Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Back on the road. O łzach na mecie i nie tylko.

beautyandb

Płakałam na mecie trzy razy w życiu. Pierwszy raz w Wiedniu, kiedy po trzech latach poprawiłam życiówkę w maratonie. Drugi raz – w Barcelonie, gdzie padła zaklęta bariera 3 godzin i 30 minut. I trzeci raz – wczoraj na mecie 1. PZU Cracovia Półmaratonu Królewskiego. Nie, w niedzielę nie poprawiłam życiówki w półmaratonie. Nie pobiegłam teżjakoś wybitnie dobrze. Ale biorąc pod uwagę ostatnie dwa miesiące - samo stanięcie na starcie nie wyglądało na dobry pomysł. Tym razem celem było dotarcie do mety.

1898232_848454225185302_1533733296549453974_n

I będę szczęśliwa, jak się zmieszczę w dwóch godzinach – mówiłam jeszcze rano, kiedy jedliśmy śniadanie w towarzystwie Yareda Shegumo. Nie, nie mam zdjęcia, są sytuacje, w których się nie wyciąga aparatu, nie?

Nie mam też zdjęć z trasy, przynajmniej jeszcze nie. Ale czegóż oczekiwać, skoro nie dość, że obciachałam włosy już zupełnie na krótko, to jeszcze w ostatniej chwili wsadziłam na głowę czapkę z windstoppera (Czemu masz na głowie czepek pływacki? – zapytał Wu z Wkurw Teamu) i nasadziłam na nos okulary słoneczne. Szczerze pisząc, bardzie odpowiednie byłyby okulary przeciwmgłowe, bo i tak mało co było widać, ale uznałam, że w okularach będzie mi cieplej. I tak sobie biegłam incognito, niezaczepiana i nierozpoznawana przez nikogo.

1376387_848702468493811_2134896549596835129_n

Kiedy przekraczałam metę krakowskiego półmaratonu, zegarek pokazywał niespełna 1:48 (1:47:54). Po drodze patrzyłam z coraz większym niedowierzaniem na czas i mijane tablice kilometrowe. Ostatni raz tak dobrze biegłam… równo dwa miesiące temu w Błoniu, ale tylko do 16. km, a potem n betonowych nogach kończyłam bieg rozpaczliwym marszobiegiem. Dlatego w Krakowie hamowałam się mocno już na 5 kilometrze, bo widziałam, że jest szybko. Ciut za szybko, jak na osobę, która przez dwa miesiące biegała mało albo nie biegała wcale, a jeśli już biegała, to rozwijała prędkości… na poziomie 5:50- 6:15… Do 15. kilometra biegłam konsekwentnie na 1:45, z rozbawieniem konstatując, że to byłoby dość zabawne, gdybym uzyskała taki czas z kompletnego (nie)przygotowania. Niestety, gdzieś na rynku trochę straciłam rezon, zatrzymałam się na wodę i czekoladkę, a potem ruszyłam na ostatnie 6 km nieco… Stateczniej. I nieustająco z uśmiechem i lekkością w sercu (chociaż pulsometr tego ostatniego nie potwierdza…).

10359559_848454221851969_2975278411817668119_n

Łzy na mecie – to było pomieszanie ulgi, że to już, zadowolenia i jakiegoś pierwotnego szczęścia – że było tak dobrze, że wracam, że mogę, i wszystkich tych dobrych i złych emocji, które się przez te tygodnie nazbierały. I tu miał nastąpić całkiem prywatny fragment o emocjach, ale chyba jeszcze nie, jeszcze nie jestem na tyle daleko, żeby o nich pisać. W każdym razie dymek messengera z pytaniem, czy chcę jechać do Krakowa, wyskoczył mi na telefonie w drugim najgorszym dniu życia. I pierwszym z długiej serii dni bez słońca. Nie od razu odpowiedziałam. Uważałam, że to koszmarnie głupie i… nie na miejscu.  A potem złapałam się tego pomysłu jak liny holowniczej.

10357179_848315321865859_7717613358890767725_n

I słusznie. W sobotę w Krakowie świeciło cudne słońce. A Olga i Paweł Ochalowie na krótkim treningu przypomnieli mi, że można szybciej. Że można się uśmiechnąć. Na świeżości może ci dobrze pójdzie – powiedziała Olga, kiedy sobie gawędziłyśmy biegnąc powoli. Po takim odpoczynku może być dobrze – powiedział Yared przy śniadaniu.

1966736_848824535148271_1999366307731154971_n

Było dobrze. Zaskakująco dobrze. Krakowski czakram przyniósł mi nową moc i nową energię.

Gdybym nie biegała, byłabym w czarnej dziurze. Nie jestem. Nie dlatego, że biegam, ale dlatego, że mam wokół fajnych ludzi. Niektórzy są biegaczami albo mają coś wspólnego z bieganiem.

No, to wracam.  Blog też. 

Maraton bez medalu, czyli #droganaNarodowy – epilog

beautyandb

Nie mam medalu z 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Żałuję, bo medal jest piękny, chyba najładniejszy, jaki mogłam mieć w kolekcji. Z tego maratonu, zamiast medalu, mam breloczek. Też ładny, z Mostem Poniatowskiego. I mam też nogi zmęczone, jakbym faktycznie biegała. A na trasie przeżyłam tyle emocji i wzruszeń (oraz chwil zabawnych i tych lekko stresujących) tyle, jak gdybym sama startowała. Byłam w samym sercu organizmu pn. 36. PZU Maraton Warszawski. Przeżyłam. I jeszcze pewnie tam wrócę…

Dlaczego ostatecznie nie pobiegłam? To temat na zupełnie osobny wpis. Ale od kilku tygodni moje przygotowania nie przebiegały tak, jak powinny, a od pewnego momentu – nie przebiegały w ogóle. Coś tam sobie truchtałam, pobiegiwałam, ale raczej symbolicznie niż faktycznie. Organizm mój własny odmówił współpracy w trybie bieganie. Co prawda jeszcze się z nim boksowałam, jeszcze się nastawiałam na jakiś radosny marszobieg, ale miałam coraz więcej wątpliwości. I słusznie, bo ostatecznie w poniedziałek dostałam po prostu czerwone światło na bieganie. Wyjątkowo postanowiłam zachować się rozsądnie. Czyli nie biegać. Także dlatego, że chcę za chwilę, jak już się ponaprawiam, wrócić z nową energią, nową siłą i – może – szybkością.  

Ale dość o tym. Jak już wiedziałam, że nie pobiegnę, poprosiłam Fundację Maratonu Warszawskiego o znalezienie mi jakiegoś zajęcia, które zaangażuje mnie na tyle, że nie będę wzdychała i lała łez, że ja tu stoję, a oni wszyscy biegną. Kto prosi, ten się doprosi. Doprosiłam się i ja. W efekcie dzisiaj o 8:30 rano wylądowałam na Moście Poniatowskiego, gdzie wsiadłam do eleganckiego Volvo z dwom przystojnymi facetami. I pojechaliśmy!

CAM00432

Ups, stop, może nie do końca tak to wyglądało.

Ale w pewnym momencie rozległ się strzał, chwilę potem Kuba, który prowadził tę całą kawalkadę, wpadł do samochodu z obłędem w oku – i ruszyliśmy, uruchamiając po drodze wszystkie mierniki mocy. Zadanie było odpowiedzialne. Miałam raportować z trasy międzyczasy elity kobiet i od czasu do czasu komentować, co się dzieje...

Od razu popełniam mały falstart, bo zamiast wpisywać czasy w tabelkę od pierwszego wiersza, zaczęłam od czwartego. Dobrze, że Maciek, który był wydawcą transmisji, przytomnie to zauważył i zdążyłam szybko poprawić. Z kilometra na kilometr rozkręcamy się. Kuba przez telefon dowodzi trasą i interweniuje w nagłych przypadkach, jadący z nami pan sędzia aż do 30. kilometra wspiera nas swoim sokolim wzrokiem i oldschoolowymi trickami w postaci zapisywania, jak są ubrane zawodniczki. To nie głupie,  z daleka lepiej widać strój niż numer. Sytuacja szybko się klaruje, od mniej więcej trzeciego-czwartego kilometra prowadzi Ukrainka Svitlana Stanko. Po biegu powiedziała, że początek był za szybki. Był. To było widać już na pierwszej piątce. Ale o dziwo, odpadały kolejne rywalki, a Svitlana cały czas była na czele. Aż do 31. kilometra dotrzymywała jej kroku Kenijka, chwilę wcześniej, ok. 27. km odpadła Etiopka. Ale zaraz potem tuż za plecami zawodniczki pojawił się goniący ją pierwszy mężczyzna, Kenijczyk Victor Kipchirchir. Minął Svitlanę, podobnie jak jeszcze kolejnych jego dwóch kolegów. Stanko biegła trochę wolniej (no pewne, wiedziała, że to volvo już nie dogoni), ale równiutko jak maszyna. 3:43, 3:45, 3:40 – mijała kolejne kilometry, samotnie walcząc z trasą i wiatrem, bo też od jakiegoś czasu nie było przed nią pacemakera….

Ja siedziałam w samochodzie, ale stwierdzenie, że siedziałam sobie wygodnie byłoby jednak nadużyciem. Od 30 kilometra jechaliśmy we dwójkę z Kubą, pilnując trasy, zegarka, programu do przekazywania danych, momentu mijania flagi kilometrowej przez zawodniczkę, co znakomicie utrudniał jadący między nami samochód z kamerą przekazującą obraz na stadion… Od odkręcania głowy do tyłu mam zakwasy w szyi… Na dodatek na jakieś 7 km przed metą zaczął mnie niepokoić stan baterii w laptopie. Widać było, że jedziemy na styk. A na telefonie program nie bardzo chciał zadziałać. No cóż. Uprzedziłam tylko wszystkich, że za jakiś czas przechodzę na komunikację za pomocą Facebooka. Ten działał.  Ostatecznie komputer umarł na 3 kilometry przed metą.

Kolejne komunikaty przekazywałam już przez telefon i FB. 39 kilometr, 40 – gdzieś przy palmie, 41 – na moście. Ślimak, lekki podbieg w stronę Stadionu, tunel, 42. km i… zjeżdżamy na bok, i my, i kamery, robimy miejsce Svitlanie, która wypada już na płytę, na ostatnie 200 m. W biegu zbieram komputer, telefony, inne drobiazgi z auta. Wracam w okolice trasy – na tyle, żeby akurat przekazać do Maćka informacje o kolejnych dwóch paniach, które zaraz wybiegną z tunelu. Najpierw niziutka Etiopka, ta, która odpadła zaraz za Arbuzową. A dopiero za nią Kenijka, która dłużej trzymała się Svitlany i odpadła dopiero gdzieś na Ursynowie.

Nic tu już po mnie, wracam do biura, ogarniam się trochę, próbuje opanować emocje, które sprawiają że nadal trzęsą mi się ręce, chłód w czeluściach stadionu nie pomaga, dlatego zaraz uciekam na płytę. A tam zaraz wpadam w wir. Idź do studia, zapytaj, kiedy będzie następny gość – rzuca wydawca. Zaraz, a gdzie jest studio? Tam – macha ręką przed siebie. Aha, trzeba obejść pół stadionu. To idę. Wracam. Akurat na samą główną dekorację. Pod sceną gawędzę z wojewodą mazowieckim, kiedyś zdarzyło nam się razem biegać… - Co masz na nogach? – to małżonek zza pleców. – Dżinsy, a co? – Buty pokaż! Uff, dawaj kurtkę i zasuwaj na scenę! – mówi krótko. No tak, na nogach mam nowiutkie adidas boost glide, czyli buty oficjalnego partnera MW. Mogę się pokazać. A kurtka? Cóż, do butów pasowała, ale logo nie to ;-)

10473369_943616565653146_542831471042154756_nFot. Suwi

Na scenie jakoś szybko wpadam w rolę „dziewczynki od statuetek” i mimo iluś tam zmarszczek pod oczami, grzecznie podaję kolejne pucharki prezesowi PZU, który wręcza je zawodnikom.  Ma się tę wprawę, nie bez kozery za czasów licealnych byłam „dziewczynką od kwiatków” w kieleckiej filharmonii, i to przez ładne trzy lata. Może nawet całe cztery…

Dekoracja szybko się kończy, ale wtedy na scenie pojawia się nieoczekiwany punkt programu. Tak, wiem punkt nie może pojawiać się na scenie, ale tak to wygląda. Kryptonim: niespodzianka. O szczegółach wie tylko super wąskie grono organizacyjne. I nagle pani na scenie czyta, że decyzją prezydenta RP dyrektor Maratonu Warszawskiego, Marek Tronina, zostaje odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Normalnie się wzruszam. Pierwszy raz widzę, jak Markowi na chwilę odbiera głos. To w gruncie rzeczy niesamowite. Wojewoda w imieniu prezydenta wręcza odznaczenie, a Przemysław Babiarz, który prowadzi uroczystość  przypomina, jak wyglądał ten maraton w 2002 r. kiedy to grupka biegaczy postanowiła kontynuować dzieło Tomasza Hopfera i nie dać zginąć maratonowi.

Na wzruszenia jest jednak tylko chwila, bo machina maratonu toczy się dalej, trzeba zaprowadzić kolejnego gościa do studia, studio prowadzi Marek Kacprzak, przed wejściem panów na antenę chwilę gawędzimy o pływaniu, rowerze, bieganiu… Gość patrzy na nas podejrzliwie… Czekam aż panowie skończą występ – i holuję ich do centrum dowodzenia.

Teraz mam chwilę spokoju. Ale nie na długo. –Przyjdź na dekorację kategorii – poleca małżonek. I podaje godzinę. Aha, czyli mam przed sobą rozkoszne 10 minut laby…  Mała wizyta w strefie VIP (tak, mam też zaproszenie do tej strefy, mogłabym po prostu tu siedzieć…), mała przekąska, o dziwo, jest w czym wybrać. I znowu zasuwam schodami w dół. Na scenie chłopaki wystawiają statuetki, nie widzę wolontariuszki, która ma ogarnięte rozstawianie tych kategorii, więc sama się za to łapię. Sądzę, że znowu będę podawać, więc jakoś to opanuję, ale nic z tego. Tym razem statuetki podaje kto inny, ja tymczasem odbieram wyniki od łączników, porządkuję, przekazuję Przemkowi Babiarzowi, który gdzieś w toku tej całej ceremonii wymienia moje nazwisko, chyba robię się zakłopotana, dostarczając kolejne karteczki – bo jeszcze to trzeba powiedzieć, jeszcze tamto, jeszcze akcja charytatywna PZU na rzecz Fundacji Synapsis, jeszcze list od prezesa PKOl, jeszcze…

Uff…. Chyba koniec.

Uciekam na chwilę do biura, gdzieś w kącie dokańczam swoją normalną weekendową pracę, na szczęście wszystko gotowe, tylko kilka kliknięć – i mogę lecieć. Tym razem już bardziej towarzysko, pogadać ze znajomymi, pouśmiechać się, coś przegryźć…  Ostatni zawodnicy docierają do mety, emocje powoli opadają, zaczynam się robić śpiąca. Więc przysypiam na fotelu, a obok zaczyna się wielkie pakowanie…

I już po 36. PZU Maratonie Warszawskim. Nie mam medalu. Ale jednak – uczestniczyłam w tym biegu. Byłam jego cząsteczką. Może nawet bardziej niż wtedy, kiedy go po prostu biegłam. 

Przed wielkim biegiem tremę mam… #droganaNarodowy ostatnia prosta

beautyandb

Wczoraj był dzień na wyciszenie. Z dala od komputera, na granicy dostępności dla sygnałów z zewnątrz. Rano – pływanie, które znowu zagościło w moim rozkładzie tygodnia. Potem rodzinne godzinki z mamą, siostrą i siostrzeńcami. Mają siedem miesięcy, z rok może wystartują w biegach dl dzieci. Dzisiaj biegi dla dzieci – zraz po dekoracji Pucharu Maratonu. Puchar Maratonu już po raz siódmy i siódmy raz będę na podium kategorii wiekowej. Choć tendencję mam spadkową (co do miejsca), albo może konkurencja coraz trudniejsza… Ale stanąć na podium na Narodowym – to jest wyjątkowe przeżycie. Muszę dopracować kreację…

A potem, wieczorem, pasta party. Tym razem chyba prywatne, domowe, chyba, że skusi mnie jakaś knajpka na Saskiej Kępie… Będzie makaron, brokuły, szpinak, cukinia – raz na zielono. I lekko, żeby węglowodany weszły, a żołądek dalej był lekki.

Żołądek to jest osobna kwestia. Od wczoraj mam lekki ucisk. Odebrałam numer, swoje piękne, okrągłe 6000. Dzisiaj i tak tam wrócę – i na dekorację Pucharu, i jeszcze na expo, żeby ponasiąkać atmosferą. Lubię ten stan, to mrowienie gdzieś w plecach, motyle w brzuchu, drżenie serca…ania

Za każdym razem tak mam. Zawsze przed maratonem. Szczególnie w Warszawie. Bo maraton to zawsze jest wyzwanie. I nigdy wszystkiego do końca nie można być pewnym. Nawet jeżeli trening  był wg planu, jeżeli sprawdziany pokazują formę, jeżeli tras jest optymalna – zawsze może się zdarzyć coś nieprzewidzianego.

Tak, jasne. Przez ostatnich kilka wpisów radziłam, co zrobić, żeby rzeczy nieprzewidzianych uniknąć. Zapomniałam jednak na przykład o tym, że panowie powinni ponaklejać sobie plasterki w pewnych wrażliwych miejscach (na sutkach, ale tak piszę naokoło, jakby jakiś automatyczny filtr uznał słowo za nieprzyzwoite). Najlepiej sprawdzają się kolorowe plasterki dziecięce. Ale od biedy wystarczy zwykły kawałek plastra, który uchroni przed otarciami przez zapoconą koszulkę.

I chyba zapomniałam o butach – o tym, żeby nie były nowe, żeby były sprawdzone, żeby wydeptały już z nami kilka kilometrów. Chociaż zdaje się, że w ostatnim czasie to podejście się dezaktualizuje, bo buty są coraz lepsze, coraz bardziej dopracowane technologicznie i da się pobiec maraton w butach kupionych na expo. Ale jeżeli chcemy bić rekordy – lepiej się trzymać starej szkoły i zakładać buty sprawdzone.

O śniadaniu pisałam, ale o tym nigdy za dużo. Trzy godziny przed startem. To jest optymalna pora. A że blady świt albo jeszcze przed? No, cóż, kto rano wstaje… ten szybciej biega.

Przy okazji, nie jestem pewna czy o tym pisałam, ale przez całe lata przed startem brałam… Nie, nie pewien środek przeciwbólowy ;-) Za to środek przeciwbiegunkowy. Tak na wszelki wypadek. Pomagało. Ale kiedyś zapomniałam i o tamtej pory – dałam sobie spokój. Im mniej obciążania żołądka – tym lepiej.  

A propos życiówki. Po raz pierwszy na trasie Maratonu Warszawskiego nie będę się ścigać z czasem. I takie mam przeczucie, że wyjątkowo na mecie będę wreszcie zadowolona, zamiast frustrować się tym, ile minut zabrakło, żeby się cieszyć po prostu. 36. PZU Maraton Warszawski będzie tym, podczas którego zamierzam się uśmiechać. Od startu do mety. I za nią. A dzisiaj będę pielęgnować moją tremę, to bardzo mobilizuje!

Last minute - rady dla poczatkujących maratończyków. #droganaNarodowy

beautyandb

Ponad 3000 osób zgłoszonych na 36. PZU Maraton Warszawski to debiutanci. A ponieważ ostatnio wyspecjalizowałam się w udzielaniu rad ;-), specjalnie dla początkujących maratończyków i ich najbliższych - garść porad, które pomogą możliwie bezboleśnie zmierzyć się z dystansem 42 km 195 m. To tyle, co ze Stadionu Narodowego do Zakroczymia. Samochodem zaledwie kilkadziesiąt minut, ale pokonywanie trasy na własnych nogach to prawdziwe wyzwanie. Warto się na nie przygotować nie tylko fizycznie, ale też logistycznie.

1. Jesteś tym, co jesz. W tygodniu przed startem bacznie zwracaj uwagę na to co jesz. Unikaj przypadkowych jadłodajni, zawiesistych sosów, sałatek podlanych obficie sosem majonezowym. Jakiekolwiek problemy żołądkowo mogą poważnie osłabić organizm. Ostatnie dwa dni to tzw. ładowanie węglowodanów, kiedy makaron i pizza stanowią podstawę diety biegacza. Ale to nie oznacza objadania się bez umiaru. Zwłaszcza na sobotnim pasta party, czyli makaronowej kolacji. Lepiej czuć lekki niedosyt niż się przejeść. Rano przed startem zjedz lekkie śniadanie. Owsianka, bułka z bananem albo z miodem, kasza  na 3 godziny przed startem powinny dać energię na pierwsze kilometry. Na trasę zabierz sprawdzone wcześniej żele energetyczne. Jedz, zanim poczujesz głód.

2. Regeneracja to też trening. W ostatnim tygodniu nie nadrobisz już braków treningowych. Pozostały lekkie biegi na podtrzymanie formy i wyczucia tempa. Teraz ważna jest regeneracja i wypoczynek. Zwracaj uwagę na to, ile śpisz. Szczególnie w noc poprzedzającą noc przed startem. Bo ostatniej nocy trema może ci utrudnić wypoczynek.

3. Nie szata zdobi cesarza, ale akurat maratończykowi może skutecznie przeszkodzić lub pomóc w uzyskaniu dobrego wyniku. Podstawą jest właściwa ocena temperatury. Zazwyczaj na bieg ubieramy się tak, jakby było 10 stopni więcej niż pokazują termometry. Jeżeli temperatura w dzień ma przekraczać 10 stopni Celsjusza, nie warto zakładać koszulki z długim rękawem czy długich spodni. Przed chłodem przed startem ochroni stara bluza, którą można wyrzucić po starcie, lub folia termiczna.

4. Startówki nie dla każdego. Buty to podstawa stroju maratońskiego. Elita i najszybsi biegacze często biegają maraton w lekkich butach startowych z niewielką amortyzacją. Jeżeli jednak do tej pory nie pokonałeś w swoich startówkach więcej niż 15 km, a twojej wadze daleko do kenijskiego wzorca z Iten – postaw raczej na sprawdzone buty treningowe z amortyzacją.

5. Chip i numer. Oprócz butów – najważniejsze wyposażenie maratończyka. Numer startowy najlepiej przypiąć do koszulki już dzień wcześniej. Osoba bez numeru nie jest pełnoprawnym uczestnikiem biegu, sędziowie mogą ją „zdjąć” z trasy, czyli nakazać zaprzestanie biegu. Równie ważny jak numer jest chip, który może być albo zintegrowany z numerem startowym (takie paski z tworzywa), albo  mieć postać małego białego kółka, które należy przymocować do buta, a po biegu – oddać. Chip gwarantuje znalezienie się na liście wyników i pozwala na rejestrowanie czasu na kolejnych punktach kontrolnych. Dzięki temu wirtualni kibice mogą śledzić swojego zawodnika na trasie. Chip warto przymocować do buta dzień wcześniej.

6. Czas zobowiązuje. Na numerach nadrukowane są kolory, które odpowiadają strefom startowym. Strefy związane są z czasami, jakie planują osiągnąć startujący z nich zawodnicy. Na ogół przydział do strefy następuje na podstawie wyniku w innym maratonie albo krótszym biegu lub wedle czasu deklarowanego. Dlatego jeżeli planujesz biec ok. 4 godzin – nie wpychaj się do strefy czerwonej i nie stawaj w pierwszej linii z elitą. To brak szacunku dla wpółbiegaczy.

7. Osobista asysta. Jeżeli trener personalny biegnie razem z tobą i ma numer startowy – nic nikomu do tego, dopóki nie tarasujecie drogi innym. Jeżeli nie ma numeru – gorzej, tym bardziej jeżeli korzysta z udogodnień przygotowanych na trasie przez organizatora. Ryzykujecie zdjęcie z trasy. Jeżeli natomiast Twój trener albo partner zamierza jechać obok na rowerze albo na rolkach – odradź mu to. Przy tej liczbie biegaczy i przepustowości warszawskich ulic rowerzysta czy rolkarz między biegaczami jest zagrożeniem zarówno dla samego siebie, jak i dla innych zawodników.

8. Słuchawki. Nie są potrzebne. Na trasie co kilka kilometrów znajduje się muzyczny punkt kibicowania, więc muzyki i dobrej energii na trasie nie zabraknie. A słuchawki odgradzają cię  od świata, powodując że nie słyszymy komunikatów sędziów, które mogą być ważne dla naszego bezpieczeństwa. Ale przede wszystkim nie słyszymy dopingu kibiców i słów wsparcia współbiegaczy – a to jest przecież sól maratonu i to, co sprawia, że ten bieg jest wyjątkowy.

9. Kibice. Są potrzebni w kluczowych momentach. Najlepiej zaopatrzyć ich w mapkę trasy i rozpisać, o której godzinie planujecie w konkretnych punktach. W Warszawie kibice metrem i tramwajami mogą podążać wzdłuż trasy maratonu. Na Stadionie Narodowym czeka na nich moc atrakcji.

10.Start. Zacznij spokojnie. Zbyt szybki start, który zawdzięczamy emocjom, startowej adrenalinie i namowom kolegów, może drogo kosztować w dalszej części dystansu. Jeżeli po drodze robisz życiówkę na 5 czy 10 km – masz powody do obaw.       

Aktywnie nie bardzo, ale z optymizmem. I z nagrodami ;-)

beautyandb

Skoro z jakiegoś powodu mój organizm odmawia od jakiegoś czasu biegania szybko, postanowiłam się z nim nie spierać, bo finał takiego sporu nie trudno przewidzieć. I zdecydowanie to nie ja byłabym stroną wygraną. Czasami trzeba sobie dać na spocznij, wyluzować i przestać myśleć kategoriami: dystans, czas, życiówka. Takie sanatorium czy urlop zdrowotny. Chociaż na żaden urlop się nie wybieram, tylko biorę wolne od presji na wynik. Postanowiłam cieszyć się spokojnym bieganiem, a że biegam tempem galopującego żółwia, więc mam całe mnóstwo czasu na to cieszenie.

I zabawę w bieganie.

Nie, to nie jest łatwe. Głowa chciałaby szybciej, a tu – szklana ściana, szybciej nie nada, coś się zacięło. No to się uśmiecham i wrzucam na luz.  

Co prawda protest organizmu przyszedł w najgorszym momencie – bo w samym szczycie przygotowań do maratonu. Wtedy, kiedy właśnie powinnam była docisnąć, żeby się odgięło na 28 września. Ale przez tych kilka sezonów nauczyłam się kilku rzeczy na pewno. Przede wszystkim tego, że niektórych rzeczy nie da się rozbiegać czy zabiegać. Bo takie próby, nawet jeżeli na chwilę przynoszą efekt, często gęsto kończą się dłuuuuuugą i bolesną przerwą. A zatem – kilka dni biegowego postu przeszło w taki biegowy slow food, powolne budowanie od nowa. C’est la vie! Ciekawe tylko, że moja kondycja była tak słaba, iż w 10 dni obróciła się w kurz, perz i ruinę.

Cóż, do maratonu zostały równiutko dwa tygodnie. Biorąc pod uwagę moje ostatnie spektakularne dokonania w Krynicy-Zdrój, mam szansę na absolutnie unikatową antyżyciówkę. Może być nawet słabiej niż w debiucie, chyba że jednak doświadczenie i perspektywa Narodowego okażą się dodatkowymi motywatorami.

Na pewno już nic nie wytrenuję. Tym bardziej, że przez ostatni tydzień oprócz ogólnego rozbicia miałam jeszcze jednego przeciwnika – ostry katar. Właściwie jeszcze trwa, bo nieleczony… Ale nieleczony, bo te wszystkie szybkodziałające antykatary i przeciwgrypy osłabiają dodatkowo i mogą poczynić więcej szkód niż pożytku przed biegiem. A już najgorszym złem są antybiotyki – poczytajcie historię Henryka Szosta sprzed Zurychu. Więc gdyby Was jeszcze coś dopadło – to herbatka z miodem, z prądem, z malinami, czosnek, imbir -  i wystarczy.

A co z bieganiem? Zostały mi już tylko spokojne rozbiegania, w planie jeszcze start za tydzień w twierdzy Modlin, ale rozważam jego sensowność. Można przebiec szybkie 10 km na tydzień przed maratonem. Ale ponieważ ja nie biegam szybko, więc i start ten będzie wyłącznie turystyczny. Czy warto startować turystycznie? Cóż, prawdziwi biegacze powiedzą, że to niepotrzebna strata czasu, energii i pieniędzy. I w sumie jestem gotowa się z nimi zgodzić. Co nie znaczy, że zamierzam się zaszyć w jakiejś biegowej pustelni, skąd będę donosiła o ewentualnych postępach lub ich braku. Wyjazd do Modlina jeszcze rozważam, ale że nigdy tam nie byłam (serio, nawet na lotnisku), jest szansa, że się skuszę. Nawet jeżeli przybiegnę ostatnia.

Maraton Warszawski będzie klamrą sezonu, ale jest jeszcze jedna impreza w której startuję, od kiedy biegam. Tak, Biegnij Warszawo, kiedyś Run Warsaw, dzisiaj, po pewnej wolcie – Biegnij Warszawo z PKO BP. I z tym biegiem wiąże się pewien konkurs. Pierwsza osoba, która wymieni w komentarzu pod blogiem w kolejności chronologicznej (z latami)  kolory koszulek Run Warsaw/Biegnij Warszawo i zadeklaruje taką chęć – pobiegnie w Biegnij Warszawo – dzięki uprzejmości PKO BP ;-) Druga osoba dostanie nagrodę pocieszeni w postaci książki „Biegiem przez życie” Jerzego Skarzyńskiego – z autografem. Na konkursowe komentarze czekam do wtorku, 16.09., do północy :)

A propos książek – odkrywam na nowo audiobooki. Kiedyś już o tym pisałam, że nie jestem w stanie biegać i słuchać książki – bo albo się nie skupiam na treningu i robię bardzo wolne wybieganie, albo się skupiam na treningu – i muszę jeszcze raz odsłuchiwać te same rozdziały, bo nic z nich nie zapamiętuję. Jeszcze zanim zwolniłam, znalazłam książkę idealną do słuchania podczas biegu. I tak, chodzi o „I jak tu nie biegać” Beaty Sadowskiej, czytanej przez sam autorkę. Książkę w wersji tradycyjnej przeczytałam w marcu. Myślałam, że audiobook mnie będzie nudził, że – znając treść – nie będę tak naprawdę słuchała. Tymczasem ciepły głos Beaty – nie bez kozery dziennikarki radowej – jej naturalna intonacja i czytanie w taki sposób, jakby snuła opowieść – wszystko to sprawiło, że byłam w stanie wyłączyć książki (naprawdę tak napisałam? wyłączyć książkę?). Słuchałam na treningu, w samochodzie w drodze do pracy, stojąc w korku (przez tych kilka dni polubiłam światła przy Pomniku Lotnika), wchodząc do biura. I odkrywałam nowe wątki, które umknęły mi w papierowej wersji.  Jedyne co mi nie grało – to „podrabiany” Kuba Wiśniewski. Wolałabym prawdziwego i pewnie wypadłby bardziej naturalnie. Ale nie można mieć wszystkiego. Audiobook dostępny w Bibliotece Akustycznej.

A naturalnym przedłużeniem audiobooka Beaty Sadowskiej jest jej nowa audycja „Aktywnie bardzo”. Zetka, niedziela, siódma rano. Można słuchać przed niedzielnym śniadaniem albo podczas treningu. Lub… w  drodze na zawody.

To chyba za tydzień wybiorę się do tego Modlina. Modląc się o jakieś resztki formy ;-) 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci