Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#aniawracadobiegania / Tak kaczka uczy się latać…

beautyandb

Ćwiczysz czwarty tydzień z rzędu. Aplikacja Nike Plus Running jest nad wyraz uprzejma. Tak naprawdę oznacza to, że w jednym tygodniu wyszłam raz, w drugim – kolejny raz, wreszcie w zeszłym tygodniu – aż całe dwa razy. No i dzisiaj – po raz trzeci. I to trzecie wyjście w rytmie codrugodniowym. Mała rzecz, a cieszy.

Prawie tak samo bardzo, jak to, że do treningów mobilizuje mnie małżonek, który pilnuje, żebym się ruszyła. Zawsze mnie wspierał w tym, żebym mogła biegać tyle, ile potrzebowałam, ile chciałam. Ale dzisiaj to jego wsparcie, kiedy zostaje z małym i wręcz mnie wygania spod kołdry, jest szczególnie cenne. Kiedyś bez tego wsparcia to co najwyżej pojechałabym do pracy bez śniadania. Teraz – nie wyszłabym z domu w ogóle.

Więc wychodzę. Na razie na króciutko, te moje wyjścia zaledwie przekraczają pół godziny. Wlokę nogę za nogą, a pulsometr pokazuje jakieś Himalaje… Zresztą, jestem nieuleczalna, zaczynam tak, jak zaczynałam te 10 lat temu – bez patrzenia na pulsometr. Biegnę spokojnie – tak, jak ja czuje, że jest spokojnie. A to, co potem jest na wykresie – to już mniejsza o to. Nad tym popracuje się później. Na razie pracuję nad ostatnim kilometrem – staram się, żeby był wyraźnie szybciej. Wiem, bardziej efektywne byłyby przebieżki. Ale jeszcze trochę podchodzę do myśli o nich – jak pies do jeża. Tak samo jak do podbiegów – jeszcze ich unikam.

Jednak z każdym wyjściem nabieram optymizmu. Niby nic, ale za każdym razem biegnę odrobinę szybciej. Nie licząc tego ostatniego kilometra – dzieje się tak nieintencjonalnie, tak wychodzi. Chyba to, co mi zostało z moich pięknych mięśni, powoli przypomina sobie ten ruch, który przez lata stał się drugą naturą. I powoli odzyskuje właściwie rytm. Oczywiście, na razie jestem jeszcze trochę przyciężkawa. Od pierwszego ważenie po powrocie ze szpitala zgubiłam już co prawda jakieś 5-6 kilo, ale to znaczy tylko, że jeszcze 10 zostało. No, a do wagi takiej super startowej – 12. Powoli, powoli, dojdziemy do celu. Znaczy, ja dojdę. Przy wsparciu moich panów ;-)

Nie, nie stosuję żadnej diety. Po prostu synek jest smokiem, wyciąga z mamy, ile się da.  Ku jej zadowoleniu. Na razie też jem wszystko, chociaż już wiem, że za kilka miesięcy wrócę do moich wegańskich zwyczajów. Mleko już odstawiłam, bo mi nie służy. Kefir, jogurt, sery, chociaż biały odchorowuję. Za to jajka są podejrzane za wysyp krostek na twarzy Marcinka. Niestety, wizyta u alergologa dopiero 30 marca. I to wcale nie na NFZ.

Ale wróćmy do biegania. A zatem jest ciężko. Czuję się, jakbym zaczynała wszystko od nowa. Czekam cierpliwie aż mięśnie odzyskają pamięć i zaczną się odbudowywać. Staram się nie przesilać. Nie naciągać tego, co jeszcze nie zyskało elastyczności.

Do Półmaratonu Warszawskiego zostało już niewiele ponad 50 dni, niespełna 8 tygodni. W akcji #BiegamDobrze udało mi się zebrać już ponad 300 zł na Fundację Wcześniak. To oznacza, że mam numer startowy. Czyli wystartuję. Bo to zobowiązanie. Nie napinam się. Chcę tylko dotrzeć do mety. No i raczej przebiec trasę niż ją przemaszerować. Dzisiaj już przetruchtałam 7 kilometrów.  Nie mam planów wynikowych. Gdybym utrzymała tempo z dzisiaj, to w 2,5 godziny powinnam się zmieścić ;-) Akurat mi to wystarczy.

Pewnie, że gdzieś po cichu liczę na więcej, czyli szybciej, ale sama siebie karcę i hamuję w tym planowaniu. Śmieję się z siebie sprzed roku. Eh, wtedy 3 tygodnie po szpitalu i na antybiotyku pobiegłam 1:52. Dzisiaj nawet nie myślę o wyniku poniżej 2 godzin… No, dobrze. Jednak myślę. Ale tak cicho, żebym nawet ja tych myśli nie słyszała. Osiem tygodni. Tylko osiem…

12688161_1086006344763421_2783338200418444531_n

A propos akcji #BiegamDobrze. Pakiet startowy już mam, ale cały czas dalej zbieram pieniądze dla Fundacji Wcześniak. Jak uzbieram 1000 zł – będzie 11 pompek na 11. kilometrze. Tak się zastanawiam, czy już zacząć ćwiczyć, bo na razie z trudem robię 3… Ćwiczyć?

Fajnie, że już biegasz – piszecie mi w komentarzach i na priv. A ja niezmiennie odpowiadam, że na razie truchtam, człapię sobie.  I nie, nie kieruje mną fałszywa skromność. Nie. Ja po prostu wiem, że trochę więcej niż rok temu robiłam rozbiegania po 5:15, a nie z trudem po 6:15.  Że moja życiówka półmaratońska to 1:36:07 (policzcie sobie, wychodzi niewiele wolniej niż 4:30, i to pobiegnięte tydzień PO maratonie). Że tętno powyżej 160 to miałam biegając sporo poniżej 5’/km, a nie ponad 6… Że kiedyś latałam.

A teraz cieszę się, że odrywam stopy od ziemi i wykonuję coś, co przypomina fazę lotu. Że ostatni kilometr pobiegłam poniżej 6… No dobrze, dzisiaj to było już 5:25…

Dziś po południu syn jadł i podsypiał, ale nie spał, całe popołudnie był nieodkładalny. Oglądałam jakąś komedię romantyczną. Starszy pan powiedział o bohaterze: On jakoś dziwnie chodzi, jak kaczka po lądzie. Drugi, młodszy, odpowiedział: Tak kaczki uczą się latać.

Więc uczę się latać. Od nowa, chociaż niezupełnie. Na razie latam jak kura. Albo inny pingwin. Do kaczki jeszcze mi sporo brakuje.

#aniawracadobiegania. Trudne początki i akcja #BiegamDobrze

beautyandb

Powoli się uczę,  że w nowym życiu – życiu młodej mamy, swoją drogą wdzięczna jestem mojemu synowi ogromnie, bo dzięki niemu łapię się na kategorię „młoda mama”, chociaż nowa kategoria biegowa z młodością nie ma nic wspólnego, chyba że mówimy o młodości drugiej i trzecie – a zatem w życiu młodej mamy trudno cokolwiek zaplanować.  

Planowałam na przykład, że w drugim tygodniu po porodzie zacznę ćwiczyć. W domu, oczywiście, z jakąś gwiazdą rodzimą albo międzynarodową tzw. fitnessu, delikatnie, żeby ruszyć nieużywane mięśnie. A tymczasem w drugim tygodniu cierpiałam przeokrutnie, bo mnie wszystko zamiast boleć coraz mniej – bolało coraz bardziej, wyzwaniem było przewinięcie młodego, a co dopiero mówić o ćwiczeniach.. W końcu, po tygodniu narastania bólu, pofatygowałam się jednak na Izbę Przyjęć, gdzie okazało się, że rozpuszczalne szwy czasami się nie rozpuszczają, a jak nie się nie rozpuszczą, to sobie wrastają… I wtedy bolą. Przez kolejny tydzień dochodziłam do siebie po tych szwach, ciesząc się każdym kwadransem, kiedy stanie nie powodowało zwijania się z bólu.

I kiedy zaczął się czwarty tydzień, okazało się, że co prawda nie bolą mnie pozostałości po porodzie, ale zaczynają mnie wściekle boleć plecy, a ja nadal się nie ruszyłam. Mało tego, zdążyłam do tego stopnia rozpuścić dziecko, że nauczyło się zasypiać głównie na rękach albo na brzuchu mamy. Odkładane do łóżeczka – błyskawicznie się budzi i zaczyna być głodne. I wtedy płacze. I w ten sposób młoda mama nie robiła w domu słownie nic, pisać się z dzieckiem u piersi jakoś nie nauczyła, a wieczorem i tak padała ze zmęczenia. Dwa hantle przytachane do salonu pełniącego chwilowo funkcje pomieszczenia wielozadaniowego stały pod stolikiem postawione tak jeszcze w drugim tygodniu. Z każdym dniem obiecywałam sobie, że w końcu się wezmę. I ciągle się nie brałam.

Wreszcie młody skończył cztery tygodnie, potem miesiąc. Następnego dnia już od rana ubrałam się w legginsy. O dziwo, nawet się zmieściłam, mimo że to „S-ka”, a ja mam cały czas co najmniej 10 kg nadmiaru (10 do wagi „sprzed”, jakieś 13 do wagi pożądanej). I tak przełaziłam prawie cały dzień, uznając, że to znowu nie był ten dzień, że może kolejny. Ale pod wieczór małżonek przejął młodego na klatę, a ja poczułam, że muszę. Po prostu. Inaczej się uduszę. A poza tym – do 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego, a ja cały czas zamierzam (nie, nie planuję ;-)) go ukończyć. Mniejsza o styl i czas. Ale o tym jeszcze będzie.

No więc tydzień temu wyszłam po raz pierwszy. Ruszyłam „z kopyta”. Nawet pulsometr, po siedmiu miesiącach leżenia odłogiem w szufladzie, nie zdążył się sparować z zegarkiem. Ale jest super – myślałam przez pierwszych 200 metrów – Ale mnie niesie… I taka byłam cała fruwająca, dopóki nie spojrzałam na zegarek. Aha. 6:15. Mhm. Tempo fruwania po prostu… Ale to był dopiero początek. Po półtora kilometra moje tempo już raczej nie schodziło poniżej 6:50 – 7 minut na kilometr, a nogi zaczynały przypominać kołki. Założone wcześniej 5 km zrobiłam chyba tylko dlatego, że było ciemno i nie chciałam się pakować w skróty. Nie, nawet się bardzo nie spociłam. Nie zgrałam i nie zaczerwieniłam. Ale pulsometr, który w końcu zaskoczył, pokazał średnią 150. Fajnie. Czyli tyle, ile rok temu miałam biegając w okolicach 5:15/ km.

To tylko pokazuje, że skala zniszczeń jest duża J

Ale podobno istnieje coś takiego, jak pamięć mięśniowa.  W każdym razie na to liczę.

Na razie odbył się jeszcze truchcik – bo przecież nie: trening – numer dwa. W poniedziałek rano opowiadałam o książce w RDC. A właściwie to nie tyle o książce, co o bieganiu. No i stwierdziłam, że skoro już mówię publicznie o bieganiu, to może by… chociaż kawałek drogi w stronę domu…  Zapomniałam tylko, że z Myśliwieckiej do Alej Ujazdowskich czy nawet takiej Wiejskiej to jednak solidny podbiega jest… Oj, bolały i płuca, i nogi. Ale było ciut szybciej niż za pierwszym razem. No dobrze, tętno też było wyższe. Ale złóżmy to na karb górki na początku.

Górka zresztą jest całkiem spora. Bo nie dość, że jednak przez tych kilka miesięcy nie biegałam, że przytyłam te…. ponad 20 kg (jeszcze dyszka została do zrzucenia), że… To jeszcze na dodatek rano jestem tak śpiąca, że nie mogę się zmusić do wstania. A potem… A potem jest jeszcze trudniej.

No więc wymyśliłam motywację.

Zostało 9 tygodni do 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Zostały dwa tygodnie, żeby dozbierać na wpisowe w akcji #BiegamDobrze.

Na tej stronie: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/751 możecie wesprzeć mój start. Albo inaczej – wesprzeć Fundację Wcześniak Rodzice Rodzicom, a mnie zmobilizować do startu. Z taką motywacją łatwiej mi się będzie zorganizować do treningów. A na wiosnę już samo pójdzie dalej.

To co? Pomożecie?   

11140091_1079442678753121_4643962666461141212_n

Lekcje z miłości

beautyandb

Miał być jeszcze jeden ważny wpis na koniec minionego roku. Całego Sylwestra spędziłam na zmianę karmiąc młodego i próbując coś napisać. Wyszło dobre 6 stron. O 23.30. dałam do cenzury prewencyjnej małżonkowi. Tuż przed północą uzgodniliśmy jednak, że wpis jest na tyle prywatny, że na razie zostanie w rodzinnym archiwum. A ja tylko opublikuje wnioski. A wnioski są takie, że o najważniejsze w życiu rzeczy należy walczyć, póki tli się choć płomyk nadziei, póki mamy choćby cień wiary, że może się udać. I że bieganie, choć czasami rozpycha się w normalnym życiu i wydawałoby się, że zajmuje czas, który można przeznaczyć na inne cele, jest doskonałym punktem odniesienia, który pozwala właściwie oceniać miarę tego, co dla nas naprawdę ważne i istotne w życiu.

Od kiedy mało sypiam w nocy, zbiera mi się na filozofowanie. Chociaż nie mogę narzekać, syn jest dzieckiem bardzo grzecznym. Tyle że ciągle głodnym ;-)

Ma prawo, w końcu urodził się taki maleńki.

I nawet, kiedy padam z nóg, kiedy oczy mi się same zamykają, a on domaga się jedzenia (tu bardzo szybko się dogadaliśmy, jakie dźwięki oznaczają głód. Te najbardziej dramatyczne), i tak patrzę na niego z uśmiechem i nie zamieniłabym tego zmęczenia na żadne inne. Zresztą, zdaje się że organizm kobiety bardzo mądrze to rozgrywa, hormony pracują tak, że mimo zmęczenia człowiek funkcjonuje jak na haju, taki naturalny doping.

Ale już kombinuję, że skoro nadranne karmienie wypada tak gdzieś przed 5 (kończy się po 5), a kolejne – dopiero ok. siódmej, to już niedługo będę mogła ten czas wykorzystać na… No, wiadomo. Wczoraj po raz pierwszy od ponad pół roku naładowałam Suunto. Pora poszukać paska.

Zanim jednak wrócimy na biegowe ścieżki, chciałam jeszcze trochę na marginesie napisać o treningach w dyscyplinie, w której specjalnie biegła nie jestem, a której lekcje moje dziecko daje mi odkąd… No, właściwie jeszcze zanim się pojawił, na ładnych kilka tygodni przed pozytywnym wynikiem testu betaHCG.

Ta pierwsza była właśnie o tym, że jeżeli o biegowy cel, o życiówkę i 3:30 w maratonie walczyłam przez 4 lata i kilkanaście startów, to o cel większy, życiowy, o nowe życie – powinnam walczyć co najmniej z taką samą determinacją. Póki tli się nadzieja, póki jeszcze jest cień szansy. Owszem, powiedzieć, że się nie da, że się nie udało – było najłatwiej i najprościej. Najwygodniej. A jednak warto próbować. Nie odkładać, nie czekać, ale dokładnie tak, jak w maratonie. Wyciągnąć wnioski i podejść jeszcze raz, od początku. Warto było.

Następna przyszła jakoś zaraz potem, kiedy już test wypadł pozytywnie, ale doskonale wiedziałam, ile dzieli pozytywny test od stwierdzenia, że wszystko jest dobrze, tak jak powinno być. A tu tymczasem wydarzał się po raz pierwszy półmaraton kielecki. Bardzo chciałam w nim pobiec. Ale ważniejszy był mały człowieczek, a właściwie ciągle jeszcze tylko – nadzieja, że on tam jest i rośnie. Do Kielc nie wzięłam nawet butów biegowych – żeby nie kusiły. Tak samo jak za tydzień na Olecką Trzynastkę. Jeszcze się nabiegam – pomyślałam sobie. I jakoś zaraz potem mogliśmy pierwszy raz zobaczyć pikające serduszko.

I zaraz potem zaczęłam z tym serduszkiem gadać. Opowiadać mu o wszystkim dookoła. Ja raczej za dużo nie mówię, ale do serduszka rozgadałam się na całego. Tłumacząc mu, dlaczego korki, dlaczego znowu jedziemy dwie godziny w jedną stronę, dlaczego nie będziemy słuchac normalnego radia, tylko radiowej Dwójki, bo tam nie ma polityki, a tylko muzyka.

Tak, na czas ciąży i kampanii zrezygnowałam nie tylko z kawy, ale i z ukochanej Trójki. Właściwie nie jestem pewna, która decyzja miała większy ciężar gatunkowy. Bo Trójki z krótkimi przerwami słuchałam gdzieś od 1987 roku, a kawę – od pewnego momentu w ilości do 6 dziennie  (albo: półtora litra), najchętniej w wersji parzona po turecku po polsku (czyli jak Polacy wyobrażają sobie kawę po turecku) piłam w sumie od niewiele później. Serio. Taka jestem stara. Ale o zmianie kategorii wiekowej jeszcze będzie czas napisać. Z kawy zrezygnowałam dokładnie 20 kwietnia rano. Bo kawa niby nie jest specjalnie szkodliwa, ale jednak. Za duże ryzyko. To jak z maratonem. Skoro się szykuję do życiówki, to nie trenuję jednocześnie dyscypliny, w której mogę skręcić kostkę. Niby mogę skręcić i na zwykłym spacerze, ale lepiej nie prowokować losu.

A słuchanie Dwójki okazało się nad wyraz przyjemne. Szczególnie, kiedy w apogeum kampanii wyborczej ta antena transmitowała konkurs szopenowski. Znalazłam swój radiowy azyl. Chociaż na porodówce leciała jednak Trójka. I lista przebojów. Ale nie pamiętam, kto był na pierwszym miejscu.

To były te małe lekcje miłości.

Ale były też takie bardziej na serio. Jak ta w 12 tygodniu, kiedy po USG rozmawialiśmy z lekarzem, jakie badania powinniśmy zrobić. W zasadzie żadnych dodatkowych poza standardem, test PAPPa z uwagi na wiek, wiadomo. Są też bardziej dokładne testy.  I jest aminopunkcja. Na szczęście ta ostatnia nie była konieczna (za duże ryzyko). To może test NIFTY który wyklucza wszelkie wady genetyczne. – Można – powiedział lekarz. – Ale niech się państwo zastanowią, co wam da taka wiedza. I co z nią zrobicie.  Popatrzyliśmy na siebie. I już wiedzieliśmy, że – nie zrobimy, chyba że będą szczególne wskazania. Nie było.

Albo ta następna, kiedy niespełna miesiąc później niespodziewany telefon uświadomił mnie, że jesteśmy w grupie ryzyka konfliktu płytkowego. Po raz pierwszy doświadczyłam wtedy tak mocno, że tego małego człowieczka już kocham. I nauczyłam się, że teraz już zawsze będzie mi towarzyszył strach, obawa o niego. Do tego stopnia, że teraz patrzę, gdzie tu najbliżej przychodnai czy poradnia, żeby jak najmniej jechać samochodem. Aż paranoicznie. Pierwsza wspólna jazda była koszmarem, jechałam, jakbym właśnie odebrała prawo jazdy, 60 na godzinę i ani grama szybciej. Powoli normalniejemy, ale obawa już zawsze jest.

I wreszcie ta, kiedy musieliśmy zdecydować, czy malec ma przyjść na świat silami natury, czy jednak ze wspomaganiem. Tu walczyły dwie miłości – ta rozsądna, świadoma tego, że w 95 procentach porodów naturalnych jest dobrze. I ta lekko panikująca, histeryczna, znająca dokładnie opisy wszystkich błędów medycznych przy porodach, szeroko komentowanych w prasie. Ale jeżeli nie ma bezwzględnych wskazań medycznych, dla dziecka lepiej jest… Tak. Tak, na pewno dla dziecka lepiej jest. Więc było – najlepiej jak się dało.

I kiedy leżałam, dwudziestą którąś, trzydziestą godzinę bez snu, bo wpatrywałam się w to moje maleństwo…

I jeszcze potem, kiedy całą pierwszą noc próbowałam go karmić, oczy mi się zamykały w końcu same, ręce omdlewały od trzymania, a on się nie dał odłożyć do szpitalnego łóżeczka… Wreszcie złamałam regulamin i zabrałam go po prostu do łóżka (cii, nie piszę tego głośno) i tak już dospaliśmy do rana…

Ale największe lekcje dostaję teraz, kiedy już skończył się karnawał, szpital, święta, wizyty najbliższych, załatwianie różnych spraw. I zostaliśmy sami w domu. Z naszą codziennością. Z jedzeniem co godzinę nawet czasami. Z kolkami. Z kotami, na które trzeba mieć oko. Z tym, że czasami strach wyjść do łazienki na dłużej. Z tym, że jak nie zdążę się wykąpać zanim mąż wyjdzie, mam przechlapane do późnego popołudnia. Z tym, że…. Och, jest milion innych spraw, które wyglądają zupełnie inaczej. Nawet ten wpis powstaje na raty, przez kilka dni.

Normalnie chodziłabym na rzęsach ze zmęczenia. Normalnie bym się wściekła i sobie wyszła.

A dzisiaj najnormalniej w świecie nachylam się nad łóżeczkiem i z uśmiechem patrzę na synka. On też czasami się uśmiecha. Nie wiem, na ile już świadomie, a na ile – tak mu wychodzi. Ale ten uśmiech…

Nie, nie obiecam, że to ostatni taki niebiegowy wpis na blogu.

Chociaż może wreszcie zacznę się ruszać, w końcu mama musi mieć kondycję.

1923286_1070860946277961_4913212118874569714_nA fotka - z kibicowania na Wesołych Biegach Górskich, gdzie zadebiutowaliśmy w charakterze mobilnego punktu kibicowania. 

 

 

Nie zdążyłam, czyli nieoczekiwanie przerwany BPS

beautyandb

W sporcie taka historia w zasadzie nie ma prawa się wydarzyć. Chociaż zaraz mnie pewnie ktoś sprostuje, bo być może jednak… Jeżeli już się zdarza – to raczej przesunięcie terminu na później. Tak jak w Mistrzostwach Polski w maratonie w 2010 r. , w tym roku – w maratonie w Himalajach. Ale życie pisze nieoczekiwane scenariusze i okazuje się, że czasami  na BPS zwyczajnie nie starcza czasu. To mi się właśnie wydarzyło, a fraza „nie zdążyłam” była chyba tą, którą najczęściej powtarzałam przez minione dwa tygodnie.

A przecież plan był taki prosty. Do początku grudnia w pracy, potem 5 tygodni na to, żeby dosprzątać mieszkanie, samochód, wymienić opony, urządzić święta – i po Nowym Roku trafić spokojnie do szpitala. Tu miałam mały stresik, bo oczywiście wymyśliłam sobie szpital pierwszego i drugiego wyboru, ale nie poczyniłam ani kroku, żeby mieć gwarancję, ze właśnie tam mnie przyjmą. Owszem, o tym pierwszym słyszałam (i czytałam), że trzeba mieć „swoją” położną. To tak jakby na maraton zatrudnić osobistego pacemakera. – Naprawdę jest konieczna? – zapytałam lekarki prowadzącej. Ona akurat była lekko sceptyczna. – Głównie dla pani komfortu psychicznego. – wyjaśniła. Ciekawe, że już lekarka od USG twierdziła, że w moim wieku i w ogóle… to już wyłącznie.

Taaak. W moim wieku i z moją historią to powinnam od razu wybrać cesarskie cięcie, zrobić kwalifikację u konkretnego lekarza i pozamiatane. Tylko że poza tym wskazań ściśle medycznych do cesarki było brak, a w szkole rodzenia zrobili mi pranie mózgu i przestawili tryby myślenia. Dlatego szukałam wszystkich możliwych wskazań i przeciwwskazań. Ułożenie dziecka? Prawidłowe. Masa? Nie będzie bardzo duże. Mój zabieg z wiosny? Nie, nie naruszał mięśni. Ryzyko konfliktu płytkowego? Ale nie ma przeciwciał, poród naturalny byłby nawet wskazany. Tak naprawdę zastanawiałam się do ostatniej wizyty u lekarza. To znaczy, ona nie miała być ostatnia.

Ale tak wyszło.

To mniej więcej tak, jakbyście się szykowali na ultra i nagle ktoś Wam powiedział, że start jest miesiąc wcześniej. I to właściwie z dnia na dzień.        

Komplikacje zaczęły się zaraz potem, jak już wzięłam zwolnienie. Organizm chyba poczuł lekkie rozprężenie, bo jak przez całą ciążę właściwie żadne infekcje mi się nie imały, tak tu po czterech dniach dopadł mnie koszmarny kaszel. Dwa dni kuracji miodem, mlekiem, imbirem, czosnkiem, malinami etc… poskutkowało tylko tym, że do kaszlu dołączył jeszcze katar, skutecznie niwecząc moje plany sesji ciążowej, która już była umówiona, Tak, bardzo chciałam mieć te zdjęcia, czekałam prawie do ostatniej chwili. Z cieknącym nosem i oczami w końcu się poddałam i przełożyliśmy spotkanie na piątek.

Tylko że wcześniej nastał wtorek. O świcie pognałam do internisty, bo ten kaszel z katarem nadal nie wyglądały obiecująco. Internista wypisał antybiotyk, po weryfikacji u doktor prowadzącej nawet zdazyłam się w niego zaopatrzyć. A potem pojechaliśmy z małżonkiem do centrum, bo miałam też skierowanie na kontrolne ktg od 37. tygodnia. Ot, tak na wszelki wpadek.

No i właśnie wypadku było trzeba. Poszłam do przychodni, specjalnie żeby z tym katarem i kaszlem nie siedzieć między kobietami w ciąży na Izbie Przyjęć. Szybciutko weszłam, podpięli mnie do aparacika, leżę i słucham. I nagle, tuż przed końcem badania, poddenerowowana położna każe mi zmieniać pozycje, głęboko oddychać, leci po lekarza… Lekarz wpada, każe mi się jeszcze inaczej ulożyć, znowu oddychać…    Po chwili wszystko wraca do normy, ale przytrzymują mnie pod aparacikiem drugie tyle. A na koniec dostaję jeszcze konsultację lekarską, z której lekarz odsyła mnie bezpośrednio do Izby Przyjęć. Tam od razu znowu podpinają mnie pod aparat. Tym razem zapis jest książkowy, ale na koniec słyszę: Dobrze by było, gdyby pani już  u nas została. Oczywiście nie musi pani, ale…

Robi mi się ciemno przed oczami… Wiadomo, zostaję, ale nie wiadomo, co dalej. Zostaję… Pańcia z torebeczką i kartą ciąży, bo przecież inne badania akurat nie były mi potrzebne. Na szybko robię Tomkowi listę rzeczy niezbędnych. Nie zapominam o szlafroku, ale zapominam o takich rzeczach, że to… aż wstyd pisać ;-) Zostaję na Żelaznej. W tej całej sytuacji to jedyny pozytyw. Właśnie na Żelaznej chciałam rodzić, ale cały czas miałam perspektywę, że zostaniemy odesłani. Tymczasem na razie sami mnie tu zatrzymali. No, ale do terminu porodu jeszcze ponad trzy tygodnie, chyba nie będą mnie tu trzymać przez święta… Tomek wraca jeszcze w środku nocy, przywozi mi rzeczy.

Zrazu mimo szpitalnych okoliczności nie jest źle. W środę w południe zostaję na sali sama, co skrzętnie wykorzystuję na pozakręcanie kaloryferów i wietrzenie. Potem już da się wytrzymać. Wieczorem załogę uzupełniają jeszcze Asia i Ania – przez te 36 godzin we trzy zdążamy się trochę zakumplować, choć każda z inna historią i perspektywą. Przez środę i czwartek wszystko jest super, cztery razy na dobę podpinają mnie na godzinę pod ktg, zapisy są książkowe. Zaczynam powoli myśleć, że może mnie wypuszczą…

Aż do piątkowego obchodu. Bo w piątek mamy skończony 37 tydzień ciąży, czyli formalnie ciąża jest uznana za donoszoną. I na obchodzie pan doktor mówi, że „będziemy indukować poród”. Że co??? Dopiero sobie uświadamiam, jak bardzo byłam nieprzygotowana. A te wszystkie liście malin, masaże, przygotowania, nie wspomnę o rzeczach (nadal nie mam ze sobą torby dla maleństwa)…

Tymczasem przypinają mnie do ktg, za chwilę mają podać oksytocynę. No, ale to jeszcze nic nie znaczy. Tomek zagląda do mnie rano, potem ma jechać do szkoły, pozaliczać wszystkie egzaminy w „zerówce”, żeby potem mieć swobodną głowę. Leżę pod tym ktg i nagle… Znowu wpada położna, lekarz, znowu muszę oddychać do brzucha, znowu coś jest nie tak, tętno maluszka spada. Na chwilę, ale spada. Lekarz decyduje szybko – urodzi pani dzisiaj. Najdalej w nocy. Nikt nie będzie ryzykował trzymania pani dłużej. Mam wrażenie, że ruszyła lawina. Pytam położnej, jak czasowo to ma wyglądać. Dzwonię do małżonka, żeby już się nie douczał, bo nie zdąży nigdzie pojechać. A najlepiej, jakby dopakował rzeczy dla Marcinka i za jakieś 3 godziny pojawił się w szpitalu z powrotem. Na smsach wypisuję, co oprócz ubranek powinno być w torbie. Ta uprana już czekała, tylko ciągle mi  czegoś brakowało, żeby ją spakować.

Na smsach jestem też w kontakcie z moją panią doktor, która dzwoni do doktor dyżurnej. Oczekiwanie trochę się przedłuża, ja cały czas jestem podpięta pod ktg i kroplówkę z oksytocyną, od śniadania już nie jem. W końcu pani doktor kończy zabieg i ma chwilę dla mnie. Zaczyna się nieźle, bo mam na sobie koszulkę półmaratonu w Wiązownie, okazuje się, że to jej okolice, a wcześniej mieszkała tak, że prawie byłyśmy sąsiadkami. Gadamy sobie zatem przyjemnie, prawie nie odczuwam nieprzyjemności badania. Ustalam, że gdyby tylko coś się znowu z tym tętnem działo, będzie cięcie, trudno. Wracam na salę, chwilę potem przybywa małżonek, dosłownie w ostatniej chwili, bo już zgarniają nas na… blok porodowy.

Sala morelowa. Jest bosko. Duża sala, wanna, łazienka, piłki, drabinka, lina… Rozgaszczamy się. Ja cały czas z tą okropną kroplówką, ale staram się nie zwracać na nią uwagi. Po 19 pojawia się położna, która będzie się nami zajmować. Patrzę spod oka. – Pani prowadziła zajęcia w szkole rodzenia? – pytam niepewnie. – Tak, z porodu. To co? Sprawdzian praktyczny? – półżartem odpowiada położna. Fajnie. Zaczęło się nieźle. Ale to złudzenie. Przez następną godzinę nic się nie dzieje. Niby mam skurcze, ale ani jakieś silne, ani regularne. Timer do skurczów (tak, są takie aplikacje, serio, nawet ściągnęłam jedną) okazuje się kompletnie nieprzydatny. Chodzę, gadamy, jest radio, więc zaraz w tle wybrzmiewa Lista Przebojów Trójki. Śmieję się, że mały powinien się czuć jak u siebie w domu, w końcu zawsze w piątek wracaliśmy z pracy słuchając listy…

Niestety, po tej godzinie na jakiś czas kończy się wolność. Znowu ktg, oksytocyna już cały czas. Leżę pod aparatem dobrze ponad godzinę. Skurcze robią się coraz silniejsze, ból coraz trudniejszy do zniesienia, wydaję z siebie dziwne dźwięki… Położna przynosi ciepły kompres, Tomek przykłada mi go do pleców. Gdzieś w międzyczasie odwiedza nas lekarz dyżurna, położna opowiada o innej rodzącej, co to miała powiedzieć, że skoro przebiegła maraton, to i dziecko urodzi. – Ja przebiegłam dwadzieścia, ale nie pamiętam, żeby którykolwiek tak bolał – odpowiadam gdzieś w przerwie. Z rozmowy wynika, że dla odmiany pani doktor ma w swoim życiorysie epizod triathlonowy. Ładnie trafiłam.

I wtedy zaczynam sobie uświadamiać jak się czuję. Dokładnie tak, jak na tych dwóch ultra, co to się do nich nie do końca przygotowałam. Jak na 35. kilometrze Supermaratonu Gór Stołowych, kiedy jeszcze do mety było daleko, choć było ją słychać nieznośnie blisko…      

Gorzej, że robię się zmęczona. Normalnie zasypiam w przerwach między skurczami. Tyle że przerwy coraz krótsze. Wtedy, kiedy nie zasypiam, staram się coś z humorem i dystansem zaprodukować, bo widzę, że małżonek też ma trochę dosyć. Okupuję piłkę. Tak jest trochę wygodniej.

W końcu koło jedenastej postanawiam się poddać. Jakbym znalazła tego, co mnie namówił na poród siłami natury… Kiedy zagląda położna, pytam o znieczulenie. – O północy podepnę panią pod ktg, jak wszystko będzie w porządku, podamy znieczulenie – mówi. Czas wlecze się niemiłosiernie. Jeszcze przed północą Tomek ściąga położną do sali. Krótkie badanie, 4 cm rozwarcia… Matko, jeszcze drugie tyle… - myślę z przerażeniem, czekam na to znieczulenie jak na wybawienie. Położna idzie po lekarza. Mija północ. Przychodzi lekarka. Jeszcze raz bada. Jakie 4 cm? Osiem. Tu już nie ma czego znieczulać, za chwilę człowiek się urodzi. Dźwięki, które z siebie wydaję, nie mają już nic wspólnego z ludzkimi. Ale to już absolutny finisz. Za chwilę człowiek wystawia główkę, potem panie mną sterują i wyciągają małego. Kładą mi go na brzuchu.

Mam łzy w oczach, od razu zaczynam coś nawijać do synka…

Ależ poszło. Jak na tym maratonie karkonoskim, co ledwo się dowlokłam do półmetka i już chciałam zejść z trasy, kiedy nagle odzyskałam animusz i do mety wyprzedziłam jeszcze 30 osób. Czuję się równie padnięta. Tylko… dużo bardziej szczęśliwa. Tulę w ramionach największy skarb, największe szczęście. Już nie ma znaczenia, że z czymś nie zdążyłam. Synek jest z nami – i tylko to się liczy. Drobniutki, niecałe 3 kg, ale długi, zdrowy, dostaje 10 pkt. Mamy następne dwie godziny tylko dla siebie… Najlepszy czas. Jak tuż za metą po życiówce… Taka życiówka!           

Z tego wszystkiego nie robimy zdjęć. Może to i lepiej. – Tylko jednego ujęcia żałuje. Tego, jak ci położyli małego na piersi – mówi mąż.

Za chwilę musi zniknąć w mroku nocy, a my z Marcinkiem trafiamy na ogólną salę. Potem jeszcze na inną. Spędzamy w szpitalu jeszcze trzy doby. Poznajemy się. Mam najcudowniejszego synka na świecie. I męża, który w tym czasie nadrabia to, czego nie zdążyliśmy posprzątać. Prawie mu się udaje zdążyć. Mnie też się prawie udaje zrobić pierogi na Wigilię. Ale jeszcze w pierwsze święto mama i mąż dolepiają reszteczki.

Z wpisem też nie zdążyłam. Miał być na Wigilię, ale… prawdę powiedziawszy dopiero wczoraj włączyłam komputer…

Mam nadzieję, że z następnym, ważnym wpisem, zdążę przed szampanem (bezalkoholowym rzecz jasna).1934421_10153403507323845_3195003844990872312_n

Rys. Tomasz Pojawa

Dziewczyny, co z Waszymi plecami?

beautyandb

Zauważyłam, że od kiedy nie biegam, z pewnym masochistycznym upodobaniem przyglądam się temu, jak biegają inni. Zresztą, styl , czy może raczej technika w bieganiu zawsze mnie fascynowała. Zwłaszcza, jak oglądałam zdjęcia po biegu. Swoje zdjęcia, uściślijmy.

Najlepsze do celów obserwacyjnych są zdjęcia z… Nie, no właśnie wcale nie z mety. Bo przed metą człowiek się jeszcze spina, krzesze z siebie ostatki sił i stara się jakoś dziarsko wyglądać. Najlepsze są zdjęcia z tych stref, gdzie fotografowie rzadko stoją. Na maratonie – gdzieś po 34. kilometrze. Na  dyszkę – gdzieś między 8. a 9. Tam, gdzie wychodzi, czy aby początek nie był zbyt szybki, tam, gdzie nie stoją kibice i gdzie zmęczenie czasami bierze górę.  Wtedy zdjęcia zabłąkanych obiektywów bezlitośnie obnażają pewne sprawy.

U siebie na przykład zauważyłam w  pewnym momencie, że im bardziej jestem zmęczona, tym bardziej blisko siebie stawiam kolana, a tylny aspekt osobowości, eufemistycznie zwany pupą, zaczyna zostawać kilometr za mną i ciągnie do tyłu. Z taką powyginaną paralitycznie sylwetką biegnie się raczej mało efektywnie, o efektowności nie wspominając. 

Teraz patrzę sobie na innych. I tak Bieg Niepodległości, w którym miałam okazję pomaszerować, dał mi pole do obserwacji niemal naukowych. Bo kiedy sobie szłam w stronę mety, mijało mnie kilka grup biegaczy, tych z tzw. ogona, z tylnych szeregów, raczej truchtaczy niż ścigaczy. Patrzyłam sobie głównie na panie (co w moim stanie jest zrozumiałe, poza tym – wiadomo, sędzia małżonek na mecie, lepiej uważać). I tak właśnie gdzieś między tym 8. a 9. kilometrem, kiedy Ania cwaniara maszerowała sobie wspierając się na kijkach, co pozwalało na fajne zbalansowanie ciężaru ciała i trzymało w ryzach ramiona, obok przetaczało się coraz więcej pań, które…

Kuliły się w sobie. Dosłownie. Plecy albo zgięte w pałąk , jak przerośnięte nastolatki, które próbują ukryć rozwijający się biust. Te panie chowały swój biust, wgniatały go w plecy, które coraz bardziej przypominały wielbłąda jednogarbnego. Inne nie do końca miały siłę się kulić, więc… Ich plecy były zakończone smętnie zwisającymi ramionami, najczęściej na jedną stronę bardziej.  A ramiona, zamiast pomagać i dawać napęd – były zbędnym balastem, obciążeniem dla całej sylwetki.

Nie wyglądało to ładnie. O nie. Ale nie o estetykę tu idzie. Kuląc plecy i próbując wgnieść sobie biust w grzbiet, panie owe pozbawiały się normalnego oddechu, dzięki czemu bieg był dla nich coraz większym wysiłkiem i udręką. A, pardą, bieg na 10 km w okolicach godziny to nie jest wysiłek ponad siły średnio sprawnej kobiety nawet w średnim wieku. Chyba że biegnie, czy też usiłuje biec, z zamkniętą klatką piersiową, przeszkadzając sobie rękami, i musi walczyć o każdy haust powietrza. Wtedy faktycznie, zmacha się, jakby pędziła na 35 minut.

Piszę o paniach, bo panowie po pierwsze mają mniejszy biust, a po drugie – akurat plecy kulą rzadziej, być może dlatego, że od czasu do czasu bywają na jakiejś siłowni, porzucają ciężarami, być może też dlatego, że częściej wykonują  prace fizyczne i noszą większe ciężary na co dzień, mają tzw. górę lepiej umięśnioną i łatwiej im zachować sylwetkę w trakcie biegu. Panie często zaczynają przygodę z bieganiem, żeby schudnąć. Truchtają, chudną, wszystko jest w porządku, nie mają potrzeby ścigania, człapią sobie powolutku – i nic im te skulone ramiona nie przeszkadzają. Musiałyby zacząć chcieć biegać szybciej. Albo popatrzeć na swoje zdjęcia.  

Bo dla niektórych sam pomysł pójścia na siłownię czy poćwiczenia z ciężarami jest z punktu odstręczający, bo mięśnie, bo muskuły, bo babochłopy… Stosunkowo najlepiej wypadają młode mamy – bo od noszenia dzieci jakieś tam mięśnie mają. Ale te, które już zapomniały jak się nosi albo nie miały okazji ponosić, nie pracują fizycznie i nie uprawiają innych sportów, też nie są bez szans.

Najprostsze, co można zrobić z tymi plecami, to zacząć pływać. Regularnie, 2-3 razy w tygodniu, pod okiem instruktora. Na basenie muskulatury się nie zrobi, co najwyżej rzeźbę. I to jaką. Ale basen… Nie wszędzie jest, bywa drogi, a poza tym to cała wyprawa. No to może jednak siłownia? Małe hantle, sztangielki? Od małego ciężaru podnoszonego w długich seriach te mięśnie nie powinny się nadmiernie rozrosnąć. Że na siłownię za daleko albo nie po drodze? To może chociaż w domu? Od czasu do czasu niektóre dyskonty wypuszczają w ofercie lekkie hantelki 90,5-4 kg), kettle (2-5 kg), zestawy obciążników. Wystarczy trochę nimi pomachać 2-3 razy w tygodniu – i nawet torebka będzie nam się potem lepiej nosiła. Nie mówiąc o tym, jak takie podrzeźbione plecy będą wyglądać w sukience wieczorowej!

A jak już nawet na te kettle nie macie ochoty wydawać kasy – poćwiczcie choćby z butelkami wody mineralnej czy innych napojów – od 0,5 do 2 kg. Nie trzeba dużo, wystarczy – systematycznie.

Ja do dziś pamiętam swój szok, kiedy nagle w moim planie treningowym pojawiło się machanie handelkami i podskoki ze sztangą. Podskoki akurat miały zupełnie inny cel, ale te hantelki – banalne ćwiczenie, najprostsze pod słońcem. Machanie rękami tak, jak się powinno w trakcie biegu, unoszenie ramion do boku, unoszenie ugiętych ramion do boku… Banał, prawda? A przynosi efekty. Dopiero potem wpadłam na to, że można po prostu popływać. I nawet dzisiaj, kiedy już w końcu doczekałam się zakazu biegania i chodzenia po steperze, to przynajmniej hantelkami machać mogę. I będę z tego przywileju korzystać, póki się da ;-)  Bo lubię swoje plecy, które niedługo czeka poważne wyzwanie….

A Was, Dziewczyny, proszę, obejrzyjcie swoje zdjęcia.

Tak żeby na następnym biegu odetchnąć pełną piersią. Wtedy tą dyszkę wciągnięcie nosem. Może nawet pokażecie mi plecy. Trochę inne niż w tym roku. A na pewno - zdjęcia będziecie mieć lepsze ;-)       

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci