Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Cienka czerwona linia

beautyandb

Nie wkładaj tam palca – krzyknęła mama, ale już było za późno. Czteroletnia Ania musiała sprawdzić, co się kryje w otworze wyłącznika światła na klatce schodowej. Krył się prąd, trochę pobolało. Więcej tam nie wsadzała palucha, ale ciekawość została. Jakiś czas potem przy pomocy wsuwki do włosów Ania postanowiła sprawdzić co jest w gniazdku elektrycznym. Były…. Iskry. Poszły aż miło, wysiadła faza w całym pionie i oczywiście tata musiał naprawiać i świecić oczami.  Mimo to nie wykazał entuzjazmu, żeby wysyłać córkę na politechnikę, uważał, że kobiety na politechnice to pomyłka. Ale trwały głębokie lata 80-te i do akcji „Dziewczyny na Politechniki” było jeszcze blisko 20 lat.

Dlatego Ania pozostała humanistką i mimo ogólnej znajomości praw fizyki i pewnej znajomości ludzkiej fizjologii co poniektóre rzeczy musi sama sprawdzić i to najlepiej empirycznie, na samej sobie. Niestety, wiek i doświadczenie nie mają tutaj wielkiego znaczenia. Czasami Ania zachowuje się właśnie jak ta mała czterolatka, która pcha wsuwkę do kontaktu i patrzy, co się stanie…

A co to ma wspólnego z bieganiem? No cóż. Tym razem postanowiłam sprawdzić, co się stanie, jak po 5 tygodniach biegania homeopatycznego (6 razy przez cały miesiąc, w tym głównie krótko i wolno) wystartuję w półmaratonie. Doświadczenie z jesieni z Krakowa mówiło, że ten numer może się udać i nawet nie najgorzej. A nawet – całkiem dobrze. Tylko że mnie nie dość było półmaratonu, na który zapisałam się na początku stycznia w przeświadczeniu że będzie on preludium do nowej warszawskiej życiówki, że będzie powrotem do wysokiej formy, że…

Nie. Ja postanowiłam zrobić organizmowi sprawdzian podwójny, a nawet – krzyżowy. Bo doszłam do wniosku, że skoro udało mi się zamknąć Falenicę, to głupio jakoś odpuścić Wesołe Biegi Górskie, a ze startem za tydzień to nie wiadomo jak będzie. No więc taka wypoczęta i świeżutka jak szczypiorek na wiosnę, taki lekko przechlorowany szczypiorek, bo jednak na basen to regularnie chodziłam, zjawiłam się w sobotę na wydmie. I tu dostałam pierwszy sygnał ostrzegawczy.  Po pierwszym okrążeniu, dość żwawym, ale nie jakimś szybkim, w połowie drugiego zaczęły mi sztywnieć wszystkie mięśnie. A zwłaszcza te w nogach. Nie wiem, jakim cudem przetoczyłam się do końca tego okrążenia i pokonałam następne. Na czwartym mięśnie trochę się odblokowały i pozwoliły dokończyć bieg poniżej godziny.

Sygnał ostrzegawczy został przyjęty. Na zasadzie – odpocznę sobie do jutra i dam radę. Tymczasem kombinowałam, jak wkomponować w niedzielę jeszcze trening basenowy. I wydumałam…

Otóż najlepiej pływa się rano. Trening nie wyglądał na jakiś wyczerpujący, głównie w płetwach, więc akurat, nogi się zregenerują – pomyślałam. I jak pomyślałam, tak zrobiłam. Ósma rano w niedzielę – trening pływacki. W samo południe – start w półmaratonie. A gdyby głupota miała skrzydła, to pewnie jak ta gołębica latałabym nad parafią św. Hieronima w Starej Miłośnie.

Tymczasem rano trening na basenie w zacnym towarzystwie i przy cichym zainteresowaniu ratownika nieco dodał mi energii. Wymyśliłam sobie, że w Wiązownie spróbuję pobiec na 1:45. Szanse na sukces nie są duże, ale jakieś są…

Prosto z basenu z małym międzylądowaniem w domu pognałam do Wiązowny. Zaparkowałam jak zwykle pod sklepem, chociaż można było pewnie dużo bliżej biura zawodów. Ale zawsze zatrzymuję pod sklepem. Zabrałam manele i ruszyłam…

Najpierw do szkoły. Tam sprawnie znalazłam biuro zawodów, jeszcze sprawniej odebrałam numer startowy, potem pakiecik z ładną fioletową koszulką (nawet wybór był), pogawędziłam ze znajomymi, obejrzałam swój felieton w „Pasji biegania” i poszłam się przebierać.

Okazało się że żeby nie wiem jak organizator się starał, to niektórzy biegacze jednak nie umieją czytać. Napis „Strefa kobiet” wisi jak byk nad schodami i przed wejściem na I piętro, a panowie w najlepsze oblegają schody. I łażą nie wiadomo czego szukając. Może tego nauczyciela, co ich czytać nie nauczył. Jakoś udało mi się przebrać gdzieś pomiędzy kolejnym zagubionymi analfabetami, którzy co i raz przemykali przez strefę.  I akurat zostało mi tyle czasu, żeby oddać depozyt i wyruszyć w okolice startu.

Start… nastąpił prawie punktualnie, ale przy tej pogodzie drobny obsuw można wybaczyć. Ruszyłam energicznie, ale nie za szybko, wiedząc, że na specjalną szarżę to mnie nie stać. I tak do piątego kilometra biegłam sobie na luzie, tempem lekko poniżej 5’/km. W okolicy siódmego kilometra (których ktoś chyba złośliwie przestawił o jakieś 200 m) poczułam, że zaczynają się schody. A może tylko bardziej wiało. W każdym razie z lekka jakby zwolniłam. Ale nadal biegło mi się jeszcze nieźle, chociaż czułam, że nogi robą mi się coraz bardziej ołowiane…

I na półmetku, zaraz za nawrotem, ołów mnie zalał. Aż po kolana. Od 11 do 13 km poruszałam się jakimś rozpaczliwym marszobiegiem, zagryzając zęby z bezsilności. Na czternastym zaczęłam liczyć, ile jeszcze zostało. Jakoś dam radę pomyślałam sobie i gdzieś od 15. km ruszyłam spokojnym biegiem. O dziwo, nogi zaskoczyły i zaczęły się kręcić. Nie był to jakiś szybki bieg, ale bieg. Jeszcze minimalne szanse na 1:50 były. I wtedy, na 18. km, zatrzymałam się na picie. O, mamo! Jak mnie skręciło. Nie wiedziałam, czy mi zaraz brzuch wyjdzie uszami, czy mi go urwie w dół. Rozejrzałam się za jakąś infrastrukturą krzaczkową, ale jakoś nie było sprzyjających okoliczności. No to postanowiłam sobie pospacerować w stronę mety, od czasu do czasu zdobywając się na małą przebieżkę.

To był ten moment, kiedy wymyśliłam tytuł tego wpisu. Cienka czerwona linia, która dzieli brawurę od głupoty. Bo sam start w Wiązownie był swego rodzaju brawurą, ale z szansą na powodzenie. Ale dopakowanie sobie jeszcze górek dzień przed i basenu o poranku… I kto to pisze? To naprawdę ja…? No cóż, czasami wychodzi ze mnie taki… rys szaleństwa połączony z chęcią sprawdzenia siebie. Sprawdziłam sobie. Cud boski, że jakaś karetka nie musiała mnie z trasy zbierać albo inny samochód pomocniczy – transportować.

Na kilometr przed metą podjęłam ostatnią próbę. Ruszyłam, przebiegłam jakieś 200 m – i znowu stop, spacer, odpuszczam. I nagle zobaczyłam, że dziewczyna w różowej kurtce, której właśnie odpuściłam walkę, też zaczyna spacerować. O niedoczekanie! Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale przynajmniej finisz sobie urządziłam jak trzeba. A na mecie? No cóż.

Bez fajerwerków. Odebrałam medal (jak zwykle ładny). Odebrałam depozyt. I powlokłam się przebierać. Do strefy kobiet. Bo pod prysznicem dominowała zimna woda. Naturalnie tłumek analfabetów okupował schody. Zdaje się, że omal nie zrobiłam dwóch awanturek. Albo nawet trzech. W życiu się tak długo nie przebierałam! Trwało to i trwało. Wreszcie postanowiłam zejść na dół i zobaczyć jak wygląda świat przed szkołą. I wyszłam w samą porę, żeby…

Usłyszeć swoje nazwisko. Tak, mam wyjść na podium. Tak, wygrałam. Tak, zostałam Mistrzynią Polski. Dziennikarzy. No to wchodzę między panów dziennikarzy, którzy odbyli porządne ściganie. I aż mi jest głupio stać tak pomiędzy nimi, z tym swoim żenującym wynikiem. No, ale co zrobić. Wygrałam, nie?

(I już ani słowa nie napiszę o tym, że jak po dekoracji dojrzałam do tego, żeby może coś zjeść i trafiłam na stołówkę, to na pytanie o coś bez mięsa pani powiedziała, że może mi dać suchą bułkę. Życzliwi donieśli, że podobno wcześniej był nawet dobry makaron z suszonymi pomidorami. Podobno, bo chyba niewielu go widziało. Ale na koniec został tylko bigos, kiełbaski i żurek… )

 

Drobne radości

beautyandb

Siedzę w betach. Mąż pojechał do Gdyni na Bieg Urodzinowy. Trochę mu zazdroszczę, jak się zrobi cieplej, a ja w końcu wygrzebię się z różnych zobowiązań, które mnie trzymają przy komputerze, też pojadę. Albo pojedziemy razem. Nawet wystartował, chociaż pewne wolałby, żeby jego wynik nie figurował w oficjalnych statystykach klubowych. Tak to jest, jak się nie biega. Czasami jednak trzeba odrobić pracę domową.

Ja też nie biegam. Patrzę w dzienniczek treningowy i widzę, jak dwa miesiące dobrych treningów przez ostatnie cztery tygodnie stopniowo ze mnie wyparowały. W lutym – aż pięć razy biegałam, w sumie 48 km. Statystyka jak w średnim tygodniu treningowym. Dobrze, że chociaż nadrabiam pływaniem. Dzięki temu dzisiaj nie umarłam na górkach.

Bo stwierdziłam, że mam dość. Tego siedzenia i czekania nie wiadomo na co. Nie mogę biegać za szybko, ale w sumie to nie znaczy, że nie mogę sobie pobiegać w ogóle. Niebieganie powoduje nieprzyjemne rozleniwienie, chociaż i tak budzę się bladym świtem, dokładnie tak, jakbym miała iść pobiegać. Po czym przewracam się na drugi bok i śpię dalej. Nie biegam.

I w czasie, kiedy zamiast biegać – śpię, trafiam na taki cytat na tablicy Michaela Phelpsa: Podczas, gdy niektórzy śnią, inni nie śpią, żeby spełnić swoje sny -  tłumaczenie nieco kulawe, ale sens z grubsza oddaje. No, to postanowiłam się obudzić. I co prawda dzisiaj dzień głównie w betach, ale udało się wyrwać na chwilę i… wyskoczyć do Falenicy. Tak, bo jak wracać do biegania to od razu na najtrudniejszą traskę, nie? Żeby się na maksa upodlić, sprawdzić, jak bardzo się sflaczało, posypać głowę popiołem i… zacząć od nowa. A poza tym, dzisiaj była ostatni szansa na zaliczenie trzeciego biegu, wymaganego, żeby ukończyć cykl i dostać medal. A medale z Falenicy są wyjątkowej urody i do tej pory od 2008 r. mam wszystkie. Szkoda by było przerywać taką tradycję.

To tak trochę literacko brzmi, bo rzeczywistość była nieco inna. Po pierwsze, nie ustaliłam tego z trenerem, więc założeń na ten bieg nie było. Po drugie – nie było trenera, więc nie miałam komu uciekać przed dublem. Po trzecie – miało nie być ściągania, bo…wiadomo. Po czwarte – po raz pierwszy od kilku sezonów pobiegłam Falenicę bez kolców. Cóż, buty Reebok-cośtam-Allterrain, czyli takie do Spartan Race’ów, sprawdziły się doskonale. Mają wszystkie zalety kolców, ich lekkość, ich przyczepność, ale za to nie mają wad (czyli nie zbierają wszystkiego z drogi, w tym szyszek i innych patyków). Oczywiście, jestem nieuleczalna. Już kilka razy pisałam, że nie do końca umiem pobiec rekreacyjnie.

10991147_909896272374430_1815301946348922286_n

Więc ruszyłam dość mocno. Za mocno, już po pierwszym kilometrze korygowałam swoje tempo, bo jednak za cel  miałam ukończyć bieg, a nie zajechać się na pierwszym kółku. O dziwo, pierwsze okrążenie pokonałam wolniej niż ostatnio, ale nie AŻ TAK BARDZO wolniej. Drugie było nieco trudniejsze. Ja miałam poczucie, że biegnę coraz wolniej, a dookoła wyprzedzali mnie ludzie, którzy… no, bez urazy, po prostu zazwyczaj mnie nie wyprzedzają. Zagryzłam zęby. Kusiło, żeby przyspieszyć, ale głowa mówiła, że lepiej nie bo… Bo albo zejdę, albo będę tego żałować.  Postanowiłam wyluzować. Znalazłam sobie inny cel. Otóż w Falenicy, nawet jak się mocno ścigam, zazwyczaj gdzieś tam po drodze mam kawałki, w których podchodzę. Czwarty podbieg, szósty podbieg. A zatem cel na dzisiaj był – nie podchodzić.

10993963_913530675344323_2149178948696782837_n

I nagle coś zaskoczyło. Na ostatnim okrążeniu nie tylko nie podchodziłam, ale… wyprzedzałam na podbiegach. Ja? To naprawdę ja? Sama w to nie wierzyłam. Gdzieś po drodze udało mi się minąć kilka osób z tych, które mnie wyprzedzały na drugim kółku. Nie wszystkie. Ale kilka tak. I postanowiłam tanio nie sprzedawać skóry. Finisz był godny co najmniej życiówki. No cóż, nie tym razem. Za to radość miałam porównywalną. A wynik? W sumie raptem 7 sekund słabszy niż w grudniu. Druga mała radość - że nie jest tak źle. Trzecia – że to dobry punkt wyjścia. To idę dalej. Żeby nie przespać swoich snów.   10440281_913530692010988_3803880629026702968_n

 

Już wiem, dlaczego sport

beautyandb

Już wiem, dlaczego sport. Dlaczego od jakiegoś czasu każdą wolną chwilę spędzam ze sportem w roli głównej albo przynajmniej w tle. Dlaczego wstaję, kiedy za oknem jeszcze czarna noc albo wybiegam w minus dwadzieścia. Dlaczego z na wpół zamkniętymi oczami jadę przez Warszawę do miejsca, z którego kiedyś uciekałam, a teraz znajduję osobliwą satysfakcję w obijaniu sobie łokcia o plastikowe paskudztwo rozdzielające tory.

Z niezwykłą siłą dotarło to do mnie dzisiaj, kiedy wychodziłam z basenu, to jest, pardą, z pływalni. Na tejże pływalni zaliczyłam sprawdzian na 400 m. Chociaż „zaliczyłam” jest tu określeniem nie do końca adekwatnym. Trochę się bałam, trochę tremowałam, ale okazało się, że popłynęłam prawie półtorej minuty lepiej niż gdzieś na przełomie listopada i grudnia. I chociaż dalej są to prędkość z zakresu pełzającego żółwia, to jednak dałam z siebie prawie wszystko (tętno na ostatniej pięćdziesiątce dobiło do 185, prawie jak na dobrym finiszu biegowym). I czas też okazał się minimalnie lepszy niż wstępne założenia.

I właśnie dlatego sport. Bo jest wymierny. W biegu, w wodzie, nawet na tym nieszczęsnym rowerze, do którego nadal nie mogę się przekonać, chociaż bardzo chcę, w tych wszystkich dyscyplinach tyle dostajemy na końcu, w postaci wyniku i własnej satysfakcji, w postaci endorfin i czystej radości, ile włożyliśmy w trening i przygotowanie. Tu nie ma ściemy, nie ma miejsca na sztuczki. Nawet najdroższy rower świata sam nie pojedzie. Jak siądzie na niego taka lebiega jak ja, na pewno się przewróci. Ale jak się sto tysięcy razy przewrócę i wstanę, a potem znowu wsiądę – to w końcu pojadę. To pobiegnę szybciej, popłynę lepiej.

Tylko w sporcie wynik tak bardzo zależy od nas samych. Nie od pani z okienka, która stroi fochy, nie od klienta, który właśnie olał naszą fantastycznąjedynąwswoimrodzajuniepowtarzalna ofertę, nie od koleżanki zza biurka, która właśnie podłożyła nam świnię albo przynajmniej wsadziła szpilę, nie od tego gościa z drugiej strony maila, który zupełnie opacznie zrozumiał maila i wyciągnął z niego kompletnie nie to co powinien. Nie. W sporcie, przynajmniej amatorskim, jest tak, że przykładasz pracę i wyciągasz moc. Powinien być na to jakiś wzór. Fizyczny. Czysty związek przyczynowo skutkowy.

A kiedy nie wszystko zależy od nas? Bo deszcz, bo wiatr, bo nieplanowana górka po drodze? Bo upał ścina komórki w białko? Bo za wysoka fala? Wtedy wiesz, że musisz wrócić i spróbować jeszcze raz. Ten wątek nie ma już nic wspólnego ze sprawdzianem na 400 m. Ani z bieganiem, znowu mam kilka dni przerwy. Chociaż może jednak z bieganiem. Bo znowu coś nie poszło tak jak planowałam, znowu zakręt okazał się nie do przejścia, znowu się odbiłam od ściany w życiowym projekcie, który jest dla mnie ważny, ważniejszy niż bieganie (serio). I już opuściłam głowę, i już sobie chciałam powiedzieć, że dość próbowania, że już nie mam siły, że już nie chcę, że się poddaję.

I wtedy biegowa część mojego mózgu przypomniała mi, że na życiówkę w maratonie potrafiłam czekać cztery lata i osiem podejść. 3:30 łamałam przez prawie pięć lat i dziesięć podejść. Ale w końcu się udało. Więc jeżeli tym razem zależy mi bardziej…nie mogę dzisiaj zrezygnować.

Dlatego sport.

A zdjęcie jest z ostatniego Maratonu Karkonoskiego, podczas którego na półmetku marzyłam o zejściu z trasy. Jak widać - dotarłam do mety i jeszcze kilka osób udało mi się wyprzedzić. SDC15732

Własnymi słowami, czyli o pani od angielskiego i 10. Biegu Wedla

beautyandb

- To ja to opowiem własnymi słowami – powiedziała dziewczynka siedząca w drugim fotelu. W pierwszym siedziałam ja i kończyłam sprawdzanie swojej pracy domowej z angielskiego. A naprzeciwko nas siedziała na kanapie nasza nauczycielka. Dziewczynkę, ładnych kilka lat młodszą widziałam pierwszy raz na oczy. A ja byłam jakoś w klasie maturalnej, miałam zdany rok wcześniej FC z zaskakująco dobrą oceną (najbardziej zaskoczona naturalnie była nauczycielka) i zdawałam na 6. maturę z angielskiego. U zupełnie innych nauczycieli.

Nauczycielka spojrzała na dziewczynkę z lekkim zdegustowaniem. - Jak będziesz umiała tyle, co ona, to będziesz mogła własnymi słowami – powiedziała, wskazując na mnie brodą. – Ty naturalnie tego nie słyszałaś – to już było do mnie. Wiedziałam, o co chodzi. Ile razy serwowałam ten tekst o własnych słowach. Tymczasem owa pani wymagała, żeby zakuwać na pamięć opowiadania. Najpierw krótsze, z czasem dłuższe, dochodziliśmy do 40-50 linijek lanego tekstu. Nienawidziłam tego szczerze, bo nie znoszę się uczyć na pamięć. Ale właśnie zdając potem rozmaite egzaminy, doceniłam panią od angielskiego. Bo niektóre zwroty i frazy zapadły mi w pamięć tak, że do dziś jestem w stanie ich użyć bez zastanowienia. Bo wryły mi się w głowę konstrukcje i sformułowania. Można dyskutować dzisiaj, czy metoda była dobra, czy zła. Ale z czasem mogłam już coraz więcej własnymi słowami – bo i zasób słownictwa rósł niejako mimochodem (w życiu nie uczyłam się słówek).

Ale dlaczego ja o tym angielskim, skoro blog jest o bieganiu. Bo tak mi się skojarzyło, kiedy pod wpisem facebookowym z wynikiem dzisiejszego Biegu Wedla napisałam, że to po 10 dniach siedzenia na kanapie… A pobiegło mi się całkiem nieźle. W rezultacie czego wygrałam (w biegu na 5,5 km) kategorię K-35 i dostałam pierwszy tegoroczny puchar. I zaraz pod moim komentarzem o tych 10 dniach na kanapie – pojawił się komentarz Kasi, że ona też by tak chciała. I teraz mam dwa wyjścia. Albo zacząć się krygować, że to nic takiego, że słaby wynik (obiektywnie rzecz ujmując – najsłabszy od trzech lat na tej trasie J). Albo przyznać, że jak się swoje wybiega, to pamięć w mięśniach trwa dłużej niż te głupie 10 dni. Że jak się odrobiło tysiąc treningów, to te 10 dni – to tylko promil, ułamek całości. Jasne, że w danym cyklu treningowym taka przerwa nie odbywa się bezkarnie. Stąd ten wynik – słabszy od poprzednich. Jasne, że zakłóca cały cykl przygotowań do Półmaratonu Warszawskiego. Ale z punktu widzenia całej historii mojej zabawy w bieganie – to nie ma wielkiego znaczenia. To jest ten etap, kiedy już mogę mówić własnymi słowami. Bo odrobiłam prace domową.

Swoja drogą, ciekawe, czy na basenie reguła prac domowych też działa… Bo prace domowe odrabiam solidnie. Przynajmniej się staram. A sprawdzianik – niebawem :)

Wracając do Biegu Wedla. Pisywałam o nim już nie raz, bo to już w końcu 10. edycja, a moja – na pewno siódma, a może nawet ósma (mam jakąś lukę na 2008 r.). Pisywałam różnie. Jednak Bieg Wedla to jedna z tych imprez, które darzę sentymentem, a w związku z tym trochę mniej już patrzę na szatnie (dzisiaj nawet nie zeszłam, więc nie mam opinii), na tłum w biurze zawodów – bo nie stałam, zresztą kolejki nadmiernej też nie widziałam, na toitoie czy nawet na losowanie nagród, na którym zmarzłam na kość, a które w tym roku było prowadzone z najwyższymi pobiegowymi standardami. I nawet nie ta czekolada, choć było jej pod dostatkiem.

Dzisiaj było ważne to, że na biegu było mnóstwo znajomych – ich samych, ich partnerów, dzieci – kibiców i zawodników. Było też ważne, że starty odbywały się co do minuty, że było elektroniczny pomiar czasu – chyba pierwszy raz. Co prawda ja od razu musiałam popsuć chipa (kiedyś musi być ten pierwszy raz) i potem wpisywać się ręcznie w wyniki, ale na całe szczęście trafiło na mnie…   

Dzisiaj też ważny był sam bieg. Bo tak naprawdę nie do końca go planowałam. A właściwie – nie planowałam. Tym bardziej po 10 dniach przerwy. Ale ponieważ kiedyś-tam zdradziłam zainteresowanie, to wczoraj małżonek mi uświadomił, że mam pakiet startowy na moim ulubionym krótszym dystansie. Ulubionym – bo dwa lata temu zdaje się nawet wygrałam tam klasyfikację open kobiet. No, ale to było dwa lata temu i półtorej minuty szybciej. Dziś plan był zgoła inny – przebiec „byle dobiec”, na luzie, z uśmiechem i bez patrzenia na czas. Stąd trochę niestandardowy jak na moje standardy strój, czyli bluza i długie, ciepłe leginsy. Jednak da się w tym biegać i na zawodach…

SDC16924

Po starcie ruszyłam dość spokojnie. Chciałam sobie pobiec komfortowo, bez żyłowania, bez wypluwania płuc, bez zarzynania organizmu. Spokojnie wymijałam na pierwszym kilometrze, od czasu do czasu tylko cichutko przeklinając pod nosem, bo jeżeli ktoś jest w fazie zgonu po pierwszym kilometrze, to po jaki…. (słowo niecenzuralne) zaczynał tak szybko i z przodu stawki? No, po co? To mniej więcej tak samo, jak potem na basenie – dwa tory puste, na trzech – po jednej osobie, a pan sobie wchodzi „na drugiego” na „mój” tor. Wyprosiłam go ;-)




SDC169432

Na drugim okrążeniu dogoniłam Janga, który co prawda był już po biegu na orientację i na dodatek w stroju nie do końca sportowym, ale chyba się lekko zirytował i przyspieszył, ja się uczepiłam jego pleców – i jak pociąg jechaliśmy do przodu, dzięki czemu udało mi się kilka koleżanek wyprzedzić, w tym moją odwieczną rywalkę z kategorii :) Ba, nawet na finiszu, zamiast jak zwykle nieco odpuścić, ja jeszcze docisnęłam gaz i wyprzedzałam. Zapis z zegarka mówi, że pobiegłam prawie idealnie, niemal cały czas przyspieszając, ostatni kilometr był najszybszy. I dlatego właśnie uśmiechałam się potem już do samego końca imprezy. Chociaż może z zimna trochę mi wykrzywiało twarz.

SDC169791

 Ten bieg opowiedziałam sobie własnymi słowami. Ja już mogę :)

A panią od angielskiego do dziś wspominam. Jako jedną z lepszych nauczycielek. 

Technicznie rzecz ujmując…

beautyandb

Ty masz jeszcze duże rezerwy w technice – pocieszył mnie trener, kiedy wychodziłam z basenu skatowana po kolejnym treningu, na którym zostawiłam w wodzie połowę płuc i trochę serca. Jasne, mam rezerwy, bo też i technika w moim wykonaniu pozostawia wiele do życzenia. Na razie jestem dumna z tego, że poruszam się do przodu i że robię to jednak nieco szybciej niż kilka miesięcy temu.

Pływanie jest dyscypliną techniczną, liczy się nie tyle siła, ale rozmaite kąty, załamania, siły przyłożone w odpowiednich miejscach i tak dalej, i tak dalej. Nie będę się wymądrzać, bo ani nie jestem specjalistką od pływania (chociaż staram się wyciągać z każdych zajęć jak najwięcej informacji), ani od fizyki, żeby te wszystkie przyłożenia, odłożenia i inne detale opisywać. Przyjęłam do wiadomości, że pływanie jest dyscypliną wybitnie techniczną i fakt, że już robię pompkę (a nawet 10 naraz, takich klasycznych, męskich), nie sprawił, że nagle zaczęłam doganiać własną grupę na basenie, co to to nie. Ale kombinuję, czasami lepiej, czasami gorzej, od czasu do czasu coś mi nawet wychodzi zgodnie z założeniem. Cóż, nie nauczyłam się w dzieciństwie, to teraz nadrabiam, chociaż naturalnie z dużo większym trudem i mozołem.

Jakaż to różnica w stosunku do biegania, kiedy to po prostu założyłam buty, kompletnie zresztą do biegania się nie nadające – i ruszyłam przed siebie. Bo bieganie z kolei nosi tą łątkę sportu naturalnego, intuicyjnego, najbardziej podstawowej formy ruchu, najprostszej rekreacji…

Tak? – pomyślałam sobie na którymś przyjemnym rozbieganiu, nie za długim, ale takim w sam raz żeby sobie poeksperymentować. Spięłam pośladki i odrobinę przesunęłam je do przodu, tak, jak powinnam to robić, płynąc grzbietem. Od razu zrobiło się lekko trudniej, bo jednak mięśnie zapracowały. A za kilka chwil zegarek pokazywał tempo o jakieś 10 sekund szybsze niż wcześniej. Oddech i tętno pozostały bez zmian. Ha! Przypomniałam sobie te wszystkie zdjęcia, na których widać, że jestem zmęczona i że mój tylny aspekt osobowość wyraźnie ciągnie mnie do tyłu, a następnie przygina do ziemi na jedną nóżkę bardziej. A jeszcze za chwilę przyszedł mi do głowy ten fragment „Sztuki szybszego biegania”, gdzie Julian Goater pisze o sylwetce w trakcie biegu. Trzymając cały czas spięty tył (spięty = w lekkim napięciu, spięty NIE znaczy zaciśnięty, z zaciśniętym słabo się biega, uwierzcie tej, co ma notoryczne problemy z żołądkiem), postanowiłam jeszcze raz pokombinować ze środkiem ciężkości. Wychyliłam się nieznacznie do przodu górą. Naturalnie, tylko na tyle, żeby nie zaryć zębami w chodnik, na który właśnie wybiegałam.

Nogi od razu dostały przyspieszenia, a technicznie rzecz ujmując – zaczęłam nimi szybciej przebierać. Nie celowo, nie specjalnie, ale tak po prostu zaczęły się szybciej kręcić, a ja dalej biegłam sobie w strefie komfortu. Znowu  o kilka sekund szybciej.

Technicznie rzecz ujmując, bieganie jest proste. Oderwać nogę od ziemi, przenieść, wylądować, przetoczyć stopę, odbić. I zanim jedna stopa dotknie ziemi, zrobić to samo drugą. Bo bieganie od chodzenia różni… faza przeniesienia. Bardziej poetycko nazywana fazą lotu. Ale żeby przejść do etapu „poezja”, trzeba odrobić lekcje z prozy. Czyli nauczyć się przenosić. I tu kłaniają się te kąty, przyłożenia i odbicia.

Bo, oczywiście, można przez cały czas ciągnąć nogę tuż nad ziemią. Przenosić, starając się oderwać drugą stopę, zanim pierwsza dotknie podłoża. Możemy odrywać te stopy od ziemi z wysiłkiem, wkładając siłę w każdy ruch. Tylko że bez odbicia będzie trudno przyspieszyć, bez pochylenia do przodu zwiększenie kadencji będzie wymagało większej siły, bez odpowiedniej pracy rąk trudniej będzie podbiec pod górkę… Tak na marginesie, oglądając transmisje z biegów narciarskich w tym sezonie (gdzieś na początku) usłyszałam, że Justyna Kowalczyk właśnie dlatego tak dobrze podbiegała, bo jako pierwsza zaczęła używać rąk jak biegacze lekkoatleci. Cóż, same ręce oczywiście nie biegają, ale dobrze wykorzystane – mogą pomóc.

Jeszcze raz wrócę na basen – wybaczcie, taki sezon, technicznie rzecz ujmując… Wkładaj tą rękę pod wodę, tak jakbyś płynęła z górki, będzie ci łatwiej – to też któryś inny złoty cytat z trenera. Został mi w głowie, pamiętam o nim prawie przy każdym zanurzeniu dłoni. A jak nie pamiętam, to zaraz sobie przypominam. Bo z górki pływa się łatwiej.

No więc to pochylenie do przodu – to jakbym ciągle biegła z górki. Że zbiegać to trzeba umieć? Że zbiegi bolą? Że potrafią dobić skuteczniej niż niejeden podbieg? To wszystko już wiem. Ale wiem też, że zbiegi są doskonałym treningiem techniki. I właśnie zbiegając – można się nauczyć latać. No, dobra, upadać też trzeba się wtedy nauczyć. Ale to wszystko kwestia techniki.

Bo bieganie też jest sportem technicznym. Może i najprostszym. Może i faktycznie siłą i kondycją osobistą wiele można nadrobić. Ale jeżeli nie odrobimy lekcji z techniki, to możemy polecieć najwyżej jak ta kura czy inny pingwin. A chodzi przecież o to, żeby się oderwać. Od ziemi. I od własnych ograniczeń. Technicznie rzecz ujmując…

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci