Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Nie jesteśmy tam chłopcem do bicia. #EURO2016

beautyandb

Za 24 godziny ten tekst może być już nieaktualny. Cóż, tak bywa, jak się zbiera do pisania przez cały tydzień. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko powrót do biura i fakt, że kiedy z biura docieram w końcu do domu, Marcin nadrabia cały dzień bez mamy. Intensywnie nadrabia, bywa, że ja padam na nos, a on jeszcze nie. Teraz też śpi pod lewym ramieniem, musiałam wziąć komputer do łóżka, żeby cos napisać…

A chciałam coś napisać o EURO. Bo wiecie, już pisałam. Niby za piłką nie przepadam, ale stara kibicka wyłazi mi spod koszuli. Co prawda tegoroczną imprezę oglądam inaczej niż zwykle, trochę „po łebkach”, chaotycznie i przypadkowo (a to kawałek meczu Hiszpania – Włochy, a to rozprawa Islandczyków z Anglikami, a to znowu jacyś Irlandczycy…). Tylko mecze Polaków śledzę dość uważnie i nawet z pewnym….zaangażowaniem. Ba, ten ostatni, ze Szwajcarią, oglądałam w duecie z teściową :) Nie powiem, kto po bramce Błaszczykowskiego obudził Marcina, nie powiem… ;)

Na jutrzejszy pojedynek Krycha kontra Cricha czekamy całą familią. I szczerze wierzę, że możemy zagrać jak Włosi z Hiszpanią. Ze niepięknie? Il catenaccio nie jest efektowne, ale diablo skuteczne. I co z tego, że Hiszpanie, przecież jeszcze urzędujący mistrz Europy, szturmowali włoską bramkę, co z tego, że grali ładny futbol. Włosi mieli Buffona w bramce, diabelne szczęście i jedną akcję w końcówce, którą dobili mistrza. Piłka to twardy sport, tu nie ma ocen za wrażenie artystyczne. Liczy się wynik na boisku. Za miesiąc nikt nie będzie pamiętał, jak grali, ale wynik 2:0 dla Włochów zostaje w historii.

Polacy zagrali na tym turnieju jeden ładny mecz. Ten z Niemcami, kiedy to można było mieć wątpliwości, kto tu jest mistrzem świata. Do wygranej zabrakło nam skuteczności. Mecz z Ukrainą nie był dobry. Mecz ze Szwajcarią podnosił ciśnienie jak dobry trening interwałowy, ale piłkarskiej wirtuozerii było tam niewiele. No, może ta bramka dla Szwajcarów.

I już się zaczęło. Że Polska odstaje poziomem od innych ćwierćfinalistów. Że gramy słabo, tylko mamy szczęście. Że się nie umywamy. Że…

Pardon. Rzygać się chce.

Polska awansowała do finałów Euro po raz drugi w historii. Euro 2012 nie liczę, bo zagrała tam tylko prawem gospodarza. Po raz pierwszy nie grała meczu o wszystko ani meczu o honor. Po raz pierwszy od 30 lat na imprezie mistrzowskiej polscy piłkarze wyszli z grupy (nie liczę igrzysk w Barcelonie, bo olimpijska piłka to trochę inna piłka). W 2008 r. mieliśmy mieliśmy trenera z innego świata, ale nie mieliśmy – drużyny na wielkie turnieje. Owszem było w tej reprezentacji kilka gwiazd. Grzejących ławę albo grających ogony w średnich ligach.

Dzisiaj mamy drużynę. Kilka gwiazd, które grają w stałym składach najlepszych drużyn w Europie. Krychowiaka, który za 40 mln euro ma przejść do PSG. Kamila Glika który przeszedł do Monaco za 11 mln.  Roberta  Lewandowskiego, który w minionym sezonie był gwiazdą Bayernu Monachium. Bartosza Kapustkę – nastolatka, którego już widzą europejskie kluby. Bramkarzy, którzy bronią w najlepszych ligach Europy.

Polska reprezentacja A.D. 2016 nie dostała się na Euro 2016 kuchennymi drzwiami, jak Dania w 1992 r. Jej sukcesy nie dziwią tak jak sukcesy Grecji w 2004 r. Zresztą, Grecja nie grała wtedy jakiegoś zniewalającego futbolu, przetoczyła się przez ten turniej z wdziękiem zawodnika sumo tańczącego jezioro łabędzie, ale na zwycięstwo akurat wystarczyło.

Owszem, Polska skorzystała na zmianie zasad, na rozszerzeniu turnieju. Ale nie dostała się tu przypadkiem. Była jedną z najlepszych i najskuteczniejszych drużyn eliminacji. Takiej skuteczności zabrakło wielu dawnym mistrzom, żeby wspomnieć wielką nieobecną na Euro – Holandię. Polacy wywalczyli awans na boisku i zrobili to w fantastycznym stylu. Na stadionach we Francji grają bez żadnych kompleksów, bo nie mają żadnych powodów, aby je mieć. W wypowiedziach dla mediów imponują skromnością, ale też świadomością własnych możliwości. Potrafią rozmawiać z mediami, nie tylko polskimi. Świetnie sobie radzą w mediach społecznościowych. Wiedzą, po co pojechali do Francji. Pojechali nie grać, a wygrywać. I jak na razie - robią to.

I ja wierzę, że wygrają. Bo wreszcie, po wielu, wielu latach, w piłce nożnej nie jesteśmy chłopcem do bicia, pariasem do wykopania po pierwszej rundzie, zlepkiem buców, którzy na boisku zamieniają się w bandę dzieciaków, którym ktoś właśnie zabrał cukierka.

Jeżeli to jakiś skutek budowy Orlików – to warto było. Warto, żeby po 30 latach znowu z przyjemnością oglądać mecze Polaków. Liczącej się drużyny na Euro 2016. Bez względu na to, czy wygra jutro z Portugalią.

Liczę, że wygra.  Bo piłka jest okrągła.

Zakochaj się w triathlonie - 5150 Warsaw w spojrzeniu szalonej matki ;-)

beautyandb

Co robi matka wariatka w świętą niedzielę? Zrywa siebie i półroczne dziecko,  w 25 minut ogarnia siebie i dziecko (przy wydatnej pomocy małżonka) do wyjścia i o 6 rano wyrusza z domu…

A wszystko to przez nową imprezę w warszawskim kalendarzu. I to bynajmniej nie biegową , a przynajmniej – nie do końca. 5150 Warsaw Triathlon.

Trzeba mieć naprawdę mocno nie po kolei w głowie, żeby taką imprezę wymyślić. Normalni ludzie nie wymyślają takich rzeczy.  To mogło się zrodzić tylko w głowach prawdziwych…. Szajbusów od triatlonu. Nie przypadkiem za warszawską imprezą stoją te same głowy i ręce, co za gdyńską imprezą, według wielu opinii – najbardziej wypasioną w Polsce. No, przynajmniej do wczoraj najbardziej.

W każdym razie sam pomysł startu nad Zegrzem, przejazdu do Warszawy rowerem i biegu po samym sersu stolicy z metą na Placu Teatralnym jeszcze do przedwczoraj wydawał mi się kompletnie absurdalny, a dzisiaj wiem, że inaczej nie można było tego wymyślić i że…  

O mojej póki co jednorazowej przygodzie z triatlonem pisałam jakiś czas temu (tu i tu). Od tamtej pory niby nauczyłam się lepiej pływać, ale potem przestałam, niespecjalnie też pokochałam rower. I póki co się to nie zmieni, bo jest Marcin i to on jest teraz moją największą pasją. Na inne trochę szkoda mi czasu. No, poza bieganiem ;) Jak już to poukładam…

„(…) bo nabrałam ochoty na ten start” – napisałam dzisiaj do Jaśka, gratulując mu imprezy.

 Bo jak tu nie nabrać…

DSC_0022_13

To Zegrze o ósmej rano, w pełnym słońcu, niebo bez jednej chmurki, niemal lazur. Te tłumy w tych dziwnych strojach, których przeznaczenie tłumaczyłam Marcinkowi. Synal patrzył okrągłymi oczami. Te rowery w strefie zmian… Ta atmosfera w autokarze (tak, byłam w tej komfortowej sytuacji, że jechałam sobie z samą elitą), przed startem – napięcie, patrzenie na zegarki, rozmowy o sprzęcie, o kołach, o rowerach. I potem, kiedy ruszyliśmy tuż po stracie pro do Warszawy, wspólne oglądanie transmisji na telefonach komórkowych. Dopiero z transmisji dowiedzieliśmy się o opóźnieniu pozostałych startów.

 

A dopiero na mecie było widać, jak to rozbiło zawody. Ale szacun dla organizatorów za szybką reakcję i mimo wszystko sprawne działanie. Wiadomo, bezpieczeństwo uczestników przede wszystkim.

Trasę rowerową głównie podglądałam w transmisji. Pieękna….! I wyglądała na szybką. Choć niektórzy twierdzą, że była ciut dłuższa.

Potem strefa zmian na Pl. Teatralnym i 10 km biegu w samym centrum Warszawy, w tym zbieg i podbieg Karową, kryterium asów, ten ślimak, który jest OS-em kierowców w Rajdzie Barbórki, ale sprawdzał też niejednokrotnie nogi kolarzy w Tour de Pologne. Wczoraj sprawdzał hart ducha triatlonistów.

Wymuszony podział na pro i amatorów trochę odebrał atrakcyjności i rozbił spójność zawodów. Właściwie cała elita od dobrych kilkunastu, jeśli nie kilkudziestu minut była już na mecie, kiedy do strefy zmian zaczęli dojeżdżać pierwsi amatorzy.

O ile wśród pros kojarzyłam jakieś pojedyncze nazwiska i kibicowałam przede wszystkim Mikołajowi Luftowi i debiutującej w kategorii pro Asi Skutkiewicz, o tyle teraz zaczęło się wypatrywani znajomych, których przecież było tu mnóstwo. Ich emocje chyba też mi się udzieliły, bo nawet tłukłam w bandę przy mecie i zdaje się że coś krzyczałam.

A to wszystko z nieodłącznym synalem, który spędzał dzień jak mały kangurek – na matce przytulony w nosidle. I prawie nie marudził. Miał chęć spać – to drzemał, miał chęć jeść, to dawał mi znać i robiliśmy sobie dyskretne mniej lub bardziej posiadówki. I tak aż prawie do samego końca, prawie, bo w końcu zmęczenie wzięło  górę i po angielsku zniknęliśmy z tej warszawskiej imprezy, której hasłem było „Zakochaj się w triathlonie”.

Fakt. Wczoraj można się było zakochać. I mam nadzieję, że zakochiwali się nie tylko bliscy i znajomi królika i uczestników, ale też ci przypadkowi przechodnie, których przecież w niedzielę w sercu Warszawy nie brakowało i którzy przystawali zdumieni (no, dobra, niektórzy też pewnie wkurzeni, ale licencia poetica…)

A synkowi tak się spodobało, że mimo wczesnej pobudki, do późnego wieczora energia go rozpierała i kiedy już matka podpierała się nosem, on dalej się uśmiechał i był skory do zabawy. Czyżby zaczynał trenować…?

Na razie na szczęście tylko podpór przodem i przewroty w różne strony.

A ja naprawdę liczę na to, że wczorajszy 5150 Warsaw Triathlon był pierwszą edycją imprezy, która na dłużej wpisze się w kalendarz stolicy. Bo nawet z punktu widzenia zaangażowanego kibica impreza była świetna. Wiem, zawsze znajdą się malkontenci. Ale imprezy idealne nie istnieją. W Warszawie mnie przekonuje rozmach idei i rozmach organizacyjno-logistyczny. To raczej nie była impreza robiona dla pieniędzy. Dla pieniędzy to na upartego można się było kręcić w kółko nad Zegrzem. Ale wtedy pewnie nie byloby magicznego znaczka Ironmana w logo imprezy.

 

Nie będę ściemniać. Triathlon to nie moja bajka. Ale na ten start w Warszawie zdecydowanie nabrałam ochoty. 

A kto nie widział, ten trąba :P

 

Zrobić dzień, czyli o IX Biegu Marszałka

beautyandb

To mógł być bardzo kiepski dzień. Zaczął się … jeszcze w nocy, kiedy to synek obudziła się po raz trzeci, czyli co najmniej raz więcej niż zazwyczaj. Może mu było za gorąco, a może zwyczajnie żeby mu idą, to już ten czas. W efekcie budzik mnie nie obudził aż tak szybko… W rezultacie wstałam pawie godzinę później niż planowałam. Ergo, planowałam za wcześnie, skoro i tak w sumie zdążyliśmy ze wszystkim.

Nawet śniadanie było zdrowe, węglowodanowe i … fotogeniczne.

A ze śniadania łatwo się dało zrobić śniadanie na wynos dla synka (kasza jaglana + truskawki + 30 sekund miksera).

Ale potem się działo…

Do Sulejówka dojechaliśmy w samą porę. Tak dojechaliśmy… Pamiętam I Bieg Marszałka. Wypadał dzień (no, dwa dni, półtorej dobry, dwie noce) po naszej przeprowadzce do Starej Miłosnej. I pamiętam też, jak radośnie pobiegłam wtedy z domu na start, bo przecież to blisko. Jest blisko, raptem 5 km…  W sam raz rozgrzewka na 30 stopni…

Tym razem wszystko szło jak z płatka. Małżonek wziął pistolet (startowy!) i odpłynął na starty biegów dziecięcych, a ja zapakowałam syna do wózka i poszłam odebrać pakiet oraz polansować się w Biurze Zawodów i okolicach.  I kiedy już miałam się wkurzyć, że przecież jak ja wózkiem wjadę do szkoły, okazało się, że szkoła ma wygodny podjazd. Niestety, dalej już tak łatwo nie było, bo Biuro Zawodów na piętrze, a schody – jak to schody w szkole. Więc zaparkowałam obok innego wózka, małoletniego pod pachę i hajda! Numer odebraliśmy w 2 minuty (razem z koszulką, agrafkami i bodaj JEDNĄ ulotką), popozowaliśmy, pogadaliśmy i spokojnie zeszliśmy na dół.

Do startu było jeszcze mnóstwo czasu, więc matka postanowiła dać synkowi kaszkę… O, matko! Co też ci do głowy przyszło. A super dziecko nagle jakby postanowiło przestać być super i na chwilę stało się normalnym dzieckiem... Niby jadło, ale okraszało to jedzenie akompaniamentem pretensji i złości. Tyle, że nie chciało też… przestać jeść. Pomysły w postaci karmienia na rękach, na bagażniku samochodu i innych takich miały jedynie taki skutek, że nie tylko synek był wysmarowany kaszką, ale powoli i mama nabierała barw jaglanki z truskawkami… W międzyczasie konstatując, że musi sama coś wypić, żeby nie paść zaraz po starcie, powinna też raczej zdjąć czarne dresy… Starty dzieci dobiegły końca, ale małżonek, zamiast zajrzeć i zapytać, czy w czymś nie pomoc, popędził pod pomnik Marszałka na start honorowy. Tymczasem małżonka próbowała się przygotować do startu ostrego… Bardzo ostrego, bo gotowała się od środka…

Żeby w ogóle zdjąć dresy, trzeba było synka … (uwaga, scena drastyczna) wsadzić do bagażnika samochodu (otwartego rzecz jasna). Potem syn wrócił do wózka, a w bagażniku wylądowały wszystkie torby. Na wypadek jakby ojciec małżonek zapomniał, że miał przejąć syna na czas biegu. Wózek był biegowy na szczęście.  Potem trzeba było jeszcze syna odczepić od kranika z mleczkiem mamusi. Na szczęście mieliśmy na podorędziu butlę…

Wreszcie tuż przed startem synek zasnął, a na horyzoncie pojawił się jego tatuś. Wpadł na genialnny pomysł.

– To oddasz mi wózek za linią startu?  

- Słucham…? – moje oczy już nie tylko ciskały pioruny, ale na dodatek zrobiły się ogromne, jak u tego psa z Andersena…

- W sumie mogę go teraz wziąć, ale jak będę strzelał, to synek się może obudzić… - nie ma to jak wziąć kobietę na instynkt macierzyński, nie?

Z westchnieniem ustawiłam się na samym końcu stawki, żeby nie przeszkadzać z tym wózkiem.

I nadal gotowa w razie czego pokonywać z nim całą trasę.

Na szczęście jednak sędzia małżonek stał zaraz z linią w gotowości i przejął syna.

A ja wreszcie mogłam zająć się biegiem. Wystrzeliłam jak z procy. Zaraz się jednak zmitygowałam, bo jednak 10 km dawno już nie biegałam. No, w czwartek, ale to treningowo.  A i tak się zmęczyłam. Dzisiaj założeniem było zmieścić się poniżej godziny. Start z samego końca miał tę zaletę, że wyprzedzałam. Jak mały rozpędzający się czołg (te gabaryty, ciągle jeszcze za duże). Pogodna była nie najgorsza, nie było, o dziwo, upału, ale Sulejówek i jego kibice byli przygotowani po zęby. Na trasie dwie kurtyny wodne, punkty z wodą co kilometr (korzystałam, a jakże, z każdego!), idealnie oznakowane kilometry…

Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi to powiedział przed biegiem. Szlam równo jak maszyna. Lekko zwalniając pod górkę i przyspieszając na zbiegu. Na długiej prostej trochę przeszkadzał wiatr, ale bez przesady, nie walczyłam o sekundy. Obok złamania godziny, celem było pobiec dobrze, ale na luzie. Po pierwszym okrążeniu byłam pozytywnie zaskoczona czasem, ale też pełna obaw co do kolejnych dwóch kółek, bo może jednak biegnę za szybko….? Nie dobiegłam jeszcze do półmetka, kiedy zdublował mnie zwycięzca. W okolicach półmetka minęli mnie także drugi i trzeci zawodnik, tylko tego ostatniego rozpoznałam i nawet pokibicowałam.

Tymczasem przy trasie nie brakowało kibiców, którzy także mnie dopingowali, dzięki czemu skrzydła mi rosły, micha się cieszyła, a motywacja fruwała gdzieś pod chmurami…

Drugie kółko skończyłam w czasie zbliżonym do pierwszego i dalej byłam w stanie trzymać tempo. Szybkie obliczenia w głowie pozwoliły mi pomyśleć o… złamaniu 55 minut, a nawet, gdybym jednak zdołała jakimś cudem utrzymać tempo, o okolicach 52 minut…

Chyba zaczęłam lekko przyspieszać. Jeszcze rozsądek nakazywał trzymanie nerwów i nóg na wodzy, ale nogi pracowały jak automaty.

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze następny, brama, zbieg na stadion… Czułam się jak u siebie w domu, doskonale pamiętałam każdy niuans tej trasy.

Jeszcze tylko na ostatnim wirażu na stadionie trochę przedobrzyłam ze ściganiem, jeszcze dałam się wyprzedzić przed samą metą, ale…

51:54.

Ja wiem, żaden tam fajerwerk. 273 miejsce, 27 wśród kobiet, 9 w kategorii wiekowej.

Ale to nieważne.

Ważny – medal na mecie od Joasi Piwowarczyk, szefowej PR Biegu Marszałka.  

Ważny - uśmiech i zaskoczone spojrzenie małżonka patrzącego na zegarek.

Najważniejszy – uśmiech synka na widok mamy.        

13411870_1170837489613639_3270064283959944573_o

A potem mnóstwo spotkań. Tych na jedno zdanie. I tych na dłuższą pogawędkę. Ze znajomymi. Tymi od lat i tymi znanymi z sieci, którzy dzisiaj nabrali fizyczności. I tymi ostatnio poznanymi na spotkaniu w sulejówkowskiej bibliotece. I wreszcie z tymi całkiem nieznajomymi, którzy czytają bloga.

Dziękuję :) Zrobiliście mi dzień. 

A przecież mogło być od rana piekło, jak mawia pewna bliska mi osoba... 

PS. Z wyników nadal nieoficjalnych międzyczasy kolejnych okrążeń: 16:46, 16:40, 16:38. Mówiłam, że czołg i że maszyna? 

Aktywny Dzień Dziecka i mały prezencik

beautyandb

O tym, czego możemy się nauczyć od dziecka albo dzięki dziecku, już było (m.in. tu, tu i tu) i pewnie jeszcze będzie. Będzie też o pierwszym półroczu z młodym człowiekiem, ale poczekamy aż minie to pół roku. A to już niebawem. I… uczcimy ten fakt wspólnym startem w jednym takim biegu. Ale o tym, i o prezenciku, będzie na koniec wpisu.

Na początek za to będzie… O prezencie. Prezent sprawiliśmy sobie wszyscy troje z okazji Dnia Dziecka. I przyjechał w środę w samo południe. Miałam ochotę wypróbować go zaraz i natychmiast, ale trzeba było napompować kółka, posprawdzać wszystkie śrubki i tak dalej, a małżonek znalazł na to wszystko czas dopiero w czwartkowy wieczór. W piątek od rana jakoś się nie składało, a poza tym wymyśliłam sobie, że…

Jak początek – to od razu na jakimś starcie. W końcu zaczynało się tę biegową przygodę od samych startów, nie?  Dla tych, którzy krócej czytają bloga, nadmienię, że kiedyś nie było tak, że zawody w Warszawie są w każdy weekend, w pięciu lokalizacjach i do wyboru do koloru. Kiedyś jak były częściej niż raz w miesiącu, to już było święto. Ale… może dlatego dzisiaj zawody już nie mają tego nimbu święta?

Dla mnie jednak zostało coś magicznego w startach.

A żeby od razu nie rzucić się na głęboką wodę, zachowawczo postanowiłam się wybrać na… Aktywny Dzień Dziecka z Biegiem Wdzięczności w Lake Park Wilanów. Oczywiście, z Marcinem. Bo Tomasz w tym samym czasie mierzył skoki i rzuty w Mistrzostwach Polski w Wielobojach na drugim końcu Warszawy, na AWF.

Więc zapakowałam Marcina, nasz prezent, torbę rzeczy dla syna, torbę rzeczy dla siebie – i hajda! Po drodze trochę pobłądziliśmy (ach, te GPS-y!), ale w końcu trafiliśmy na miejsce. A miejsce okazało się – genialne! Zameldowaliśmy jako jedni z pierwszych, bo nie zdążyłam się zapisać przez Internet i byłam przygotowana na tłumy, a tu miłe zaskoczenie. Właśnie ruszało Biuro Zawodów, zostałam od ręki wciągnięta na listę, dostałam pakiecik – i nagle znalazłam się w małym raju. Zielona przystrzyżona trawka. Hamaki, leżaki, bary… Ach! I do tego pełne słońce, dobrze ponad 20 stopni od rana… Zaraz, czy ja pisałam coś o bieganiu?

13331130_1166424786721576_7190337799405301877_n

No, tak. Bo w tym uroczym zakątku jest taki nowy cykl biegów. Przynajmniej w tym sezonie. Biega się na 4 i na 8 km. Który dystans obstawiła Ania po tym, jak w maju biegała dosłownie 3 razy? No, który? Dłuższy :) To przecież jasne.

Ale póki co wyłożyliśmy się z synem na hamaku, wystawiliśmy pyszczydła do słońca, młody nawet lekko przysnął, a ja się organizowałam. Po drzemce nastąpiło karmienie, kleik ze słoiczka, mleko z… wiadomo skąd… , potem przebieranie matki, potem przepakowanie i przezbrojenie zasobów, wrecie przygotowanie strategicznych zapasów na drogę: butelka z mlekiem, butelka z wodą, woda dla mamy, dwa gryzaki (dla syna), miejsce na telefon…

I tak nam zeszło, że prawie przegapiliśmy biegi dzieci. A potem znowu karmienie, pakowanie depozytu do samochodu i niecierpliwienie się przed startem. Już wiedziałam, że łatwo nie będzie.

Bo co prawda nasz prezent, w sensie prezentu samozakupionego, Bob Sport Utility Stroller, czyli całkiem zgrabny jeep wśród wózków, jest przeznaczony do biegania w trudnym terenie, ale w instrukcji stało, że bieganie w trudnym terenie dopiero po 9. miesiącu. Dlatego odpuściliśmy dzisiaj start w posąsiedzkim Wiązowna Trail (trochę żałuję, ale cóż), bo o ile wózek by dał radę, to kręgosłup młodego może niekoniecznie. Tym bardziej, że na tym wczorajszym biegu właśnie trasa niby nie była trudna, ale… wertepiasta. Inaczej – to co dla buta jest prawie nieodczuwalne – dla kółek było odczuwalne aż za bardzo. A zwłaszcza wszystkie drobne kamyczki niewbite w nawierzchnię drogi. Wszystkie koleiny, pozostałości po kałużach i tak dalej…

Na starcie ustawiłam się grzecznie na szarym końcu stawki. Zaciągnęłam budę, ile się dało, bo słońce prażyło jak wściekłe. I ruszyłam. Marcin, który jeszcze przed chwilą marudził w wózku, zamilkł. Gdzieś w połowie kółka zaczęło mi się wydawać, że śpi. Pod koniec okrążenia podpytałam kogoś – faktycznie spał. Super dziecko przespało ponad trzy okrążenia, w trakcie których matka sapała i dyszała jak lokomotywa, po to by obudzić się na sam finisz. A i wtedy nawet nie zamarudził, tylko grzecznie się bawiła gryzaczkiem…

IMG_7078Fot. Natalia Kielak

Matka tymczasem musiała opanować chęć przyspieszania za wszelką cenę, bo jednak te kamyczki. Musiała też opanować prowadzenie wózka, który był nad wyraz przyjazny i prawie sam biegł. Całe szczęście, że kiedyś na bieżni mechanicznej miałam idiotyczny zwyczaj biegania trzymając się obudowy (nie, nie róbcie tak, mnie te ręce po prostu przeszkadzały). Dzięki temu bieg z rękami na poręczy wózka, na razie dwiema rękami, nie nastręczał specjalnych trudności. Wszystko to w zawrotnym tempie między 6:15 a 6:30.

Okazało się, że pozwoliło to nie tylko nie zająć ostatniego miejsca (35 na 42 startujacych ;)), ale…

… jak się okazało w trakcie dekoracji, w tym debiucie w duecie zajęliśmy z Marcinem…, to jest, pardon, matka zajęła II miejsce w kategorii Masters pań (na całe 5 startujących ;-)).

A zatem zaliczyliśmy z synem pierwsze wspólne podium. I mamy pierwszy wspólny puchar :)

 

A na zawodach, w których uczestniczyło raptem kilkadziesiąt osób, spotkaliśmy masę znajomych i odbyliśmy mnóstwo przemiłych rozmów. I mimo tego, że nie było tłumów i bieg był raczej kameralny, organizacja od odbioru czipa rano w biurze zawodów do jego oddania (prawie zapomniałam) była nienachalnie profesjonalna w każdym calu i przypomniała mi te biegi sprzed lat, które uwielbiałam i do których mam sentyment do dziś.

Coś czuję przez skórę, że do Lake Park jeszcze wrócimy…

Tymczasem jednak powoli trzeba się trochę przyszykować na starty, do których mam sentyment szczególny. Za niespełna tydzień, w sobotę, Bieg Marszałka w Sulejówku… Pamiętam pierwszą edycję tego biegu…

Pamiętam też pierwszą edycję innego okołowarszawskiego biegu, który darzę szczególnym sentymentem. Avon kontra Przemoc w Garwolinie. Wcale niełatwa trasa, na której jednak można dobrze pobiec… Ciekawe, jak to będzie z wózkiem…?

Aaaa. Właśnie. Bo na spóźniony Dzień Dziecka ja mam dla Was prezent. To znaczy, nie dla wszystkich. Dla jednej osoby, której będzie się chciało i w komentarzu napisze jako pierwsza, jaki wynik łączny i które miejsce miałam w klasyfikacji „all timers”, czyli tych którzy ukończyli wszystkie edycje po V biegu w Garwolinie. Ta osoba w nagrodę będzie mogła pobiec w Garwolinie, bo dostanie pakiecik startowy :)

A ja od jutra zagęszczam trening, bo już nie mam na co zwalić, bolid jest pierwsza klasa, syn też.    

I czekam na komentarze. Powiedzmy, do wtorku do 12:00 (południe). 

Żabie skoki i faza lotu

beautyandb

Marcin uczy się… Poruszać. Przemieszczać. Od kilkunastu dni położony na brzuchu… O, pardon. Położony na plecach w sumie też, bo natychmiast się na brzuch obraca. Najpierw na brzuch, , potem podnosi się wysoko, wysoko na rękach, potem podkurcza kolana i podnosi pupę. I to by było mniej więcej tyle. Jeszcze huśta energicznie tą pupą. Więcej mu na razie nie wychodzi, czasami udaj się żabi skok, wybicie z kolan, oderwanie obu rąk od podłoża i… rycie brodą w podłoże. Na szczęście przy tym nie płacze, tylko podnosi się i próbuje od nowa. I ciągle od nowa.

Czasami, zmęczony, irytuje się i zaczyna marudzić. Czasami popłakuje…

„Synku, nie denerwuj się, w końcu ci się uda. Zobacz, już oderwałeś jedną rękę. Jedna ręka i jedna noga… Świetnie ci idzie. Trening czyni mistrza” – powtarzam mu za każdym razem. A on przesuwa się albo takim żabim skokiem, ryjąc brodą, albo ślizgiem do tyłu. Na razie tak mu najwygodniej. Chociaż ostatnio zademonstrował też całkiem poprawny siad płotkarski i próbę przejścia do siadu normalnego… W końcu kiedyś usiądzie. W końcu kiedyś ruszy do przodu. A ja (podobno) zatęsknię za czasem, kiedy się nie poruszał…

Ale dlaczego ja o tym na blogu, było nie było biegowym, a nie parentingowym przecież?

Bo tak sobie patrzę na tego mojego synka i mam wrażenie, że znowu mnie uczy czegoś nie tylko o sobie samym.

Bieganie jest podobno najbardziej naturalną formą ruchu. Jak zajrzycie do regulaminów większości imprez biegowych, jest tam taki zapis o tym, że jest to „promocja biegania jako najprostszej formy ruchu/aktywności”.  

Kiedy tak patrzę na wysiłki mojego synka, dochodzę do wniosku, że biegnie wcale nie jest takie proste ani naturalne, jak to się powszechnie wydaje. Zresztą, chyba już kiedyś o tym pisałam. Tak jak dla Marcina nie jest naturalne chodzenie. Jeszcze nie wie, że najpierw musi iść jedna noga, potem druga. Że najpierw jedna ręka, potem druga. Że lewa ręka z prawą nogą, a prawa ręka – z lewą nogą. Na razie wykonuje żabie skoki i pełza do tyłu.

13094265_1159497100780405_8655787300163150414_n

Niektórzy początkujący biegacze też wykonują takie żabie skoki. Na swoją miarę.

Istotą biegania, tym, co różni bieganie od chodzenia, jest faza lotu. Tak poetycko nazywa się niekiedy tzw. fazę przeniesienia. To ten moment, w którym stopa jest nad ziemią. W biegu w tej fazie jedna noga zaczyna przeniesienie w chwili, w której druga jeszcze nie zakończyła ruchu i nie dotknęła ziemi. Obie stopy są oderwane od podłoża. W tym czasie przenosimy nogę do przodu. 

Nie dla wszystkich jest to oczywiste. Niektórym się wydaje, że jeżeli rytmicznie szurają, ciągnąc śródstopiem po ziemi, to już jest bieganie. Bo dla nich taki ruch jest naturalny. I nie muszą się niczego więcej uczyć. Bo dla nich naturalne jest szuranie. I nie mam na myśli Szuranie.pl.

Inni kurczowo zaciskają uda, przebierając wyłącznie łydkami i zmuszając swoja miednicę do pokracznych wygibasów nazywanych bieganiem. Najczęściej dlatego, że nie mają ochoty i/oraz czasu na ćwiczenia wzmacniające brzuch, miednicę właśnie czy uda. Owszem, udaje im się odrywać stopy od ziemi i nawet czasami osiągnąć niezły wynik, ale… o ile mieliby ten wynik lepszy, gdyby użyli tych wszystkich mięśni i pełnej dźwigni…?

W sumie. Żabie skoki też są metodą poruszania się.

A jednak mojego syna denerwuje to, że nie przemieszcza się tak, jakby chciał. Żabi skok nie jest tym o co mu chodzi. On chce się poruszać. I niekoniecznie wybijać zęby czy obdzierać brodę przy każdym kroku. Młody się uczy poruszać. Na razie ma matkę, która cierpliwie mu tłumaczy, pokazuje, demonstruje (tak, też!), podpowiada. Jednego staram się nie robić. – Synku, ale sam musisz pójść. Mama tego za ciebie nie zrobi – mówię.

Ostatnio na spacerze w jednym z warszawskich parków widziałam grupę „biegaczy”. Wybaczcie cudzysłów. Jedna grupa poruszała się rytmicznym szuraniem, które zapewne miało być biegiem, druga podążała za nią żwawym marszem.

Tak, ludzie mogą sobie spokojnie spacerować po parku w piątkowe popołudnie, czemu nie. Mogą szurać, maszerować i poruszać się najgłupszym krokiem, jaki są w stanie wymyślić. Tylko niech nie nazywają tego bieganiem. Tak jak nie nazwiemy ruchu żółwia, ślimaka czy węża, ani nawet żaby – bieganiem. Nie oszukujmy samych siebie. Bieganie to bieganie.

W tym dziecko jest uczciwsze niż dorośli. Ono wie, że żabi skok to nie jest chodzenie, nawet na czworaka. Dlatego szuka tego właściwego ruchu. Dlatego się irytuje, że nie wychodzi. Ono się uczy, żeby było jak trzeba. Owszem, jak już się nauczy – raczkować, potem chodzić, potem biegać – to będą dla niego najbardziej naturalne formy ruchu.

Dorośli mogliby się od dzieci wiele nauczyć. Na przykład tego, że to, co wydaje się najbardziej naturalne na świecie – na początku wymaga opanowania podstaw. To, że umiesz chodzić, nie znaczy, że umiesz biegać. Ucz się, naśladuj, szukaj mistrzów. Oderwij się od ziemi. Dopiero wtedy nazwij się biegaczem.

ANIAPP_KSIAZKA_3Fot.: Piotr SIliniewicz, Silne Studio. 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci