Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#anianiebiega. To nie koniec świata.

beautyandb

Z racji niebiegania dostaję różnymi kanałami komunikacyjnymi sporo życzeń zdrowia, powrotu do zdrowia, szybkiego powrotu na biegowe ścieżki. I o ile te życzenia i słowa wsparcia są bardzo fajne, o tyle już wyraz y nieomal współczucia z powodu niebiegania – trochę mniej. Bo przerwa w bieganiu – jak się okazuje - to jednak nie jest koniec świata. A przynajmniej nie powinna nim być. To prawda, że w łeb nagle biorą plany startowe, treningowe, trochę się sypie (a raczej rozrasta) sylwetka, ale przecież bieganie to nie jest całe życie.

Tak, to prawda, przerwa nie miała być aż taka długa. Pierwsza w życiu kontuzja (tak, ta nieszczęsna łękotka, razem z kostką, stawem skokowym i czymś tam jeszcze naraz) wydłużyła ją… znacznie. I nagle aktualna stała się odpowiedź na pytanie: a gdybyś nagle nie mogła biegać przez dłuższy czas – to co? Ja? Nie biegać? Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji – mówiłam jeszcze jakoś w styczniu czy w lutym Anicie, kiedy rozmawiałyśmy sobie dla Polska Biega. Teraz nie tylko, że muszę sobie wyobrazić, to jeszcze musiałam się w niej odnaleźć.  

Jak sobie z tym radzisz? - to kolejne z serii moich ulubionych pytań. Stosunkowo najlepiej radziłam sobie w czerwcu, kiedy faktycznie noga bolała mnie tak, że zwykłe chodzenie było wyzwaniem, a schody urastały do rangi wyzwania takiego jak… w trzecim dniu po Maratonie Gór Stołowych. W takich okolicznościach samo myślenie o bieganiu raczej sprawiało pewien dyskomfort. Gorzej, że w tym stanie nie za bardzo też mogłam wrócić na basen, od którego też już miałam dłuższą przerwę. No, ewentualnie kraul na samych rękach… Ale basen jakoś się nie komponował z moim ogólnym stanem zdrowia.

Czyli ani biegać, ani pływać. Jednym słowem – czarna rozpacz. Zwłaszcza że jak na złość sezon biegowy w pełni, triatlonowy w rozkwicie i liczba znajomych meldujących już nie tylko swoje treningi, ale starty, kolejne życiówki, same sukcesy  rozpleniła mi się na całą facebook’ową ścianę. Zdjęcia ze wschodów słońca, z biegów górskich, z wody, z rowerów. No, normalnie masakra. I jak na złość nawet małżonek nie tylko że wszystkie weekendy zaczął spędzać ze stoperem i gwizdkiem, ale w tygodniu zaczął coś tupać po lesie. Nic, tylko odłączyć internet, wyprowadzić się z sypialni i zapaść w czarną dziurę.

Po kontuzji już w zasadzie ani śladu. Ale skoro sezon już i tak jest „na straty” – to ja dalej nie biegam. Bo mogłabym co najwyżej toczyć się dostojnie i śmiesznie dreptać. A mnie to jakoś… nie bawi. Nie jestem demonem szybkości, ale człapać to jednak nie lubię. Bieganie powoli (nie, nie mam na myśli tempa I zakresu czy tempa regeneracyjnego, ale raczej szuranie po asfalcie czy ścieżce) mnie nie bawi. To, co w bieganiu mnie kręci – to faza lotu, czyli odrywania nóg od podłoża. Bo na tym polega i tym się od chodzenia różni bieganie. To ten moment, w którym człowiek się odrywa. Ja się na razie nie odrywam. I nawet nie do końca powinnam. A może, po ośmiu latach latania - mam po prostu potrzebę pochodzenia twardo po ziemi.


11055392_982572158440174_7870007963992405322_n

Na szczęście, oprócz kontuzji, w życiu zdarzają się też przyjemniejsze przypadki. Jak ten, kiedy okazało, że Hania ma do oddania karnet na siłownię, na którą bardzo chciałam chodzić. Więc przejęłam karnet i pochodziłam (oraz jeszcze pochodzę) sobie. Albo taki, że jakoś przypadło mi do gustu… szybkie chodzenie. Tak, to prawda, kusi, żeby oderwać obie nogi, ale na szczęście kijki hamują. Więc nie latam, tylko próbuję sobie chodzić. Tak, żeby się troszkę zasapać ;-) Albo taki, że odkryłam w domu na półce kilka nieprzeczytanych dotąd książek. Nie tylko o bieganiu. Na przykład takie „Śpiewaj ogrody” Pawła Huelle. Czytałam w porze porannych treningów ;-) I tych okołobiegowych. Zresztą, te całkiem biegowe też cały czas podczytuję. Ostatnio – „Biegaj z mistrzem. Paul Tergat”. Wymądruję się w temacie treningów, a co!

Na siłowni odkryłam nie tylko rowerek stacjonarny. Do tej pory kompletnie przeze mnie niedoceniany, obecnie całkiem lubiany. Przynajmniej nie grozi wywrotką. A postępy piękne zaczęłam robić J I wcale a wcale nie czułam się jak chomik w kołowrotku (co na bieżni się zdarzało). Odkryłam też kilka maszynek na wzmacnianie nóg i pleców. To dobrze, bo na basen jednak planuję wrócić szybciej niż na bieżnię. Nie od rzeczy jest też machanie hantelkami (spokojnie, max 3 kg) i sztangą (bez szaleństwa – 5 kg).

11781596_996092423754814_3170979007792957763_n_1

Odkryłam też, że nie tylko crossfit może być znakomitym uzupełnieniem treningu dla biegaczy. Owszem, to podrzucanie, przerzucanie, podciąganie, dźwiganie, podnoszenie, zwisanie, wszystko interwałowo, na czas – to wszystko buduje i siłę nóg, i korpus, i przygotowuje do wysiłku. Ale takie zupełnie statyczne ćwiczenia, coś, co wygląda jak… no… w każdym razie nie wygląda jak wysiłek i sprawia wrażenie wyzwania ewentualnie dla panien z XIX-wiecznej pensji, takie zwyczajne unoszenie pośladków na piłce szwedzkiej, przysiady i wykroki przy piłce, szwedzkie pompki na stepie, wymachy nóg z obciążeniem i inne takie – wykonywane spokojnie, ale dokładnie, z uśmiechem, kwitowane lekceważącymi uśmieszkami tych od crossfitu i tych od brzuszków (nie, nie odpowiadam, uśmiecham się tylko, bo w normalnych okolicznościach przyrody…, no!) – to wszystko nie tylko  powoduje, że następnego dnia czuję, że mam jeszcze jakąś strukturę mięśniową, że jej obecne rozluźnienie to tylko sprawa czasowa, a potem…  

I przy okazji odkryłam, że niebieganie to nie koniec świata. Jeżeli jest ograniczone czasowo, jeżeli jest jakiś horyzont i jeżeli za tym horyzontem stoi cel ważniejszy (bo, umówmy się, bieganie jest super, ale to jeszcze nie pępek świata, to życie, fajne biegowe życie, ale jeszcze nie całe życie), jeżeli na szali jest zdrowie (tak, bieganie jest zdrowe, ale nie w każdych okolicznościach przyrody) – wtedy warto czasami odpuścić. I wrócić – z planem, z radością i ze zniecierpliwieniem, z ekscytacją i motylkami, jak do pierwszej miłości, ale już wtedy, kiedy wszystko z powrotem zagra, kiedy przyjdzie właściwy czas. Nic na siłę, nic wbrew organizmowi, wbrew rozsądkowi. Nie teraz :) 

11856358_996854013678655_5211502968058148095_o1Fot. Beata Jarzębska

Kobieta w biegu. #anianiebiega

beautyandb

To jeszcze cały czas nie o mnie, niestety. Chociaż robię, co mogę, żeby zupełnie nie sflaczeć. Jakaś siłownia pod pretekstem rehabilitacji, jakieś spacery z małżonkiem, jakaś namiastka nordic walking – w końcu muszę się tego nauczyć porządnie – byle nie siedzieć. Noga już właściwie wróciła do normy, chociaż po dłuższej sesji na siłowni czy po bardziej intensywnym dniu w nocy czuję, jakby mi ktoś odpiłowywał prawą stopę tuż nad kostką. Ale z każdym tygodniem jakby mniej… Co nie zmienia faktu, że ten sezon dla biegania już jest stracony.

11781596_996092423754814_3170979007792957763_n

Może to i dobrze – czasami trzeba zrobić sobie przerwę, spojrzeć z dystansu i… nabrać mocy? Zobaczymy, czas pokaże.

A zatem #anianiebiega. Nigdy nie sądziłam, że taki hasztag pojawi się na blogu czy na fanpage’u na Facebooku. Tymczasem jest i jego obecność chwilę potrwa. A ja z tego powodu nie rozpaczam, nie drę włosów z głowy, nie rozdzieram szat (biegowych też nie, chociaż za to kilka oddałam w lepsze ręce). Raczej próbuję zając się innymi aktywnościami i… zaplanować już kolejny sezon. Tak, mam już wiosenną listę startów. Serio ;-) Prym wiodą te starty, na których nie udało mi się stanąć w tym roku. Uparta bywam.

11825749_996301203733936_1331988551184274665_n

A niebieganie – trochę celebruję, a trochę – prowadzę amatorskie obserwacje nad bieganiem innych. Na przykład nad techniką panów (i pań) na osiedlowym kółku. Tak, technika biegania to jednak u większości amatorów mocno szwankuje. Nie żebym ja biegała jakoś ładnie. Ale staram się (no dobrze, starałam się, czas przeszły, postaram się – czas przyszły) nad tym pracować. Może i bieganie jest najbardziej naturalną formą ruchu, ale jak ktoś spędził 20 lat na kanapie i wsuwał czipsy z colą, to jego naturalny ruch jest jednak trochę inny. Skoro ucząc się pływać, nie kwestionujemy roli trenera/instruktora, który nauczy nas techniki, to czemu zaczynając biegać nie robimy tego samego? Tym bardziej, że ogólnodostępnych nieodpłatnych zajęć biegowych lawinowo przybywa? Ale nie, wolimy ciężko kłapać po chodniku tak, że kolana na pewno tego nie wytrzymają, trzymać uda przy sobie, jakby nam się siku chciało (głównie dziewczyny) albo szurać stopami po ziemi udając, że to niby bieganie… Naprawdę, odeszliśmy już tak daleko od naturalności biegania, że warto się go po prostu nauczyć – żeby mieć z tego prawdziwą przyjemność i służyć, a nie szkodzić zdrowiu.

Howgh! Wygłosiłam. A raczej – napisałam.

!!!_Kobieta_w_bieg

Ale, miało być o kobiecie w biegu. I właśnie już jest, bo uczenie się biegania i parametodyczne podejście do treningu chyba różni mnie od Kasi Żbikowskiej-Jusis, autorki książki „Kobieta w biegu” (Galaktyka 2015). Piszę „chyba”, bo do końca nie  jestem przekonana, która z nas jest bardziej systematyczna. Z Kasią trochę się znamy, bo w pewnym momencie wskoczyła na pudło w kategorii kobiet-dziennikarzy, prawie mnie z niego wypychając, potem parę razy miałyśmy okazję pogadać, rok temu kibicowałam jej kiedy biegła w Krynicy Bieg Siedmiu Dolin. A to właśnie ten bieg jest niejako osią jej książki. Książki, która niby jest poradnikiem o bieganiu dla kobiet, ale tak de facto jest nie tyle poradnikiem, co dziennikiem, kawałkiem literatury z bieganiem na pierwszym planie. Najlepszy dowód, że nie tylko ja pochłonęłam lekturę w kilka godzin, ale kilka dni później to samo zrobiła moja teściowa, która co najwyżej mi czasami kibicuje i da się wyciągnąć na solidny marsz, ale sama nie biega.

Kasia w swojej książce pisze o tym, jak wielką pasją i częścią jej życia stało się bieganie. Jak bardzo jest ważne. I jak to się robi, żeby pracując zawodowo, prowadząc dom, mając normalna rodzinę – wykroić czas na tę pasję. To te fragmenty czytałam ze szczególnym zainteresowaniem. I te, które powinna przeczytać każda kobieta, zanim powie, że nie ma czasu. Ja tu nie jestem punktem odniesienia. Nie mam dzieci, za to mam męża, który podziela moją pasję i bierze na siebie część (dobra, lwią część, prowadzenia domu) i wyjście z domu jest dla mnie tylko wyjściem. Wspierający czy rozumiejący partner, nawet taki, który nie biega, to właściwie warunek konieczny, żeby kobieta mogła biegać. No, chyba że jest singielką z wyboru.

„Kobieta w biegu” to jednak nie tylko opowieść o tym, jak znaleźć czas na bieganie pomiędzy pieczeniem tortu urodzinowego dla dziecka, sprzątaniem łazienki i wydawaniem obiadu dla rodziny i na dodatek robić to wszystko z uśmiechem na ustach. To także historia o tym, jak stawiać sobie cele i – jak je realizować. A dla tych bardziej wtajemniczonych – również o tym, jak trenować, żeby żaden cel nie okazał się nadmiernie ambitny. I tu właśnie widać różnicę między nami – bo Kasia podkreśla, że trenuje sama, według własnych odczuć i własnej analizy tego, jak biega i dokąd zmierza. Ja, jeżeli mam konkretne cele, stawiam raczej na współpracę z trenerem, który niejako za mnie zanalizuje i podpowie – co dalej. Być może ma tu znaczenie nasza biegowa historia – moja dość krótka, rozpoczęta już w wieku dojrzałym od wyjścia zza biurka i Kasi – długa, z epizodem zawodniczego biegania w amerykańskiej szkole średniej (podkreślam tą amerykańskość, bo tam jednak podejście do sportu szkolnego jest nieco inne niż nad Wisłą). Owszem, i mnie się zdarza biegać „po swojemu”, ale efekty tego bywają różne…

To, co jeszcze nas różni – to ulubiona pora na bieganie. Ja wolę wstać godzinę wcześniej i wyjść o świcie. Kasia biega w ciągu dnia i wieczorem – wykorzystuje każdą wolną chwilę. Poranek to nie jej pora.

To, co nas łączy – to jeszcze przez chwilę kategoria wiekowa (choć jak wrócę na wiosnę to już chyba nie…), eksperymenty z dietą wegetariańską, kolor włosów (ach te blondynki ;-)) no i na pewno pasja, którą jest bieganie. I dlatego „Kobietę w biegu”, wbrew obawom, połknęłam od pierwszej strony. A z kilku porad pewnie na przyszłość skorzystam. Z niektórych pewnie szybciej niż mi się wydaje. Więcej nie zdradzę, bo z "Kobiety w biegu" każda biegająca kobieta powinna sama swoje wnioski wyciągnąć. 

A w kolejce po mój egzemplarz „Kobiety w biegu” stoi już moja Mama, która zawsze mnie pyta, co ja widzę w tym bieganiu… No więc teraz poczyta.

 

Na oucie, czyli Ania nie biega.

beautyandb

Oj, dawno mnie nie było na blogu… Nie tylko dlatego, że skoro właściwie nie biegam, to nie bardzo mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie – skoro nie biegam, to przecież mam czas na bieganie, a tematów przecież całe mnóstwo. Ale prawie całą energię pisarską w temacie biegania pochłonęła seria tekstów dla „Wprost”. O bieganiu. Była już i ściąga dla poczatkujących, czyli o tym dlaczego warto biegać i jak zacząć, o tym jak trenować, jak biegać i jeść, żeby schudnąć (z uwzględnieniem popularności diety wegańskiej). A w poniedziałek będzie o zawodach. I potem jeszcze jeden…  

Ale wróćmy do biegania. A właściwie – do niebiegania. Chociaż już niby dostałam zielone światło, wybrałam się nawet w maju na Agrykolę i wystartowałam w moim ulubionym cyklu warszawskich biegów na bieżni Warsaw Track Cup. Na całe szczęście nawet kolców nie wzięłam, bo to jednak byłby obciach, ponad 26 minut, ostatnia z ostatnich na biegu. A i tak pobiegłam za szybko w stosunku do zalecenia: „rekreacyjnie”. Za to wzięłam nowiutki Sketchers Go Run, które w charakterze butów na bieżnię sprawdziły się znakomicie. Ale co z tego, skoro na bieżni to trzeba biegać szybko, a nie – tak. To szalenie frustrujące. W Sketchersach chodzę w cywilu, bo są ładne i do wszystkiego pasują.

Po Agrykoli stwierdziłam, że skoro nie bardzo mogę się pościgać, to mogę chociaż pokibicować. Kibicowałam na Pucharze Maratonu, choć serce trochę marudziło, bo od kiedy pojawił się Puchar, od samego początku w 2008 r. startowałam we wszystkich edycjach, każdą kończyłam na podium, nawet jakieś zwycięstwa się zdarzały – i w klasyfikacji końcowej, i w pojedynczych biegach. Teraz teoretycznie mogłabym wziąć udział. Jakimś marszobiegiem, truchcikiem, pewnie nawet nie byłabym ostatnia. Ale po Agrykoli doszłam do wniosku, że bieganie 10 km w ponad godzinę nie specjalnie fajne. I nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że niektórzy chcieliby biegać w godzinę. Ale ja odnoszę się do swoich wyników, a te są ciut lepsze. I dreptać po 6 czy 6:30 na km to mogę sobie po lesie dla przyjemności, a nie zaraz startować w zawodach. No, nie. I dlatego wolę pokibicować.

 wtc.maj2015-14-Medium

Fot. Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska, http://www.warsawtrackcup.pl/galeria/

A właściwie – wolałam. Bo zaraz potem wolną wolę wyboru zastąpiła… konieczność. Jeszcze tego samego popołudnia, kiedy właśnie miałam sobie rekreacyjnie i bez mierzenia czasu wziąć udział w biegu #LepszaJa firmowanym przez Nike’a i opatrzonym całym mnóstwem atrakcji, kiedy właśnie ruszałyśmy – nagle zaplątałam się w nogi, swoje albo czyjeś, to bez znaczenia, w każdym razie ból w prawej łydce przez następnych kilkadziesiąt sekund uniemożliwił mi jakikolwiek ruch. Potem, utykając, rozciągając, podchodząc i zaciskając zęby jakoś dokulałam się do mety w Arkadach Kubickiego. I to by było na tyle. Ponieważ 36 godzin później noga nadal nie funkcjonowała jak trzeba, w poniedziałek trafiłam do Ortorehu. Tam zostałam obejrzana, obdotykana i wreszcie – obmasowana, tak, że na chwilę przestało boleć, a przede wszystkim – łydka zaczęła wracać do swojej normalnej objętości.

11351124_10153007448938845_418150743938701718_n

Zrobione zaraz potem USG wykazało jednak, że… problem jest. Opisowo: łąkotka wysunięta poza obrys stawu. Więc znowu Ortoreh, znowu masowanie, jakiś prąd w kolano. Długi weekend trochę pomógł i noga zaczęła funkcjonować prawie normalnie. Prawie, to znaczy, że dalej lekko utykam i wolę omijać schody w dół, ale jakoś chodzę. Jeszcze trochę boli, jeszcze trochę puchnie, jeszcze… jeszcze jakiś czas, nawet pływanie nie bardzo wchodzi w grę.

I tak, po prawie 8 latach biegania bez kontuzji, wreszcie kontuzja mnie dopadła. I to – o paradoksie – wtedy, kiedy prawie nie biegałam. Inna rzecz, że gdyby nie ta przerwa, to prawdopodobnie bym się nie przewróciła… Rozkoordynowałam się trochę…

A zatem jestem wyautowana. Co prawda już się umówiła, że jak zacznę chodzić normalnie, to trener nauczy mnie chodzenia z kijkami i od tego zacznę powrót, ale na razie trochę mi źle :( Niby się uśmiecham, niby kibicuje, niby się cieszę z odpoczynku, ale z lekkim przerażeniem patrzę, że coraz trudniej  mi się ruszyć.

Zresztą, zrobiłam się ociężała. Ostatnie dwa miesiące kosztowały mnie parę kilogramów na plus. Nigdy w życiu nie byłam aż tak ciężka i taka…no, obszerna. Powoli zaczynam coś z tym robić, bo jednak lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze i chciałabym nadal je lubić… Na razie zaczęłam porządkować tryb posiłków, nie do końca się udaje, ale walczymy.

Za to jeżeli chodzi o bieganie, to jednak myślę coraz częściej o przyszłym sezonie. Może ta przerwa była mi potrzebna? Tym bardziej, że przez ostatnie kilka miesięcy więcej miałam do czynienia z medycyną niż przez całe życie wcześniej. I co tylko dostawałam zgodę na ruch – to rzucałam się jak dziki jakiś nienapasiony, może zbyt zachłannie. Więc – nie rzucam się. Mam czas, poczekam. Bieganie na mnie też poczeka.

 

Najgorszy bieg

beautyandb

Najgorsze są te biegi, w których człowiek nie może wystartować. Zwłaszcza, jeżeli zapisał się na długo wcześniej i przez tygodnie, a czasami miesiące szykował się mentalnie, że pobiegnie, oczami duszy i wyobraźni widział siebie w najbardziej malowniczych momentach trasy, widział też metę i medal, a tu…

Bieg się kończy, zanim się zaczął.  Bo czasami trzeba sobie dać na spocznij, na luz. Bo czasami nie meta na stadionie jest najważniejsza w życiu. Bo trzeba wybrać między sercem a… sercem.

I dlatego właśnie zaraz po sopockiej antyżyciówce zdecydowałam, że do Kielc pojadę w charakterze kibica. Taka próba charakteru. Nawet nie zabrałam ze sobą ciuchów do biegania, żeby nie kusiło. Buty niby miałam biegowe, ale całą resztę zdecydowanie nie. Na całe szczęście, bo gdybym miała w czym, to mogłabym mieć problem z silną wolą i konsekwencją.

Tym bardziej że w sobotę po południu pakiet jednak odebrałam. Było wszystko – i koszulka, i buff, i numerek, i ciasteczko, i picie… I wielka brama startowa w wielkim centrum handlowym, i atmosfera przedstartowa, która wywoływała mrówki na plecach.

Zacisnęłam zęby. Poszłam sobie. Na zakupy, przecież że nie na trening.

W niedzielę obudziłam się już o 5 rano. Takie zboczenie. Coś poczytałam, pokręciłam się, popatrzyłam na pakiet, na numer, nawet na te nieszczęsne buty. Jak dobrze, że centrów handlowych w niedzielę nie otwierają przed 10.

Najbardziej na mojej chęci zostania kibicem ucierpiała Mama. Tak, to prawda, ze o 8 czekałam na nią ze śniadaniem. Ale prawdę też jest, że ledwie wróciła po 24-godzinnym dyżurze, miała w perspektywie wyjście. I to wcale nie na słoneczny spacerek.

Ale Mama zdała egzamin. Tuż po 10 była gotowa do wyjścia, pojechałyśmy w okolice stadionu, gdzie miała być meta. Już dojeżdżałyśmy na miejsce, kiedy nagle lunęło jakby urwała się chmura. I lało dobre 10 minut. Siedziałyśmy w samochodzie, a ja już współczułam – i biegaczom, i organizatorom. Bo wiadomo, pogoda to zawsze plus 100 do oceny biegu. Jak jest dobra. Ta nie była. Chociaż ulewa była krótka, ale wiatr nie należał do delikatnych.

W końcu ruszyłyśmy na stadion. Powoli, bo Mama nie należy do wprawnych marszerów. W ulewie przegapiłyśmy zwycięzcę. Ale potem starałyśmy się już nie przegapić nikogo. Choć Piotra, który był 14. – jakoś też nie widziałyśmy. Musiał przybiec, kiedy wdrapywałyśmy się na koronę stadionu Korony. Czy też Kolportera.  Czy jak to tam się nazywa.

Meta była imponująca. Podobnie jak prowadzenie. Pełna profeska. Znowu zaczęłam zazdrościć tym, co wbiegali na metę. Nie, nie zmęczenia. Ale tego, że prowadzący prawie każdego zapowiadał z imienia (szacun!), a o wielu uczestnikach miał jeszcze zdanie czy dwa do powiedzenia.

Pomęczyłam się w okolicach mety jakieś pół godziny. Klaskałam, krzyczałam, machałam, przybijałam piątki. A potem ruszyłyśmy z Mamą pod prąd biegu. Naturalnie chodnikiem. I dopingowałyśmy. Ja to ja, ale Mam się naprawdę wciągnęła. Biła brawo, pokrzykiwała, pozdrawiała nadbiegających. Byłam z niej dumna.

I coraz miałam większego doła, że ja jednak nie biegnę.

Wyklaskałyśmy w okolicy 20. kilometra chyba aż do ostatniego biegacza.

Wiem, wszyscy byli zachwyceni. Super trasa. Świetna organizacja.

Tak, za rok się wybieram. Mam nadzieję, że się pościgam. Mam nadzieje, że nic nie zepsują. 

 

Antyżyciówka, czyli po co mi to było.  I PKO Półmaraton Sopot

beautyandb

- A może mi pani powiedzieć, jak pani pobiegła półmaraton dwa tygodnie po zabiegu? – zapytała lekarka, która widziała mnie na trasie, a z którą jakiś czas potem zobaczyłam się w okolicznościach medycznych.

- To były trzy tygodnie – odpowiedziałam, puszczając oczko. – Zresztą, jak się widziałyśmy, to jeszcze mi się dobrze biegło, schody zaczęły się później… - uzupełniłam.

- Aha, na głowę miało pomóc? Pomogło?

- Trochę…

Dobrze, że pani doktor też trochę biega, wiec  nie usłyszałam słów krytyki. A w międzyczasie wymyśliłam sobie, że przecież porażkę w Wiązownie i słaby wynik w Warszawie mogę sobie powetować w takim… Sopocie. Właściwie nie wiadomo, dlaczego, bo w Sopocie w życiu nie byłam albo byłam całe wieki temu służbowo, bo poza molem i kawałkiem deptaka jako żywo nic nie pamiętam, ale czułam się tu dziwnie znajomo i swojsko. Ale kiedy tylko usłyszałam, że szykuje się taki półmaraton, a potem jeszcze zobaczyłam projekt medalu – wymyśliłam sobie, że Sopot to będzie idealna majówka.

A potem, jak to zwykle bywa, zaczęły się schody. Niby na początku kwietnia zaczęłam wracać do jakiegoś treningu, w palnie był spokojny powrót, podobnie jak jesienią, ale jednocześnie gdzieś w tle cały czas pojawiały się kolejne sygnały dymne od medycyny – i w rezultacie skończyło się tym, że przez ostatnie dwa tygodnie przed I PKO Półmaratonem Sopot moja aktywność ograniczyła się do jednego treningu pływackiego i jednej przejażdżki rowerowej na 42 km w tempie ok. 20 km/h. W sumie przez cały kwiecień nabiegałam aż 32 km.

I z tym imponującym przygotowaniem postanowiłam jednak pojechać do Sopotu. Też trochę na ostatnią chwilę – i podróż, i nocleg, i pakowanie. Jestem mistrzynią improwizacji, chociaż tym razem mogła mnie drogo kosztować. I to dosłownie, bo w piątek okazało się, że wydostać się z Sopotu w niedzielę po południu można tylko samolotem, ewentualnie. Bo nawet najdroższych miejsc na Pendolino i inne ekspresy już nie ma. Jasne, trzeba było dłużej poczekać. Na całe szczęście wróciliśmy wczoraj w nocy – luksusowo, w towarzystwie Beci i Rafała, a wcześniej wycisnęliśmy, co się dało z tych dwóch nadmorskich dni.

W piątek co prawda trochę padało, ale to nie przeszkodziło nam w 3,5-kilometrowym spacerze do Ergo Areny, gdzie mieściło się Biuro Zawodów. Biuro działało sprawnie albo może ludzi było mało, na listach startowych widniało w piątek ok. 850 nazwisk, nie widać było wielkiego pospolitego biegowego ruszenia. Expo składało się z jednego stoiska, więc jeżeli miałam jakiś pomysł na zakupy – szybko mi przeszło. Za to wreszcie miałam okazję dopchać się (no, dobra, w piątek po południu też nie było specjalnego tłoku) do stoiska PKO Biegajmy razem i zadeklarować bieg w szczytnym celu. Karteczkę „Biegnę dla Magdy” przypięłam w sobotę na plecach koszulki. W piątek też było pasta party – niestety, rozciągnięte w czasie, więc było pustawo, choć makaron znakomity. Szkoda, że pustawo było też na prezentacji elity, ale staraliśmy się narobić pozytywnego hałasu, mam nadzieję, że się udało.

A energię doładowaliśmy w przybytku „Pomarańczowa plaża”, gdzie z widokiem na morze – od jakiegoś czasu świeciło słońce, chociaż wiało jak… wiadomo – podawano całkiem pysznego i całkiem świeżego dorsza.

W sobotę słońce świeciło od rana. Ale to nic ni znaczyło, bo wiatr nadal wiał jak… (wiadomo jak) i było dość chłodno. Na spacer w kierunku startu (znowu te 3,5 km) założyłam zimową czapkę. Ledwie wyszliśmy z miejsca obozowania, a już natknęliśmy się na służby zamykające ulice. Ba, nawet deptak – od razu zostaliśmy shaltowani, bo „tu będzie bieg”. – Wiemy, właśnie idziemy na start – odparowaliśmy. –A, to proszę.

Poszliśmy. Marszem raczej żwawym, bo zrobiło się późnawo. Ale w porę dotarliśmy do Ergo Areny i do depozytów. Cali mocno już rozgrzani, a ja na dodatek z objawami odwodnienia, bo zapomnieliśmy wody na drogę, a o 8 rano przy deptaku nie ma nic. Przebierając się, ujrzałam zgrzewkę wody pod stolikiem wolontariuszy. Rzuciłam się zdesperowana do stolika. –Czy ja mogę od pani odkupić butelkę wody? – wycharczałam widowiskowo do wolontariuszki. –Ale my tu nie mamy… - zaczęła dziewczyna. –Owszem, macie, stoi tu pod stolikiem – pokazałam jej palcem. Podała mi butelkę. Byłam uratowana.

Depozyt też działał w miarę sprawnie, mimo że sporo biegaczy kompletnie olało oznaczenia, który stolik dla których numerów i biedne dzieciaki zasuwały z tymi worami po całym depozytowym kawałku hali.

Po depozycie zostało mniej więcej tyle czasu, żeby odwiedzić toalety i pognać na start. Słońce prażyło, wiatr wiał, pogoda postanowiła nie być przyjaciółką biegaczy. Ustawiliśmy się z małżonkiem w plamie słońca w strefie gdzieś powyżej 1:50. I ruszyliśmy – na początek niemal łapka w łapkę, jak zgodne małżeństwo prawie jednakowo nieprzygotowane do biegu. Gdzieś na pierwszym kilometrze uwiecznił to Wasyl J Potem posłuchaliśmy ciekawej dyskusji treningowej za naszymi plecami. Było m.in. o treningu Bartka Olszewskiego. I jeszcze o kilku zabawnych rzeczach. I tak do 5. kilometra, czyli małą pętlę wokół Ergo Areny pokonaliśmy wspólnie. Ale pod koniec tego piątego kilometra małżonek zaczął mi odjeżdżać, a ja… już wiedziałam, że muszę przyjąć inną taktykę. Dobiegłam do 6 km i przeszłam w marsz. Minuta – i znowu bieg. Umówiłam się z organizmem, że 2 km biegnę, minutę-dwie maszeruję. Coś w rodzaju Gallowaya. Na 8. kilometrze akurat był punkt odżywczy, 10. wypadł w okolicach molo, gdzie tłum kibiców próbował mnie poderwać do biegu, aż jakaś pani rzuciła, że na pewno biegnę Gallowayem. Uśmiechnęłam się, machnęłam ręką, że tak, i potupałam dalej.

Do 12 km trzymałam się swojego założenia. Później organizm jednak podjął inne formy strajku. W efekcie było tak, że maszerowałam sobie dziarsko, kilka osób mnie mijało, potem zaczynałam biec, doganiałam, przeganiałam – i znowu szłam. Na 16 kilometrze stali kibice z tablicą: Dawaj, dawaj, Kenijczycy już jedzą! Zmobilizowałam się i do 17 prawie dotruchtałam. Ale tam była dłuższa prosta pod wiatr. Walkę z wiatrem, podobnie jak z wiatrakami, uważam za bezsensowną. Zatem przespacerowałam się jakąś imitacją chodu sportowego (kijki mi się przypomniały, doszłam do tempa 7:05). I tak sobie marszobiegłam, bo Gallowayem to już trudno nazwać – i na 19. kilometrze, gdzie kilku kibiców-nastolatków zdzierało gardła, i podbiegałam na 20, i znowu pochodziłam tuż przed koncówką, bo tak, chociaż i nogi, i reszta dawały sobie radę…

Wreszcie zaliczyłam ostatni zakręt i rozpędziłam się w stronę mety. 2:08 z jakimiś ułamkami. No, jaka piękna antyżyciówka – ucieszyłam się. Nawet w Krynicy na jesieni pobiegłam szybciej. A tu – nie dało się. Nie, i już. I na dodatek, zamiast się wściekać, że nie mogę, że nie idzie – ja się uśmiechałam, zagadywałam, odmachiwałam. I w ogóle doskonale się bawiłam. A trasa sopockim deptakiem podbiła mnie na tyle, że postanowiłam wrócić tam w lepszej formie. Tym bardziej, że nie tylko medal był wyjątkowej urody, ale okazało się, że zaplecze Ergo Areny dysponuje przyzwoitymi szatniami i prysznicami z gorącą wodą. I znalazła się nawet… szatnia damska ;-)

A poza tym, gdzie indziej zaraz po biegu można pognać na plażę i zjeść zupę rybną (ach to białko, ta regeneracja!)?

W każdym bądź razie Sopot, a raczej sopocki półmaraton, mimo że jeszcze nie nabrał rozmachu, jeszcze był taki trochę nieopierzony – mnie podbił zupełnie i znalazł sobie we mnie fankę. No, pardą. Czasami bywam irracjonalna.

To zupełnie jak z tym startem w Sopocie. Zaprzecza absolutnie wszystkim zasadom, których w bieganiu się trzymam. Ale potrzebowałam go. Potrzebowałam, żeby przypomnieć sobie radość biegania. Nie, nie magię, ani nie poezję ani nic w tym stylu. Raczej – wysiłek i radość z pokonywania własnej słabości. I potrzebowałam go też, żeby spojrzeć na bieganie i na zawody z innej strony – właśnie tego biegacza na ponad 2 godziny. Chociaż chyba miałam szczęście – bo w samej końcówce zabrakło medali. Bo nagle z tych niespełna 900 osób na liście zrobiło się ponad 1000 osób na mecie. Też tak trochę… irracjonalnie i nietypowo, bo zazwyczaj na mecie jest mniej osób… Cóż, ten magnetyzm i ten sopocki jod ;-)

W każdym bądź razie, żeby nie było, że ja jestem taka kompletnie irracjonalna, to jednak na razie zrezygnuję z biegania w zawodach. Przy całej radości, jaka mi dał bieg w Sopocie, jakoś nie bawi mnie ustanawianie kolejnych antyżyciówek. Truchtać to sobie mogę po lesie.

Nota bene, ten w okolicach Sopotu jest całkiem przyjemny… Może by jakieś małe wakacje…?

11173357_950075285023195_5459024513586061588_nFot. Tomasz Pojawa. Ania po tym, jak własnie ukończyła najsłabszy półmaraton ever. 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci