Ania biega - Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało s...
Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#droganaNarodowy. Półmaraton PWZ i o tym, co robić, a czego nie robić przed biegiem

beautyandb

Nie mogę się ogarnąć. Tak dawno nie startowałam, że nie wiem, co spakować – marudziłam w niedzielę od rana. Wybieraliśmy się na IV Półmaraton Powiatu Warszawskiego Zachodniego (jest taki twór administracyjny, serio). Kiedy zapisywałam się na niego jakieś dwa i pół tygodnia temu, miała to być sól sama moich przygotowań maratońskich, po górskich wakacjach chciałam zrobić mocny trening w tempie maratońskim, wcześniej podkręcając tempo na treningach.

Jednak, jak to zazwyczaj bywa, dobrymi chęciami to piekło najczęściej jest wybrukowane. Bo tydzień później dopadła mnie jakaś niemoc ogólna, która po trzech dniach nabrała konkretnego przekazu z pieczątką lekarską. Przez jakieś 5 dni ograniczyć aktywność fizyczną. Jeżeli bieg – to krótko i wolno, ewentualnie pływanie i rower, ale… I tu nastąpiło wyliczenie potencjalnych konsekwencji. Uznałam, że 5 dni to nie wieczność, odpocznę sobie. I właściwie całą koncepcję biegu w Błoniu trafił szlag jasny, ale skoro w sobotę już się dobrze czułam, to uznałam, że w niedzielę mogę pobiegać. I to – pobiegać w półmaratonie od razu, czemu nie. W sumie, jeżeli nie będę się nastawiała na wynik, pobiegnę  na luzie, bez spinki i nerwów – dam radę.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Dodatkowo za moimi racjami przemawiał padający od rana deszcz – sama w tak pogodę niekoniecznie bym się zmusiła do 20 km, a tak – sama przyjemność.

W Błoniu od samego parkingu – znajomi, mnóstwo znajomych. W tym i kolega z klubu. Wszyscy pytają: na jaki czas, na jaki czas. Na żaden czas, dzisiaj będzie byle dobiec. Kolega (normalnie jakieś 1:30 w półmaratonie) zdradza, że chce biec na 1:45. Hm… Wiesz, to nie jest takie głupie tempo. To może spróbuję pobiec z tobą – mówię buńczucznie. Gdyby się udało…

Nie udało się. Nie mogło się udać. Zaczęliśmy optymistycznie (dla mnie) po 4:50. Do czwartego kilometra wszystko szło gładko. Na piątym zaczęłam zwalniać, bo do walki włączył się mój żołądek, nienawykły ostatnio do wstrząsów. Po kilkuset metrach boksowania powiedziałam Wojtkowi,  żeby na mnie nie czekał, bo to nie ma sensu. On pobiegł zatem dalej, zdaje się, że w narastającym tempie,  a ja miałam narastającą ochotę, żeby zejść z trasy. Na szczęście po jakimś kilometrze mi przeszło, żołądek się uspokoił, wróciłam do prawie równego tempa w okolicach 5:00. Biegło mi się coraz lepiej. Dziesięć kilometrów, półmetek, dwanaście, czternaście…. Trasa niemal idealnie płaska, miejscami tylko ciut wiało, miejscami pojawiali się kibice, niektórzy nawet uzbrojeni w urządzenia do wytwarzania hałasu. Pięknie. Na 15. kilometrze zaczęłam lekko zwalniać, poczułam lekkie zmęczenie. Ale tu była agrafka, więc siłą rzeczy i woli trzeba było biec… Bo nie wypada. Zaraz za agrafką uświadomiłam sobie, że jeszcze tylko 4 kilometry. Jedno osiedlowe kółko. Co to jest, to już jakbym była na mecie…

I jak tylko o tym pomyślałam, poczułam, że łydki mi kamienieją, uda sztywnieją – i właściwie jest po biegu. Ściana na 18. kilometrze – to nawet było dość zabawne. Dobrze, że do mety było tak blisko i w miarę płasko – to toczyłam się jeszcze siłą rozpędu…

Dotoczyłam się lekko poniżej 1:50 (1:49:20).

10408732_815751498455575_5660629439087568342_n

A za metą, jak już się wykąpałam pod gorącym prysznicem, pożarłam makaron maźnięty sosem pomidorowym i zaczęłam odczuwać pewien dyskomfort w kończynach, doszłam do wniosku, że… Do 36. PZU Maratonu Warszawskiego  zostało jeszcze 5 tygodni, więc to i owo uda się jeszcze poprawić. A ja dostałam nauczkę, że walka z własnymi słabościami jest fajna, dopóki nie szkodzi się samemu sobie.

I dlatego dzisiaj kilka rad dla tych, którzy chcieliby pójść w moje ślady. Bo po co się kopać ze ścianą i to od pierwszego razu. Rady są w kilku działach. Od końca.

W dniu biegu:

a)      Wstań odpowiednio wcześnie. Jeżeli start jest o 9, dobrze być na nogach już o 6. I mniej więcej wtedy zjedz śniadanie. To, co zjesz – to już jest sprawa indywidualna, ale przez te 5 tygodni masz szansę przetrenować, co nie szkodzi przy długich wybieganiach. U mnie – chleb z dżemem, miodem, ew. kasza manna z bakaliami (jak jestem w domu), ale hitem jest chleb z awokado. Nie za dużo, żeby żołądek nie był ciężki. Niektórym pasuje owsianka, ale uwaga na błonnik (ach, te jelita!)

b)      Pakowanie. To właściwie można ogarnąć dzień wcześniej, ale jeżeli lubimy dreszczyk emocji – możemy zaryzykować poranne pakowanie. Wersja damska niezbędnika – ręcznik, żel pod prysznic, szczotka/grzebień, krem lub balsam do ciała, klapki (jakby był prysznic), suszarka (jak jest zimno), bielizna na zmianę (skarpetki, majtki, panie: biustonosz), sucha koszulka, cienka bluza, kurteczka. Mogą być spodnie (lub spódniczka). Buty na zmianę (ja zabieram biegowe, zakładam przed biegiem, po biegu zmieniam). Panie: kosmetyczka, dla mnie obowiązkowo z tuszem do rzęs. Tzw. mokre chusteczki – na wypadek gdyby jednak prysznica nie było. Panowie – plaster, do zaklejenia wiadomo czego. Oraz: żele (na maraton – ze cztery-pięć, SPRAWDZONE WCZEŚNIEJ W WRUNKACH FRONTOWYCH), picie na drogę (sprawdzony izotonik lub woda), batonik na chwilę przed startem. Numer startowy. Chip do pomiaru czasu (jeżeli nie jest w numerze). Ew. worek na depozyt – jeżeli był pakiecie. Folia termiczna – do utrzymania ciepła przed startem. Czasami gąbka. Gąbka służy do obmywania twarzy w upale.

c)       Strój startowy. Warto przygotować dzień wcześniej. Generalnie: koszulka startowa, techniczna, najlepiej sprawdzona. Ja biegam bez rękawów nawet jak jest chłodno, ale to kwestia gustu. Generalnie pamiętamy, że na zawody trzeba się ubrać tak, jakby było 10 stopni więcej niż pokazuje termometr. Na trasie się rozgrzejemy. Odradzam bluzy, koszulki z długim rękawem, kurtki. Nie we wrześniu. Do koszulki od razu przypinamy numer. Są takie miejsca (np. Warszawa), gdzie numer zwalnia z opłaty za przejazd komunikacją miejską.  

Na dół - spodenki lub krótkie legginsy. Skłaniam się ku tym ostatnim po kilku obtarciach wewnętrznej stronu ud. Warto sprawdzić na długich treningach. Do tego cienkie skarpetki, możliwie bezszwowe. Jeżeli macie opaski lub skarpety kompresyjne – warto, bywają na trasie  wsparciem, kiedy w mięśniach czai się skurcz.

d)      Buty. Przede wszystkim – wygodne i sprawdzone. Osoby nieco cięższe (siebie też zaliczam do tej kategorii) powinny pamiętać, że bucik musi mieć chociaż minimum amortyzacji. Lekkie startówki na maraton zostawmy wycieniowanym profi. A jeżeli już zainwestowaliśmy – niech poczekają na jakąś szybką piatkę lub dyszkę. Maraton bez wsparcia może zaboleć. W takich butach warto wcześniej zrobić dłuższe wybieganie. Dłuższe wg Ani = jakieś 25-35 km.

Uwaga! Na większości cywilizowanych maratonów nie ma potrzeby taszczenia ze sobą bidonu czy plecaka z piciem. To, które zapewnia organizator na punktach powinno w zupełności wystarczyć.

Dzień przed biegiem:

a)      Rozruch. Warto sobie bardzo wolniutko przetruchtać jakieś 4-5 km, a na koniec zrobić kilka ożywczych przebieżek. Nie jestem pewna o co chodzi, ale ile razy tak zrobiłam – tyle razy w dniu zawodów wypadałam jakoś… lepiej. Cudowną okazją do takiego rozruchu s wszelkiego rodzaju biegi śniadaniowe, zazwyczaj połączone z drobnym poczęstunkiem. Najlepiej wspominam taki bieg w Barcelonie J

b)      Pasta Party! Czyli nawet jeżeli nie idziesz na żadną imprezę – na kolację zafunduj sobie albo zrób (wersja bezpieczniejsza) górę makaronu. Z warzywami, ewentualnie z mięsem, ale odradzam ciężkie zawiesiste sosy i ser żółty. Pizza też będzie ok, ale makaron – najlepszy. Jeżeli nie jesteś abstynentem – możesz na dobre trawienie wypić lampkę wina. Ale lampkę, a nie pół butelki.

c)       Maraton Expo – czyli targowe szaleństwo. Dobrze jest trochę ponasiąkać atmosferą biegowego święta. Można sobie kupić jakiś mały upominek awansem, choćby pamiątkowę koszulkę. Można dokupić odżywki i żele – ale jeżeli mają być na ten start – lepiej sięgnąć po te znane niż po nowości. Jeżeli dodatkowo targom towarzyszą prelekcje i spotkania ze znanymi biegaczami – na pewno warto posłuchać doświadczeń innych, nawet nie zawsze mądrzejszych.

d)      Biuro Zawodów – jeżeli nie zrobiłeś tego wcześniej – nie odkładaj odbioru numeru n ostatnią chwilę. Im wcześniej go odbierzesz, tym wcześniej się zmobilizujesz. Ja staram się odbierać numer już w piątek, nawet wieczorem. Wtedy w sobotę zaglądam na expo, ale już bez ciśnienia, że biuro, że coś muszę.

e)      Relaks – no właśnie. Nawet jeżeli pierwszy raz jesteś w nowym miejscu – zwiedzanie odłóż na PO biegu. A dzień przed poleż nawet do góry brzuchem i z lekko uniesionymi nogami. Chociaż z własnego doświadczenia dodam, że życiówkę maratońską robiłam dzień po tym, jak odbyliśmy dłuuuugi spacer barcelońskimi uliczkami. Ale może wtedy byłam po prostu dobrze przygotowana.

Tydzień przed biegiem.

a)      Trening. Wyluzuj. Teraz już nic poprawisz, a jeszcze możesz napsuć. Zrób 2-3 lużne wybiegani po ok. 8-10 km. We wtorek lub środę – kilometrówki w planowanym tempie maratonu. Kilka. To jest ten etap, kiedy lepiej zrobić jeden trening mniej niż o pół za dużo.

b)      Dieta. Niektórzy stosują w tym czasie dietę polegającą na tym, że od niedzieli wyłączają z jadłospisu węglowodany, jedzą głównie białko. W środę rano robią akcent (te kilometrówki), a od popołudnia „ładują” węglowodany. Teoretycznie dieta taka ma powodować magazynowanie glikogenu i coś tam jeszcze. W praktyce chyba nie m dowodów na jej związek z wynikami. Ja sama jakoś nie zauważyłam różnicy, poza tym, że trzeciego dnia bez węglowodanów zaczynałam warczeć na ludzi. Więc nie stosuję. Ale w ramach esperymentu – można.

c)       Picie. W zasadzie nie można napić się na zapas. Jednak do maratonu dobrze być odpowiednio nawodnionym. Dla mnie tydzień przed maratonem to krytyczny czas, kiedy przestrzegam zasady wypijania dwóch litrów wody dziennie (na co dzień mam z tym kłopot).

Ostatnie zawody przed.

Na tydzień przed można przebiec mocne pięć lub 10 kilometrów. Dłuższe dystanse – w tempie maratońskim, na luzie, ale raczej z pewną ostrożnością. Półmaratonu lepiej już nie biegać. Jeżeli nie startujemy, możemy sobie zrobić 17-20 km wybiegania, ale spokojnie.

Półmaraton kontrolny/ostatnie długie wybieganie

Ten najlepiej pobiec 2-3 tygodnie przed. Czyli w tym przypadku – najpóźniej w połowie września. Akurat w tym czasie fajnych imprez nie brakuje, więc tylko wybierać. Ja bym jeszcze zastosowała gradację – trzy tygodnie przed – na życiówkę, na dwa przed – tempo maratońskie. Jeżeli zamiast startu mamy w planie długie wybieganie -  to też ostatnie zróbmy dwa tygodnie przed imprezą, zwłaszcza jeżeli długie w naszym planie to 30 km i więcej.

Uwaga, wirus!

Jeżeli macie za sobą solidnie przepracowany BPS, to na dwa tygodnie przed startem robi się niebezpiecznie, bo organizm jest osłabiony treningiem i podatny na wirusy i przeziębienia. Jeżeli gorączka czy katar dopadnie was dwa tygodnie przed startem – nie panikujcie.  Żadnych armat na wróble i szybkiego zbijania przeziębienia. Żadnych, broń Boże!, żadnych antybiotyków. Najlepsze w tym przypadku będą domowe sposoby – malinki, miód, cytryna… Uważałabym nawet na aspirynę. Za to trzeba lekko odpuścić trening. Po 3-4 dniach można wrócić do truchtania – i wtedy już tylko zostają kilometrówki w tempie maratońskim w charakterze ostatniego akcentu. Da się!

Co jeszcze warto wiedzieć na 5 tygodni przed maratonem?

  1. Że za tydzień upływa termin podstawowej opłaty. Jeżeli chcecie przekroczyć metę na Narodowym – warto się szybko zdecydować. Zresztą, umówmy się, nikt normalny nie podejmuje decyzji o starcie w maratonie z dnia na dzień.
  2. Zostało pięć tygodni – to już za mało na klasyczny BPS, ale jeżeli biegacie – dacie radę się przygotować do ukończeni biegu.
  3. Maraton to nie są po prostu dwa półmaratony. Im szybciej biegacie, tym ta prawda jest bardziej oczywista. Do maratonu trzeba się przygotować  i warto w te 5 tygodni wplanować jeszcze 2-3 dłuższe wybiegania. Dłuższe = 25-35 km.
  4. Jeżeli macie zaplanowane starty w półmaratonach – jeden z nich można poświęcić na przećwiczenie tempa maratońskiego. To doskonały sprawdzian.
  5. Jeżeli przyjeżdżacie na maraton spoza Warszawy, warto już zaplanować logistykę – noclegi, przejazd, organizację dnia. Unikniecie niepotrzebnego stresu i przepłacana za last minute.

Ufff, chyba komplet rad na to, co PRZED startem. Gdybyście mieli jeszcze jakieś pytania – to zapraszam :) I do zobaczenia za miesiąc na Narodowym.

 

Nie moja bajka, ale ten Majka! Czyli nie do końca moja opowieść o rowerach i emocjach

beautyandb

Stałam w średnim miejscu. Nie widziałam telebimu, byłam zdana na relację słowną, z tego, co telebim akurat pokazywał. I tylko słyszałam – jeszcze 12 km, jeszcze 10, jeszcze 6, wreszcie – pięć, te pięć, z których cztery poznałam wracając z porannej przebieżki, czyli podjazd przez samą Bukowinę. Nie napiszę, w jakim tempie wbiegałam tym podjazdem…

Spiker co jakiś czas meldował: dogonili ucieczkę, jadą razem, podjeżdżają pod ścianę Bukowina, Rafał mobilizuje kolegów, żeby mu pomogli, wreszcie, n 3,3 km przed metą – jeżeli miał się oderwać, to kiedy, jak nie tutaj, na kolejnym podjeździe. Liczyło się każde sto metrów. Kiedy został mu kilometr do mety, wśród publiczności zapanowała zbiorowa histeria. Spiker krzyczał „Rafał”, a tłum wrzaskiem odpowiadał „Majka!”. Krzyczałam najgłośniej jak umiem (nie wiedziałam, że tak umiem). Zaciskałam kciuki, gardło zaciskało mi się same, a pod powiekami czułam jakieś wzruszające pieczenie.

I nagle wyłonił się zza zakrętu. Jechał sam, nie było widać za nim nikogo. Gardło nadal miałam ściśniętę i czułam rosnącą gulę wzruszenia, ale nadal wydzierałam się razem z innymi. Za to oczy zrobiły mi się okrągłe jak spodki od filiżanek. Jak to – sam? Jak to – z taką przewagą? Jak on to zrobił? Przecież jeszcze wjeżdżając na ostatnia pętlę peleton z pociągiem Tinkoff Saxo miał ponad 40 sekund straty do ucieczki, która uformowała się gdzieś po pierwszej pętli i w której długo prym wiódł Maciej Paterski, ostatecznie najlepszy góral 71. Tour de Pologne.    

Ale pociąg w żółtych koszulkach odrobił swoje, pojechali na Rafała. Jeszcze przed trzecią (z czterech pętli) mieli prawie dwie minuty straty. A potem systematycznie zbliżali się do uciekinierów, va banque poszli na ścianie Bukowina w Gliczarowie – właśnie na trzeciej pętli, nadrabiając około minuty. Rafałowi pozostawało zakończyć tę piękną akcję tak jak umiał najlepiej – z 10-sekundową przewagą nad rywalami. Ależ ta przewaga na rowerach robił wrażenie – z punktu widzenia biegacza to raptem kilkadzieścia metrów, na rowerze – na pewno ponad sto. Dobrze ponad sto.   

10524699_807812299249495_3366319306270425979_n

„Rafał Majka” – krzyczała publiczność. Ja też. Gardło zdarłam sobie aż po sam przełyk. Dłonie mam lekko opuchnięte od klaskania i uderzania w różne elementy wyścigowej infrastruktury celem robienia hałasu.

A Rafała zobaczyłam kilka godzin wcześniej – kiedy podpisywał listę startową. Nawet ustawiłam się gdzieś w pierwszym szeregu chętnych do wspólnej foty, ale… ale jeszcze bliżej stała Mama kolarza, z którą syn chciała zamienić kilka słów, potem pojawili się panowie aktorzy z „Czasu honoru” którzy chwilę wcześniej ukończyli wyścig dla amatorów – i faceci honoru zrobili sobie fotę – i Majka już spieszył się do przestartowego wyciszenia. Cóż. Zatem mamy zdjęcia Majki, ale nie mamy sweet foci z bohaterem dnia.

15200_807811855916206_299857443017445750_n

Mam za to zdjęcie z bohaterem innego dnia… Dzisiaj też był jedną z gwiazd amatorskiego wyścigu. Panie i panowie – Zbigniew Bródka!

10403058_807811735916218_3842211979146918787_n

No i jeszcze jedna fotka. Bo zupełnie niespodziewanie (dla mnie) w Bukowinie na starcie pojawił się… mój szef. I nie tylko się pojawił, ale pojechał w wyścigu amatorskim. I bez szwanku dotarł do mety. Wyrazy uznania.

1544372_807811925916199_7977713359136186719_n

Ja się nie odważyłam. Kiedy rezerwowałam pobyt w Bukowinie, to właśnie start w Bukowinie, w Tour de Pologne Amatorów, miał być wisienką na torcie, królewskim zakończeniem wakacji. Ale jakoś… nie udało mi się swojego wyjeździć. Na dodatek spd-y budzą jakiś mój opór wewnętrzny. I kiedy wczoraj wyjechaliśmy z małżonkiem na małą próbę przed ewentualnym startem, okazało się, że buty udaje mi się wpiąć albo nie zupełnie przypadkowo, niewpięty pedał przy jednej z prób uderzył mnie w piszczel z taką siłą, że jeszcze mnie boli (a noga natychmiast spuchła), a jak już w końcu udało mi się wpiąć trzy razy z rzędu bez problemu i okazało się, że nawet daję radę podjeżdżać – to na zjazdach jednak rower panował nade mną, a nie odwrotnie. No cóż, nie o takim końcu wakacji myślałam… I chociaż serce bolało, a rozum wiedział, że kondycyjnie i siłowo dałabym radę – to jednak ten sam rozum powiedział – odpuść, jeszcze tu wrócisz.

10561810_807131032650955_8458119690920802825_n

A na razie sobie pobiegaj.

No to biegam. Dzisiaj w sumie 13 km, przez Brzegi, Jurgów, Czarnogórę i podjazdem, to jest, pardon, podbiegiem w Bukowinie. Choć usłyszałam i taki komentarz: „Pani, tu się jeździ, nie biega”. Cóż, póki co jazda to jeszcze nie do końca moja bajka. Ale ja bywam czasami uparta. Mam nawet pewien plan…

     

   

Jak dobrze nam zdobywać góry…

beautyandb

Nuciłam z niekłamanym sarkazmem słowa tej turystyczno-harcerskiej piosenki wdrapując się na Śnieżkę. Wdrapywałam się dosłownie, gdyby nie to, że kilka dni przed wyjazdem robiłam manicure, to pewnie i pazurami po tych skałach i poręczach bym darła. Pazurami od rąk rzecz jasna, bo nogi ze mną nie współpracowały. Od jakiegoś czasu. A podejście na Śnieżkę obnażyło mą słabość w sposób bezwzględny. Wyprzedzały mnie kobiety w klapkach japonkach, panowie w ciążach spożywczych, panowie z dziećmi na plecach i dzieci jako takie. Oraz zwierzęta.

W którymś momencie, jakieś niespełna 100 m od szczytu, usiadłam na kamieniu i pewnie bym już tak została, rozważając, dlaczego nie zakończyłam biegu przed wejściem na Śnieżkę, gdyby nie życzliwy współbiegacz, który przechodząc mimo zwrócił mi uwagę, że do szczytu już naprawdę niedaleko. „W sumie – słusznie” – stwierdziłam i ruszyłam za nim. Co prawda było mi słabo, niedobrze, kręciło mi się w głowie, a nogi były jak koły, ale ruszyłam. Z mocnym postanowieniem, że jak tylko zejdę z drugiej strony – to zejdę też z trasy biegu, bo ukończenie go raczej nie mieści się w granicach moich możliwości tu i teraz. Muliło mnie gigantycznie i rozglądałam się za jakimś dyskretnym krzaczkiem, ale na Śnieżce nie było mowy, ani o krzaczku, ani o – dyskretnie.

Cóż było robić? Ruszyłam powoli w dół. Ale że było w dół – nawet powoli okazało się jakby ciut szybciej. Oczywiście natychmiast złapała mnie kolka. Rozciągnęłam j nie przestając truchtać. Kiedy dobiegłam do podśnieżkowego punktu po raz drugi, już nie myślałam o schodzeniu z trasy. Zresztą, tak na zdrowy rozum, niby jak ja bym stamtąd wróciła? Przecież nawet kasy na jakiś autobus nie miałam… To już lepiej było toczyć się do mety. Napiłam się tylko solidnie wody, pilnując, żeby przypadkiem nie wciągnąć izotoniku, który ewidentnie mi szkodzi.

Spojrzałam na zegarek. Przeliczyłam w głowie. Oj. Słabo. Będę miała problem ze zmieszczeniem się w limicie. Niby już jestem za półmetkiem, ale to nie znaczy, że już z górki. To prawda, że Śnieżki więcej nie będzie, a ze Śnieżnych Kotłów czeka mnie zbieg, ale też i zmęczona jestem już mocno – i te nogi. Jak kołki. Ale czemu się dziwić, skoro najdłuższa aktywność jaką ostatnio odbyły to spokojne asfaltowe 17 km…? Nie miałam jednak wyjścia. Tam, gdzie było z górki albo  przynajmniej płasko – musiałam biec. Na 25. kilometrze złapałam plecy biegacza w niebieskiej koszulce Festiwalu Biegowego – i tak się ciągnęliśmy – raz ja wyprzedzałam, raz on. W ten sposób minęliśmy jedną parę. Kiedy dotarliśmy do 30 km, wiedziałam już – zmieścimy się w limicie. Musimy napierać dalej, będziemy minuty przed zamknięciem mety, ale powinniśmy dać radę. Z tej radości próbowałam podbiec sobie po prawie równym. I równo pięknie podcięło mi nogi, wywinęłam konkursowego orła, który tak mnie zdziwił, że przez ułamki sekund leżałam skulona na ziemi (bo zwinęłam się, żeby zasłonić głowę). Mój biegowy towarzysz natychmiast był przy mnie – pytając, czy wszystko w porządku. No, nie licząc krwawiącego kolana, jakiejś krwi na dłoni oraz szczypiącego łokcia – w sumie byłam cała… Kolano przepłukaliśmy wodą z camelbaka kolegi i ruszyliśmy dalej. Chwilę później dogoniła nas koleżanka, która wyprowadziła mnie z błędu co do dystansu. Bo, nie wiedzieć czemu, do tej pory byłam przekonana, że mamy do pokonania 48 km. Nie ma to, jak się miło rozczarować. Oficjalnie podawanym dystansem było jednak ok. 46 km.

Od razu jakby skrzydeł dostałam. Na zejściu do punktu minęłam jeszcze dwóch panów. Na punkcie moje cały czas krwawiące kolano nie zainteresowało służb medycznych, więc obficie zlałam je wodą -  i ruszyłam dalej. Po drodze dogoniłam jednego biegacza, który mijał mnie jakieś… 17 km wcześniej, mówiąc, że jeszcze go wyprzedzę. Cóż, podbieg, a raczej podejście pokonywaliśmy wspólnie. Potem ja byłam troszkę z przodu. A kiedy odwróciłam się następny raz – byłam sama… I napierałam. Mimo że to był 35 kilometr. Mimo że było pod górkę. Bieg to to nie był, ale szybko posuwałam się do przodu. Do Śnieżnych Kotłów dogoniłam kolejnych dwóch biegaczy. Wiedziałam już, że w limicie zmieszczę się spokojnie. Choć bez fajerwerków. Teraz jednak nie liczył się wynik, a dotarcie do mety.

Ze Śnieżnych Kotłów schodziłam już bardzo raźno. Tuż przed Schroniskiem Pod Łabskim Szczytem dogoniłam biegaczkę, którą ścigałam od podnóża Śnieżki. Na punkcie wypiłam tylko dwa kubki wody. Od 13 km nic nie jadłam – miałam żele, ale po akcji na górze trochę się bałam. Uznałam, że dopóki nie czuję się osłabiona – lepiej nie będę jadła. Ostatecznie pewne naturalne zapasy mam…  

Od Schroniska droga już wiodła w zasadzie wyłącznie w dół i miała dość przyjemną nawierzchnię. Zaczęłam się rozpędzać. Jak kula śniegowa nabierałam szybkości. Humor mi się poprawiał z każdą pokonaną stumetrówką. Aż do przedostatniego zakrętu, kiedy to… zmyliły mnie strzałki i jedna pani mówiąc, że mam biec prosto… Dopiero jakieś 100 m dalej kolejni turyści mnie zawrócili na właściwą drogę, a ja dale pewności zaczekałam jeszcze na tych, co byli za mną. A potem włączyłam turbo i pognałam….

SDC15732_m

Za górką zobaczyła żółtą koszulkę małżonka. Zaczęłam machać entuzjastycznie. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo Tomek stwierdził, że jednak więcej w tym było rozpaczy niż entuzjazmu. Oddałam mu plecak i pędziłam prosto na czerwoną bramę. A za nią jeszcze był mały zbieg, ostry zakręt i…. 200 m podbiegu. Ale przecież nie podchodzi się przy kibicach… Wpadłam na metę szczęśliwa jak chyba nigdy, choć z czasem tak słabym jak nigdy (7:30:20, miejsce 393).

Potem Piotr napisał na FB coś o statystykach. Zerknęłam w wyniki. Od Śnieżki do mety minęłam 27 osób… Jedna minęła mnie, ale to się nie liczy, bo na Śnieżce była przede mną.

Tymczasem za metą najpierw padłam, a potem - wpakowałam się po same uda do ogrodowego baseniku z zimną wodą, który tam stał ku uldze i uciesze biegaczy…

Jak dobrze nam zdobywać góry… - nuciliśmy sobie z małżonkiem już bez cienia sarkazmu na drugi dzień, kiedy najpierw sportowym marszem podeszliśmy na Szrenicę, a potem pod prąd starej trasy MK dotarliśmy do Śnieżnych Kotłów – i zbiegliśmy spod Łabskiego Szczytu. I jeszcze kolejnego dnia, kiedy o poranku próbowaliśmy wbiec na Kamieńczyk…

Co zrobić, droga na szczyt zazwyczaj wiedzie pod górkę...

 

Gdzie diabeł nie może, czyli feminizacja maratonu polskiego

beautyandb

Starożytni mieli prościej. Kobiety nie tylko nie biegały, ale generalnie miały zakaz wstępu na stadiony, gdzie rozgrywano igrzyska. Z czasem wpuszczono na olimpijski stadion kobiety niezamężne, ale ponieważ zasadniczo nie poruszały się one samopas, więc wyłom w regułach był czysto teoretyczny.  Kobiety trzymały się od sportu na dystans, podobnie jak od wojny. W końcu i tu, i tu mam do czynienia z walką.

Od jakiegoś czasu co prawda co po niektórzy twierdza, że kobiety miały swoje igrzyska, poświęcone boginii Herze, Heraia, ale tak naprawdę była to raczej lokalna impreza o ograniczonym zasięgu – w przeciwieńskie do igrzysk olimpijskich. Niejaki  Pauzaniasz w swojej „Wędrówce po Helladzie” podaje, że niezamężne kobiety rywalizowały ze sobą na olimpijskiej bieżni w biegu na dystansie pięciu szóstych stadionu (około 160 metrów).

Historia nam bliższa okazała się dla kobiet jeszcze bardziej okrutna, bo wyłączyła je ze sportu w ogóle. Ale, jak wiadomo, kobiety nie są z tych, co łatwo rezygnują i nie lubią, żeby je traktować jako płeć specjalnej troski. I dlatego już w 1896 r. na starcie biegu maratońskiego, który wtedy był jeszcze nieco krótszy niż dzisiejsze 42 km 195 m, wraz z grupą mężczyzn stanęła kobieta – Greczynka Melpomena. Dotarła do mety w czasie powyżej czterech godzin, nie zakwalifikowała się na pierwsze nowożytne igrzyska, ale trafiła do legendy.  A w pierwszych nowożytnych igrzyskach nie wstartowała ostatecznie żadna kobieta. Zresztą, wobec zaciekłego oporu barona de Coubertina (tak, tak, i on ma skazę na życiorysie), w większej liczbie kobiety pojawiły się na olimpijskich arenach dopiero w 1928 r. Pomysł, że mogłyby wystartować w biegu maratońskim, nikomu nie przyszedł do głowy. Z wielkimi obawami dopuszczono bieg na 800 m, który brutalnie pokazał, że kobiety nie powinny biegać więcej niż jedno okrążeni stadionu.

W tym kontekście w sumie przestaje mnie dziwić mój osobista Mama, która kiedyś, wybierając się ze mną jako kibic na stadionowy trening (dwa dni po moim trzecim maratonie) zapytała: Ale to zrobisz jedno czy dwa kółka po tym stadionie? – Mamuś, na dwa to szkoda buty zmieniać… Dwadzieścia. A właściwie – dwadzieścia pięć – wyprowadziłam ją z mylnego wyobrażenia o bieganiu.

Mam szczęście, bo mniej więcej wtedy, kiedy ja się urodziłam, trwała batalia o kobiece bieganie. W tym – o maraton. Maraton w ogóle – i maraton na igrzyskach. Dzisiaj już nikt nie pyta, czy kobiety mogą biegać, czy powinny, czy to im przypadkiem nie szkodzi. Nie, dzisiaj  dyskusja jest o tym – jak szybko mogą biegać, kiedy padnie nowy rekord świata, czy dogonią mężczyzn.

Ale zanim znaleźliśmy się w takim przyjemnym momencie, że możemy się bić co najwyżej o osobne szatnie i ewentualnie wysokość nagród, musiało się wydarzyć kilka incydentów, które spowodowały, że kobiety zdobyły maraton.  Wszystko zaczęło się nieco wcześniej, ale tak naprawdę do dyskursu publicznego trafiło w kwietniu 1967 r. To wtedy Boston Marathon zamiast na kolumny sportowe trafił na czołówki amerykańskich  gazet. A ilustracją z biegu było czarnobiałe zdjęcie, na którym dwóch działaczy szarpało zawodnika z nr 261. Zawodnika? No, właśnie się zorientowali, że K.V. Switzer to nie zawodnik, a – zawodniczka, Kathrine, i nie bacząc na autobus pełen fotoreporterów, próbowali usunąć z trasy kobietę. 20-letnia Kathrine biegła ze swoim trenerem i z narzeczonym, którzy odepchnęli napastników i umożliwili jej dalszy bieg.

Kathrine miała zresztą podwójne szczęście. Po pierwsze, dopuszczono ją do biegu. A dopuszczono, bo zarejestrowała się nie jako Kathrine, a jako K.V. Switzer. Według niej samej, nie było to zamierzone. Ot, po prostu, akurat w tym okresie swojego życia podpisywała się inicjałem – na cześć J.D. Salingera. Może się tak podpisywała. Ale na pewno też znała całkiem świeżą historię Roberty Gibb. Gibb przebiegła bostoński maraton rok wcześniej. Jej wynik był o prawie godzinę lepszy niż wynik Switzer. W 1967 Gibb też przybiegła przed Switzer. I w 1968. Ale wyniki Gibb figurują w oficjalnych statystkach Bostonu raptem od… 1996 r. Dopiero po trzydziestu latach Amerykanie przyznali, że faktycznie, była taka zawodniczka i faktycznie, przebiegła legendarny maraton. W 1966 r. sam dyrektor bostońskiego maratonu wysłał Gibb pismo tłumaczące, że niestety, jako kobieta nie może wziąć udziału w maratonie, bo kobieca fizjologia uniemożliwia bieganie maratonów i w ogóle kobiety mogą się ścigać najwyżej na półtorej mili (ok. 2,4 km). Gibb, w bermudach swojego brata i bluzie z kapturem, ukryła się w krzakach i wystartowała. Z krzaków.

Trzeba było kolejnych kilkunastu lat, by kobiecy maraton tak naprawdę wylazł z krzaków, wyrósł z powijaków – i trafił do programu Igrzysk Olimpijskich. Pierwszy olimpijski maraton kobiet rozegrano w 1984 r. w Los Angeles.

A potem ruszyła lawina. Kobiety rozpanoszyły się na biegowych ścieżkach na całego. Już nie tylko powstają specjalne kolekcje biegowych strojów dla kobiet, damskie modele butów, które podobno są lepiej dopasowane do budowy kobiecej stopy, chociaż na pierwszy rzut oka stopa kobiety może być co najwyżej ciut mniejsza niż stopa męska. Już mamy specjalne biegi – tylko dla kobiet, gdzie panom wstęp wzbroniony, chyba że kibicują lub robią zdjęcia, albo – jak w ostatniej edycji Samsung Iren Women’s Run – służą za znaczniki kilometrów.  Ale biegi kobiece w Polsce to jeszcze pieśń przyszłości, bo na razie daleko nam do tego, żeby, jak w San Francisco, organizować maraton dla kobiet z kilku- czy nawet kilkunastotysięczną frekwencją. I daleko nam jeszcze do tego, żeby – jak w Stanach – kobiety stanowiły ponad 60 proc. uczestników biegów krótszych niż maratońskie.

Na dzisiaj kobiety stanowią jakieś 25-30 proc. uczestniczek biegów krótszych – do 10 km. I warto zwrócić uwagę na tą tendencję, bo jeszcze 4-5 lat temu udział kobiet w biegach wahał się od 7 (standardowo) do 15 proc. (duże masowe biegi).  Najwięcej kobiet wzięło udział w ubiegłorocznej edycji Biegnij Warszawo – ale nadal 4,5 tysiąca pań w skali całego biegu stanowiło zaledwie i a 35 proc. Mniej pań wystartowało w Biegu Niepodległości, ale i tak 2716 kobiet to 37 proc. wszystkich uczestników i to chyba również, poza biegami stricte kobiecymi – jeden z najwyższych współczynników. Kobiety zatem już pokazały, że biegają, że nie boj się startować, ale wciąż mierzą siły na zamiary i ostrożnie szacują swoje możliwości. A poza tym – lubią bieg duże, gdzie łatwiej ukryć się w tłumie ;-)

Bo już taki półmaraton czy maraton cieszy się zdecydowanie mniejszym udziałem kobiet. Już, już miałam napisać, że mniejszym zainteresowaniem, ale jednak to nie o zainteresowanie chodzi, tylko właśnie o udział. Chociaż liczba pań, które w tym roku dobiegły do mety 9. PZU Półmaratonu Warszawskiego imponuje. 2385. 21 procent.  Niby nie dużo, ale w liczbach to jakieś 500 więcej niż rok wcześniej. Zresztą, rok wcześniej, w warunkach arktyczno syberyjskich, do mety dotarło prawie 1900 pań, także pond 1/5 wszystkich uczestników. Twardy charakterek mają biegaczki!

A co z maratonem? Tu już panie zdecydowanie są w mniejszości. Nadal obowiązuj zasada – 7, maksymalnie 10 proc. Tu też odbiegami od średniej świata zachodniego, gdzie pań startuje 25-40 proc. To prawda, że niektórzy organizatorzy bardzo się przyczynili do takiego stanu rzeczy, różnicując nagrody i odstraszając lepsze zawodniczki od startu. A kobieca logika działa tak: chce pobiec maraton. Chcę zrobić życiówkę albo dobry wynik. Sprawdzam kilka biegów. Sprawdzam wyniki za ubiegły rok. No i widzę, że zwyciężczyni miała ponad 3 godziny… Szukam innego. Często – w bliskiej zagranicy. Na przykład w takim Berlinie, gdzie kobiet biegnie blisko 10 000.

W Polsce najwięcej pań można spotkać na trasie Maratonu Warszawskiego. No, tak, w końcu mnie też. W zeszłym roku było nas prawie 1000. Ale to dalej raptem 12-13 proc. wszystkich uczestników. Co cieszy – to dynamika. Między rokiem 2012 a 2013 liczba kobiet na trasie MW wzrosła o 36 proc. Między 2011 a 2012 – prawie się podwoiła.  No, ale w końcu gdzie może być więcej kobiet, skoro w Warszawie jest też największy wybitnie kobiecy punkt odżywczy – obsługiwany przez najbardziej kobiece dziewczyny w perfekcyjnym makijażu i w różowych koszulkach. Nawet na 35. kilometrze potrafią dodać siły.

Jeżeli tendencja się utrzyma – już we wrześniu będziemy mieć na mecie 36. PZU Maratonu Warszawskiego ponad 1000 kobiet. I to dobrze ponad 1000. Na razie na liści startowej jest już ponad 1140 pań i codziennie przybywają nowe! Stawiamy milowy krok w feminizacji polskich maratonów. I tak do 28 września. Fajnie będzie być częścią tej historii. To może jakaś specjalna strefa za metą? 

Z punktu widzenia zająca

beautyandb

Ten moment, kiedy na 9 kilometrze patrzysz na zegarek i widzisz, że zabraknie Ci sekund, żeby się zmieścić w wyznaczonym czasie. Wiesz, że powinieneś przyspieszyć. I możesz przyspieszyć. Ale czy mogą jeszcze przyspieszyć ci, którzy biegną za Tobą i uwierzyli, że pomożesz im dobiec z nowym rekordem życiowy rekordem sezonu, albo po prostu z dobrym wynikiem? Zatem – przyspieszasz, ale nie aż tak bardzo. Zerkasz na zegarek. Znowu zerkasz. I jeszcze raz zerkasz…

A potem na mecie okazuje się, że jesteś tam pół minuty wcześniej niż to było w planie. Stajesz za linią mety z wyrzutami sumienia, czekasz na tych, co za Tobą, wypatrujesz twarzy poznanych przed i w trakcie biegu. Ktoś się do Ciebie uśmiech, wyciąga rękę, mówi, że dziękuje. Najlepsza nagroda, radość, lekkie uspokojenie. Nowe przeżycie, nowe emocje.

Mimo że to już ósmy mój Bieg Powstania Warszawskiego. Chyba niedługo będę takim biegowym Matuzalemem, opowiadającym o zamierzchłych czasach… Bo kiedy pomyślę o moim pierwszym BPW, to pamiętam – deszcz, znicze w alejkach AWF, pięć pętli tymi alejkami, jakieś 200 osób na trasie… No i mojego osobistego pacemakera, Miśka z Galerii, który miał mnie za uszy przeciągnąć przez 50 minut, ale nie wyszło, bo trasa… miała więcej niż 10 km… 50 minut złamałam kilka tygodni później na Kabatach, z zupełnie innym osobistym pacemakerem, ale atmosfera BPW już na zawsze wpisała się w mój kalendarz startów.

I jakoś nie potrafię z niej zrezygnować. Mimo że zazwyczaj jest to jeden z moich najsłabszych biegów w sezonie. Wieczorna pora, całodzienne sobotnie obżarstwo, letni, często gorący i parny dzień – to nie sprzyja szybkiemu bieganiu. Kilkakrotnie zaczynałam BPW bardzo szybko – i kilkakrotnie kończyłam marszobiegiem, bo organizm odmawiał współpracy w tych okolicznościach przyrody…W tym roku już właściwie miałam zrezygnować w ogóle, ale wtedy pojawił się Grzegorz z pytaniem, czy może ktoś ze znajomych nie pozającowałby… Chwilę pomyślałam i wymyśliłam, że skoro i tak zazwyczaj w BPW biegam słabo i się tym frustruję, a tu jest okazja pobiec spokojnie i jeszcze zrobić coś pożytecznego – to dlaczego nie skorzystać? Uznałam, że 50 minut w mojej obecnej formie może być jednak wyzwaniem zbyt trudnym i asekurancko wymyśliłam 55 minut.

I tak też w sobotę stanęłam w strefie startowej gdzieś pomiędzy 50  a 60 minut, odziana w kamizelkę z cyferką 55 i z balonikami na 55. Oraz z kolegą w podobnym stroju organizacyjnym.

Tłum wokół nas gęstniał, na dźwięk hymnu zdecydowana większość stanęła na baczność, a po hymnie i po odliczaniu rozpoczęliśmy długi marsz – do startu. Lekko byłam przerażona tym, co czeka nas za linią startu – jeszcze nigdy nie startowałam z tak daleka, a zator na Bonifraterskiej wspominam jako jeden z koszmarów BPW. Na szczęście dyszka startowała z Bonifraterskiej prosto, nie było zakrętu – i o dziwo, po starcie było tłoczno, ale na tyle, że w miarę szybko można było złapać właściwy rytm, a potem… - tylko mijać. No właśnie, bardzo mnie zastanowiły te dziesiątki wręcz osób, które mijaliśmy już na pierwszych dwóch kilometrach, mimo naprawdę spokojnego biegu….

Zerkałam na zegarek od czasu do czasu, żeby nie było za szybko ani za wolno, ale jednak z wskaźnik wiarygodny przyjęłam oznaczenia organizatora. Po dwóch kilometrach było perfekcyjnie – 11  minut.

Potem nastąpił magiczny zbieg Karową, na którym zdublował nas zwycięzca.  Zaraz za zbiegiem – chwila wytchnienia w kurtynie wodnej. Trzeci kilometr, czwarty – 22 minuty – szło idealnie. Podbieg lekko wolniej, podobnie przy punkcie z wodą – obowiązkowo biorę wodę – trzy łyki do gardła, reszta na głowę – i dalej. Spokojnie, ale do przodu, teraz już głównie wyprzedzamy. No, to miło już było, a też trzeba zapierniczać, myślę sobie.  6 km – 32:50. Perfekcyjnie, cieszę się w myślach. Spokojnie mijam Krakowskie Przedmieście, na zaciągniętym hamulcu zbiegam Karową, pajacuję pod kurtyną wodną. Ósmy kilometr. Pierwsze drgnięcie niepokoju… Rozjazd z zegarkiem, pojawia się jakiś niedoczas, lekutko koryguję tempo. Ale nadal spokojnie. Fontanny tańczą na Podzamczu, Most Gdański w oddali, jeszcze chwila i podbieg, a za nim meta…

I wreszcie ta nieszczęsna 9-tka. Znacznik mijam po 50 minutach. Czyli zostało 5 minut na ostatni kilometr! Jakim cudem? Przecież nie będziemy teraz biec po 5’/km, nie ma takiej opcji. Skręcamy na podbieg. Dociskam gaz, ale bez przesady, tempo jest jakieś 5:15… Dopiero po wbiegu w lej do mety zaczynam się ścigać z jakimś biegaczem, prowokuję do finiszu jeszcze szybszego, ostatecznie przegrywam ten finisz, ale jestem zadowolona. Do momentu, dopóki nie spojrzę na zegarek. 54:16. Twarz mi tężeje. Jakim cudem? Jak? Po perfekcyjnych 4/5 dystansu? Przecież to zaprzecza fizyce… Przesadziłam?

pzuoutbpw14_02_mp_20140726_220818.jpgANNA

Kilkanaście sekund później dobiega drugi pacemaker. Też jest przed czasem. Ale nikt wokół nie zgłasza pretensji.  Rozglądam się jeszcze z troską dookoła, łowię uśmiechy i mile słowa. Jednak nie zawiodłam, w każdym razie – niektórych – nie.

I po raz pierwszy od dawna Bieg Powstania Warszawskiego kończę bez frustracji i narzekania, za to z podekscytowaniem i tak przyjemną radością…

Ale następnym razem dobrze się zastanowię, zanim założę zajęcze uszy. Bo to jednak wielka odpowiedzialność jest!

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci