Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Narodowy spis biegaczy, czyli gdzie ta siła

beautyandb

Ponad 60 000 osób wzięło udział w Narodowym Spisie Biegaczy. Bo tak fajny lans był wstawić sobie w serwisie społecznościowym obrazek z kolejnym numerkiem. Tak, też dałam się spisać. Gdzieś pod sam koniec akcji, kiedy właściwie nie biegałam i szukałam sobie czynności zastępczych. No to się spisałam. Także z ciekawości. Ponad 60 000 biegaczy. Siła! Grupa ludzi, która gdyby stanęła razem, mogłaby dokonać przewrotu. Rewolucji.

Powiało optymizmem. Rewolucja? Tak, ale oddolna, pełzająca. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej biegaczy na ulicach. Więcej ludzi, którzy ruszyli się z kanapy, wstali zza biurka, wysiedli z samochodu - żeby zrobić coś dla siebie. Bo chcą czegoś więcej. W listopadzie na osiedlowym kółku zdarzało mi się wieczorami spotkać i 10 osób biegających w przeciwnym kierunku. A przecież byli i tacy, którzy biegali w tą samą stronę. A przecież są i tacy, którzy nie dali się spisać, bo z założenia nie znoszą wszelkiego rodzaju rejestrów i registrów. Są i tacy, którzy gdzieś tam truchtają, ale nie myślą o sobie w kategorii: „biegacz”. No i wreszcie są tacy, którzy z różnych względów pozostają poza siecią – po nich spisywator nie sięgnął.  

Siła! – myślałam, dumając o tym spisie. Akurat wracałam do biegania z końcem października, wracałam lepiej niż mi się wydawało, że mogę, zaczynał odżywać blog. Siła? Hm, siła by była, ale lawinowy wzrost liczby biegaczy posłużył też namnażaniu się różnych mniej lub bardziej sztucznych podziałów i rozwarstwień. Już nie tylko na szybkich i tych wolniejszych, ale na tych, którzy trenują i na tych, którzy tylko sobie biegają, na tych, którzy biegają po prostu i na tych, którzy z biegania robią misję, na biegaczy nowych i starych, zaangażowanych i mniej oraz tych, którzy …kupują kilometry w aplikacjach. Serio! Są i takie przypadki. Aż się prosiło o jakiś komentarz. A że nic nie robi tak dobrze na klikalność, jak dobry hejt, więc… już miałam taki prawie gotowy.

I wtedy pojawili się oni. Czwórka zawodników i trener. Projekt „Gonimy Europę, gonimy świat!” Znakomity test na to, ilu tak naprawdę jest w Polsce biegaczy. Bo zarejestrować się w spisie to może każdy. Ale miarą pasji jest coś innego. 48 000 zł. Dużo. Ale w świetle spisu biegaczy byłam optymistką. Niech nawet co druga osoba da raptem złotówkę, kilka – da ciut więcej – i bez problemu zbiorą tę kasę. Tym bardziej, że cel jest wielki – polskie biegi długie na Igrzyskach w Rio. W jak najlepszym wykonaniu. W jak największej liczbie zawodników. Żeby się do tego przygotować – potrzeba środków. Rozmawiałam wtedy z Karolem Nowakowskim. Wstrzemięźliwie się wypowiadał na temat realiów polskich lekkoatletów. Za to był pełen nadziei i przekonany, że zebranie niewygórowanej przecież kwoty jak na przygotowania czwórki biegaczy nie będzie problemem. Zresztą, początek był optymistyczny.

Dzisiaj do zakończenia crowfundingowej zbiórki zostało nieco ponad doba. Udało się zebrać  nieco ponad jedną czwartą końcowej sumy. Czyli tak naprawdę nic, bo zgodnie z zasadą serwisu crowfundingowego, jeżeli do piątku do 21.00. na koncie akcji nie będzie 41 000 – środki wrócą do darczyńców. Albo zostaną przekazane na rzecz innego projektu.

Na liście darczyńców – 90 nazwisk i internetowych ksywek. Na wsparcie symboliczną złotówką zdecydowała się aż jedna osoba. Kilkadziesiąt osób wybrało „bogatsze” pakiety. Ale efektu kuli śniegowej – ani widu. Wrażenie siły biegaczy jako społeczności – też nie.

Chociaż nie. Pardą. W międzyczasie tzw. środowisko przeprowadziło dwie skuteczne akcje. Jedna polegała na utrąceniu arcykretyńskiego pomysłu rodzimego związku lekkoatletycznego na wprowadzenie licencji dla biegaczy amatorów. To dobrze, bo tysiące ambitnych amatorów mogłyby od środka rozsadzić związek, który nie daje sobie rady z opieką nad profesjonalnymi zawodnikami. Przy okazji też próbowano ustandaryzować i ocertyfikować organizatorów biegów amatorskich i zdaje się, ze ten pomysł będzie jeszcze wracał. Dyskusja amatorów ze związkiem była grą do jednej bramki. Szczegóły są dostępne w różnych źródłach, więc nie będę powielać. Chyba że temat wróci, co nie jest niemożliwe, ostatecznie wiele przygotowań pod ten projekt poczyniono… W każdym razie była siła w narodzie. Fala rozmów o licencjach dla amatorów trochę przykryła dyskusję o tym, kto powinien finansować zawodowców.  

Kilka dni później związek dał kolejny popis arogancji. Tym razem w odniesieniu do zawodników. Bo postanowił naruszyć własny regulamin wysyłania reprezentantów kraju na Mistrzostwa Europy w przełajach. A wszystko dlatego, że krajowy czempionat wygrał nie ten, który miał wygrać. Znowu zagotował się Internet, znowu przelały się przez sieć słowa niekłamanej sympatii – i w końcu mistrz Polski mógł pojechać na Mistrzostwa Europy. Zajął tam co prawda 34.  miejsce, ale i tak wypadł nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności.

W tych dwóch sprawach biegacze byli jak siła. Siła, która szła na związek żeby go wdeptać w ziemię. Kula śniegowa, która rośnie. Rośnie słowem, nakręca się własną mocą. Ale kiedy trzeba konkretu, siła jakoś… topnieje. I właściwie nie bardzo wiadomo, gdzie jest te ponad 60 000 tysięcy biegaczy. A może rację mają ci, którzy piszą, że Polacy są mocni w gębie i w akcjach charytatywnych, że dadzą na chore dzieci, na biedne zwierzątka, na skrzywdzonych przez los, co jest bardzo szczytne, ale kiedy przychodzi do akcji społecznej na jakiś inny cel – wtedy nagle stają się ostrożni i wstrzemięźliwi. I biegacze tu w swojej masie niczym szczególnym się nie wyróżniają. Lubią lans na czerwone serduszko, lubią lans na numerek ze spisu biegaczy i fajną traskę w jednej czy drugiej aplikacji. Lubią też być przeciwko. Ale żeby tak wesprzeć konkretnego człowieka, który być może potencjalnie zdobędzie medal albo przynajmniej – dobrze pobiegnie na Igrzyskach – no to jest mało sexy i kto o tym będzie wiedział. Szkoda.

Chyba, że 24 godziny stanie się cud i zejdzie jakaś lawina biegowego wsparcia. Trochę na to liczę, bo uważam, że ten projekt i jego powodzenie – to jest prawdziwy spis biegaczy. A nie to, co sobie jakiś jeden czy drugi marketer zapisze w swoim rejestrze.

Polecam - http://polakpotrafi.pl/projekt/gonimy-swiat. Jeszcze może się udać!

 

Jak z miłością

beautyandb

Najpiękniejsze są początki. Ten truizm naturalnie nie dotyczy tylko biegania. Ale może w bieganiu najłatwiej go odkryć. Bo z jednej strony początki są trudne. I na dodatek – zależą tylko od nas. Tu się nie da zwalić na kolegę z pracy, że zawalił, na szefa, że kazał siedzieć po godzinach, na współmałżonka, że nie dość motywował, na kota, że nie obudził, na teściową , że obiad był zbyt ciężki… Nie. To czy zaczniemy, czy wyjdziemy po raz drugi i piąty – zależy od nas samych. I od tego, co w tym bieganiu odkryjemy. I co sprawi, że dźwięk budzika o piątej rano nie będzie kojarzył się z wiertłem wkręcającym się w resztki snu, ale wyciągnie nas z łóżka na biegowe spotkanie z dniem. Bo z bieganiem jest jak z miłością.  

Już z tymi początkami jest trochę tak jak z zakochaniem. Motylki w brzuchu, endorfiny we krwi, szybsze bicie serca. Wyostrzają się zmysły, człowiek odczuwa otoczenie bardziej niż do tej pory, otwierają mu się nowe połączenia w mózgu. Poza tym człowiek chudnie, błyszczą mu oczy, skórę ma zaróżowioną i uśmiecha się bez powodu. No, bo gdzieś te endorfiny trzeba uwolnić. I tylko o wzajemność nie trzeba się martwić.

Potem też jest jak z miłością. Gdzieś po pierwszym sezonie, kiedy kończy się limit na łatwe życiówki, kiedy każda urwana minuta na dyszkę oznacza coraz więcej kilometrów, coraz szybszych kilometrów, coraz więcej zmęczenia – kończy się czas romantycznego uniesienia i zaczyna się szara rzeczywistość. I albo sami dojdziemy do tego, że to jednak jest ta miłość, o którą mimo wszystko chcemy dbać, bo w końcu nie chodzi o tą minutę czy dwie na zawodach, ale o to bycie codzienne razem, to bycie w szarości i radość z chwil, kiedy przychodzi ta okupiona pracą życiówka – albo po prostu wychodzi fajny trening. Albo wschód słońca w lesie będzie taki, że…ach! Bo bieganie to może być taka miłość na całe życie. Jak stare dobre małżeństwo. Dzisiaj już takich nie robią? E, nie, jeszcze się trafiają.

A może być też inaczej, i kiedy już się człowiek nasyci, a potem też trochę znudzi, to ciągnie go do innych – może bardziej ciekawych, bardziej wymagających, trudniejszych, innych. I wtedy zdarzyć się może jakiś niewinny flirt z górami, jakiś skok w stronę orientacji, jakiś romans z ultra albo z triathlonem… Potem, też jak w miłości, albo się z tego flirtu, romansu wykluje nowy związek, albo człowiek wraca do domu, do siebie, do biegania. I znowu jest jak z miłością.

Tak mnie trochę filozoficznie naszło, bo po jednak dłuższym jesiennym kawałku biegowego postu odnajduję w nim to, co mi sprawiało taką radość na samym początku. A poza tym w niedzielę byłam na XIX Żoliborskim Biegu Mikołajkowym i się zachwyciłam. Naturalnie – nie swoją dyspozycją, choć ta też, o dziwo i wbrew zdrowemu rozsądkowi, był zaskakująco dobra. I nawet nie trasą, choć wyprowadzenie biegu nad Wisłę miało swój niekłamany urok. I też nie Centrum Olimpijskim, które nieźle się sprawdziło w roli Biura Zawodów i szatnio-depozytu (jak sobie przypomnę lodownię na Kępie Potockiej sprzed dwóch lat…)

10846189_870910312939693_4831210685148915534_n

Urok Żoliborskiego Biegu Mikołajkowego tkwił w tym, że od pierwszego kroku spotykałam znajomych. To nie była wielka masówa, bieg na 100 tysięcy osób, gdzie człowiek jest doskonale anonimowy, o nie! Ten bieg, mimo że te większy niż kilka lat temu, zachował czar dawnych kameralnych biegów, gdzie wszyscy albo prawie wszyscy się znali i byli po imieniu. To jeden z tych nielicznych biegów, gdzie mam okazję spotkać tych wszystkich którzy przyłożyli ręki, albo może – nogi do tego, że nie przestałam biegać po miesiącu czy dwóch ani nawet po roku. A bieganie wtedy jeszcze nawet nie było modne, dopiero gdzieś tam się nieśmiało przebijało wspierane raz w roku przez Run Warsaw w Warszawie. Zresztą, ja byłam takim pokłosiem Run Warsaw, raz pokonawszy ulice Warszawy świńskim truchtem, uznałam, że to może być fajna sprawa. A kilka osób utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Misiaczek, JanG, Kociemba, Bartek, Darek z Renatą, Jarek, Iwonka, Jacek, Miodzio… A, nie, tego ostatniego akurat na Żoliborzu nie było. Ale odbyliśmy ostatnio dwa wspólne treningi. Coś jak powrót do źródeł. Pisałam już o tym? Jarek mnie namówił na pierwszy maraton. Z Jangiem i jego psami robiłam pierwsze trzydziestki w Kampinosie. Misiaczek, Kociemba, Bartek, Miodzio (i JanG) to  była ekipa z Łosiowych Błot, miejsca zasłużonego dla warszawskiego biegania… Do większości z nich nie miałam telefonu – i jak napisałam na forum w dzień, że będę wieczorem na treningu – to byłam, żeby nie wiem co. Żeby nie czekali. I zdaje się, że z tą ekipą biegałam nawet po ciemku po lesie! Miodzio holował mnie przez całą trasę maratońskiego debiutu. Bywały na trasie momenty, że chciałam go zabić. Dzisiaj też podział ról na treningu jest jasny – on gada, ja potakuję i próbuję nadążyć. Z Iwonką i z Jackiem - to już historia z prawej strony Wisły, o tym, jak łączy Mazowiecki Park Krajobrazowy i - bieganie właśnie. 

Fajne historie. Przypomniały mi się na tym mikołajkowym biegu, który zaczynałam za plecami Janga i dość długo się trzymałam, ale w końcu musiałam trochę zwolnić. Na biegu, który organizował pierwszy bodaj tak profesjonalny amatorski klub biegaczy w Warszawie…

Przypomniały mi się też, bo teraz przez analogię patrzę na swoją… fascynację pływaniem. Właściwie nie jestem pewna jak ją umieścić na tej skali uczuciowej, bo… No właśnie. Bo próbuję się nauczyć pływać, żeby lepiej biegać. Bo pływając, myślę o tym, jak kolejny ruch może się przełożyć na bieganie. Bo wiadomo, że pływaczką nie będę. Ale jednak trzy razy w tygodniu pakuję ten czepek i okularki, zanurzam się w tym zimny paskudztwie i próbuję przeżyć. I na dodatek to jest ten fajny czas, kiedy z każdymi zajęciami widać, że jest lepiej. Kiedy nawet na treningu poprawiam życiówkę na 100 metrów. A że za każdym razem i tak jestem ostatnia? No cóż. W pierwszym biegu na 10 km byłam 10. Od końca. I biegłam dobrze ponad godzinę. Tak to jest ten czas fascynacji i zauroczenia.

I tu miała być zgrabna puenta na temat monogamii, poligamii i mojej natury, ale uznałam, że jednak sobie daruję. Za dużo osób czyta. A ja – po prostu kocham biegać. A w mikołajkowej czapce to już w ogóle specjalnie.

 20141207_Zoliborz_03

O pływaniu i bieganiu, czyli o tym, że nie jestem z żelaza.

beautyandb
I nie zamierzam wcale udawać, że jest inaczej. Może czasami stwarzam pozory. Te treningi przy minus dwudziestu. Te spontaniczne zimowe trzydziestki po lesie. Ten basen o 7.30 (tak, wiem, są zajęcia wcześniej, ale muszę jeszcze parę kilometrów przejechać).  O, właśnie basen. Kiedy we wrześniu niespodziewanie (dla innych, bo w sumie dla sienie nie) zmieniłam grupę, trenera i basen, musiałam odpowiadać na niezliczoną liczbę pytań, która sprowadzała się do jednego: To na jaki triatlon się szykujesz?  

Ciekawe, że kiedy dwa lata temu zaczynałam się uczyć pływać, było kilka osób, które pytało, CZY przymierzam się do triatlonu. Ale kilka, dosłownie. I pytanie brzmiało: CZY. Minęły dwa lata i pytanie już nie brzmi: CZY, ale: KIEDY/GDZIE. Tak jak by to było oczywiste, że każdy, kto trochę biega i próbuje pływać, naturalnie nie marzy o niczym innym, jak o starcie w dziwnych zawodach, w których najpierw wymachuje się rękami w wodzie, potem – próbuje przeżyć na niemożliwie wąskim siodełku rowerowym, które wbija się w niektóre wrażliwe partie ciała, a na koniec, jak jeszcze ma siłę się ruszać – to ewentualnie może sobie pobiegać.

Nic z tego. To nie mój przypadek. Odpowiedź na pytanie: na jaki triatlon – póki co brzmi niezmiennie. Na żaden.

Na pływalnię chodzę, odnajdując coraz więcej przyjemności w ćwiczeniach do kraula z każdą bytnością – ale ma to raczej więcej wspólnego z radością dziecka, które uczy się chodzić i każdy, nawet koślawy, krok wprawia je w euforię. Mnie – wprawia każda kolejna długość basenu, która nie jest walką o życie. Każda setka przepłynięta szybciej niż ta, kiedy dwa miesiące temu przyszłam po raz drugi czy trzeci na Inflancką i musiałam jakoś zinternalizować fakt, że basen ma 50 metrów, a na zajęciach nie występuje styl klasyczny, w którym czuję się w miarę bezpiecznie. Po dwóch miesiącach nie tylko nie uciekłam z zajęć, ale nawet odrabiam prace domowe, a między wtorkiem a piątkiem wyraźnie czuję tęsknotę za chlorem.
10438124_868200119877379_3803871207167196640_n
Po co pływam, skoro (na razie) nie triatlon? Bo pływanie pomaga w bieganiu. Kiedy dwa lata temu zaczęłam się uczyć pływać – zaczęłam też lepiej biegać. Bo nauczyłam się inaczej oddychać – i to wystarczyło, żeby lekko podkręcić tempo. Teraz zwracam uwagę na coraz więcej szczegółów. To pewne zasługa trenerów – i tego od pływania, i tego od biegania.

Trener od pływania, zanim nas wpuści do wody, każe nam wymachiwać rękami na brzegu i wykonywać całą masę innych śmiesznych czynności związanych z wymachiwaniem albo wyciąganiem, napinaniem, rozluźnianiem i innymi takimi. Czynności może i śmiesznie wyglądają, dopóki stoimy na brzegu. W wodzie nabierają ciężaru gatunkowego. Komenda: „podkul ogon” rzucona we właściwym momencie potrafi zmienić walkę o życie w coś, co przypomina pływanie. Wskazówka: „znajdź punkt odbicia” sprawia, że sufit zaczyna się przesuwać. Coraz szybciej.

Co to ma wspólnego z bieganiem? To proste. Lekkie spięcie pośladków i przesunięcie środka ciężkości w biegu powoduje poprawę sylwetki i człowiek automatycznie przyspiesza o kilka sekund na kilometr. Znalezienie punktu odbicia jest może mniej istotne niż w wodzie, ale już solidne odbicie – nabiera znaczenia. Któregoś razu, kiedy bezskutecznie machałam „nogami do grzbietu”, a sufit ani myślał się przesuwać, pomyślałam sobie, że bieganie jednak jest prostsze, bo im szybciej macha się nogami, tym szybciej się biegnie. A tu – im bardziej machałam, tym bardziej sufit stał w miejscu. Ale jak znalazłam punkt odbicia – sufit nagle ruszył, mimo że machałam nieco spokojniej. Potem poszłam biegać. I nagle okazało się, że owszem, na lądzie, jeżeli szybciej przebieram nogami, szybciej się poruszam. Ale i męczę się bardziej. Za to jak już się dobrze odbiję, to nie zmieniając intensywności przebierania nogami – przyspieszam.  

Tych analogii jest pewnie dużo więcej, na razie odkrywam je jak Kolumb Amerykę, zaczynając rozumieć, o co w tym chodzi. Rozkminiając powiązania. Widząc analogie i zależności. Tłumacząc sobie, że im więcej nakopię w wodzie, tym lepiej potem będzie mi się biegało w Falenicy.

Ach, właśnie. Bo przecież wraca Falenica. Już od 13 grudnia wydma znowu będzie golgotą biegaczy. Trener od biegania uważa, że Falenica to główny element przygotowania do sezonu wiosennego. Już mnie tam wysłał na rekonesans i pierwsze próby. Jakim cudem zrobiłam w pojedynkę wszystkie trzy kółka w nienajgorszym tempie – tego nie wiem. Wielce prawdopodobne, że zadziałało basenowe – jeszcze tylko dwie długości i już. A może po prostu – spięłam pośladki i dalej samo poszło.
10372115_866685813362143_1631227946063189593_n

Podobno rower przydaje się w treningu pod biegi górskie. Albo odwrotnie. Czy jakoś tak.

W każdym bądź razie – ja tylko biegam. A ten basen trzy razy w tygodniu? Bo tak :)
 

Opowieść o stresie, ogniwach, duchu i motywacji

beautyandb

Chyba nigdy w życiu nie byłam tak stremowana… No, dobrze, przesadzam, pewnie się zdarzyło, nie raz i nie dwa. Tylko pewnie na tyle dawno, żebym tego zwyczajnie nie pamiętała. No więc nie pamiętałam i kiedy przekraczałam próg Centrum Sportu i Rekreacji na Bielanach – było mi najzwyczajniej w świecie niedobrze, a resztki obiadu niebezpiecznie podchodziły mi do gardła.

Jedyne czego byłam pewna, to tego, że płuca mam odpowiednio przewentylowane, bo całą drogę (a ze Starej Miłosnej na Bielany chwilę się jedzie) wyłam jak dusza potępiona do wtóru starym piosenkom (bo wiadomo, śpiewamy tylko te piosenki, które znamy). Cud, że mąż po drodze nie wysiadł. Ale jak wyję, potem dobrze mi się biega. Postanowiłam spróbować tego sposobu i na innych polach... 

Po przekroczeniu progu CSiR wcale mi się nie poprawiło. Właściwie im więcej znajomych spotykałam – a było ich coraz więcej i więcej – tym bardziej czułam się niepewnie. Trzy kolory koszulek dziwnie zdominowały hol przed wejściem. Zrobiło się przytłaczająco korporacyjnie. Ze swoją jedną – cały czas jeszcze nie do końca kompletną – sztafetą czułam się jakoś na marginesie. Próbowałam przestawić zwrotnice w mózgu na pozytywny tor. Przecież w tym wszystkim chodzi tylko o zabawę, przecież to są rekreacyjne zawody…

Aha. I kto to mówi. Ta sama osoba, która uważa, że solą sportu, nawet uprawianego amatorsko, jest rywalizacja i stałe dążenie do poprawy wyników? Ta sama która twierdzi, że tym właśnie różni się pasja do sportu od pasji, dajmy na to, do robótek ręcznych? Tak? Bo  jak już przeszło na trudniejszy sport, to co? Rączki do góry i „to tylko rekreacja”? Ja?

No więc. Denerwowałam się. Doskonale pamiętałam swój pierwszy start w wodzie sprzed półtora roku. Zepsułam wtedy wszystko, co można było zepsuć – może poza skokiem. A przecież płynęłam wtedy żabą, która jest najbardziej „moim” stylem. I grzbietem, którym też jakoś wtedy umiałam się poruszać. A jednak. Tym razem, dla dodania wrażeń, miałam popłynąć kraulem. Stylem, który… No, dwa miesiące temu napisałabym, że go nie znoszę, nie umiem i w ogóle, ale akurat to się trochę pozmieniało. Zresztą, umówmy się. Dwa miesiące temu nie przepłynęłabym czymś na kształt kraula nawet jednego basenu. Albo po jego przepłynięciu stanęłabym na dłuższy odpoczynek. A tu miało być – 4 x po 2 baseny.

Ale to wszystko jeszcze nie dość. Oprócz tego, że ten kraul, że zawody, że 4x50 – to jeszcze sztafeta. Dobra, szybka sztafeta, do której nagle wkleja się Ania, pływająca dwa razy wolniej od każdego w grupie. Świetnie. To właśnie był chyba element, który zdecydował, że przez pół dnia miałam gul w gardle i jakoś w ogóle mało się odzywałam. Nie licząc jednej malej awanturki w jakimś sklepie. A żołądek miałam poskręcany w znaczki z chińskiego alfabetu.

W szatni zrobiło mi się jakby ciut lepiej. Może dlatego, że już nie miałam żadnego odwrotu. To mniej więcej tak, jak na Biegu Marduły jak stanęłam pod Karbem. Zawrócić już nie mogłam, zostało mi czołganie się po skałach. No, trudno – dałam radę wtedy (powiedzmy), dam i teraz. Na całe szczęście przy samym wejściu do szatni spotkałam Zuzę, co oznaczało, że przestałam być pojedynczym słabym ogniwem. Nagle zostałam wpleciona w team. W sam środek. Dokładnie tak, żeby jeszcze można było po mnie poprawiać :)

Na hali basenowej tylko podeszłam do słupka. Podeszłam, popatrzyłam w dół i… zdecydowałam, że jednak do stresu pt. pływanie nie będę dokładać drugiego pt. skok. Który albo się uda, albo nie. Przepłynęłam sobie w tą i z powrotem, uznałam, że się nie utopię. I grzecznie poszłam na ławeczkę.., Bo czasu do startu było dużo. Akurat żeby się jeszcze podenerwować. Mimo zapewnień, że rekreacyjnie i tak dalej. Wszyscy niby się uśmiechali, ale wiadomo było, że żadnej rekreacji tu nie będzie. Chociaż, trochę powietrza za mnie zeszło, jak zobaczyłam, ile osób startuje z wody i że nawet zdarzają się żabkarze… W razie czego… Żadne w razie czego – natychmiast upomniałam samą siebie.

I kiedy właśnie znowu zaczynałam się zamieniać w strzępek emocji, których nie widać (jak to jednak praca człowieka uodparnia, im bardziej się denerwuję, tym bardziej tego nie widać, przynajmniej na pierwszy rzut oka), zjawił się trener. W dwóch osobach. I z motywatorem, którego chyba było trzeba nie tylko mnie. Wiecie, jak to jest, jak nagle puzzle zaczynają się już same składać? Wszystko wskoczyło na miejsce, niby stresik dalej trzymał, ale przestał paraliżować. Team spirit zaczął działać jak rodzaj kokona. 

10690345_860860770611314_71947627406854509_n

A potem już był start.

Tak, wiem. Płynęłam dwa razy dłużej niż każdy z zawodników mojej drużyny. Tak, wiem, gdyby nie ja – to by się mogli pościgać konkretnie. Ale  biorąc pod uwagę moje dotychczasowe dokonania – to były cztery najszybsze pięćdziesiątki, jakie kiedykolwiek przepłynęłam. Oczywiście, że pierwsza była najszybsza. Ale ostatnia nie była najwolniejsza ;-) Wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko - tak jak na Ekidenie raz czy drugi. Tu drużyna działała dokładnie tak samo. Albo nawet lepiej. W okolicach trzeciej zmiany zaczęło mi się podobać… A team znalazł inny wymiar konkurowania. I tym sposobem dostaliśmy ex aequo wyróżnienie za czas najbliższy 15 minutom. Ładne czepki, mnie się trafił ten z adekwatnym napisem „Swim faster!”

1452524_389606504521141_4025851894872222219_n_1Fot. Agnieszka Czechowska, A.C. Fotografia

Pisałam już, że Paul Piper’s Swimming Team jest najlepszą ekipą  na świecie? (o trenerze jeszcze będzie, w osobnym odcinku ;))

Z bielańskiego CSiR-u wychodziłam już uśmiechnięta od ucha do ucha. Oprócz czepka wylosowałam jeszcze książkę, bo nagrody były chyba dla wszystkich.

I tak moje samozadowolenie zaczęło osiągać niebezpiecznie wysokie rejony. Jeszcze w niedzielę rano unosiłam się jakieś 3 cm nad podłogą. I pewnie bym tam pozostała, gdybym w niedzielny poranek nie obejrzała zapisu wideo (dzięki, Ania :)) z tego… no, z tego,  jak… popłynęłam…

Obejrzałam. A potem zabrałam nowy czepek i pojechałam - na basen. Bo nie chcę więcej oglądać tego, co zobaczyłam ;-) Estetyka przede wszystkim. Zresztą, każda motywacja jest dobra. Byle było szybciej.

 

Zajęczym krokiem. XXVI Bieg Niepodległości i wampirzy sposób na motywację

beautyandb

Najbardziej na świecie w bieganiu uwielbiam robić życiówki. Nic tak nie daje motywacyjnego kopa i nie zachęca do wyjścia na kolejny trening, jak widoczny postęp, poprawa, progres, materialny znak, że idzie się do przodu, że się rozwija. W gruncie rzeczy dotyczy to nie tylko biegania, ale również innych pól aktywności życiowej. Może to nie jest do końca normalne, ale nie znoszę stać w miejscu. Właściwe hobby sobie znalazłam, bo w bieganiu, przynajmniej do pewnego momentu, o postęp jest dość łatwo. No, i wszystko zależy głównie od biegającego. Albo będzie chciał ruszyć do przodu, albo się będzie kręcił w miejscu jak bączek, taka dziecinna zabawka.  

Potem i w bieganiu, i w życiu, zazwyczaj zaczynają się schody. Postęp już nie jest tak oczywisty, wymaga więcej pracy, zaangażowania i poświęcenia.  A to już nie zawsze jest możliwe. Bo czas, bo rodzina, bo zdrowie, bo praca, bo… Czasami trzeba zrobić krok wstecz, żeby łatwiej było ruszyć do przodu. Tylko co wtedy z motywacją?

W bieganiu jest jeszcze jeden sposób. Trochę… hm, wampirzy. Można czerpać motywację i energię od innych. I ja się w tym roku wycwaniłam i sprawdziłam, że skoro nie mogę się motywować wynikami własnymi, to mogę… czerpać z wyników współbiegaczy. Na przykład tych, którzy pobiegli ze mną na 55 minut w Biegu Powstania Warszawskiego. A dzisiaj – z tych, którym się udało pobiec z balonikiem 57:30, a nawet, może nawet najbardziej z tych, którzy kilometr przed metą balonikowi uciekli. I jeszcze z tych, którzy, biegnąc szybciej lub wolniej,  po drodze nas dopingowali i dodawali otuchy. I z tych wszystkich, którzy gdzieś między biegiem a szatnią, w kolejce do tojtoja czy do depozytu, mówili, że zaglądają na bloga albo na fanpejdż. I jeszcze z kibiców. Powtórzę się po raz tysiąc sto pierwszy. Jeżeli ktoś mnie zapyta, dlaczego nie mogę pojechać biegać gdzie indziej – to właśnie dlatego, że to w Warszawie na trasie spotykam najwięcej przyjaciół i znajomych, w Warszawie zawsze usłyszę kogoś, krzyknie: „Ania” wtedy, kiedy trzeba. Poza Warszawą to się zdarza chyba tylko jeszcze w Krynicy.

DSC_4252Fot. Małgorzata Wójcikiewicz-Rubaj

Rola zająca nie jest specjalnie łatwa. Po dwóch doświadczeniach mam wrażenie, że jest dużo  trudniejsza od roli „biegacz z balonikiem na…” Zając musi mieć oczy naokoło głowy, dobry zegarek (a najlepiej dwa, o tym jeszcze za chwilę), podstawową zdolność do liczenia w minutach (to wcale nie jest oczywista umiejętność), a to wszystko połączone ze sporą asertywnością oraz szeregiem dodatkowych sprawności. I tu od razu przepraszam kolegę w czarnych rękawkach, któremu nie umiałam opowiedzieć żadnego stosowanego kawału na 8. kilometrze, kiedy przeżywał kryzys biegacza. Następnym razem przygotuję sobie również set dowcipów i sucharów na różne okoliczności. A także anegdotki i historyjki o różnych mijanych biegaczach.

A propos historyjki, będzie też historyjka, która mi dzisiaj zmroziła na chwilę krew w żyłach. To też dowód na to, że zając musi umieć liczyć. Otóż biegnę sobie spokojnie jako ten zając, kierując się wskazaniami stopera i znaków kilometrowych ustawionych przez organizatora oraz od czasu do czasu zerkając na tempo na zegarku. Do półmetka wszystko idzie jak w zegarku. Mam nadróbkę, ale minimalną. Jeszcze na wodopoju wszystko jest ok. I nagle… Tuż przed znakiem 6. kilometra  zegarek pokazuje niespełna 31 minut. JAK TO?? Jesteśmy trzy minuty przed czasem??? Jakim cudem? Patrzę, co pokazuje zegarek – i nagle do mnie dociera, że stoper jest zatrzymany… W kompletnym amoku włączam go z powrotem, próbując w myśli ogarnąć, ile czasu był wyłączony, ile przebiegliśmy i w efekcie tych wszystkich zmian, co powinnam widzieć na zegarku, żeby na mecie być w czasie zbliżonym do 57:30. Nic nie mówię grupie, bo po co się mają denerwować. Od nerwów jestem ja, oni mają biec. Na ósmym kilometrze motywuję delikatnie, na 9. Mówię tym, co mają jeszcze zapas sił, żeby darli do przodu. Sama ciut zwalniam, żeby podciągnąć jeszcze tych z tyłu grupy.  Wpadam na metę tak, jak policzyłam, że będzie akurat, ale wątpliwości mam dopóki nie sprawdzę listy wyników. 57:22 w tych okolicznościach przyrody uznaję za osobisty sukces. I tych kilka uśmiechów na mecie, i uścisków ręki, i tych, którzy deklarują, że za wszelką cenę chcieli mi uciec – i się udało. No cóż, taka dzisiaj była moja rola.

A wracając do Biegu Niepodległości i spojrzenia z perspektywy zająca – piękna była ta białoczerwona rzeka wijąca się, zwłaszcza na wiaduktach. Świetna orkiestra wojskowa po drodze. I jeszcze dwa bardzo pozytywne zaskoczenia. Po pierwsze hymn – nawet w mojej szarej piątej strefie ludzie stanęli na baczność, ktoś zaczął głośno śpiewać (wielkie dzięki), reszta też otworzyła usta i wspólnie śpiewaliśmy „Marsz, marsz Dąbrowski…” A po drugie – gdzieś w połowie pierwszego kilometra usłyszałam ogromną wrzawę i aplauz. Jakaś specjalna strefa kibica? Tutaj? – zdziwiłam się w duchu. A tu – owszem, specjalna strefa kibica. Zawodnicy na 50 i 55 minut, którzy wystartowali ponad 2 minut po elicie, brawami i okrzykami dopingowali zmierzającego po pewne zwycięstwo Łukasza Parszczyńskiego i biegnącego za nim Mariusza Giżyńskiego. Bardzo to było takie… ujmujące. I takie – biegowe.

Skoro znowu jesteśmy przy bieganiu. Gdybym miała wybierać, czy bardziej podobał mi się Bieg Niepodległości ten sprzed trzech lat, w którym zrobiłam życiówkę na 10 km, czy ten dzisiejszy – miałabym problem z wyborem. I z tego, i z tego wróciłam z energetycznym kopem, z uśmiechem i z motywacją. Nie tylko do biegania. Dzięki, Warszawo, dzięki współbiegacze :) Dziś mogę o Was pisać tylko dobrze. 


10645123_938772202816920_8727597923260360945_n1Fot. Kuba Krysiak

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci