Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Opowieść o stresie, ogniwach, duchu i motywacji

beautyandb

Chyba nigdy w życiu nie byłam tak stremowana… No, dobrze, przesadzam, pewnie się zdarzyło, nie raz i nie dwa. Tylko pewnie na tyle dawno, żebym tego zwyczajnie nie pamiętała. No więc nie pamiętałam i kiedy przekraczałam próg Centrum Sportu i Rekreacji na Bielanach – było mi najzwyczajniej w świecie niedobrze, a resztki obiadu niebezpiecznie podchodziły mi do gardła.

Jedyne czego byłam pewna, to tego, że płuca mam odpowiednio przewentylowane, bo całą drogę (a ze Starej Miłosnej na Bielany chwilę się jedzie) wyłam jak dusza potępiona do wtóru starym piosenkom (bo wiadomo, śpiewamy tylko te piosenki, które znamy). Cud, że mąż po drodze nie wysiadł. Ale jak wyję, potem dobrze mi się biega. Postanowiłam spróbować tego sposobu i na innych polach... 

Po przekroczeniu progu CSiR wcale mi się nie poprawiło. Właściwie im więcej znajomych spotykałam – a było ich coraz więcej i więcej – tym bardziej czułam się niepewnie. Trzy kolory koszulek dziwnie zdominowały hol przed wejściem. Zrobiło się przytłaczająco korporacyjnie. Ze swoją jedną – cały czas jeszcze nie do końca kompletną – sztafetą czułam się jakoś na marginesie. Próbowałam przestawić zwrotnice w mózgu na pozytywny tor. Przecież w tym wszystkim chodzi tylko o zabawę, przecież to są rekreacyjne zawody…

Aha. I kto to mówi. Ta sama osoba, która uważa, że solą sportu, nawet uprawianego amatorsko, jest rywalizacja i stałe dążenie do poprawy wyników? Ta sama która twierdzi, że tym właśnie różni się pasja do sportu od pasji, dajmy na to, do robótek ręcznych? Tak? Bo  jak już przeszło na trudniejszy sport, to co? Rączki do góry i „to tylko rekreacja”? Ja?

No więc. Denerwowałam się. Doskonale pamiętałam swój pierwszy start w wodzie sprzed półtora roku. Zepsułam wtedy wszystko, co można było zepsuć – może poza skokiem. A przecież płynęłam wtedy żabą, która jest najbardziej „moim” stylem. I grzbietem, którym też jakoś wtedy umiałam się poruszać. A jednak. Tym razem, dla dodania wrażeń, miałam popłynąć kraulem. Stylem, który… No, dwa miesiące temu napisałabym, że go nie znoszę, nie umiem i w ogóle, ale akurat to się trochę pozmieniało. Zresztą, umówmy się. Dwa miesiące temu nie przepłynęłabym czymś na kształt kraula nawet jednego basenu. Albo po jego przepłynięciu stanęłabym na dłuższy odpoczynek. A tu miało być – 4 x po 2 baseny.

Ale to wszystko jeszcze nie dość. Oprócz tego, że ten kraul, że zawody, że 4x50 – to jeszcze sztafeta. Dobra, szybka sztafeta, do której nagle wkleja się Ania, pływająca dwa razy wolniej od każdego w grupie. Świetnie. To właśnie był chyba element, który zdecydował, że przez pół dnia miałam gul w gardle i jakoś w ogóle mało się odzywałam. Nie licząc jednej malej awanturki w jakimś sklepie. A żołądek miałam poskręcany w znaczki z chińskiego alfabetu.

W szatni zrobiło mi się jakby ciut lepiej. Może dlatego, że już nie miałam żadnego odwrotu. To mniej więcej tak, jak na Biegu Marduły jak stanęłam pod Karbem. Zawrócić już nie mogłam, zostało mi czołganie się po skałach. No, trudno – dałam radę wtedy (powiedzmy), dam i teraz. Na całe szczęście przy samym wejściu do szatni spotkałam Zuzę, co oznaczało, że przestałam być pojedynczym słabym ogniwem. Nagle zostałam wpleciona w team. W sam środek. Dokładnie tak, żeby jeszcze można było po mnie poprawiać :)

Na hali basenowej tylko podeszłam do słupka. Podeszłam, popatrzyłam w dół i… zdecydowałam, że jednak do stresu pt. pływanie nie będę dokładać drugiego pt. skok. Który albo się uda, albo nie. Przepłynęłam sobie w tą i z powrotem, uznałam, że się nie utopię. I grzecznie poszłam na ławeczkę.., Bo czasu do startu było dużo. Akurat żeby się jeszcze podenerwować. Mimo zapewnień, że rekreacyjnie i tak dalej. Wszyscy niby się uśmiechali, ale wiadomo było, że żadnej rekreacji tu nie będzie. Chociaż, trochę powietrza za mnie zeszło, jak zobaczyłam, ile osób startuje z wody i że nawet zdarzają się żabkarze… W razie czego… Żadne w razie czego – natychmiast upomniałam samą siebie.

I kiedy właśnie znowu zaczynałam się zamieniać w strzępek emocji, których nie widać (jak to jednak praca człowieka uodparnia, im bardziej się denerwuję, tym bardziej tego nie widać, przynajmniej na pierwszy rzut oka), zjawił się trener. W dwóch osobach. I z motywatorem, którego chyba było trzeba nie tylko mnie. Wiecie, jak to jest, jak nagle puzzle zaczynają się już same składać? Wszystko wskoczyło na miejsce, niby stresik dalej trzymał, ale przestał paraliżować. Team spirit zaczął działać jak rodzaj kokona. 

10690345_860860770611314_71947627406854509_n

A potem już był start.

Tak, wiem. Płynęłam dwa razy dłużej niż każdy z zawodników mojej drużyny. Tak, wiem, gdyby nie ja – to by się mogli pościgać konkretnie. Ale  biorąc pod uwagę moje dotychczasowe dokonania – to były cztery najszybsze pięćdziesiątki, jakie kiedykolwiek przepłynęłam. Oczywiście, że pierwsza była najszybsza. Ale ostatnia nie była najwolniejsza ;-) Wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko - tak jak na Ekidenie raz czy drugi. Tu drużyna działała dokładnie tak samo. Albo nawet lepiej. W okolicach trzeciej zmiany zaczęło mi się podobać… A team znalazł inny wymiar konkurowania. I tym sposobem dostaliśmy ex aequo wyróżnienie za czas najbliższy 15 minutom. Ładne czepki, mnie się trafił ten z adekwatnym napisem „Swim faster!”

1452524_389606504521141_4025851894872222219_n_1Fot. Agnieszka Czechowska, A.C. Fotografia

Pisałam już, że Paul Piper’s Swimming Team jest najlepszą ekipą  na świecie? (o trenerze jeszcze będzie, w osobnym odcinku ;))

Z bielańskiego CSiR-u wychodziłam już uśmiechnięta od ucha do ucha. Oprócz czepka wylosowałam jeszcze książkę, bo nagrody były chyba dla wszystkich.

I tak moje samozadowolenie zaczęło osiągać niebezpiecznie wysokie rejony. Jeszcze w niedzielę rano unosiłam się jakieś 3 cm nad podłogą. I pewnie bym tam pozostała, gdybym w niedzielny poranek nie obejrzała zapisu wideo (dzięki, Ania :)) z tego… no, z tego,  jak… popłynęłam…

Obejrzałam. A potem zabrałam nowy czepek i pojechałam - na basen. Bo nie chcę więcej oglądać tego, co zobaczyłam ;-) Estetyka przede wszystkim. Zresztą, każda motywacja jest dobra. Byle było szybciej.

 

Zajęczym krokiem. XXVI Bieg Niepodległości i wampirzy sposób na motywację

beautyandb

Najbardziej na świecie w bieganiu uwielbiam robić życiówki. Nic tak nie daje motywacyjnego kopa i nie zachęca do wyjścia na kolejny trening, jak widoczny postęp, poprawa, progres, materialny znak, że idzie się do przodu, że się rozwija. W gruncie rzeczy dotyczy to nie tylko biegania, ale również innych pól aktywności życiowej. Może to nie jest do końca normalne, ale nie znoszę stać w miejscu. Właściwe hobby sobie znalazłam, bo w bieganiu, przynajmniej do pewnego momentu, o postęp jest dość łatwo. No, i wszystko zależy głównie od biegającego. Albo będzie chciał ruszyć do przodu, albo się będzie kręcił w miejscu jak bączek, taka dziecinna zabawka.  

Potem i w bieganiu, i w życiu, zazwyczaj zaczynają się schody. Postęp już nie jest tak oczywisty, wymaga więcej pracy, zaangażowania i poświęcenia.  A to już nie zawsze jest możliwe. Bo czas, bo rodzina, bo zdrowie, bo praca, bo… Czasami trzeba zrobić krok wstecz, żeby łatwiej było ruszyć do przodu. Tylko co wtedy z motywacją?

W bieganiu jest jeszcze jeden sposób. Trochę… hm, wampirzy. Można czerpać motywację i energię od innych. I ja się w tym roku wycwaniłam i sprawdziłam, że skoro nie mogę się motywować wynikami własnymi, to mogę… czerpać z wyników współbiegaczy. Na przykład tych, którzy pobiegli ze mną na 55 minut w Biegu Powstania Warszawskiego. A dzisiaj – z tych, którym się udało pobiec z balonikiem 57:30, a nawet, może nawet najbardziej z tych, którzy kilometr przed metą balonikowi uciekli. I jeszcze z tych, którzy, biegnąc szybciej lub wolniej,  po drodze nas dopingowali i dodawali otuchy. I z tych wszystkich, którzy gdzieś między biegiem a szatnią, w kolejce do tojtoja czy do depozytu, mówili, że zaglądają na bloga albo na fanpejdż. I jeszcze z kibiców. Powtórzę się po raz tysiąc sto pierwszy. Jeżeli ktoś mnie zapyta, dlaczego nie mogę pojechać biegać gdzie indziej – to właśnie dlatego, że to w Warszawie na trasie spotykam najwięcej przyjaciół i znajomych, w Warszawie zawsze usłyszę kogoś, krzyknie: „Ania” wtedy, kiedy trzeba. Poza Warszawą to się zdarza chyba tylko jeszcze w Krynicy.

DSC_4252Fot. Małgorzata Wójcikiewicz-Rubaj

Rola zająca nie jest specjalnie łatwa. Po dwóch doświadczeniach mam wrażenie, że jest dużo  trudniejsza od roli „biegacz z balonikiem na…” Zając musi mieć oczy naokoło głowy, dobry zegarek (a najlepiej dwa, o tym jeszcze za chwilę), podstawową zdolność do liczenia w minutach (to wcale nie jest oczywista umiejętność), a to wszystko połączone ze sporą asertywnością oraz szeregiem dodatkowych sprawności. I tu od razu przepraszam kolegę w czarnych rękawkach, któremu nie umiałam opowiedzieć żadnego stosowanego kawału na 8. kilometrze, kiedy przeżywał kryzys biegacza. Następnym razem przygotuję sobie również set dowcipów i sucharów na różne okoliczności. A także anegdotki i historyjki o różnych mijanych biegaczach.

A propos historyjki, będzie też historyjka, która mi dzisiaj zmroziła na chwilę krew w żyłach. To też dowód na to, że zając musi umieć liczyć. Otóż biegnę sobie spokojnie jako ten zając, kierując się wskazaniami stopera i znaków kilometrowych ustawionych przez organizatora oraz od czasu do czasu zerkając na tempo na zegarku. Do półmetka wszystko idzie jak w zegarku. Mam nadróbkę, ale minimalną. Jeszcze na wodopoju wszystko jest ok. I nagle… Tuż przed znakiem 6. kilometra  zegarek pokazuje niespełna 31 minut. JAK TO?? Jesteśmy trzy minuty przed czasem??? Jakim cudem? Patrzę, co pokazuje zegarek – i nagle do mnie dociera, że stoper jest zatrzymany… W kompletnym amoku włączam go z powrotem, próbując w myśli ogarnąć, ile czasu był wyłączony, ile przebiegliśmy i w efekcie tych wszystkich zmian, co powinnam widzieć na zegarku, żeby na mecie być w czasie zbliżonym do 57:30. Nic nie mówię grupie, bo po co się mają denerwować. Od nerwów jestem ja, oni mają biec. Na ósmym kilometrze motywuję delikatnie, na 9. Mówię tym, co mają jeszcze zapas sił, żeby darli do przodu. Sama ciut zwalniam, żeby podciągnąć jeszcze tych z tyłu grupy.  Wpadam na metę tak, jak policzyłam, że będzie akurat, ale wątpliwości mam dopóki nie sprawdzę listy wyników. 57:22 w tych okolicznościach przyrody uznaję za osobisty sukces. I tych kilka uśmiechów na mecie, i uścisków ręki, i tych, którzy deklarują, że za wszelką cenę chcieli mi uciec – i się udało. No cóż, taka dzisiaj była moja rola.

A wracając do Biegu Niepodległości i spojrzenia z perspektywy zająca – piękna była ta białoczerwona rzeka wijąca się, zwłaszcza na wiaduktach. Świetna orkiestra wojskowa po drodze. I jeszcze dwa bardzo pozytywne zaskoczenia. Po pierwsze hymn – nawet w mojej szarej piątej strefie ludzie stanęli na baczność, ktoś zaczął głośno śpiewać (wielkie dzięki), reszta też otworzyła usta i wspólnie śpiewaliśmy „Marsz, marsz Dąbrowski…” A po drugie – gdzieś w połowie pierwszego kilometra usłyszałam ogromną wrzawę i aplauz. Jakaś specjalna strefa kibica? Tutaj? – zdziwiłam się w duchu. A tu – owszem, specjalna strefa kibica. Zawodnicy na 50 i 55 minut, którzy wystartowali ponad 2 minut po elicie, brawami i okrzykami dopingowali zmierzającego po pewne zwycięstwo Łukasza Parszczyńskiego i biegnącego za nim Mariusza Giżyńskiego. Bardzo to było takie… ujmujące. I takie – biegowe.

Skoro znowu jesteśmy przy bieganiu. Gdybym miała wybierać, czy bardziej podobał mi się Bieg Niepodległości ten sprzed trzech lat, w którym zrobiłam życiówkę na 10 km, czy ten dzisiejszy – miałabym problem z wyborem. I z tego, i z tego wróciłam z energetycznym kopem, z uśmiechem i z motywacją. Nie tylko do biegania. Dzięki, Warszawo, dzięki współbiegacze :) Dziś mogę o Was pisać tylko dobrze. 


10645123_938772202816920_8727597923260360945_n1Fot. Kuba Krysiak

57:30 na Biegu Niepodległości. A potem – strzał w Dziesiątkę

beautyandb

Biegam. Na razie jeszcze nie za dużo, ale z tygodnia na tydzień coraz więcej. Po krakowskim półmaratonie – także jakby szybciej. Ale słowo się rzekło – kobyłka u płota. 11.11.2014 zamiast ścigać się z własnym cieniem sprzed… iluś tam lat, kiedy raz się zdarzyło, że byłam w formie, będę – zającem. To już druga taka przygoda w warszawskiej triadzie biegowej. W lipcu próbowałam nadawać tempo na 55 minut. Tym razem zabieram grupę na 57:30. Ktoś biegnie ze mną?

Tak, spuściłam z tonu. Szczerze pisząc, to tuż przed 1. PZU Cracovia Półmaratonem Królewskim miałam poważne wątpliwości, czy aby 55 minut jest w moim zasięgu czasowym, a że nie ma nic gorszego niż za słaby i nieprzygotowany zając, skorzystałam z furtki przeniesienia się na wolniejszy czas. No i teraz mam zagwozdkę, bo będę się musiała mocno pilnować. W razie czego proszę łapać za baloniki i przytrzymać. To taki żarcik. Będę się starała, żeby grupa dobiegła licznie, o czasie i w miarę komfortowo. To może oznaczać ciut szybszy początek, żeby mieć rezerwę na podbieg. Ale ma być przede wszystkim równo, z mocnym finiszem. Bo tak się biega.

Się biega. Może po Biegu Niepodległości uda się to bieganie poskładać w sensowny trening. Tymczasem jeszcze cieszę się kompletnym spontanem. Mam czas – to wychodzę i biegnę. Mam mało czasu – biegnę krócej – wychodzi szybciej. Jeszcze nie bardzo szybko, ale jest radość. No i zaczyna powoli być widać, bo dwa miesiące przerwy kosztowały mnie nieco tu i tam, głównie tam, gdzie nie trzeba. Nie, nie odchudzam się, ale miło by było mieścić się w to, co mam w szafie, więc… Tu przy okazji małe info na marginesie. Dietę wegańską chwilowo zawiesiłam. O powodach może przy innych okolicznościach. Nadal unikam mleka i jego pochodnych. I raczej za jakiś czas wrócę do wege-zwyczajów.  A wpis o dietowych inspiracjach – niebawem.

I tak, zagryzając golonkę, robię nieśmiałe plany na przyszły sezon, chociaż mam gdzieś w tyle głowy tę maksymę: Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Powiedz mu o swoich planach. No, ale ktoś zapytał mnie o plany i jak zaczęłam je spisywać, wyszło, że od grudnia rusza biegowa karuzela, Żoliborski Bieg Mikołajkowy, potem moja ukochana Falenica (przypomnijcie mi tą frazę, jak będę zimą płakała na szóstym podbiegu), w styczniu naturalnie Chomiczówka, gdzieś pod koniec marca – Wiązowna, w Dzień Kobiet – Bieg Dębowy, czyli wypad na Pałuki. No i wreszcie wiosenne ukoronowanie, czyli 10. PZU Półmaraton Warszawski.

No, tak. Na razie bez maratońskich planów, chociaż czas na decyzję jeszcze jest. Tymczasem półmaraton. Jubileuszowa dziesiątka. Akurat żeby się zrehabilitować za ten nieszczęsny maraton, którego nie pobiegłam. Mój osobisty ósmy Półmaraton Warszawski. W czasie, kiedy rozgrywano pierwszy, nie wiedziałam jeszcze, że istnieje taki dystans. Kiedy biegano drugi – jeszcze nie byłam gotowa (zadebiutowałam 6 tygodni później w Łodzi). Od 2008 roku – nie wyobrażam sobie wiosny bez tego startu. I dzisiaj też już jest wpisany w kalendarz boldem czarnym wielką czcioną.

A maraton? Cóż. Przez te dwa miesiące na bocznym torze trochę mi się pozmieniało w głowie. Maraton to ma być wisienka na torcie. Pobiegnę – jeżeli będę gotowa na dobry wynik. Nie zaraz życiówkę. Ale tak który da satysfakcję. Radość. Ten błysk w oku. Albo wtedy, kiedy będzie okazja pobiec w fajnym miejscu. Tak, wiem, te okazje nie przychodzą same. Jedną nawet znalazłam. Niedługo opiszę na magazynbieganie.pl. Ale sama się tam wybiorę za kolejny sezon, bo to miejsce, gdzie się nie jeździ samemu.  

A propos. Przypominam. Jeżeli na BN nie chcecie biec sami – zapraszam. Żółty balonik 57:30 czeka na Was we wtorek. 

Back on the road. O łzach na mecie i nie tylko.

beautyandb

Płakałam na mecie trzy razy w życiu. Pierwszy raz w Wiedniu, kiedy po trzech latach poprawiłam życiówkę w maratonie. Drugi raz – w Barcelonie, gdzie padła zaklęta bariera 3 godzin i 30 minut. I trzeci raz – wczoraj na mecie 1. PZU Cracovia Półmaratonu Królewskiego. Nie, w niedzielę nie poprawiłam życiówki w półmaratonie. Nie pobiegłam teżjakoś wybitnie dobrze. Ale biorąc pod uwagę ostatnie dwa miesiące - samo stanięcie na starcie nie wyglądało na dobry pomysł. Tym razem celem było dotarcie do mety.

1898232_848454225185302_1533733296549453974_n

I będę szczęśliwa, jak się zmieszczę w dwóch godzinach – mówiłam jeszcze rano, kiedy jedliśmy śniadanie w towarzystwie Yareda Shegumo. Nie, nie mam zdjęcia, są sytuacje, w których się nie wyciąga aparatu, nie?

Nie mam też zdjęć z trasy, przynajmniej jeszcze nie. Ale czegóż oczekiwać, skoro nie dość, że obciachałam włosy już zupełnie na krótko, to jeszcze w ostatniej chwili wsadziłam na głowę czapkę z windstoppera (Czemu masz na głowie czepek pływacki? – zapytał Wu z Wkurw Teamu) i nasadziłam na nos okulary słoneczne. Szczerze pisząc, bardzie odpowiednie byłyby okulary przeciwmgłowe, bo i tak mało co było widać, ale uznałam, że w okularach będzie mi cieplej. I tak sobie biegłam incognito, niezaczepiana i nierozpoznawana przez nikogo.

1376387_848702468493811_2134896549596835129_n

Kiedy przekraczałam metę krakowskiego półmaratonu, zegarek pokazywał niespełna 1:48 (1:47:54). Po drodze patrzyłam z coraz większym niedowierzaniem na czas i mijane tablice kilometrowe. Ostatni raz tak dobrze biegłam… równo dwa miesiące temu w Błoniu, ale tylko do 16. km, a potem n betonowych nogach kończyłam bieg rozpaczliwym marszobiegiem. Dlatego w Krakowie hamowałam się mocno już na 5 kilometrze, bo widziałam, że jest szybko. Ciut za szybko, jak na osobę, która przez dwa miesiące biegała mało albo nie biegała wcale, a jeśli już biegała, to rozwijała prędkości… na poziomie 5:50- 6:15… Do 15. kilometra biegłam konsekwentnie na 1:45, z rozbawieniem konstatując, że to byłoby dość zabawne, gdybym uzyskała taki czas z kompletnego (nie)przygotowania. Niestety, gdzieś na rynku trochę straciłam rezon, zatrzymałam się na wodę i czekoladkę, a potem ruszyłam na ostatnie 6 km nieco… Stateczniej. I nieustająco z uśmiechem i lekkością w sercu (chociaż pulsometr tego ostatniego nie potwierdza…).

10359559_848454221851969_2975278411817668119_n

Łzy na mecie – to było pomieszanie ulgi, że to już, zadowolenia i jakiegoś pierwotnego szczęścia – że było tak dobrze, że wracam, że mogę, i wszystkich tych dobrych i złych emocji, które się przez te tygodnie nazbierały. I tu miał nastąpić całkiem prywatny fragment o emocjach, ale chyba jeszcze nie, jeszcze nie jestem na tyle daleko, żeby o nich pisać. W każdym razie dymek messengera z pytaniem, czy chcę jechać do Krakowa, wyskoczył mi na telefonie w drugim najgorszym dniu życia. I pierwszym z długiej serii dni bez słońca. Nie od razu odpowiedziałam. Uważałam, że to koszmarnie głupie i… nie na miejscu.  A potem złapałam się tego pomysłu jak liny holowniczej.

10357179_848315321865859_7717613358890767725_n

I słusznie. W sobotę w Krakowie świeciło cudne słońce. A Olga i Paweł Ochalowie na krótkim treningu przypomnieli mi, że można szybciej. Że można się uśmiechnąć. Na świeżości może ci dobrze pójdzie – powiedziała Olga, kiedy sobie gawędziłyśmy biegnąc powoli. Po takim odpoczynku może być dobrze – powiedział Yared przy śniadaniu.

1966736_848824535148271_1999366307731154971_n

Było dobrze. Zaskakująco dobrze. Krakowski czakram przyniósł mi nową moc i nową energię.

Gdybym nie biegała, byłabym w czarnej dziurze. Nie jestem. Nie dlatego, że biegam, ale dlatego, że mam wokół fajnych ludzi. Niektórzy są biegaczami albo mają coś wspólnego z bieganiem.

No, to wracam.  Blog też. 

Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog

beautyandb

Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie przeżyłam tyle emocji i wzruszeń (oraz chwil zabawnych i tych lekko stresujących) tyle, jak gdybym sama startowała. Byłam w samym sercu organizmu pn. 36. PZU Maraton Warszawski. Przeżyłam. I jeszcze pewnie tam wrócę…

Dlaczego ostatecznie nie pobiegłam? To temat na zupełnie osobny wpis. Ale od kilku tygodni moje przygotowania nie przebiegały tak, jak powinny, a od pewnego momentu – nie przebiegały w ogóle. Coś tam sobie truchtałam, pobiegiwałam, ale raczej symbolicznie niż faktycznie. Organizm mój własny odmówił współpracy w trybie bieganie. Co prawda jeszcze się z nim boksowałam, jeszcze się nastawiałam na jakiś radosny marszobieg, ale miałam coraz więcej wątpliwości. I słusznie, bo ostatecznie w poniedziałek dostałam po prostu czerwone światło na bieganie. Wyjątkowo postanowiłam zachować się rozsądnie. Czyli nie biegać. Także dlatego, że chcę za chwilę, jak już się ponaprawiam, wrócić z nową energią, nową siłą i – może – szybkością.  

Ale dość o tym. Jak już wiedziałam, że nie pobiegnę, poprosiłam Fundację Maratonu Warszawskiego o znalezienie mi jakiegoś zajęcia, które zaangażuje mnie na tyle, że nie będę wzdychała i lała łez, że ja tu stoję, a oni wszyscy biegną. Kto prosi, ten się doprosi. Doprosiłam się i ja. W efekcie dzisiaj o 8:30 rano wylądowałam na Moście Poniatowskiego, gdzie wsiadłam do eleganckiego Volvo z dwom przystojnymi facetami. I pojechaliśmy!

CAM00432

Ups, stop, może nie do końca tak to wyglądało.

Ale w pewnym momencie rozległ się strzał, chwilę potem Kuba, który prowadził tę całą kawalkadę, wpadł do samochodu z obłędem w oku – i ruszyliśmy, uruchamiając po drodze wszystkie mierniki mocy. Zadanie było odpowiedzialne. Miałam raportować z trasy międzyczasy elity kobiet i od czasu do czasu komentować, co się dzieje...

Od razu popełniam mały falstart, bo zamiast wpisywać czasy w tabelkę od pierwszego wiersza, zaczęłam od czwartego. Dobrze, że Maciek, który był wydawcą transmisji, przytomnie to zauważył i zdążyłam szybko poprawić. Z kilometra na kilometr rozkręcamy się. Kuba przez telefon dowodzi trasą i interweniuje w nagłych przypadkach, jadący z nami pan sędzia aż do 30. kilometra wspiera nas swoim sokolim wzrokiem i oldschoolowymi trickami w postaci zapisywania, jak są ubrane zawodniczki. To nie głupie,  z daleka lepiej widać strój niż numer. Sytuacja szybko się klaruje, od mniej więcej trzeciego-czwartego kilometra prowadzi Ukrainka Svitlana Stanko. Po biegu powiedziała, że początek był za szybki. Był. To było widać już na pierwszej piątce. Ale o dziwo, odpadały kolejne rywalki, a Svitlana cały czas była na czele. Aż do 31. kilometra dotrzymywała jej kroku Kenijka, chwilę wcześniej, ok. 27. km odpadła Etiopka. Ale zaraz potem tuż za plecami zawodniczki pojawił się goniący ją pierwszy mężczyzna, Kenijczyk Victor Kipchirchir. Minął Svitlanę, podobnie jak jeszcze kolejnych jego dwóch kolegów. Stanko biegła trochę wolniej (no pewne, wiedziała, że to volvo już nie dogoni), ale równiutko jak maszyna. 3:43, 3:45, 3:40 – mijała kolejne kilometry, samotnie walcząc z trasą i wiatrem, bo też od jakiegoś czasu nie było przed nią pacemakera….

Ja siedziałam w samochodzie, ale stwierdzenie, że siedziałam sobie wygodnie byłoby jednak nadużyciem. Od 30 kilometra jechaliśmy we dwójkę z Kubą, pilnując trasy, zegarka, programu do przekazywania danych, momentu mijania flagi kilometrowej przez zawodniczkę, co znakomicie utrudniał jadący między nami samochód z kamerą przekazującą obraz na stadion… Od odkręcania głowy do tyłu mam zakwasy w szyi… Na dodatek na jakieś 7 km przed metą zaczął mnie niepokoić stan baterii w laptopie. Widać było, że jedziemy na styk. A na telefonie program nie bardzo chciał zadziałać. No cóż. Uprzedziłam tylko wszystkich, że za jakiś czas przechodzę na komunikację za pomocą Facebooka. Ten działał.  Ostatecznie komputer umarł na 3 kilometry przed metą.

Kolejne komunikaty przekazywałam już przez telefon i FB. 39 kilometr, 40 – gdzieś przy palmie, 41 – na moście. Ślimak, lekki podbieg w stronę Stadionu, tunel, 42. km i… zjeżdżamy na bok, i my, i kamery, robimy miejsce Svitlanie, która wypada już na płytę, na ostatnie 200 m. W biegu zbieram komputer, telefony, inne drobiazgi z auta. Wracam w okolice trasy – na tyle, żeby akurat przekazać do Maćka informacje o kolejnych dwóch paniach, które zaraz wybiegną z tunelu. Najpierw niziutka Etiopka, ta, która odpadła zaraz za Arbuzową. A dopiero za nią Kenijka, która dłużej trzymała się Svitlany i odpadła dopiero gdzieś na Ursynowie.

Nic tu już po mnie, wracam do biura, ogarniam się trochę, próbuje opanować emocje, które sprawiają że nadal trzęsą mi się ręce, chłód w czeluściach stadionu nie pomaga, dlatego zaraz uciekam na płytę. A tam zaraz wpadam w wir. Idź do studia, zapytaj, kiedy będzie następny gość – rzuca wydawca. Zaraz, a gdzie jest studio? Tam – macha ręką przed siebie. Aha, trzeba obejść pół stadionu. To idę. Wracam. Akurat na samą główną dekorację. Pod sceną gawędzę z wojewodą mazowieckim, kiedyś zdarzyło nam się razem biegać… - Co masz na nogach? – to małżonek zza pleców. – Dżinsy, a co? – Buty pokaż! Uff, dawaj kurtkę i zasuwaj na scenę! – mówi krótko. No tak, na nogach mam nowiutkie adidas boost glide, czyli buty oficjalnego partnera MW. Mogę się pokazać. A kurtka? Cóż, do butów pasowała, ale logo nie to ;-)

10473369_943616565653146_542831471042154756_nFot. Suwi

Na scenie jakoś szybko wpadam w rolę „dziewczynki od statuetek” i mimo iluś tam zmarszczek pod oczami, grzecznie podaję kolejne pucharki prezesowi PZU, który wręcza je zawodnikom.  Ma się tę wprawę, nie bez kozery za czasów licealnych byłam „dziewczynką od kwiatków” w kieleckiej filharmonii, i to przez ładne trzy lata. Może nawet całe cztery…

Dekoracja szybko się kończy, ale wtedy na scenie pojawia się nieoczekiwany punkt programu. Tak, wiem punkt nie może pojawiać się na scenie, ale tak to wygląda. Kryptonim: niespodzianka. O szczegółach wie tylko super wąskie grono organizacyjne. I nagle pani na scenie czyta, że decyzją prezydenta RP dyrektor Maratonu Warszawskiego, Marek Tronina, zostaje odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Normalnie się wzruszam. Pierwszy raz widzę, jak Markowi na chwilę odbiera głos. To w gruncie rzeczy niesamowite. Wojewoda w imieniu prezydenta wręcza odznaczenie, a Przemysław Babiarz, który prowadzi uroczystość  przypomina, jak wyglądał ten maraton w 2002 r. kiedy to grupka biegaczy postanowiła kontynuować dzieło Tomasza Hopfera i nie dać zginąć maratonowi.

Na wzruszenia jest jednak tylko chwila, bo machina maratonu toczy się dalej, trzeba zaprowadzić kolejnego gościa do studia, studio prowadzi Marek Kacprzak, przed wejściem panów na antenę chwilę gawędzimy o pływaniu, rowerze, bieganiu… Gość patrzy na nas podejrzliwie… Czekam aż panowie skończą występ – i holuję ich do centrum dowodzenia.

Teraz mam chwilę spokoju. Ale nie na długo. –Przyjdź na dekorację kategorii – poleca małżonek. I podaje godzinę. Aha, czyli mam przed sobą rozkoszne 10 minut laby…  Mała wizyta w strefie VIP (tak, mam też zaproszenie do tej strefy, mogłabym po prostu tu siedzieć…), mała przekąska, o dziwo, jest w czym wybrać. I znowu zasuwam schodami w dół. Na scenie chłopaki wystawiają statuetki, nie widzę wolontariuszki, która ma ogarnięte rozstawianie tych kategorii, więc sama się za to łapię. Sądzę, że znowu będę podawać, więc jakoś to opanuję, ale nic z tego. Tym razem statuetki podaje kto inny, ja tymczasem odbieram wyniki od łączników, porządkuję, przekazuję Przemkowi Babiarzowi, który gdzieś w toku tej całej ceremonii wymienia moje nazwisko, chyba robię się zakłopotana, dostarczając kolejne karteczki – bo jeszcze to trzeba powiedzieć, jeszcze tamto, jeszcze akcja charytatywna PZU na rzecz Fundacji Synapsis, jeszcze list od prezesa PKOl, jeszcze…

Uff…. Chyba koniec.

Uciekam na chwilę do biura, gdzieś w kącie dokańczam swoją normalną weekendową pracę, na szczęście wszystko gotowe, tylko kilka kliknięć – i mogę lecieć. Tym razem już bardziej towarzysko, pogadać ze znajomymi, pouśmiechać się, coś przegryźć…  Ostatni zawodnicy docierają do mety, emocje powoli opadają, zaczynam się robić śpiąca. Więc przysypiam na fotelu, a obok zaczyna się wielkie pakowanie…

I już po 36. PZU Maratonie Warszawskim. Nie mam medalu. Ale jednak – uczestniczyłam w tym biegu. Byłam jego cząsteczką. Może nawet bardziej niż wtedy, kiedy go po prostu biegłam. 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci