koszulki znaleźliśmy po trzecim obejściu Expo, dobrze, ze było niewielkie. No, cóż. Gorzej, że wolontariuszka nie powiedziała nam, że akurat w Wiedniu jest tak, że chip nie jest integralną częścią numeru ani pakietu i trzeba go osobno pobrać, uiszczając opłatę jedynych 10 euro (7 do zwrotu za metą). W gotówce… Na szczęście małżonek uparł się sprawdzić czipy, więc i do tych odkryć doszliśmy w miarę sprawnie, czipy nabyliśmy i potem już mogliśmy się porozkoszować Expo. W sobotę – kolejny puzzle maratońskiej układanki. Pasta Party w Ratuszu. O tym już pisałam. Sala bankietowa, dębowe parkiety, kryształy na suficie, obrazy na ścianach, muzyka na żywo, porcelana… I dziesiątki maratończyków w tym wszystkim. Warto było J Hm, maratończycy na Placu Bankowym? Albo w Zamku Królewskim??? Rozmarzyłam się. Najważniejsza jednak była niedziela. Na start dojechaliśmy bez problemu, bo po Wiedniu w ogóle jeździ się bez problemu, zwłaszcza metrem. Od stacji metra już nie dało się nie zauważyć dziesiątek ciężarówek, które miały zabrać Nasz depozyt w strefę mety. Na każde auto – 700 worków. Długo przebijaliśmy się do naszych numerów, bo były jakieś dziwnie niskie. Teoretycznie do 8.15 trzeba było oddać bagaż. Start o 9. Zimno. Mokrawo. Nie wzięłam folii. A szorty króciutkie, topik takoż… Zagryzłam zęby, rozebrałam się. Nie było tak źle… Brrr. Snując się wzdłuż strefy startu widzimy – idzie elita. A wśród nich – nasi ludzie. Od razu się lepiej poczuliśmy. Tuż za elitą na rowerze trener Gajdus. Zatrzymuje się na chwilę, zamieniamy dwa zdania. „Tylko nie podpalaj się za bardzo na początku. I po 20. kilometrze pamiętaj o uzupełnianiu energii” – udziela ostatnich rad. Zostają mi w głowie. Najgorsze doświadczenie – kolejka do toitoja. Nie dopatrzyłam się, że są osobne dla kobiet, schowane w namiotach. Stoimy więc w długaśnej kolei, zastanawiając się, czy zdążymy na start. Na moje oko tojek jest mniej niż w Warszawie. A ludzi – kilka razy więcej. Przed nami dziewczyna w kurtce, w długich legginsach, chyba będzie biegła w sztafecie. Z nią rodzice. Jeszcze ją okrywają kurtką. I w tym momencie patrzą na mnie – w tych szorcikach i topiku. Chyba trochę się kulę. Facet niewiele myśląc ściąga marynarkę i proponuje, żeby założyła na czas kolejki. Trochę się kryguje, ale w końcu przyjmuję z wdzięcznością. Do startu coraz bliżej, dziesiątki ludzi idą. Przy samych toaletach, ledwo się da do nich wejść czy wyjść. W końcu idziemy i my. Znajdujemy strefę, ale nie widać wejścia do niej. Przechodzimy przez sznurkowe ogrodzenie. Przechodzimy kawałek do przodu. Tomek zostaje. Buziak i fota – i ja ruszam do przodu jeszcze. Nie ma żadnych zająców i żadnych baloników, ale też i nie miało być. Zresztą ja po ostatnich doświadczeniach długo nie skorzystam z pace… Start. Nad nami helikoptery telewizyjne. Podobno startujemy falami, ale tego nie odczuwam. Bałagan startowy – jak wszędzie, chociaż szeroka ulica ułatwia wymijanie. W rezultacie – chociaż cały czas wymijam i lekko przeklinam pod nosem – nie nadrabiam zbyt dużo na pierwszym kilometrze. Drugi już biegnie się super. Na trzecim łączymy się z grupą startującą z drugiego pasa (było przesunięcie, zmiana pasa po starcie groziła dyskwalifikacją). Biegniemy przez Prater. Zimno i wilgotno, ale ja i tak wzięłam tabletki na alergię, po Rotterdamie jestem przewrażliwiona. Na Praterze zaczepia mnie pierwszy Polak – oj, to chyba nie takie byle dobiec będzie (na plecach mam nazwę klubu). No to się okaże, mamy jeszcze kawałek przed sobą. Ale biegnie mi się dobrze. Na 5 km jestem przed czasem, prawie 30’’ – to i dużo, i niedużo, w sumie dobrze. Chwytam dwa łyki wody, przy tej pogodzie nie trzeba więcej. Punkty są strasznie krótkie, to nie warszawska rozpusta… Trzeba się spieszyć i dobrze zorganizować, żeby nie minąć punktu. Wypadamy z Prateru nad kanał. Trasa nadal fajna, chociaż podbiegi przy mostkach – odczuwalne. Uczepiam się pleców jakiejś Słowenki, chociaż mam wrażenie, że ona biegnie na lepszy czas. Albo biegnie półmaraton. W okolicach 8. km spotykam Marcina, z którym chwilę gadamy. Słowenka mi trochę odjeżdża, ale za mostem znowu ją widzę. Patrzę jednak na zegarek. 10 km, mam ponad minutę nadróbki. Za szybko. Odpuszczam Słowenkę. Wyciągam zza topu żel. Chwilkę się szarpię z otwarciem, ale udaje się. W samą porę, bo zrobiłam się strasznie głodna. Na punkcie – trzy łyki wody, żeby popić. I dalej. Przebiegamy koło ścisłego centrum i znowu wypadamy gdzieś nad jakąś wodą. Tymczasem moja noga próbuje się usztywnić. Juuuż? Nie. Nie zwalniam, zmuszam ją do normalnej pracy. Pogoda obrzydliwa, więc i kibiców mało. Dobrze, że chociaż wiatru nie ma. Dolatujemy w okolice Schonbrun. Tu zaczyna się solidny podbieg. Mam wrażenie, ze zwalniam. Ale nie czuję tego podbiegu, dopatrzę się go dopiero po analizie zapisu z garmina, a nawet bardziej – z Endomondo małżonka, który tu zwolnił wyjątkowo. Wychodzimy z zakrętu, robi się lekko z góry. Wiem już, że skończę bieg z paskudnym pęcherzem na lewym śródstopiu. Ale nie mam zamiaru się specjalnie tym przejmować. Po jakimś czasie przyzwyczajam się do tego pęcherza… Chociaż pewnie trochę go asekuruję – potem będzie mnie bolała zewnętrzna krawędź lewej stopy. Tymczasem zbliżamy się do półmetka. A może by tak skończyć…? Uh, nie bądź śmieszna. Przyjechałaś tu pobiec półmaraton w 1:45? Strofuję sama siebie. Ostatnie półtora kilometra półmaratonu jest na pysk z górki, wielką piękną Mariahilferstrasse. I potem pod Hofburg. Dla półmaratończyków – czerwony dywan. Dla nas… Półmetek. Mijam go lekko z czasem w okolicach 1:44. Bardzo dobrze. Tradycyjnie przypominam sama sobie, że zabawa właśnie się zaczyna. Tyle, że podczas ostatnich startów na półmetku to ja już ledwie ciągnęłam, a tym razem – czuję się znakomicie i prawie nie odczuwam zmęczenia. Super. Na 23. km wciągam drugi żel (ukryłam je w topie na wysokości biustu). Tym razem obywa się bez kłopotów z otwarciem. Jest bardzo dobrze. 24. km wypada tuż przy „naszej” stacji metra, stąd mamy 500 metrów do apartamentu. Zawijamy – znowu na Prater. Znowu wzdłuż kanałku. Trochę te podbiegi zaczynają dawać w kość. Na 28 km lekko zwalniam, ale jeszcze jestem w stanie przekonać się do powrotu w tempo. Teraz już mijamy się z tymi najlepszymi, którzy są na 38. km. Boże, jak oni biegną! Rozglądam się za Olgą Ochal, nie wiem jak policzyłam, że właśnie powinnyśmy się mijać. Ale Olga pobiegła lepiej niż myślałam, więc jak ja biegłam wzdłuż kanałku, to jej już tam nie było. Super! Skręcamy do parku, trochę kluczenia do 30. kilometra. Super, perfekcyjnie. Wygląda to bardzo dobrze. Ale zakręt w lewo i – dostaję wiatr w twarz. Trochę się z nim siłuję, ale zwalniam. To chyba najdłuższy kilometr na trasie. I zawrotka, która wybija z rytmu. A potem długa prosta. Czuję, że słabnę, zwalniam, chociaż tempo dalej dobre. Mijają mnie Wojtek z Radkiem, próbuję się podczepić, ale po 200 metrach odpuszczam. Biegnę. Nie poddaję się. Znowu żel, tym razem już ostatni, czekoladowy. Kop energii. I cola na 35. kilometrze. Trochę mży, ale w tej chwili jest mi dokładnie wszystko jedno. Na 35. km już wiem, że mam ponad minutę straty do wymarzonego wyniku. Nadal jednak biegnę na życiówkę. I to dobrą. Wypadam z parku. 36. kilometr, podbieg. 3:01. Tyle trwały moje długie wybiegania, w tym miejscu trochę mnie odcina. Na chwilę przechodzę do marszu. Dogania mnie Marcin – ten sam z 8. kilometra – dogania i zostawia, chociaż ja już zaczynam truchtać. A potem – nawet biec. Za 38 kilometrem mijam się z Moniką, ona mnie wypatrzyła, ja już widzę tylko drogę przed sobą. Ale pozdrawiamy się. Monia też leci na życiówkę. Próbuję jeszcze wypatrzyć Kasię, ale nie udaje mi się. 39. km – znowu podbieg przed mostkiem. Tu już podchodzę z wyrachowania, ale jakiś Włoch dopinguje mnie do biegu. Mijamy się potem już do końca, ostatecznie wyprzedzę go 200 m przed metą. Mostek, 40 km. Jeszcze dwa. Najtrudniejsze dwa kilometry. Już wiem, że mam życiówkę. Musiałabym się czołgać, żeby jej nie zrobić. Jednak to nie motywuje. Mimo tłumu kibiców nie mam siły biec szybciej. Podbiegam, irytuję się, troszkę podchodzę, zostawiam sobie siły na ostatnie 500 m. Wreszcie – jest zakręt. Hofburg. Widać metę. I czerwony dywan. I zegar. Wgapiam się w wyświetlacz. Zmieszczę się w 3:40 brutto? Zmieszczę? Przekraczam metę 3:40:05. Na moim zegarku – 3:35:55. Za metą idę. Boję się zatrzymać. Przechodzę, dostaję folię, zakładam, potem medal. Piękny. Mam łzy w oczach. Ale to już było. Idę. Na dziedzińcu Hofburga – woda, piwo. Spotykam Radka, przybiegł jakoś minutę przede mną. Twierdzi, że nie będzie więcej biegał maratonów. Za chwilę przyłącza się Krzysztof – też wygłasza podobne stwierdzenie. Siadają na ziemi. Ja nadal boję się usiąść, stoję nad nimi. W końcu ruszamy do wyjścia, bo jednak jest zimno i trzeba się ubrać. Wychodzimy. Prosto w tłum kibiców czekających na bliskich. Ja tymczasem jestem sama. Wiem, że powinnam oddać czipa. Nie wiem gdzie. W końcu znajduję kontenerki. No cóż, tu już muszę się schylić. Co za debil mi tak wplątał tego czipa…? A, to przecież ja sama. Aha. Hym… Odzyskuję 7 euro, ale to o 1 euro za mało na grawerkę. Dobra, odbiorę depozyt i wrócę. Szukam. Szukam. Szukam. A wozy z depozytem stoją aż pod Kunstmuzeum. Caly park przedreptałam, przy wozie – kolejna polska grupa, chwilkę gadamy. W międzyczasie wolontariuszka podaje mi depozyt. Ja biorę, już prawie otwieram, ale… Zaraz… Excuse me, that’s not mine… Pani się numerki pomyliły… O 100. Odzyskuję swoje rzeczy. Taszczę się pod prysznic. Prysznice są w namiocie. Przy tej temperaturze…? Okazuje się jednak, że gorąca woda robi swoje i w namiotach panuje przyjemne ciepło. Bardzo przyjemne… I ta gorąca woda… Mogłabym tam siedzieć godzinę… W końcu wychodzę. Tomka nie widzę. Włączam telefony. Idę w park, gdzie w najlepsze trwa piknik. Snuję się. O, jakiś namiot. Wchodzę. Zastawa, makaron, sałatki. Nakładam sobie pokaźną porcję, robię hałas, bo zrzucam pokrywki plecakiem, ale co tam. Idę do stolika. Jem niespiesznie, wrzucam informację do Internetu… Ktoś przynosi mi kieliszek szampana, będzie wznoszony toast. Patrzę na ten mój medal, podnoszę szampana, należy mi się… Tomek już dobiegł, już jest po prysznicu. Idę po niego. Zaraz wrócimy. Wracamy na kluchy i szampana. Okazuje się jednak, że właściwie w tym namiocie to jest zamknięta impreza jakiejś firmy… ;-) Wobec tego idziemy jeszcze na jakieś normalne komercyjne jedzenie. Impreza się rozwija, ale temperatura jest zabójcza. Nawet bluza i softshell nie chronią od zimna… Chyba pora do domu. Na gorącą kawkę. Jeszcze żeby tylko strona z wynikami działała jak trza. Nie działa. Po dwóch godzinach w końcu docieram do wyniku. 3:35:50. A wieczorem odkrywamy najlepszą pizzę w mieście :) Bo sznycel sznyclem, ale po maratonie, tak jak przed – najlepsze jest włoskie żarcie. A kilka zdjęć można zobaczyć tu.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Pamiętne zdanie wygłosiłam w jeszcze bardziej pamiętnym filmiku po Maratonie Gdańskim. Ale rzeczywiście prawdziwe było na pewno w dwóch miejscach – w marcu 2008, kiedy w Barcelonie pobiegłam poniżej czterech godzin. I dzisiaj w Wiedniu. Kiedy przebiegałam metę, zegar pokazywał, że czas brutto (dla niewtajemniczonych – od pierwszego strzału startera) właśnie przekroczył 3 godziny i 40 minut. Dla mnie – od momentu przekroczenia linii startu do przekroczenia mety - oznaczało to czas 3 godziny 35 minut i 50 sekund. 3:35:50 !!! A to znaczyło, że:
To policzyłam dopiero później. Wcześniej… Wpadając na czerwony dywan na ostatnich 100 metrach – już wiedziałam, że ją mam. Nową maratońską życiówkę. Wiedziałam już wcześniej, musiałabym się czołgać na ostatnim kilometrze, żeby mi uciekła… I kiedy biegłam po tym czerwonym dywanie wprost w metę, przypomniałam sobie właśnie tę sekwencję: „A na mecie? Byłam szczęśliwa, że tam jestem”. Gdzieś w kącikach oczu mi się zaszkliło, zaraz za metą zasłoniłam dłonią oczy, żeby mi łzy ciurkiem nie poleciały, co zaraz skwapliwie uwieczniła jakaś kamera (nie jak mi lecą łzy, tylko jak się zasłaniam). Czy można było lepiej? Pewnie tak. Na pewno. Na półmetku czas wskazywał, że rozprawa z 3:30 jest przesądzona. Ale maraton to maraton, jak nazwa wskazuje, nie żadna połówka i nawet nie dwie połówki, tylko maraton, więc tak naprawdę zabawa zaczyna się… w drugiej połówce. I tak chyba tym razem mam najmniej negatywny time split – pierwsza połówka 1:44, druga – 1:51. Zresztą, splity i te inne zostawiam fachowcom :) Ja wolę emocje. Te, dzięki którym dzisiaj za metą długo nie czułam zimna i nie mogłam odzyskać głosu, który wiązł mi w gardle. Mokre w oczach tylko czekało na dogodny moment, żeby się przelać. Zwłaszcza, jak na szyi zawisł mi medal. Chyba najładniejszy w maratońskiej kolekcji, z trzema – jak sądzę - kryształkami by Swarovsky, chociaż może to zwykłe cyrkonie, z paletą farb Klimta, medal, którym można się chwalić, będzie wisiał teraz na honorowym miejscu, będzie mi przypominał, że bariery są od tego, żeby je przekraczać, przełamywać – i iść dalej.
Albo biec. Wszystko i tak jest w głowie. A dzisiaj moja głowa pracowała dla mnie. Nie poznawałam jej :) Bo że organizm zrobi wszystko, żeby zminimalizować wysiłek – to wiedziałam. Zaczęło się już na 12. km, kiedy próbowało mi wysztywnić łydkę. Próbowało, nie wysztywniło, lecimy dalej. Na 14. km poczułam jak zwinięta skarpetka robi mi pęcherz na lewym śródstopiu. Może zresztą nie była to zwinięta skarpetka, tylko wrażenie zwiniętej skarpetki. Przeszło mi przez głowę, żeby się zatrzymać i ją wyprostować, ale szybko zepchnęłam je w dalsze zakamarki świadomości stwierdzeniem, że dam radę ze skarpetką. Potem organizm próbował jeszcze zaprodukować kolkę (koło półmetka), jakiś ból w biodrze (przed 30.) oraz namiastki skurczów (36. km). Dobrze, że na namiastkach się skończyło, bo skurczów tak się boję, że tu mogłam się poddać. Ale się nie poddałam. Nawet, kiedy na 35. kilometrze zobaczyłam, że nie tylko stopniała mi nadróbka do 3:30, ale już jestem prawie minutę w plecy. Mimo to postanowiłam się łatwo nie poddawać. Nie po takim biegu, gdzie poza małymi zwolnieniami przy punktach z wodą, w zasadzie biegałam równo i dobrze. Nie po biegu, gdzie pierwszy odcinek (jakieś 100 m) marszowy zaliczyłam dopiero na 37. km. Przy okazji dziękuję Marcinowi, który mnie wtedy minął, ale wsparł dobrym słowem i spowodował, że zaczełam znowu truchtać, a potem nawet – znowu biec). Podeszłam jeszcze na mostek na 39. km, ale z wyrachowania, bo podbieg było spory, a niedługi. Tu zdopingował mnie włoski zawodnik, z którym mijaliśmy się do samej mety (ostatecznie chyba 200 m przed wyprzedziłam go rączym truchtem). Na 41. i 42. już trochę odpuszczałam. Ale nie było łatwo, bo kibice oblegli ostatnie dwa kilometry i nie dawali przystanąć, namawiali, zachęcali, perswadowali. I tak na ostatnie pół kilometra zebrałam się w sobie i odbyłam coś na kształt finiszu. Do mety. Do czerwonego dywanu przed Hofburgiem. Do medalu z kryształkami i Klimtem. Do mojej nowej życiówki. A na mecie? Byłam szczęśliwa. Po prostu, bezwzględnie i bezapelacyjnie, bez żadnych ale i żadnych zastrzeżeń. Byłam szczęśliwa, że tam jestem. I zupełnie niespodziewanie miałam okazję uczcić nową życiówkę szampanem. Ale o tym jeszcze i o biegu tak w ogóle – napiszę jakoś w tygodniu. |