Ania biega - Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało s...
Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Z punktu widzenia zająca

beautyandb

Ten moment, kiedy na 9 kilometrze patrzysz na zegarek i widzisz, że zabraknie Ci sekund, żeby się zmieścić w wyznaczonym czasie. Wiesz, że powinieneś przyspieszyć. I możesz przyspieszyć. Ale czy mogą jeszcze przyspieszyć ci, którzy biegną za Tobą i uwierzyli, że pomożesz im dobiec z nowym rekordem życiowy rekordem sezonu, albo po prostu z dobrym wynikiem? Zatem – przyspieszasz, ale nie aż tak bardzo. Zerkasz na zegarek. Znowu zerkasz. I jeszcze raz zerkasz…

A potem na mecie okazuje się, że jesteś tam pół minuty wcześniej niż to było w planie. Stajesz za linią mety z wyrzutami sumienia, czekasz na tych, co za Tobą, wypatrujesz twarzy poznanych przed i w trakcie biegu. Ktoś się do Ciebie uśmiech, wyciąga rękę, mówi, że dziękuje. Najlepsza nagroda, radość, lekkie uspokojenie. Nowe przeżycie, nowe emocje.

Mimo że to już ósmy mój Bieg Powstania Warszawskiego. Chyba niedługo będę takim biegowym Matuzalemem, opowiadającym o zamierzchłych czasach… Bo kiedy pomyślę o moim pierwszym BPW, to pamiętam – deszcz, znicze w alejkach AWF, pięć pętli tymi alejkami, jakieś 200 osób na trasie… No i mojego osobistego pacemakera, Miśka z Galerii, który miał mnie za uszy przeciągnąć przez 50 minut, ale nie wyszło, bo trasa… miała więcej niż 10 km… 50 minut złamałam kilka tygodni później na Kabatach, z zupełnie innym osobistym pacemakerem, ale atmosfera BPW już na zawsze wpisała się w mój kalendarz startów.

I jakoś nie potrafię z niej zrezygnować. Mimo że zazwyczaj jest to jeden z moich najsłabszych biegów w sezonie. Wieczorna pora, całodzienne sobotnie obżarstwo, letni, często gorący i parny dzień – to nie sprzyja szybkiemu bieganiu. Kilkakrotnie zaczynałam BPW bardzo szybko – i kilkakrotnie kończyłam marszobiegiem, bo organizm odmawiał współpracy w tych okolicznościach przyrody…W tym roku już właściwie miałam zrezygnować w ogóle, ale wtedy pojawił się Grzegorz z pytaniem, czy może ktoś ze znajomych nie pozającowałby… Chwilę pomyślałam i wymyśliłam, że skoro i tak zazwyczaj w BPW biegam słabo i się tym frustruję, a tu jest okazja pobiec spokojnie i jeszcze zrobić coś pożytecznego – to dlaczego nie skorzystać? Uznałam, że 50 minut w mojej obecnej formie może być jednak wyzwaniem zbyt trudnym i asekurancko wymyśliłam 55 minut.

I tak też w sobotę stanęłam w strefie startowej gdzieś pomiędzy 50  a 60 minut, odziana w kamizelkę z cyferką 55 i z balonikami na 55. Oraz z kolegą w podobnym stroju organizacyjnym.

Tłum wokół nas gęstniał, na dźwięk hymnu zdecydowana większość stanęła na baczność, a po hymnie i po odliczaniu rozpoczęliśmy długi marsz – do startu. Lekko byłam przerażona tym, co czeka nas za linią startu – jeszcze nigdy nie startowałam z tak daleka, a zator na Bonifraterskiej wspominam jako jeden z koszmarów BPW. Na szczęście dyszka startowała z Bonifraterskiej prosto, nie było zakrętu – i o dziwo, po starcie było tłoczno, ale na tyle, że w miarę szybko można było złapać właściwy rytm, a potem… - tylko mijać. No właśnie, bardzo mnie zastanowiły te dziesiątki wręcz osób, które mijaliśmy już na pierwszych dwóch kilometrach, mimo naprawdę spokojnego biegu….

Zerkałam na zegarek od czasu do czasu, żeby nie było za szybko ani za wolno, ale jednak z wskaźnik wiarygodny przyjęłam oznaczenia organizatora. Po dwóch kilometrach było perfekcyjnie – 11  minut.

Potem nastąpił magiczny zbieg Karową, na którym zdublował nas zwycięzca.  Zaraz za zbiegiem – chwila wytchnienia w kurtynie wodnej. Trzeci kilometr, czwarty – 22 minuty – szło idealnie. Podbieg lekko wolniej, podobnie przy punkcie z wodą – obowiązkowo biorę wodę – trzy łyki do gardła, reszta na głowę – i dalej. Spokojnie, ale do przodu, teraz już głównie wyprzedzamy. No, to miło już było, a też trzeba zapierniczać, myślę sobie.  6 km – 32:50. Perfekcyjnie, cieszę się w myślach. Spokojnie mijam Krakowskie Przedmieście, na zaciągniętym hamulcu zbiegam Karową, pajacuję pod kurtyną wodną. Ósmy kilometr. Pierwsze drgnięcie niepokoju… Rozjazd z zegarkiem, pojawia się jakiś niedoczas, lekutko koryguję tempo. Ale nadal spokojnie. Fontanny tańczą na Podzamczu, Most Gdański w oddali, jeszcze chwila i podbieg, a za nim meta…

I wreszcie ta nieszczęsna 9-tka. Znacznik mijam po 50 minutach. Czyli zostało 5 minut na ostatni kilometr! Jakim cudem? Przecież nie będziemy teraz biec po 5’/km, nie ma takiej opcji. Skręcamy na podbieg. Dociskam gaz, ale bez przesady, tempo jest jakieś 5:15… Dopiero po wbiegu w lej do mety zaczynam się ścigać z jakimś biegaczem, prowokuję do finiszu jeszcze szybszego, ostatecznie przegrywam ten finisz, ale jestem zadowolona. Do momentu, dopóki nie spojrzę na zegarek. 54:16. Twarz mi tężeje. Jakim cudem? Jak? Po perfekcyjnych 4/5 dystansu? Przecież to zaprzecza fizyce… Przesadziłam?

pzuoutbpw14_02_mp_20140726_220818.jpgANNA

Kilkanaście sekund później dobiega drugi pacemaker. Też jest przed czasem. Ale nikt wokół nie zgłasza pretensji.  Rozglądam się jeszcze z troską dookoła, łowię uśmiechy i mile słowa. Jednak nie zawiodłam, w każdym razie – niektórych – nie.

I po raz pierwszy od dawna Bieg Powstania Warszawskiego kończę bez frustracji i narzekania, za to z podekscytowaniem i tak przyjemną radością…

Ale następnym razem dobrze się zastanowię, zanim założę zajęcze uszy. Bo to jednak wielka odpowiedzialność jest!

Cudze chwalicie, swego nie znacie…

beautyandb

Uciekliśmy na weekend z Warszawy. Kierunek – Mazury. Pogoda wymarzona. Tri-debiut małżonka zaczyna nabierać realnej perspektywy. Było pływanie, był rower. Na rower znaleźliśmy miejsce idealne. Bo przejazd przez miasteczko i kawałek drogą wojewódzką, z której próbowała nas zepchnąć gnojarka, a potem dwa tiry - nie był miły. Skręcamy – zdecydował Tomek, który na tych ścieżkach i dróżkach czuje się jak u siebie w domu, a właściwie – on tu jest u siebie w domu.

I odkryliśmy, a raczej ja odkryłam, drogę na Możne. 4,9 km asfaltu, całkiem przyzwoitego, kilka łagodnych podjazdów, średnio 5 samochodów na przelot. Bajka. Trzy razy jeździliśmy ta drogą, a jeśli ode mnie by to zależało, jeździlibyśmy pewnie i z 5 razy. Pięknie było, las, pola, cisza – i tylko słychać szum łańcucha…

Zachwycałam się. Bo ja tak mam, że popadam w zachwyty. A potem miewam różne refleksje. Dziś refleksja był w temacie okołomaratonowym, bo to już tylko 70 dni zostało, 10 tygodni, a to znaczy, że trzeba zagęścić treningi, nie tylko co do ich liczby, ale i co do jakości, żeby na tym Narodowym mieć powody do uśmiechu.

- A Tobie się to bieganie po Warszawie jeszcze nie znudziło? – zapytała koleżanka jakiś czas temu. Faktycznie, moja przygoda z Maratonem Warszawskim zaczęła się od debiutu w 2007 r., potem przez kilka sezonów kibicowałam, sama jeżdżąc w różne dziwne miejsca, żeby zmierzyć się z królewskim dystansem, aż w końcu wróciłam n trasę MW. Najpierw z partyzanta – towarzyszyłam debiutującemu małżonkowi przez 30 km. To był 2010 r., a maraton tak bardzo różnił się od tego, co pamiętałam sprzed trzech lat, że wtedy zdecydowałam, iż Maraton Warszawski na stałe wraca do mojego kalendarza. Bo skoro mam „w domu” imprezę na światowym poziomie, to aż szkoda nie korzystać z okazji.

Dzisiaj w Warszawie mamy imprezę, która jeszcze o lata świetlne różni się nawet od tamtej z 2010 r. I nawet jeżeli czasami mi się marzy (no, czasami się marzy, czasami się pewnie i zrealizuje, choć raczej nie w tym roku) jesienny maraton gdzieś w Europie – to jako drugi, po Warszawie, oprócz Warszawy.

Pamiętam, że w tym 2010 r. moim pierwszym odczuciem było, że ten Maraton Warszawski jakiś taki europejski się zrobił, że to, co kiedyś opowiadano o zagranicznych imprezach – teraz jest odczuwalne w Warszawie. Wtedy jeszcze brakowało kibiców i trasa była miejscami nudnawa (ach, ten Wał Miedzeszyński! Ale w tym roku doskonale nada się dla rolkarzy). Rok później Maraton wbiegł na Ursynów – i już nie było mowy o tym, że Warszawa nie kibicuje maratończykom. Kibicuje, i to jak! A że nie wszędzie, nie na całej długości trasy?

Nie wiem, jak jest w Nowym Jorku, ale w takim Berlinie też są fragmenty trasy, gdzie nie uświadczy się kibica. O Barcelonie czy Amsterdamie nawet nie wspomnę, a w takim Dubaju to właściwie kibiców można było na palcach policzyć i dopiero w okolicach mety robiło się lekko tłumniej. No, ale Dubaj to jednak inna strefa, także kulturowa. Ale na wiosnę w Paryżu – choć to tylko relacja zasłyszana – ulice świeciły pustkami i nawet atak na rekord świata nie był skutecznym magnesem dla publiczności. W takim Wiedniu też są miejsca oblegane przez kibiców, ale i takie, gdzie nikogo nie interesuje maraton. W Rotterdamie są grupy kibiców podążające za maratonem wzdłuż trasy, są pikniki w ogródkach w dzielnicy willowej i spontaniczne punkty dożywiania z przydomowego grilla. Ale są też całe długie kilometry, kiedy dobry słowem może wesprzeć co najwyżej współbiegacz. 

Kibice to jedno. Ale umówmy się – nawet najlepszy kibic nie pomoże, jak trasa będzie za trudna, albo przygotowanie niewystarczające. Trasy – to temat rzeka albo temat-trasa… Bo każdy czego innego od trasy oczekuje. Jedni chcą, żeby była płaska jak stół, inni – żeby szybka (bo szybka nie zawsze znaczy płaska), jeszcze inni oczekują atrakcji widokowo-turystycznych. Niektórzy lubią trasy stricte śródmiejskie, innych nie odstraszają peryferia. Niektórzy lubią pętle, inni pętli nienawidzą. I weź tu człowieku (organizatorze) dogódź wszystkim! Wielbicielom tras płaskich i prostych, bez dodatkowych atrakcji polecam Dubaj – ani pół podbiegu przez całe 21,1 km w jedną stronę i tyleż samo z powrotem. Zaletą dużej agrafki jest możliwość śledzenia najszybszych, wadą – niewątpliwie jednostajność, i trasy, i pracy mięśni na całym dystansie. Mimo wszystko rekord świata w Dubaju na razie nie padł. O trasie w Barcelonie – zanim pojechałam tam po raz pierwszy – słyszałam, że jest ładna, ale trudna, raczej nie na życiówkę. Faktycznie pierwsze 7 km wiedzie głównie pod górę do Camp Nou, potem jest ostry zbieg – i  dopiero reszta atrakcji. Cóż, z Barcelony dwukrotnie wracałam z rekordami życiowymi. Mimo że trasa gdzieś między 24 a 34 kilometrem ucieka z najatrakcyjniejszej części miasta gdzieś między biurowce i szklane domy, a potem na nadmorską promenadę, gdzie zapach ze smażalni przyprawia o mdłości. W Amsterdamie  trasa już ok. 14 kilometra ucieka z miasta nad rzekę, gdzie krowy i wiatraki, krajobraz raczej bukoliczny niż urbanistyczny, i tak przez jakieś 10 km agrafki nadrzecznej. W Rotterdamie gdzieś na 30. kilometrze zaczyna się pętla wokół wielkiego parku, a potem przelot przez dzielnice willowe (o grillach w ogródkach już pisałam). W Wiedniu mniej więcej od 25 kilometra trasa wiedzie nad starą odnogą Dunaju, gdzie co jakiś czas mosteczek, a przy mosteczku – wszystko wznosi się i te malutkie podbiegi, zwłaszcza po 36. kilometrze – mogą stanowić wyzwanie. W Atenach, w kolebce maratonu, jakieś 30 km biegnie się wśród pól… 

Z tego punktu widzenia Warszawa wpisuje się w dobrą średnią europejską. Mamy i Śródmieście z Pałacem Kultury zamiast Wieży Eiffela, i starówkę z koszmarnym brukiem w okolicach sądów, z Wisłostradą wzdłuż rzeki, tunel, który niektórzy kochają (ja nie), mamy park – i to od razu atrakcyjny turystycznie, bo Łazienki, mamy i blokowiska, nowoczesne Miasteczko Wilanów, nieco bardziej oldschoolowy Ursynów, który byłby koszmarem biegaczy, gdyby nie to, że właśnie tam najpewniej można się spodziewać najlepszego dopingu, wielkomiejską Puławską – i znowu parki, Trakt Królewski, serce miasta i najbardziej zabytkowy z warszawskich mostów. Kilka podbiegów, kilka zbiegów – w sam raz, żeby poczuć przyjemność biegu. I żeby w biegu zobaczyć to, co najlepsze w mieście.

Na trasie, poza własnym przygotowaniem, liczy się też „zasilanie”. Z tego punktu widzenia ważne są punkty. Pamiętam moje zdumienie w Berlinie, że na punktach trzeba wyhamować praktycznie do zera. Ani w Warszawie, ani w Barcelonie nie musiałam nawet zwalniać. Zresztą, uważam że właśnie te dwa maratony mają najlepiej zorganizowane punkty na trasie. No, jeszcze Koral Maraton w Krynicy-Zdroju, ale to inna skala. W Barcelonie rok temu oprócz bananów i innych owoców (pomarańcze!) były też – żele. I myślę, że sporo im zawdzięczam, bo moje skończyły się na 25. kilometrze, a ja jakoś wyjątkowo dużo energii potrzebowałam.  Nic dziwnego, biegłam po rekord J Z żelami na trasie po raz pierwszy spotkałam się w Toronto – pojawiały się tuż przed 30. kilometrem.  Ja wtedy jeszcze nie jadałam na trasie specjalnie, ale wtedy skorzystałam i poczułam różnicę. W tym roku w Łodzi były bardzo nieinwazyjne dla żołądka żele ALE, chyba się sprawdziły. O tym, jak ważne jest ustawienie punktów, przekonałam się po raz pierwszy w Amsterdamie, gdzie jeden z punktów był 1,5 km dalej niż wynikało z mapy. Tak mnie to wybiło z rytmu (wysychałam i zabrakło mi energii), że potem przez kilka kilometrów nie mogłam złapać właściwego biegu. O biegach, gdzie podają tylko napoje, chciałabym jak najszybciej zapomnieć. Poza Dubajem, gdzie w pewnym momencie wodę w buteleczkach podwali wyfraczeni kelnerzy z najdroższego hotelu świata…. Ale to był tylko woda… Z to odgazowana cola nalewana z wielkich miednic na 35. kilometrze maratonu wiedeńskiego była prawdziwą ambrozją.

Tak, wiem, jest jeszcze cała otoczka biegu, jego oprawa. Od kiedy jednak MW trafił na Narodowy, to jego oprawa jest co najmniej światowa. Brakuje mi co prawda biegu śniadaniowego w sobotę – nie wiem, czy brałabym udział, ale ilekroć mi się to udawało (zwłaszcza w Barcelonie) tyle razy miało to dla mnie dobry skutek dzień po. Zresztą, ten bieg ma wymiar integracyjny, towarzyski, trochę turystyczny… Lubię takie biegi. I nie chodzi wcale o to, że chcę przyoszczędzić na śniadaniu. W Barcelonie dodatkową atrakcją jest finisz na Stadionie Olimpijskim. No, ale tam stadion ma bieżnię… Drugim kamyczkiem – gatunkowo może cięższym – jest EXPO. Wiem, że nie wszędzie musi być jak Berlinie, że trudno się przecisnąć przez hale pełne towarów, gdzie są chyba wszyscy producenci świata. Ale też wiem, że mimo kursu euro, z zagranicznych maratońskich expo zazwyczaj wracam z zakupami. Także dlatego, że umiem liczyć. I często gęsto na maratońskich expo, oprócz najnowszych kolekcji w dobrych cenach (w Barcelonie najnowsze buty pewnej marki kosztowały sporo mniej niż w Polsce), oprócz okolicznościowych strojów z okolicznościowym nadrukiem i w cenach też okolicznościowych, jest cała gama produktów, które można nabyć nie z 10- czy 15-procentowym rabatem – jak w Warszawie, ale z rabatem 50-procentowym. O czym nad Wisłą na razie możemy pomarzyć. Chociaż to może kwestia tego, że w Warszawie wystawiają się przede wszystkim sklepy – a na tych największych maratonach oprócz sklepów swoją ofertę pokazują producenci. Pamiętam też, że w Barcelonie oprócz oferty czysto biegowej była olbrzymia oferta dla triatlonistów – i to naprawdę bardzo atrakcyjna, a także… oferta producentów żywności. I to nie tylko żeli i napojów izotonicznych. Prawdą jest, że przechodząc przez expo można było solidnie podjeść.

A propos podjeść. Posiłek przed i po maratonie. Pasta party. W Barcelonie – bezpłatne. To chyba jedyny przypadek bezpłatnego posiłku. Mało tego, każdy uczestnik może wejść z osobą towarzyszącą. Ogromna kolejka w ogromnej, ciemnej hali. Z Barcelony mam porównanie. W 2008 r. pasta party było pyszne, chodziłam po dokładkę (można było). Rok temu nadal było bezpłatne, ale szczerze pisząc… Tak paskudnego makaronu to nie pamiętam. Kluchy i pozbawione smaku coś, co miało być sosem. Blee. W Berlinie te kilka lat temu dopłacało się 4 euro, porcja była skromna, ale smakowała jak bolognese. W innych miastach było drożej, ale bywało i z pompą. W Wiedniu za 10 euro można było zjeść (i napić się piwa bezalkoholowego) w sali balowej miejscowego ratusza. Z porcelany Villeroy&Bosch. A Kaiserschramm naprawdę był doskonały. W Rotterdamie za 12 euro makarony i sałatki do wyboru do koloru. Tylko picie trzeba było dokupić. Amsterdam – też kilkanaście euro – i eleganckie przyjęcie. Ale na godziny, trzeba pilnować swojej tury. W Toronto pasta party kosztowało 30 dolarów kanadyjskich. Za to odbywało się w restauracji pięciogwiazdkowego hotelu i trzeba było uważać, żeby się nie przejeść. Stoły uginały się od jedzenia i picia, a przy okazji można było posłuchać sław maratońskich. W Warszawie trochę mi tego pasta party brakuje – zawsze to była okazja do spotkania z przyjaciółmi, znajomymi, do pogadania. I przy okazji więcej czasu na expo schodziło.  A tak – wiele grup umawia się w okolicy Narodowego,  włoskie knajpki na Saskiej Kępie notują gigantyczne obroty, ale czegoś… brakuje.   

No i posiłek po biegu. Tu przyznam się bez bicia – w większości wypadków nie pamiętam. Zazwyczaj tuż po biegu nie jestem w stanie przyswajać. Pamiętam tylko w Barcelonie stół z pomarańczami, bananami, rodzynkami i orzechami – cały posiłek, kto chciał, to brał. W Rotterdamie chyba w ogóle nie było posiłku, w Amsterdamie – nie pamiętam. Za to do końca życia nie zapomnę, jak po Maratonie Gdańskim w 2008 r.  podano mi… kiełbaskę z grilla i bułę. Co prawda mięso wtedy jeszcze jadłam, ale na widok tego pomaratońskiego posiłku ledwo powstrzymałam pewne odruchy. Akurat mogłam grymasić, bo godzinę później zostałam po królewsku nakarmiona. Po biegu zazwyczaj i przede wszystkim chce mi się pić. I smak BEZALKOHOLOWEGO piwa podawanego za metą maratonu w Berlinie, nie jakiegoś chemicznego izotonika, ale właśnie piwa z jego goryczką – też pamiętam. W Wiedniu chyba też było… Nauczona doświadczeniami – na mecie właściwie nie oczekuję dwudaniowego obiadu ze schabowym. Ani nawet tej nieszczęsnej pomidorowej. Wiem, że głodna będę za kilka godzin – i wtedy zamówię sobie pizzę albo pójdę na makaron czy inne lokalne frykasy. Ważne, żeby można się było napić. A skoro już ma być jedzenie – to najlepiej owoce, jak na Szczelińcu po Supermaratonie Gór Stołowych.

Właściwie za metą marzę głównie o prysznicu – choć i z tym bywa różnie. W Wiedniu i Berlinie były namioty prysznicowe, w Amsterdamie nie pamiętam prysznica, w Barcelonie też nie, ale było blisko do „domu”. W Rotterdamie… Ach, to zupełnie inna historia, szok cywilizacyjny, depozyt bez dozoru, rzeczy po biegu zostawione w sali gimnastycznej jakiejś szkoły i nietknięte czekające na nas cztery godziny później… Ale prysznic był, i nawet niekoedukacyjny. Tak, po biegu prysznic to podstawa. W Warszawie prysznice są :)

A ja tymczasem zmykam do wody. Żadne tam Morze Egejskie czy inne Czerwone. Mazurskie jeziora w końcu wołają, pogoda jest wymarzona, niebo czysty błękit… Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie – że tak podsumuję. Nie tylko o maratonie. Od jutra – trening! Warszawa czeka! 

Miłość, chemia i blondynka, czyli triatlonowej opowieści ciąg dalszy

beautyandb

Do Nieporętu wybraliśmy się w sobotę po południu. Bez roweru i osprzętu, na zwiady. Żeby sprawdzić drogę i żeby wziąć udział w odprawie technicznej, co miało mi dać jakieś podstawy. Niby coś gdzieś czytałam, ale po pierwsze – teoria to teoria, a w praniu wychodzą wszystkie kiepskie szwy.  A po drugie – przecież ja byłam tak zielona, że jeszcze w sobotę w południe pytałam na FB co się robi z pianką po pływaniu. To nawet mój mąż coś wiedział o jakiejś skrzyneczce, a ja, pani zawodniczka, triathlonistka in spe – pojęcia nie miałam…

Jaka skrzyneczka, po co skrzyneczka… Mój naturalny blond zaczynał przechodzić w platynę… Dobrze, że zawsze można liczyć na bardziej doświadczonych kolegów (oraz koleżanki). Tak, skrzyneczka była dla mnie ważna. Prawie tak samo, jak kwestia bielizny przed wizytą w Sport Guru.

Najpierw jednak czekała nas długa droga w strugach deszczu. Korek? W sobotę późnym popołudniem? A jednak, to Warszawa, da się! Więc te kilkadzieścia kilometrów jechaliśmy i jechaliśmy, i jechaliśmy… Ładnie, trzeba w niedzielę wyruszyć wcześniej - notowałam w głowie.

Mniej więcej wiedziałam, gdzie mam jechać, ale ucieszyły mnie strzałki do Nieporętu wskazujące drogę do biura zawodów… Za nimi, jak po nitce, dojechaliśmy na miejsce. To znaczy – na parking, z którego jeszcze spory kawałek był do biura, namiotu odpraw i tak dalej.

Siąpiło nieustająco, ja się ubrałam jak na Sybir (letni Sybir, oczywiście, karakuły i kominiarkę sobie darowałam).

W Biurze Zawodów wszystko w miarę ogarnięte i bardzo sprawnie, chociaż nie wiedzieć czemu kolejka była akurat do mojego stanowiska, przy pozostałych – pustki. Odstałam chwilę, wylegitymowałam się, dostałam worek, numer startowy, a właściwie – cały set numerowy – oraz kubek. O tym, że numer jest więcej niż jeden przekonałam się tuż przed odprawą techniczną. Oczywiście, zaraz zaczęłam robić scenę. „Co się z tym robi?” – pytałam małżonka rozdzierającym szeptem. Platyna to moje drugie imię…

IMG_20140712_230059

Na szczęście była ta odprawa. Tam się dowiedziałam, że opaska na rękę, jeden numer na przód kasku, drugi – podwójny – na sztycę roweru (cokolwiek to jest, chodziło o rurkę pod siodełkiem), trzeci, największy – na pasek i na siebie. Na rowerze numer powinien być na plecach, w biegu – tradycyjnie z przodu. Pasek miałam, dostałam w Guru przy zakupie stroju. Do tego numer miał być jeszcze namalowany flamastrem na ramieniu i łydce.

Na odprawie omówiono też pokrótce przebieg i trasy poszczególnych konkurencji. Dla debiutantki to było jak wykład z wiedzy tajemnej. Słuchałam, rozjaśniało mi się w głowie, ale latarnie rozjarzyły się pełnym światłem, kiedy usłyszałam, że o 8 zamykają drogi w okolicy przed 1/8 IM. Otworzą je potem na chwilę, ale nijak ta chwila nie pokrywa się z czasem wstawiania rowerów do strefy zmian. O, żesz! Miałam się wyspać przed startem. A tu najpóźniej o 7 trzeba wyjść z domu…

Gorzej, że jeszcze rower trzeba przystosować. Bo po obejrzeniu początku trasy doszłam do wniosku, że żadne spd-y – w nich wybiję zęby już na pierwszych 200 m. Muszę jechać w butach biegowych. Ale żeby tak było – małżonek musiał mi przywrócić normalne pedały…

Tomek przekręcał pedały, a ja się pakowałam: strój, czepek (był w pakiecie), buty, skarpetki, żele, napoje. Kanapki, scyzoryk, OFF. Worek do strefy zmian, worek z pianką, worek z cywilkami do przebrania (w końcu nie skorzystałam), plecak z biurem na wszelki wypadek….

W niedzielę o 7:10 wyszliśmy z domu. Za późno, za późno - myślałam, ale na szczęście niedzielny poranek nam sprzyjał. 40 minut później dojeżdżaliśmy na miejsce. W samą porę, bo miejsca do parkowania powoli się wyczerpywały. Swoje znaleźliśmy kawałek za oznaczeniem pierwszego kilometra trasy biegowej.

Na razie pogoda była przyjemna. Po deszczu ani śladu, temperatura komfortowa, zapowiadały się optymalne warunki. Twarz mi się szczerzyła, z każdą chwilą przybywało ludzi, ale przede wszystkim znajomych (gwoli ścisłości, to Adam nas znalazł jak tylko otworzyliśmy drzwi samochodu ;)).

Na 9 zaplanowano start 1/8. Były emocja, bo debiutowała Becia. Wiedziałam, że jak jej się uda (bo dlaczego nie), to ja też jakoś dam radę. Na plaży, oprócz Rafała, pojawiła się silna ekipa Swimmersów, nawet sam trener zawitał. Presja rosła, choć ja początkowo zachowywałam się absolutnie myląco, siedząc w dżinsach i t-shircie tak długo, jak mi emocje pozwoliły. W międzyczasie wstawiłam rower do strefy zmian, ułożyłam w koszyku kask, buty, żele, napój… Zaraz! Wyciągnęłam buty, rozwiązałam, poluzowałam sznurówki, wsadziłam skarpetki – po jednej do każdego buta. Od razu lepiej. Poklepałam jamisika po siodełku i zostawiłam jak konia w stajni.

10409471_794370783926980_1770001381627693253_n

Po drodze dałam się pomalować flamastrem. Potem podopingowaliśmy finiszującą Becię. Pozazdrościłam jej i zadumałam się, czemu nie wybrałam 1/8, tylko ¼.  I jakoś na 45 minut przed startem zaczęłam się przedzierzgać w zawodniczkę… Największym wyzwaniem było zakładanie pianki. Co prawda worki na stopy miałam swoje, ale wolałam się ubierać pod okiem fachowca. I słusznie, bo dzięki temu ubieranie trwało o połowę krócej, a ja nie byłam spocona jak mysz pod miotłą. Wystarczyło kilka tricków – i już. Na koniec Maciek ponaciągał, co było do ponaciągania, zapiął suwak -  i już! Byłam gotowa!

10409268_794371237260268_5899860606549276125_n

Poszłam „sprawdzić wodę”. Znaczy, weszłam, zrobiłam 5 ruchów kraulem i przeszłam do bezpiecznej żabki. Pomoczyłam się 5 minut i uznałam, że dość. Ludzi było sporo, ale nic nie zapowiadało tego, co się działo chwilę później na starcie… Prawie 500 osób w białych czepkach nagle runęło do wody. W ruch poszły ręce, nogi oraz wszystko, co mogło pójść w ruch. Stałam sobie gdzieś w środku, ruszyłam spokojnie, na miarę możliwości, ale po 5 ruchach kraulowych uznałam, że żaba będzie bezpieczniejsza. Tłum naokoło i tak nie dawał możliwości, żeby się rozpędzić. Na pierwszej boi zrobił się regularny zator… Nieźle. Przepłynęłam jedną pętle i miałam dosyć. Zamiast obiec boję na plaży – obeszłam ją, wróciłam do wody. Teraz już był luz, mogłam spokojnie płynąć. No i płynęłam. Tuż przed wyjściem z wody, kiedy już mogłam  stanąć na nogach, złapałam za sznurek od suwaka pianki. Pociągnęłam. ZONK! Nie rozsuwa się. Poszarpałam się chwilę, bezskutecznie. Zrobiłam zrozpaczoną minę. Tuż przy bramie stał Tomek, Paweł i jeszcze kilkoro kibiców. Ale nie widzieli, że coś jest nie tak. W porę Pawel się zorientował, niemal w biegu rozsunął ten nieszczęsny suwak.

Spojrzałam na zegarek. 23 minuty. Wow, czas poniżej pół godziny to zdecydowanie mój mały sukces. Pognałam do strefy zmian jak na skrzydłach.

Pianka prawie sama ze mnie zeszła, tak sprawnie jeszcze nie zdejmowałam. Założyłam skarpetki, buty, zawiązałam buta, zjadłam żel, popiłam, nałożyłam kask, zapięłam, rękawiczki, wzięłam rower i pognałam…Dwa kroki, bo zorientowałam się, że drugi bucik zawiązany nie jest. Dobrze, że w strefie już tylko niedobitki, stanęłam na środku, zawiązałam.

10487335_794372100593515_5662118464534875004_n

Sprint z rowerem do linii startu. Potem jakieś 200-300 m masakry na trelince. I wreszcie asfalt. Ruszam z kopyta. Pierwszy zakręt – w prawo, na Białobrzegi. Jadę, jadę, kręcę, mija mnie kilka osób… Dojeżdżam do ronda w Białobrzegach. No, to teraz nawrotka…. – myślę sobie. A tu ani śladu nawrotki, Skręcamy w lewo i lecimy dalej. Znacznik 5 km jest jakieś dwa kilometry dalej niż mi się wydawało. Łapię perspektywę odległości. Z przeciwka lecą całe grupy. Ja jadę sama, co jakiś czas ktoś mnie mija, ale i ja też mijam pojedyncze osoby. Szukam nawrotki, ale po horyzont jej nie widać. Znajdzie się gdzieś na 10. Kilometrze. Wchodzę w agrafkę z takim impetem, że już wiem, że za ułamki sekund będę leżał. Odruchowo prostuję kierownicę, co wynosi mnie z asfaltu na piaszczyste pobocze.

Wstaję, otrzepuję się, podchodzę do punktu, łapię picie – i zaczynam pedałować dalej.

Tym razem z przeciwka mam najlepszych. Całe peletony. Musi im się nieźle jechać, bo wiatr jest okrutny,  grupa jednak chroni… Co prawda coś tam było w regulaminie o zakazie draftingu, ale skoro sędziom to nie przeszkadza. Ja jadę grzecznie swoją stroną. W Białobrzegach wyjeżdża mi centralnie przed maskę autobus miejski. Jadę chwilę za nim, ale on za chwilę blokuje cale rondo i nie może przejechać, bo drugą stroną zasuwają  peletony. Zwalniam niemal do zera. „Niech pani jedzie chodnikiem” – drze się ktoś z boku. Skręcam na chodnik objeżdżam autobus. Dalej już jakoś leci. Mijam zjazd do Promenady, jadę do kolejnej agrafki. Tu już jestem mądra, od razu stosuję podpórkę z nogi. Przerwa na picie, ale żel otwarty przez wolontariusza zjadam w biegu. I lecę dalej. Tuż przed wylotem na drugą pętlę dubluje mnie pierwszy zawodnik. Najlepsi już kończą, ja mam jeszcze 22 km przed sobą. Kręcę pedałami ile sił, ale na tyle, żeby się nie zakwasić. Wszyscy mi odjeżdżają. No, prawie wszyscy.

Na 37. km roweru nie widzieć czemu czuję się, jakbym była najseksowniejszą kobietą świata. Tak, w tym kasku na głowie, w błękitnych kompreskach i z muchami rozplaskanymi na szkiełkach okularów. Nie wiadomo skąd przychodzi mi do głowy taka myśl. Panom na ławeczce na skwerku – chyba też, bo dopingują mnie gorąco. Walczę z wiatrem i nadciągającym kryzysem. Odliczam półkilometrówki do końca. Staram się nie przeklinać rozmaitych turystów rowerowych, którzy, korzystając z zamkniętych dróg, tłumnie na nie wyjechali. Ale jednak musze pogonić trójkę nastolatków, którzy zasuwają całym pasem. Jeszcze 5 km, jeszcze 3, jeszcze… Picie i ostatni prosta, zjazd w dół do Promenady, tu prosto przed koła wyjeżdża mi „profi” w stroju Kolarski.eu. I jedzie mi przed nosem po tej cholernej trylince, gdzie trzeba kluczyć między turystami (kibice są zdyscyplinowani…) Koleś mi przeszkadza, ale chwilę jadę spokojnie za nim. W końcu jednak nie wytrzymuję i wydzieram się, żeby mnie puścił. On raczej nie jedzie w zawodach, grzecznie zjeżdża na bok.

Ja dojeżdżam w końcu do linii mety roweru. Teraz tylko zsiąść i gnać. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Nogi jak koły, ledwo pcham rower. 2 godz. 16 minut. Trzech godzin nie złamię, ale dalej nie jest źle. Sam rower zajął mi 1 godzinę 49 minut. Jak n mnie – wyczyn. Ale generalnie – słabizna.   Docieram do strefy zmian, wieszam rower, odpinam kask, ściągam rękawiczki, wsuwam żel, piję, zabieram bidon. Bez sensu. Ok, po drodze stoi Tomek, blisko, zaraz mu oddam. Ruszam żwawo, zaraz po wybiegu ze strefy prawie się zderzam z zawodnikami pędzącymi do mety (podobno zaraz za mną zawodnicy się zderzają). Rozpędzam się. Jest dobrze. I w tym momencie wnętrzności podchodzą mi do gardła. Robi mi się regularnie niedobrze. Słońce grzeje jak wściekłe, powietrze pali. Podbiegam podchodzę, podbiegam, podchodzę, mijam, jestem mijana. Masakra, odliczam każde sto metrów… Na 3. kilometrze na trasę między biegaczy wjeżdżają dwa samochody. Wloką się, bo nie mają jak przejechać. Najpierw biegnę za nimi. Potem mijam jeden. Potem obiegam drugi, który nie m jak zjechać z trasy. A potem na punkcie łapię wodę… Znowu marszokurcglopek.

10557161_794372667260125_3764131483502095179_n

 

Dobiegam do plaży. Mam dosyć. Nigdy nie przypuszczałam, że dobije mnie bieganie… A tu jeszcze druga pętelka… No dobra, przecież chyba teraz nie zrezygnuję nagle. Wlokę się do mety. Jakoś w połowie tej pętelki minie mnie dziewczyn, która ostatnia wyszła z wody. Jak ona biegnie! Jak frunie! Mogę sobie popatrzeć. Ja znowu marszobieg, z przewagą marszu. Ta, trzeba było potrenować chociaż długie wybiegania…. A tak – organizm odwykł od takiego wysiłku…

W końcu mam przed sobą ostatnie 300 metrów. Zrywam się ostatni raz. Nabieram prędkości. Jeszcze jeden zakręt – i jeszcze jeden – i już widzę czerwony dywan, i wiem, że będzie poniżej 3:20, chociaż i tak to mega słaby czas, ale niech chociaż tyle… Wpadam na metę. Medal. Woda. Pomarańcze. Mąż i przyjaciele za metą.

Zrobiłam to!

Jestem… osobą która ukończyła zawody triatlonowe na dystansie ¼ IM. W sumie 950 m pływania, 45 km na rowerze i 10,5 km biegiem. Zegarek pokazuje 56,5 km.

Mam dosyć, ale ziarenko dumy gdzieś tam kiełkuje.

- Jedziecie z nami do Mrągowa? – pyta kwadrans później Martyna.

- Kiedy? – odpowiadam pytaniem.

Gdyby wzrok mógł zabijać, już bym nie żyła.

Ale przecież na 1/8 możemy wystartować oboje...

Jeszcze się nie zapisaliśmy :)

Za to medal i numer triatlonowy wiszą na honorowym miejscu. A ja w poniedziałek w końcu dotarłam na basen. I pływało mi się tak dobrze, jak już dawno nie. Kraulem.

A wszystkie wykorzystane fotki zrobił małpką małżonek :)

 

Nie ma miłości, jest jakaś chemia. Opowieść o triathlonie, cz.1.

beautyandb

Tak siedzę i się zastanawiam, od czego by tu zacząć relację ze startu w Volvo Triathlon Series w Nieporęcie na dystansie ćwierć IronMana (dla mniej wtajemniczonych: 950 m pływania, 45 km n rowerze i 10,5 km biegiem). Tak, dobrze czytacie, zadebiutowałam dziś w zawodach triatlonowych. Chociaż nadal nie wiem, czy to właściwe słowo. W każdym razie stanęłam na starcie, dotarłam do mety, zmieściłam się w limicie i nawet nie byłam ostatnia (tak, jakieś 4,5 proc. uczestników jeszcze było za mną).

10392511_794372793926779_8148781029235017549_n

Na mecie mało się nie popłakałam, że wreszcie do niej dotarłam, a czerwony dywan jak w Wiedniu aż się prosił o jakieś widowiskowe łzy. Za metą, jak rzadko kiedy, zapozowałam z medalem, choć nie trzymałam go w zębach, bo jakiś taki był wymęczony, wymiędlony, jak wyjęty z gardła. Bleee. Oczywiście mam na myśli nie stan fizyczny medalu, a styl w jakim się po niego doczłapałam. Jednak ziarenko dumy, że jednak do tej mety dotarłam. Ale od razu do głosu doszedł tzw. zdrowy rozsądek. "No, to był pierwszy i ostatni raz w tym roku" – powiedziałam do małżonka, który dzielnie mi asystował cały dzień, skręcał i rozkręcał rower, taszczył worki z rzeczami do strefy zmian, robił zdjęcia i ogólne dobre wrażenie. Ucieszył się, w końcu głos rozsądku (w każdym razie tak, jak go małżonek rozumie) przemawiający przez moje usta to nie jest specjalnie częste zjawisko.

I na tym zapewne by się skończyło, gdyby nie fakt, że … Że na imprezie było tak wielu znajomych,   wiadomo, że znajomi są jak te złe duchy, zaraz człowieka do złego namówią, albo przynajmniej próbują. A zatem kwadrans później już nie byłam taka pewna tego ostatniego razu. Może tylko jednak zacząć jak człowiek – od jakiegoś krótkiego dystansu?

To jednak na razie piosenka przyszłości. Stan na dzisiaj jest taki, że nie miłości od pierwszego wejrzenia, żadnego gromu z jasnego nieba, żadnych takich. Ale jakaś chemia jest, jakiś rodzaj zainteresowania i pokazania temu na t., że ja tak łatwo nie rezygnuję. Cóż, zawsze może to być początek miłej znajomości…

1470269_794372803926778_5500573008326861085_n

Ale, wróćmy jednak do początku, czyli do jakiegoś styczniowego czy lutowego dnia, na pewno po jakimś udanym treningu pływackim, kiedy to wpadł mi w oko post o tym, że zwolniły się miejsca w triatlonie w Nieporęcie. Obejrzałam regulamin, listę zapisanych, spojrzałam na mapę i wyszło mi, że bliżej domu już nie będzie. A taką ¼ IM powinnam zrobić wstając od stołu po obiedzie… No, co prawd nie jeżdżę na rowerze, ale przecież do lipca się nauczę… Pływnie też poprawię, no, a bieganie – to przecież moja dyscyplina, mój żywioł…

Potem zdawało się, że wszystko idzie jak z płatka. Śnieg szybko stopniał, w kraulu robiłam jakieś postępy, nawet z okazji wiosny nabyłam sobie rowerek, żeby jednak  nauczyć się jeździć, następnie przez miesiąc się na niego gapiłam i wzdychałam, że taki ładny… W międzyczasie zaczęła mi się sypać forma tzw. biegowa. Półmaraton Warszawski to było tylko preludium. Potem nastąpiło staczanie w dół – nieudany maraton, przerwa na alergię, przerwy w chodzeniu na basen…

W końcu jakoś z początkiem maja wsiadłam na rower. Zaiskrzyło. Spodobało mi się. Zaczęłam pedałować. Pod koniec maja zamówiłam nawet spd-y. Na początku czerwca zrobiłam pierwszą (i jak się potem okazało – jedyną) zakładkę. Nie był zbyt udana, ale zwaliłam na odwodnienie.

W międzyczasie zaczęłam trochę biegać. Szło nie najgorzej – Bieg Wolności, 25 km w przyzwoitym tempie, I Kielecki Bieg Górski – całkiem udany, dyszka w Garwolinie – przyzwoicie… Nie bardzo mogłam przyspieszyć, ale zaczęłam się ogarniać treningowo. Basen dalej od przypadku do przypadku…

I właśnie wtedy, kiedy już myślałam, że jestem na pięknej prostej wznoszącej w stronę Maratonu Gór Stołowych i triatlonowego debiutu, kiedy zaplanowałam intensywny biegowy długi weekend, właśnie wtedy ruszyła lawina zdarzeń, które skutecznie wytrąciły mnie z rytmu treningowego. Coś tam próbowałam biegać, ale o planie, systematyczności i prostej czy nawet krzywej wznoszącej mogłam zapomnieć. Rower leżał odłogiem, worek z rzeczami na basen tylko przekładałam w bagażniku.

Tak, szukałam pretekstu, żeby wydarzyło się coś, żebym nie mogła tego zrobić. Ale pretekstu nie było. Co prawda nie wszyscy wiedzieli, bo specjalnie nie piałam o tym starcie. Ale jednak paru osobom zdradziłam, jakie mam plany. Zrezygnować bez pretekstu jakoś… nie uchodziło. Jak to szło? Maratończyk się nie poddaje? Nie przed startem?

Na 10 dni przed imprezą trafiła do mnie wypożyczona pianka. Tak, ten śliczny HUUB-ik. Dobrany n oko, ale jak dobiera Maciek Żywek – to to jest dobre oko. Chociaż małżonek musiał mnie kolanem w tej piance upychać, jak Scarlett O’Harę w gorsecie (młodsi: „Przeminęło z wiatrem”, film).  Tak, lawiny niestety zasypały mi też rozdział pt. jemy zdrowo i racjonalnie. Pięć dni  później polazłam w piance na basen. Biorąc pod uwagę okoliczności przyrody (+20 stopni, pełne słońce), wyglądałam nieco kosmicznie. Ale popływałam ze 40 minut i uznałam, że dam radę.

 

Wieczorem pognałam do Sport Guru, kupić strój startowy. A właściwie – najpierw obejrzeć i sprawdzić różne takie tam szczegóły. Na przykład co z bielizn pod spód – bo przecież jak będzie zimno, to nie wyschnie. N miejscu okazało się, że stroje triatlonowe nie tylko są ładne, ale maj kilka innych zalet, na przykład bez-bieliznowatość. Innymi słowy, koszulki są z takiej tkaniny i tak dopasowane, że mały i średni biur damski obędzie się bez dodatkowego wsparcia. Nawet u pani w średnim wieku. „Dzisiaj kupujesz strój na niedzielę?’” – zdziwił się Bartek z Guru. „Ja tam się cieszę, że dzisiaj, a nie w sobotę przed startem” – odparłam rezolutnie. „To weź chociaż w tym pobiegaj” – doradził życzliwie. Pobiegałam. Strój leżał jak uszyty na mnie.10356223_794372740593451_3609632778925525323_n

Miałam jeszcze pojeździć na rowerze, ale jakoś nie wyszło. Zwłaszcza, że po MGS jeszcze do czwartku chodziłam na sztywnych nogach. A w czwartek małżonek w ramach trakcji zaproponował Night Skating, czyli … rolki po Warszawie. Nie, nie przejechaliśmy całej trasy (32 km), prawie połowa (14 km) nam,  a raczej mnie – w zupełności wystarczyło. (cdn)

Serwuj, aby wygrać! Opowieść Novaka Djokovicia

beautyandb

Novak Djoković właśnie wygrał Wimbledon. Jest zatem nie lada okazja, żeby napisać dwa słowa o Djokoviciu. Wiem, nie jest biegaczem, a ja się znam na tenisie mniej więcej jak polscy komentatorzy (niektórzy) na piłce nożnej.  Dlatego o tenisie pisać nie będę. Za to napiszę o książce, która wpadła mi w ręce jakoś na wiosnę.

„Serwuj, aby wygrać” – to coś w rodzaj sportowej autobiografii Djokovicia. Od pierwszego spojrzenia napędziła poważnych obaw mojemu osobistemu małżonkowi. I nie chodziło o to, że nagle mogłabym zapałać miłością do tenisa. To może nawet by zniósł,  bo ekonomiczność biegania już dawno okazała się przereklamowana. Ale bezpośrednio pod tytułem książki widnieje dopisek „Plan 14 dni bez glutenu”. Czyli rzecz jest z jedzeniem w tle.

Poprzednia autobiograficzna opowieść sportowa z dietą w tle („Jedz i biegaj” Scotta Jurka) spowodowała, że po jakimś czasie i ja porzuciłam jedzenie produktów zwierzęcych. Gdybym teraz postanowiła „rzucić gluten”, mogłoby to oznaczać, że drobne uciążliwości życia codziennego (np. rezygnacja z pizzy w pewnej restauracji, gdzie ser okazał się punktem spornym) zmieniłyby się w uciążliwości większego kalibru (na pizzę już raczej byśmy nie poszli, zamawianie też byłoby bezcelowe).

Od razu  napiszę, że w autobiografii Djokovicia dieta odgrywa dużo większą rolę niż u Jurka. Staje się jednym z głównych czynników, sił sprawczą  jego zwycięstw – na Wimbledonie i nie tylko. I Djoković trochę „ewangelizuje” w duchu diety bezglutenowej, choć robi w to sposób, który nie irytuje i nie złości czytelnika. Ot, może jedynie rozbawia swoim zaangażowaniem.

Diecie jest poświęcona duża część książki. Ostatnie 30 stron to menu na różne okazje i przepisy do proponowanych potraw. Także wewnątrz nie brakuje wskazówek kulinarnych. Jednak w odróżnieniu od „Jedz i biegaj” – przepisy Djokovicia są oparte na powszechnie dostępnych produktach i są zdecydowanie tańsze niż przepisy Jurka.

Ale ja nie o jedzeniu chciałam pisać. Tylko o człowieku. Bo Djoković dzieli się swoją biografią niemal mimochodem, pozostawiając ją w tle. A przecież tajemnica jego sukcesu nie tkwi tylko i wyłącznie w tym, że nie jada glutenu. Gdyby tak było, wszyscy potencjalni mistrzowie zapewne zrezygnowaliby z chleba, makaronu i pizzy. Jednak sama dieta, jakkolwiek ważna, sukcesu nie gwarantuje.

Człowiek Djoković przemawia do mnie, kiedy pisze: „Trenowaliśmy w miejscach, które ostatnio bombardowano, sądząc, że skoro wczoraj spadły tam pociski, dzisiaj się to nie powtórzy. Graliśmy bez siatki, na pokruszonym betonie. Moja przyjaciółka Ana Ivanoić trenowała w pustym basenie”. Jak bardzo ta wypowiedź kontrastuje w moich oczach z opowieściami niektórych zawodników o szopach i trudnych warunkach. Jak bardzo ukazuje, że zwycięstwo nie wykuwa się wtedy, kiedy wszystko mamy dane, ale wtedy, kiedy musimy o nie – zawalczyć. Z całych sił.

I jeszcze jeden cytat ukazujący całą mizerię polskiego przyszłego-niedoszłego-obrażonego mistrza. Djoković pisze: „Trzynaście lat wcześniej [mowa o roku 1993 - APP] siedziałem w maleńkim salonie nad pizzerią moich rodziców , w odległym górskim miasteczku Kopaonik w wiejskim zakątku Serbii, oglądałem, jak Pete Sampras wygrywa Wimbledon, i wiedziałem: pewnego dni to będę ja. Nigdy przedtem nie grałem w tenisa. Nawet nie znałem nikogo, kto by grał. W Serbii był to sport równie nieznany jak szermierka. (…) Mimo to po prostu wiedziałem, że niczego nie pragnę bardziej: chciałem unieść nad głowę wimbledoński puchar i usłyszeć wiwatujący tłum”. Mogę zgadywać, Djoković w małej serbskiej wiosce miał czas na dziecięce marzenia. A wiadomo, że bohaterowie wyrastają właśnie z dziecięcych marzeń. Warto o tym czasami pamiętać, kiedy zapisujemy młodego sukcesora na kolejne zajęcia, na które idzie bez radości i wraca z nich ze skrzywioną miną.

Ale nie tylko rodzicom przyszłych mistrzów i nie tylko osobom z problemami trawiennymi polecam biografię Djokovicia. Myślący czytelnik znajdzie w niej wiele inspiracji. Nie tylko kulinarnych. I nie tylko z zakresu psychologii sportu.

„Serwuj, aby wygrać”, Novak Djoković, Wydawnictwo Bukowy Las, 2014.   

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci