Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

No to wróciłam. Oczywiście w Warszawie

beautyandb

No to wróciłam. Na razie głównie do biegania, z pisaniem jeszcze trochę gorzej, ale plan jest ambitny. Choć przez minione trzy miesiące przekonałam się, że plan to nie wszystko. I że bez planu można też nieżle działać i osiągać swoje cele. Wiem, wiem, gdyby był plan, to i może i cel byłby ambitniejszy, może i jeszcze lepszy wynik. Ale jak dla mnie na razie wystarczy.

To był mój dziesiąty start w Półmaratonie Warszawskim. Taki rocznicowy rok, chodzi mi po głowie pewne rocznicowe szaleństwo, ale jeszcze mu nie uległam (nie namawiać, jak decyzja zapadnie, to ogłoszę). I chociaż od życiówki dzieliło mnie w niedzielę dobre 12 minut (no, bez kilku sekund), to i tak miałam się z czego cieszyć. I cieszyłam się tak, że żeby nie uszy, to uśmiechałabym się naokoło głowy. Za metą, z medalem, śmiałam się i jednocześnie miałam łzy w oczach, czyli popadłam w stan mojej biegowej histerii, co zazwyczaj oznacza, że było dobrze.

Bo było. A nawet nadspodziewanie dobrze.

Nadspodziewanie dobry okazał się czas. Kiedy kilka dni przed półmaratonem ogłoszono listę zajęcy, miałam dylemat, czy pobiec z Iwonką na 1:55, czy raczej próbować biec z pacem na 1:50 i próbować nie dać mu uciec. A może zacząć z Iwonką, a potem ewentualnie przyspieszyć? A może jednak na 1:50, a potem kontrolowanie zwalniać? Zapytacie, dlaczego zwalniać? Bo jakoś 21 km w tempie 5:12 leżało w mojej głowie poza granicą aktualnych możliwości.

Generalnie interesował mnie wynik poniżej 2 godzin, coś w okolicach 1:55. To byłam sobie w stanie wyobrazić. Zwłaszcza po kontrolno-treningowym starcie w Wiązownej, gdzie nabiegałam 1:56.

Nadspodziewanie dobra okazała się też pogoda. Oczywiście, dla biegacza to nie jest dobra wiadomość. Chyba że biegacz ma intuicję i się dobrze ubierze. Udało mi się być w grupie szczęściarzy. A mówiąc wprost – nie uwierzyłam w te poranne chmury i prognozy pogody. Jeszcze tak nie było od kiedy biegam – w PMW startuję od 2008 r. – żeby na Półmaratonie Warszawskim nie było słońca. Owszem, raz było minus 10 na starcie. Ale też było wtedy piękne słońce. Więc tym bardziej musiało być i tym razem. Pewnie się powtarzam, ale moim zdaniem Marek Tronina ma jakiś układ z „górą” ;-) i pogodę gwarantowaną w pakiecie.

A skoro przy pogodzie i przy ubraniu jesteśmy, to ubrałam się nad wyraz dobrze. Czyli zmarzłam przed startem, marzłam przez pierwsze trzy kilometry, a potem było idealnie i wreszcie pod koniec miałam ochotę zrywać z siebie… A, nie. Nie było co zrywać. Problem tkwił pod koszulką i był techniczną koszulką, która miała chronić nerki i okolice od wiatru i przechłodzenia. Tak, ja tylko wyglądam na lekko zwariowaną, poza tym jednak bywam rozsądna.

Chociaż też w każdym calu jestem kobietą – i nie odmówiłam sobie nowej biegowej kiecki. Znaczy, spódniczki w stylu folk od Polka Sport. Spódniczka nie tylko ma fajny folkowy wzór (uwielbiam!), to okazała się nadspodziewanie funkcjonalna. Bo pod spódniczką właściwą kryją się minispodenki, a w nich kieszenie. A to oznaczało, że nie musiałam upychać żeli w rożnych dziwnych miejscach. Więc zapakowałam od razu dwa. I to był strzał w dziesiątkę – pierwszy wciągnęłam na ósmym kilometrze, drugi – na 15. Jakbym zaplanowała jakaś strategię odżywania, nie mogłaby być lepsza.

Chociaż nie wszystko mi sprzyjało. Jakiś tydzień przed biegiem w niewyjaśnionych okolicznościach zaginał mój ukochany zegarek do biegania. Moje szczęśliwe Suunto z Gór Stołowych. Jednego dnia w nim biegałam, a dwa dni potem – już go nie było. I nie ma go do dziś L   Ale to temat na inny wpis, może do tego czasu zegarek się jednak znajdzie.  

Na treningach na razie biegam sobie z telefonem. Ale zaufanie do niego mam ograniczone. Chociaż bieg z nim okazał się zaskakująco skuteczny, nie gapiłam się cały czas na cyferblat, a cieszyłam się tym, co wokół, i tylko co jakiś czas z zaskoczeniem konstatowałam, że właśnie minął kolejny kilometr, a ja ciągle biegnę i ciągle nie mam kryzysu, nie mam półmaratońskiej ściany jak w Wiązownie…

Cieszyłam się trasą, bo było czym. To był mój dziesiąty start w PMW i trasa już prawie idealna. I trakt królewski, i Łazienki, i Agrykola, i Trójka, i Most Świętokrzyski, i Praga, i biegliśmy tuż obok Kamiennej – mojego pierwszego adresu w Warszawie, i potem Most Gdański… Co trochę mi się twarz rozciągała w uśmiechu, trochę wyglądałam jak plastuś z przyklejonym uśmiechem, ale co zrobię, tak wyszło, mam tak samo jak wy – miasto moje, a w nim…. Wszystko co dobre i złe… Ale akurat trasa szła po tych dobrych rejonach.

17546724_10211437131256371_1985075155622221819_oFot. Bartek Wasilewski

Cieszyłam się kibicami, których tradycyjnie już nie brakowało na trasie. Nie tylko na oficjalnych punktach. Najlepsi byli ci kibice, którzy wylegli spontanicznie ze stolikami i wodą – miejscami nieśli zbawczą siłę (dzięki za tą butelkę przed Gdańskim ;-)). Kierowcy chyba też powoli się oswajają z biegaczami, bo jakoś udało mi się nie trafić na żadnego agresora. Miasto w końcu dorasta do imprezy, to fajne.

No, a już zdecydowanie cieszyłam się ze swojego wyniku na mecie. Bo to było tak – z jednej strony ograniczone zaufanie do telefonu, z drugie próby ulokowania się między czasem netto a brutto wyświetlanym na oficjalnych zegarach – i już na 20 kilometrze tak się konkursowo pogubiłam, że nie wiedziałam, czy złamię te 1:50 czy nie. W sumie nie biłam się o czas, ale po takim dobrym biegu – byłoby super. No więc spróbowałam przyspieszyć, albo przynajmniej nie zwalniać. Brutto – zmieściłam się w dwóch godzinach. Netto… no cóż. Telefon zastopowałam na 1:48: 37, ale margines błędu był spory… Taki akurat na 34 sekundy. 1:48:03. Szkoda tych trzech sekund, ale! 1:50 złamane konkretnie! Znowu uwierzyłam, że jeszcze kiedyś pobiegam szybciej.

Ale tak najbardziej to się cieszyłam z tego, że… pobiegłam dobrze. Bo po raz kolejny wzięłam udział w akcji #biegamdobrze. Po raz kolejny zbierałam pieniążki na Fundację Wcześniak Rodzice-Rodzicom. I tym razem udało mi się zebrać więcej niż przed rokiem – także dzięki Wam J A ja zrobiłam tylko to, co do mnie należało – pobiegłam najlepiej jak umiałam.       

I dlatego za metą mogłam się tylko uśmiechać od ucha do ucha. Jak w Barcelonie, jak kiedyś w Krakowie, jak nie raz już – w Warszawie.

17545497_1442612869102765_6369446096626544972_oFot. Beata Czarnecka, Sportografia.pl

No i… coś mi przyszło do głowy, ale o tym – w innym odcinku.

Ten jest od tego, żeby zachwycać się Warszawą. I Półmaratonem Warszawskim, w którym biegłam dziesiąty już raz J       

Ania ogląda: Chasing the Breath – W pogoni za oddechem

beautyandb

Wbrew pozorom i tytułowi nie jest to film o norweskich biegaczkach ( i biegaczach) narciarskich, ale o Polaku, który postanowił ukraść Szerpom zwycięstwo w Everest Marathon. Jak dla mnie, ten film mógłby równie dobrze nosić tytuł „W pogoni za pasją” czy „W pogodni za marzeniami”, bo przede wszystkim o wielkiej pasji i o marzeniach, które dzięki pasji, konsekwencji i pracy można zrealizować, opowiada. I o kosztach takiego życia. Nie tylko, a może przede wszystkim nie finansowych. Ale o tym za chwilę.    

Tytułowy oddech jest o tyle ważny, że Everest Marathon jest maratonem rozgrywanym najwyżej na świecie. Jego start jest położony na wysokości prawie 5200 m npm. Zawartość tlenu w powietrzu na tej wysokości wynosi ok. 50 %, co powoduje, że jakikolwiek wysiłek, o biegu maratońskim nie wspominając, urasta do rangi wyczynu. Nic dziwnego, że w czołówce maratonu, w którym startuje ok. 200 osób, miejsca w czołówce zajmują przede wszystkim Szerpowie, dla których jest to środowisko naturalne, oni żyją w tych górach na co dzień i ich organizmy od dziecka adaptują się do tak trudnych warunków.

O tym, że oddech jest ważny przekonują pierwsze sekundy filmu – jeszcze zanim zobaczymy bohatera – słyszymy, jak ciężko oddycha. Ten jego oddech usłyszymy jeszcze w kilku scenach i na zakończenie filmu. Na jednym portalu biegowym przeczytałam, że bohater słynie z takiego „głośnego” oddechu w trakcie biegania. Nie wiem, bo jak zaczynałam biegać i byłam na jakichś trasach dublowana przez Roberta, jeszcze nie wiedziałam, że on to on. A potem już nie byłam dublowana J Za to biegałam wystarczająco daleko, żeby tego nie słyszeć, za to podziwiać wyniki. Bo jak zaczynałam biegać w 2007 r. to w czołówce amatorskich biegów w Warszawie był Marcin Kufel (halo, czy ktoś wie, gdzie jest Marcin?), Słonik, czyli Sebastian Polak i Celiński. Któryś z Celińskich. Alex lub jeden z dwóch Robertów.  

I to właśnie Robert Celiński „starszy” jest bohaterem filmu „Chasing the Breath – W pogoni za oddechem”. Bo Robert od kilku lat jeździ w maju w Himalaje. Spędza tam kilka tygodni – i biega. A na koniec startuje w Everest Marathon. I jest… pierwszy za Szerpami. Od dwóch lat regularnie zajmuje piąte miejsce, ale jego strata do autochtonów systematycznie maleje. Kto wie, co będzie w tym roku… My już trzymamy kciuki za Roberta!

15895634_1364763086887744_2972722304055582771_o

Tymczasem jednak wróćmy do filmu.

Nie jestem jakimś wybitnym znawcą ani krytykiem filmowym. Ale kilka filmów o biegaczach, o biegach, o ekstremalnych wyzwaniach, które sobie ludzie stawiają – widziałam. I „Chasing the Breath… ” z pewnością należy do tych dobrych filmów. Bez żadnego zażenowania i wstydu może być wyświetlany w cyklach dokumentalnych Planete+ czy podobnych, może też, a nawet powinien trafić na festiwale filmowe i wreszcie – do kin. Pewnie małych, studyjnych, ale jednak. 55 minut, które się nie dłużą. Ba! Na koniec pozostaje wrażenie niedosytu, wrażenie, że czegoś jeszcze zabrakło, że być może można pokazać więcej. Duża w tym zasługa dynamicznego montażu, świetnych zdjęć, dbałości o szczegóły. Bardzo mocną stroną filmu jest też ścieżka dźwiękowa. Starannie dobrana muzyka, standardy i evergreeny muzyki popularnej są tłem dla opowieści o walce z własnymi słabościami, o walce o marzenia. Bomba! Słowa uznania dla drugiego z bohaterów, Adriana Dmocha, człowieka, który ten film zrobił.

A teraz najważniejsze – fabuła. W przypadku takich filmów właściwie bardziej historia. To nie jest film o tym, jak biegać w górach. To nie jest film o tym, jak trenować bieganie. To wreszcie nie jest film o Everest Marathon. To jest historia faceta, który w pogoni za marzeniami z małej miejscowości pod Łukowem wybiegł prawie pod samo niebo, na najwyższą górę świata. A teraz chce z niej „zbiec” tak szybko jak Szerpowie. Nie przypadkiem słowo „zbiec” jest w cudzysłowie. Everest Marathon to nie jest zbieganie. To zbiegi i podbiegi, na skalistej nawierzchni, gdzie moment nieuwagi może być bardzo kosztowny. I jeszcze ten tlen, a w zasadzie jego brak. Tak, Robert goni własny oddech. Ale goni przede wszystkim swoje marzenie. Jak sam mówi w filmie – dzięki bieganiu poznał świat. Dzięki bieganiu przedłuża swoją młodość. Na Evereście jest już gwiazdą.

Ale pasja, realizowana na tak wysokim poziomie, wymaga też poświęceń. I nie chodzi tylko o wymiar finansowy, o to, że zanurzając się w marzeniach, człowiek musi tymi marzeniami po części żyć, bo one są wymagające i niechętnie się dzielą. Chodzi też o wymiar czysto ludzki, emocjonalny, wymiar relacji międzyludzkich. I o tym Robert też w tym filmie mówi – bardzo otwarcie, bardzo szczerze, bardzo po prostu. Czym już do końca zdobywa mój szacunek i uznanie. I chociaż kiedy w takcie filmu sam siebie zrazu słabo, a potem mocniej, przekonuje: „Jestem zwycięzcą!” – nie do końca mu wierzę, to jednak na koniec muszę przyznać, z nutką zazdrości – tak Robert. Jesteś zwycięzcą! I trzymam kciuki za Twoją pogoń – za marzeniami, za pasją, za oddechem.

A tym, którzy nie mieli tyle szczęścia, co ja (dziękuję, Robert, za zaproszenie na pokaz) i jeszcze filmu nie widzieli – serdecznie polecam.  

        

Życiowa Dycha, czyli Ania u źródeł

beautyandb

Albo też i u wód, bo chyba tak drzewiej pisywałam o wizytach w Krynicy, niegdyś dość regularnych i po części też z wodą związanych. Bo, kto czytywał jeszcze starszą wersję bloga, ten może pamięta, że pierwszy raz do Krynicy zawitaliśmy z małżonkiem mniej więcej razem z powodzią i Festiwalem Biegowym, który się nie odbył… A potem już w różnych konfiguracjach bywałam na Festiwalu, choćby jeden dzień czy choćby pół dnia, jak w 2012 r., kiedy osobista siostra postanowiła akurat wydać się za mąż akurat w weekend festiwalowy…. Ale milę udało mi się nawet wtedy pobiec. A w 2013 r. pobiegłam nawet maraton i był to jeden z najfajniejszych maratonów, jakie udało mi się przebiec…    

Dopiero rok temu do Krynicy nie pojechałam. A nie pojechałam, bo nie biegałam, bo czekałam na Marcina, bo… Chociaż do ostatniego tygodnia się wahałam i zastanawiałam, liczyłam i kombinowałam. No, ale w końcu wyszło, że jednak rozsądniej będzie zostać w Warszawie.

W tym roku było dokładnie odwrotnie. Do Krynicy jakoś się nie wybierałam. Z różnych powodów, przede wszystkim dlatego, że…no, w każdym razie jakoś mało biegam. Jechać na drugi koniec Polski, żeby sprawdzić, jak bardzo nie biegam, to jednak byłby zbytek masochizmu. A ja masochistką nie jestem. Szczególnie od kiedy jest Marcin.

Noale. Na tydzień przed, a właściwie prawie dwa tygodnie przed Festiwalem, ale tydzień przed Forum Ekonomicznym, okazało się, że mam jechać. I już. Niezbędnie. I koniecznie.

Well…

Zapowiadała się niezła wyprawa.

Na całe szczęście nasza i Marcina ukochana Ciocia, która od dwóch miesięcy pielęgnuje i dogląda nasz skarb, zgodziła się pojechać ze mną. Na całe szczęście udało mi się jakoś upakować samochód na tygodniowy wyjazd trzech osób w porze dwuznacznej klimatycznie. Zapakowany był po sam dach i przednie siedzenie. Na całe szczęście trafił mi się najlepszy możliwy egzemplarz dziecka (oczywiście z tendencjami do normalności, ale jednak).

W każdym razie w czwartek… Tak, dobrze czytacie. W CZWARTEK, kiedy forum już dobiegało końca i okazało się, że ekonomiczniej i ergonomiczniej będzie spędzić piątek jeszcze w Krynicy i tam popracować, a dopiero w weekend się przemieszczać… Dopiero wtedy stwierdziłam, że być w Krynicy i nie pobiegać to tak jak być w Krynicy i nie być na Górze Parkowej.

Dlatego w piątek zaraz po tym jak wyszło słońce, wzięłam Marcina w nosidło i zasunęliśmy szybki, sportowy spacer na Górę Parkową.

14238145_1236329483064439_6859723394470186366_n

A potem ja się wzięłam do pracy, a młody poszedł korzystać z dobrej zmiany. Klimatycznej. Która wyjątkowo mu służyła.

Za to po południu wybraliśmy się już razem na spotkanie z Marcinem Lewandowskim. Żeby w końcu zrobić sobie zdjęcie z „patronem”. – Bo wiesz, jak mówię, że on jest Marcin po Lewandowskim, to ludzie na mnie patrzą jak na kosmitkę…

Marcin (mały) łaskawie popozował do zdjęcia, a potem próbował zawłaszczyć spotkanie, spacerując po całej sali i wdrapując się po schodkach na scenę. Cóż, taka okazja, tyle miękkiej i w miarę czystej wykładziny, szkoda by było nie wykorzystać J A matka ma podzielną uwagę ;-)

14249953_1251554064908041_6620831194865124480_o

Późniejszym popołudniem razem z Marcinem (synem znaczy) próbowaliśmy pobiec w piętnastce, ale… trochę nam nie wyszło. O tym może będzie kolejne story, bo znowu nauczyłam się czegoś ważnego. W każdym razie w Życiowej Dziesiątce wystartowałam już sama. I kompletnie na luzie, bo wiedziałam, że nie mam się z czego ani do czego spinać. Kiedyś na tej trasie zrobiłam życiówkę lekko poniżej 44 minut i raczej w najbliższym czasie nie zanosi się, żebym miała tak szybko biegać.

To, że pobiegłam bez Marcina, było całkiem rozsądne jak na mnie. Bo upał był niemiłosierny, żar żywy lał się z nieba i niechybne usmażyłabym syna na skwarkę. Nawet przy opuszczonej budzie. Dziecko to jednak nie zabawka jest i nie maskotka ani nie dodatek do mamusi. Nawet jeżeli wózek oznacza + 100 do lansu.

Ale wróćmy do dychy. Dycha okazała się mieć zmienioną trasę. Jeszcze szybszą i jeszcze bardziej życiową. Co oczywiście w moim konkretnym przypadku nie mogło mieć znaczenia, a w panujących okolicznościach pogodowych – dla niewielu pewnie miało. Dla mnie to było utrudnienie o tyle, że poprzednią trasę znałam co do kamienia, zakrętu, fałdu w terenie. A teraz wszystko było przesunięte o blisko kilometr i musiałam mocno popracować głową, żeby w miejscu starego piątego kilometra zaakceptować, że jest dopiero czwarty, a miejscu ósmego – dopiero siódmy…

Zaskakująca też był końcówka, która zamiast do rynku w Muszynie wiodła obwodnicą, a następnie przez uliczkę i mostek kierowała do zupełnie nowego miejsca mety. Miejsca z o wiele lepszym zapleczem, choć szkoda tego uroczego rynku muszyńskiego.

Na trasie walczyłam nie tylko z tym, że moja wdrukowana w głowę trasa wyglądała trochę inaczej i była… „o kilometr krótsza”. Także z tym, że ostatnio naprawdę mało biegam i jeżeli biegam – to po jakieś 7-8 km. Tyle wynosi moja strefa komfortu. Więcej – trochę mi się nie chce, trochę nie mam motywacji, trochę – szkoda mi czasu. Więc teraz stanęłam przed wyzwaniem – kiedy odpuścić i przejść do marszu. Najpierw miałam dociągnąć do półmetka. Ulala, też mi wyzwanie. No dobra, chociaż do 6 kilometra, żeby została tzw. mniejsza połowa. Na 5 km lekko zwolniłam na punkcie z piciem, piłam w marszu. Ale napiłam się i włączyłam funkcję truchcik. Potem gdzieś pod koniec 9. Kilometra, który moim zdaniem już powinien być dziesiątym, ale…nowa trasa. I wtedy pozbierał mnie doping jakiejś rodzinki. Znowu truchcik, tak jakoś na luzie i … zaskoczyło. W sumie zrobiłam może 10 marszowych kroków. W całym biegu – może 100 metrów.

A za metą …

Poszłam pod prysznic, bo był. Także damski i nawet niespecjalnie oblegany. Przebrałam się w cywilki. I poszłam szukać autokarów do Krynicy, bo wiecie….

Marcin czekał na mamę.

Ale coś się zmieniło. Tak jak na to liczyłam. Na tej trasie, przesuwając sobie granicę o kolejny kilometr, poczułam, jak bardzo mi brakuje biegania. Gadanie o bieganiu to nie to samo. Ani nawet pisanie. Ile można czytać o cudzych kilometrach. Wróciłam do źródła, do Krynicy, zaczzzerpnełam i…

Cóż.

Dajcie mi kilka dni :)   

Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia. #EURO2016

beautyandb

Za 24 godziny ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko powrót do biura i fakt, że kiedy z biura docieram w końcu do domu, Marcin nadrabia cały dzień bez mamy. Intensywnie nadrabia, bywa, że ja padam na nos, a on jeszcze nie. Teraz też śpi pod lewym ramieniem, musiałam wziąć komputer do łóżka, żeby cos napisać…

A chciałam coś napisać o EURO. Bo wiecie, już pisałam. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę „po łebkach”, chaotycznie i przypadkowo (a to kawałek meczu Hiszpania – Włochy, a to rozprawa Islandczyków z Anglikami, a to znowu jacyś Irlandczycy…). Tylko mecze Polaków śledzę dość uważnie i nawet z pewnym….zaangażowaniem. Ba, ten ostatni, ze Szwajcarią, oglądałam w duecie z teściową :) Nie powiem, kto po bramce Błaszczykowskiego obudził Marcina, nie powiem… ;)

Na jutrzejszy pojedynek Krycha kontra Cricha czekamy całą familią. I szczerze wierzę, że możemy zagrać jak Włosi z Hiszpanią. Ze niepięknie? Il catenaccio nie jest efektowne, ale diablo skuteczne. I co z tego, że Hiszpanie, przecież jeszcze urzędujący mistrz Europy, szturmowali włoską bramkę, co z tego, że grali ładny futbol. Włosi mieli Buffona w bramce, diabelne szczęście i jedną akcję w końcówce, którą dobili mistrza. Piłka to twardy sport, tu nie ma ocen za wrażenie artystyczne. Liczy się wynik na boisku. Za miesiąc nikt nie będzie pamiętał, jak grali, ale wynik 2:0 dla Włochów zostaje w historii.

Polacy zagrali na tym turnieju jeden ładny mecz. Ten z Niemcami, kiedy to można było mieć wątpliwości, kto tu jest mistrzem świata. Do wygranej zabrakło nam skuteczności. Mecz z Ukrainą nie był dobry. Mecz ze Szwajcarią podnosił ciśnienie jak dobry trening interwałowy, ale piłkarskiej wirtuozerii było tam niewiele. No, może ta bramka dla Szwajcarów.

I już się zaczęło. Że Polska odstaje poziomem od innych ćwierćfinalistów. Że gramy słabo, tylko mamy szczęście. Że się nie umywamy. Że…

Pardon. Rzygać się chce.

Polska awansowała do finałów Euro po raz drugi w historii. Euro 2012 nie liczę, bo zagrała tam tylko prawem gospodarza. Po raz pierwszy nie grała meczu o wszystko ani meczu o honor. Po raz pierwszy od 30 lat na imprezie mistrzowskiej polscy piłkarze wyszli z grupy (nie liczę igrzysk w Barcelonie, bo olimpijska piłka to trochę inna piłka). W 2008 r. mieliśmy mieliśmy trenera z innego świata, ale nie mieliśmy – drużyny na wielkie turnieje. Owszem było w tej reprezentacji kilka gwiazd. Grzejących ławę albo grających ogony w średnich ligach.

Dzisiaj mamy drużynę. Kilka gwiazd, które grają w stałym składach najlepszych drużyn w Europie. Krychowiaka, który za 40 mln euro ma przejść do PSG. Kamila Glika który przeszedł do Monaco za 11 mln.  Roberta  Lewandowskiego, który w minionym sezonie był gwiazdą Bayernu Monachium. Bartosza Kapustkę – nastolatka, którego już widzą europejskie kluby. Bramkarzy, którzy bronią w najlepszych ligach Europy.

Polska reprezentacja A.D. 2016 nie dostała się na Euro 2016 kuchennymi drzwiami, jak Dania w 1992 r. Jej sukcesy nie dziwią tak jak sukcesy Grecji w 2004 r. Zresztą, Grecja nie grała wtedy jakiegoś zniewalającego futbolu, przetoczyła się przez ten turniej z wdziękiem zawodnika sumo tańczącego jezioro łabędzie, ale na zwycięstwo akurat wystarczyło.

Owszem, Polska skorzystała na zmianie zasad, na rozszerzeniu turnieju. Ale nie dostała się tu przypadkiem. Była jedną z najlepszych i najskuteczniejszych drużyn eliminacji. Takiej skuteczności zabrakło wielu dawnym mistrzom, żeby wspomnieć wielką nieobecną na Euro – Holandię. Polacy wywalczyli awans na boisku i zrobili to w fantastycznym stylu. Na stadionach we Francji grają bez żadnych kompleksów, bo nie mają żadnych powodów, aby je mieć. W wypowiedziach dla mediów imponują skromnością, ale też świadomością własnych możliwości. Potrafią rozmawiać z mediami, nie tylko polskimi. Świetnie sobie radzą w mediach społecznościowych. Wiedzą, po co pojechali do Francji. Pojechali nie grać, a wygrywać. I jak na razie - robią to.

I ja wierzę, że wygrają. Bo wreszcie, po wielu, wielu latach, w piłce nożnej nie jesteśmy chłopcem do bicia, pariasem do wykopania po pierwszej rundzie, zlepkiem buców, którzy na boisku zamieniają się w bandę dzieciaków, którym ktoś właśnie zabrał cukierka.

Jeżeli to jakiś skutek budowy Orlików – to warto było. Warto, żeby po 30 latach znowu z przyjemnością oglądać mecze Polaków. Liczącej się drużyny na Euro 2016. Bez względu na to, czy wygra jutro z Portugalią.

Liczę, że wygra.  Bo piłka jest okrągła.

Zakochaj się w triathlonie - 5150 Warsaw w spojrzeniu szalonej matki ;-)

beautyandb

Co robi matka wariatka w świętą niedzielę? Zrywa siebie i półroczne dziecko,  w 25 minut ogarnia siebie i dziecko (przy wydatnej pomocy małżonka) do wyjścia i o 6 rano wyrusza z domu…

A wszystko to przez nową imprezę w warszawskim kalendarzu. I to bynajmniej nie biegową , a przynajmniej – nie do końca. 5150 Warsaw Triathlon.

Trzeba mieć naprawdę mocno nie po kolei w głowie, żeby taką imprezę wymyślić. Normalni ludzie nie wymyślają takich rzeczy.  To mogło się zrodzić tylko w głowach prawdziwych…. Szajbusów od triatlonu. Nie przypadkiem za warszawską imprezą stoją te same głowy i ręce, co za gdyńską imprezą, według wielu opinii – najbardziej wypasioną w Polsce. No, przynajmniej do wczoraj najbardziej.

W każdym razie sam pomysł startu nad Zegrzem, przejazdu do Warszawy rowerem i biegu po samym sersu stolicy z metą na Placu Teatralnym jeszcze do przedwczoraj wydawał mi się kompletnie absurdalny, a dzisiaj wiem, że inaczej nie można było tego wymyślić i że…  

O mojej póki co jednorazowej przygodzie z triatlonem pisałam jakiś czas temu (tu i tu). Od tamtej pory niby nauczyłam się lepiej pływać, ale potem przestałam, niespecjalnie też pokochałam rower. I póki co się to nie zmieni, bo jest Marcin i to on jest teraz moją największą pasją. Na inne trochę szkoda mi czasu. No, poza bieganiem ;) Jak już to poukładam…

„(…) bo nabrałam ochoty na ten start” – napisałam dzisiaj do Jaśka, gratulując mu imprezy.

 Bo jak tu nie nabrać…

DSC_0022_13

To Zegrze o ósmej rano, w pełnym słońcu, niebo bez jednej chmurki, niemal lazur. Te tłumy w tych dziwnych strojach, których przeznaczenie tłumaczyłam Marcinkowi. Synal patrzył okrągłymi oczami. Te rowery w strefie zmian… Ta atmosfera w autokarze (tak, byłam w tej komfortowej sytuacji, że jechałam sobie z samą elitą), przed startem – napięcie, patrzenie na zegarki, rozmowy o sprzęcie, o kołach, o rowerach. I potem, kiedy ruszyliśmy tuż po stracie pro do Warszawy, wspólne oglądanie transmisji na telefonach komórkowych. Dopiero z transmisji dowiedzieliśmy się o opóźnieniu pozostałych startów.

 

A dopiero na mecie było widać, jak to rozbiło zawody. Ale szacun dla organizatorów za szybką reakcję i mimo wszystko sprawne działanie. Wiadomo, bezpieczeństwo uczestników przede wszystkim.

Trasę rowerową głównie podglądałam w transmisji. Pieękna….! I wyglądała na szybką. Choć niektórzy twierdzą, że była ciut dłuższa.

Potem strefa zmian na Pl. Teatralnym i 10 km biegu w samym centrum Warszawy, w tym zbieg i podbieg Karową, kryterium asów, ten ślimak, który jest OS-em kierowców w Rajdzie Barbórki, ale sprawdzał też niejednokrotnie nogi kolarzy w Tour de Pologne. Wczoraj sprawdzał hart ducha triatlonistów.

Wymuszony podział na pro i amatorów trochę odebrał atrakcyjności i rozbił spójność zawodów. Właściwie cała elita od dobrych kilkunastu, jeśli nie kilkudziestu minut była już na mecie, kiedy do strefy zmian zaczęli dojeżdżać pierwsi amatorzy.

O ile wśród pros kojarzyłam jakieś pojedyncze nazwiska i kibicowałam przede wszystkim Mikołajowi Luftowi i debiutującej w kategorii pro Asi Skutkiewicz, o tyle teraz zaczęło się wypatrywani znajomych, których przecież było tu mnóstwo. Ich emocje chyba też mi się udzieliły, bo nawet tłukłam w bandę przy mecie i zdaje się że coś krzyczałam.

A to wszystko z nieodłącznym synalem, który spędzał dzień jak mały kangurek – na matce przytulony w nosidle. I prawie nie marudził. Miał chęć spać – to drzemał, miał chęć jeść, to dawał mi znać i robiliśmy sobie dyskretne mniej lub bardziej posiadówki. I tak aż prawie do samego końca, prawie, bo w końcu zmęczenie wzięło  górę i po angielsku zniknęliśmy z tej warszawskiej imprezy, której hasłem było „Zakochaj się w triathlonie”.

Fakt. Wczoraj można się było zakochać. I mam nadzieję, że zakochiwali się nie tylko bliscy i znajomi królika i uczestników, ale też ci przypadkowi przechodnie, których przecież w niedzielę w sercu Warszawy nie brakowało i którzy przystawali zdumieni (no, dobra, niektórzy też pewnie wkurzeni, ale licencia poetica…)

A synkowi tak się spodobało, że mimo wczesnej pobudki, do późnego wieczora energia go rozpierała i kiedy już matka podpierała się nosem, on dalej się uśmiechał i był skory do zabawy. Czyżby zaczynał trenować…?

Na razie na szczęście tylko podpór przodem i przewroty w różne strony.

A ja naprawdę liczę na to, że wczorajszy 5150 Warsaw Triathlon był pierwszą edycją imprezy, która na dłużej wpisze się w kalendarz stolicy. Bo nawet z punktu widzenia zaangażowanego kibica impreza była świetna. Wiem, zawsze znajdą się malkontenci. Ale imprezy idealne nie istnieją. W Warszawie mnie przekonuje rozmach idei i rozmach organizacyjno-logistyczny. To raczej nie była impreza robiona dla pieniędzy. Dla pieniędzy to na upartego można się było kręcić w kółko nad Zegrzem. Ale wtedy pewnie nie byloby magicznego znaczka Ironmana w logo imprezy.

 

Nie będę ściemniać. Triathlon to nie moja bajka. Ale na ten start w Warszawie zdecydowanie nabrałam ochoty. 

A kto nie widział, ten trąba :P

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci