Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Na oucie, czyli Ania nie biega.

beautyandb

Oj, dawno mnie nie było na blogu… Nie tylko dlatego, że skoro właściwie nie biegam, to nie bardzo mam o czym pisać. Wręcz przeciwnie – skoro nie biegam, to przecież mam czas na bieganie, a tematów przecież całe mnóstwo. Ale prawie całą energię pisarską w temacie biegania pochłonęła seria tekstów dla „Wprost”. O bieganiu. Była już i ściąga dla poczatkujących, czyli o tym dlaczego warto biegać i jak zacząć, o tym jak trenować, jak biegać i jeść, żeby schudnąć (z uwzględnieniem popularności diety wegańskiej). A w poniedziałek będzie o zawodach. I potem jeszcze jeden…  

Ale wróćmy do biegania. A właściwie – do niebiegania. Chociaż już niby dostałam zielone światło, wybrałam się nawet w maju na Agrykolę i wystartowałam w moim ulubionym cyklu warszawskich biegów na bieżni Warsaw Track Cup. Na całe szczęście nawet kolców nie wzięłam, bo to jednak byłby obciach, ponad 26 minut, ostatnia z ostatnich na biegu. A i tak pobiegłam za szybko w stosunku do zalecenia: „rekreacyjnie”. Za to wzięłam nowiutki Sketchers Go Run, które w charakterze butów na bieżnię sprawdziły się znakomicie. Ale co z tego, skoro na bieżni to trzeba biegać szybko, a nie – tak. To szalenie frustrujące. W Sketchersach chodzę w cywilu, bo są ładne i do wszystkiego pasują.

Po Agrykoli stwierdziłam, że skoro nie bardzo mogę się pościgać, to mogę chociaż pokibicować. Kibicowałam na Pucharze Maratonu, choć serce trochę marudziło, bo od kiedy pojawił się Puchar, od samego początku w 2008 r. startowałam we wszystkich edycjach, każdą kończyłam na podium, nawet jakieś zwycięstwa się zdarzały – i w klasyfikacji końcowej, i w pojedynczych biegach. Teraz teoretycznie mogłabym wziąć udział. Jakimś marszobiegiem, truchcikiem, pewnie nawet nie byłabym ostatnia. Ale po Agrykoli doszłam do wniosku, że bieganie 10 km w ponad godzinę nie specjalnie fajne. I nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że niektórzy chcieliby biegać w godzinę. Ale ja odnoszę się do swoich wyników, a te są ciut lepsze. I dreptać po 6 czy 6:30 na km to mogę sobie po lesie dla przyjemności, a nie zaraz startować w zawodach. No, nie. I dlatego wolę pokibicować.

 wtc.maj2015-14-Medium

Fot. Aleksandra Szmigiel-Wiśniewska, http://www.warsawtrackcup.pl/galeria/

A właściwie – wolałam. Bo zaraz potem wolną wolę wyboru zastąpiła… konieczność. Jeszcze tego samego popołudnia, kiedy właśnie miałam sobie rekreacyjnie i bez mierzenia czasu wziąć udział w biegu #LepszaJa firmowanym przez Nike’a i opatrzonym całym mnóstwem atrakcji, kiedy właśnie ruszałyśmy – nagle zaplątałam się w nogi, swoje albo czyjeś, to bez znaczenia, w każdym razie ból w prawej łydce przez następnych kilkadziesiąt sekund uniemożliwił mi jakikolwiek ruch. Potem, utykając, rozciągając, podchodząc i zaciskając zęby jakoś dokulałam się do mety w Arkadach Kubickiego. I to by było na tyle. Ponieważ 36 godzin później noga nadal nie funkcjonowała jak trzeba, w poniedziałek trafiłam do Ortorehu. Tam zostałam obejrzana, obdotykana i wreszcie – obmasowana, tak, że na chwilę przestało boleć, a przede wszystkim – łydka zaczęła wracać do swojej normalnej objętości.

11351124_10153007448938845_418150743938701718_n

Zrobione zaraz potem USG wykazało jednak, że… problem jest. Opisowo: łąkotka wysunięta poza obrys stawu. Więc znowu Ortoreh, znowu masowanie, jakiś prąd w kolano. Długi weekend trochę pomógł i noga zaczęła funkcjonować prawie normalnie. Prawie, to znaczy, że dalej lekko utykam i wolę omijać schody w dół, ale jakoś chodzę. Jeszcze trochę boli, jeszcze trochę puchnie, jeszcze… jeszcze jakiś czas, nawet pływanie nie bardzo wchodzi w grę.

I tak, po prawie 8 latach biegania bez kontuzji, wreszcie kontuzja mnie dopadła. I to – o paradoksie – wtedy, kiedy prawie nie biegałam. Inna rzecz, że gdyby nie ta przerwa, to prawdopodobnie bym się nie przewróciła… Rozkoordynowałam się trochę…

A zatem jestem wyautowana. Co prawda już się umówiła, że jak zacznę chodzić normalnie, to trener nauczy mnie chodzenia z kijkami i od tego zacznę powrót, ale na razie trochę mi źle :( Niby się uśmiecham, niby kibicuje, niby się cieszę z odpoczynku, ale z lekkim przerażeniem patrzę, że coraz trudniej  mi się ruszyć.

Zresztą, zrobiłam się ociężała. Ostatnie dwa miesiące kosztowały mnie parę kilogramów na plus. Nigdy w życiu nie byłam aż tak ciężka i taka…no, obszerna. Powoli zaczynam coś z tym robić, bo jednak lubię patrzeć na swoje odbicie w lustrze i chciałabym nadal je lubić… Na razie zaczęłam porządkować tryb posiłków, nie do końca się udaje, ale walczymy.

Za to jeżeli chodzi o bieganie, to jednak myślę coraz częściej o przyszłym sezonie. Może ta przerwa była mi potrzebna? Tym bardziej, że przez ostatnie kilka miesięcy więcej miałam do czynienia z medycyną niż przez całe życie wcześniej. I co tylko dostawałam zgodę na ruch – to rzucałam się jak dziki jakiś nienapasiony, może zbyt zachłannie. Więc – nie rzucam się. Mam czas, poczekam. Bieganie na mnie też poczeka.

 

Najgorszy bieg

beautyandb

Najgorsze są te biegi, w których człowiek nie może wystartować. Zwłaszcza, jeżeli zapisał się na długo wcześniej i przez tygodnie, a czasami miesiące szykował się mentalnie, że pobiegnie, oczami duszy i wyobraźni widział siebie w najbardziej malowniczych momentach trasy, widział też metę i medal, a tu…

Bieg się kończy, zanim się zaczął.  Bo czasami trzeba sobie dać na spocznij, na luz. Bo czasami nie meta na stadionie jest najważniejsza w życiu. Bo trzeba wybrać między sercem a… sercem.

I dlatego właśnie zaraz po sopockiej antyżyciówce zdecydowałam, że do Kielc pojadę w charakterze kibica. Taka próba charakteru. Nawet nie zabrałam ze sobą ciuchów do biegania, żeby nie kusiło. Buty niby miałam biegowe, ale całą resztę zdecydowanie nie. Na całe szczęście, bo gdybym miała w czym, to mogłabym mieć problem z silną wolą i konsekwencją.

Tym bardziej że w sobotę po południu pakiet jednak odebrałam. Było wszystko – i koszulka, i buff, i numerek, i ciasteczko, i picie… I wielka brama startowa w wielkim centrum handlowym, i atmosfera przedstartowa, która wywoływała mrówki na plecach.

Zacisnęłam zęby. Poszłam sobie. Na zakupy, przecież że nie na trening.

W niedzielę obudziłam się już o 5 rano. Takie zboczenie. Coś poczytałam, pokręciłam się, popatrzyłam na pakiet, na numer, nawet na te nieszczęsne buty. Jak dobrze, że centrów handlowych w niedzielę nie otwierają przed 10.

Najbardziej na mojej chęci zostania kibicem ucierpiała Mama. Tak, to prawda, ze o 8 czekałam na nią ze śniadaniem. Ale prawdę też jest, że ledwie wróciła po 24-godzinnym dyżurze, miała w perspektywie wyjście. I to wcale nie na słoneczny spacerek.

Ale Mama zdała egzamin. Tuż po 10 była gotowa do wyjścia, pojechałyśmy w okolice stadionu, gdzie miała być meta. Już dojeżdżałyśmy na miejsce, kiedy nagle lunęło jakby urwała się chmura. I lało dobre 10 minut. Siedziałyśmy w samochodzie, a ja już współczułam – i biegaczom, i organizatorom. Bo wiadomo, pogoda to zawsze plus 100 do oceny biegu. Jak jest dobra. Ta nie była. Chociaż ulewa była krótka, ale wiatr nie należał do delikatnych.

W końcu ruszyłyśmy na stadion. Powoli, bo Mama nie należy do wprawnych marszerów. W ulewie przegapiłyśmy zwycięzcę. Ale potem starałyśmy się już nie przegapić nikogo. Choć Piotra, który był 14. – jakoś też nie widziałyśmy. Musiał przybiec, kiedy wdrapywałyśmy się na koronę stadionu Korony. Czy też Kolportera.  Czy jak to tam się nazywa.

Meta była imponująca. Podobnie jak prowadzenie. Pełna profeska. Znowu zaczęłam zazdrościć tym, co wbiegali na metę. Nie, nie zmęczenia. Ale tego, że prowadzący prawie każdego zapowiadał z imienia (szacun!), a o wielu uczestnikach miał jeszcze zdanie czy dwa do powiedzenia.

Pomęczyłam się w okolicach mety jakieś pół godziny. Klaskałam, krzyczałam, machałam, przybijałam piątki. A potem ruszyłyśmy z Mamą pod prąd biegu. Naturalnie chodnikiem. I dopingowałyśmy. Ja to ja, ale Mam się naprawdę wciągnęła. Biła brawo, pokrzykiwała, pozdrawiała nadbiegających. Byłam z niej dumna.

I coraz miałam większego doła, że ja jednak nie biegnę.

Wyklaskałyśmy w okolicy 20. kilometra chyba aż do ostatniego biegacza.

Wiem, wszyscy byli zachwyceni. Super trasa. Świetna organizacja.

Tak, za rok się wybieram. Mam nadzieję, że się pościgam. Mam nadzieje, że nic nie zepsują. 

 

Antyżyciówka, czyli po co mi to było.  I PKO Półmaraton Sopot

beautyandb

- A może mi pani powiedzieć, jak pani pobiegła półmaraton dwa tygodnie po zabiegu? – zapytała lekarka, która widziała mnie na trasie, a z którą jakiś czas potem zobaczyłam się w okolicznościach medycznych.

- To były trzy tygodnie – odpowiedziałam, puszczając oczko. – Zresztą, jak się widziałyśmy, to jeszcze mi się dobrze biegło, schody zaczęły się później… - uzupełniłam.

- Aha, na głowę miało pomóc? Pomogło?

- Trochę…

Dobrze, że pani doktor też trochę biega, wiec  nie usłyszałam słów krytyki. A w międzyczasie wymyśliłam sobie, że przecież porażkę w Wiązownie i słaby wynik w Warszawie mogę sobie powetować w takim… Sopocie. Właściwie nie wiadomo, dlaczego, bo w Sopocie w życiu nie byłam albo byłam całe wieki temu służbowo, bo poza molem i kawałkiem deptaka jako żywo nic nie pamiętam, ale czułam się tu dziwnie znajomo i swojsko. Ale kiedy tylko usłyszałam, że szykuje się taki półmaraton, a potem jeszcze zobaczyłam projekt medalu – wymyśliłam sobie, że Sopot to będzie idealna majówka.

A potem, jak to zwykle bywa, zaczęły się schody. Niby na początku kwietnia zaczęłam wracać do jakiegoś treningu, w palnie był spokojny powrót, podobnie jak jesienią, ale jednocześnie gdzieś w tle cały czas pojawiały się kolejne sygnały dymne od medycyny – i w rezultacie skończyło się tym, że przez ostatnie dwa tygodnie przed I PKO Półmaratonem Sopot moja aktywność ograniczyła się do jednego treningu pływackiego i jednej przejażdżki rowerowej na 42 km w tempie ok. 20 km/h. W sumie przez cały kwiecień nabiegałam aż 32 km.

I z tym imponującym przygotowaniem postanowiłam jednak pojechać do Sopotu. Też trochę na ostatnią chwilę – i podróż, i nocleg, i pakowanie. Jestem mistrzynią improwizacji, chociaż tym razem mogła mnie drogo kosztować. I to dosłownie, bo w piątek okazało się, że wydostać się z Sopotu w niedzielę po południu można tylko samolotem, ewentualnie. Bo nawet najdroższych miejsc na Pendolino i inne ekspresy już nie ma. Jasne, trzeba było dłużej poczekać. Na całe szczęście wróciliśmy wczoraj w nocy – luksusowo, w towarzystwie Beci i Rafała, a wcześniej wycisnęliśmy, co się dało z tych dwóch nadmorskich dni.

W piątek co prawda trochę padało, ale to nie przeszkodziło nam w 3,5-kilometrowym spacerze do Ergo Areny, gdzie mieściło się Biuro Zawodów. Biuro działało sprawnie albo może ludzi było mało, na listach startowych widniało w piątek ok. 850 nazwisk, nie widać było wielkiego pospolitego biegowego ruszenia. Expo składało się z jednego stoiska, więc jeżeli miałam jakiś pomysł na zakupy – szybko mi przeszło. Za to wreszcie miałam okazję dopchać się (no, dobra, w piątek po południu też nie było specjalnego tłoku) do stoiska PKO Biegajmy razem i zadeklarować bieg w szczytnym celu. Karteczkę „Biegnę dla Magdy” przypięłam w sobotę na plecach koszulki. W piątek też było pasta party – niestety, rozciągnięte w czasie, więc było pustawo, choć makaron znakomity. Szkoda, że pustawo było też na prezentacji elity, ale staraliśmy się narobić pozytywnego hałasu, mam nadzieję, że się udało.

A energię doładowaliśmy w przybytku „Pomarańczowa plaża”, gdzie z widokiem na morze – od jakiegoś czasu świeciło słońce, chociaż wiało jak… wiadomo – podawano całkiem pysznego i całkiem świeżego dorsza.

W sobotę słońce świeciło od rana. Ale to nic ni znaczyło, bo wiatr nadal wiał jak… (wiadomo jak) i było dość chłodno. Na spacer w kierunku startu (znowu te 3,5 km) założyłam zimową czapkę. Ledwie wyszliśmy z miejsca obozowania, a już natknęliśmy się na służby zamykające ulice. Ba, nawet deptak – od razu zostaliśmy shaltowani, bo „tu będzie bieg”. – Wiemy, właśnie idziemy na start – odparowaliśmy. –A, to proszę.

Poszliśmy. Marszem raczej żwawym, bo zrobiło się późnawo. Ale w porę dotarliśmy do Ergo Areny i do depozytów. Cali mocno już rozgrzani, a ja na dodatek z objawami odwodnienia, bo zapomnieliśmy wody na drogę, a o 8 rano przy deptaku nie ma nic. Przebierając się, ujrzałam zgrzewkę wody pod stolikiem wolontariuszy. Rzuciłam się zdesperowana do stolika. –Czy ja mogę od pani odkupić butelkę wody? – wycharczałam widowiskowo do wolontariuszki. –Ale my tu nie mamy… - zaczęła dziewczyna. –Owszem, macie, stoi tu pod stolikiem – pokazałam jej palcem. Podała mi butelkę. Byłam uratowana.

Depozyt też działał w miarę sprawnie, mimo że sporo biegaczy kompletnie olało oznaczenia, który stolik dla których numerów i biedne dzieciaki zasuwały z tymi worami po całym depozytowym kawałku hali.

Po depozycie zostało mniej więcej tyle czasu, żeby odwiedzić toalety i pognać na start. Słońce prażyło, wiatr wiał, pogoda postanowiła nie być przyjaciółką biegaczy. Ustawiliśmy się z małżonkiem w plamie słońca w strefie gdzieś powyżej 1:50. I ruszyliśmy – na początek niemal łapka w łapkę, jak zgodne małżeństwo prawie jednakowo nieprzygotowane do biegu. Gdzieś na pierwszym kilometrze uwiecznił to Wasyl J Potem posłuchaliśmy ciekawej dyskusji treningowej za naszymi plecami. Było m.in. o treningu Bartka Olszewskiego. I jeszcze o kilku zabawnych rzeczach. I tak do 5. kilometra, czyli małą pętlę wokół Ergo Areny pokonaliśmy wspólnie. Ale pod koniec tego piątego kilometra małżonek zaczął mi odjeżdżać, a ja… już wiedziałam, że muszę przyjąć inną taktykę. Dobiegłam do 6 km i przeszłam w marsz. Minuta – i znowu bieg. Umówiłam się z organizmem, że 2 km biegnę, minutę-dwie maszeruję. Coś w rodzaju Gallowaya. Na 8. kilometrze akurat był punkt odżywczy, 10. wypadł w okolicach molo, gdzie tłum kibiców próbował mnie poderwać do biegu, aż jakaś pani rzuciła, że na pewno biegnę Gallowayem. Uśmiechnęłam się, machnęłam ręką, że tak, i potupałam dalej.

Do 12 km trzymałam się swojego założenia. Później organizm jednak podjął inne formy strajku. W efekcie było tak, że maszerowałam sobie dziarsko, kilka osób mnie mijało, potem zaczynałam biec, doganiałam, przeganiałam – i znowu szłam. Na 16 kilometrze stali kibice z tablicą: Dawaj, dawaj, Kenijczycy już jedzą! Zmobilizowałam się i do 17 prawie dotruchtałam. Ale tam była dłuższa prosta pod wiatr. Walkę z wiatrem, podobnie jak z wiatrakami, uważam za bezsensowną. Zatem przespacerowałam się jakąś imitacją chodu sportowego (kijki mi się przypomniały, doszłam do tempa 7:05). I tak sobie marszobiegłam, bo Gallowayem to już trudno nazwać – i na 19. kilometrze, gdzie kilku kibiców-nastolatków zdzierało gardła, i podbiegałam na 20, i znowu pochodziłam tuż przed koncówką, bo tak, chociaż i nogi, i reszta dawały sobie radę…

Wreszcie zaliczyłam ostatni zakręt i rozpędziłam się w stronę mety. 2:08 z jakimiś ułamkami. No, jaka piękna antyżyciówka – ucieszyłam się. Nawet w Krynicy na jesieni pobiegłam szybciej. A tu – nie dało się. Nie, i już. I na dodatek, zamiast się wściekać, że nie mogę, że nie idzie – ja się uśmiechałam, zagadywałam, odmachiwałam. I w ogóle doskonale się bawiłam. A trasa sopockim deptakiem podbiła mnie na tyle, że postanowiłam wrócić tam w lepszej formie. Tym bardziej, że nie tylko medal był wyjątkowej urody, ale okazało się, że zaplecze Ergo Areny dysponuje przyzwoitymi szatniami i prysznicami z gorącą wodą. I znalazła się nawet… szatnia damska ;-)

A poza tym, gdzie indziej zaraz po biegu można pognać na plażę i zjeść zupę rybną (ach to białko, ta regeneracja!)?

W każdym bądź razie Sopot, a raczej sopocki półmaraton, mimo że jeszcze nie nabrał rozmachu, jeszcze był taki trochę nieopierzony – mnie podbił zupełnie i znalazł sobie we mnie fankę. No, pardą. Czasami bywam irracjonalna.

To zupełnie jak z tym startem w Sopocie. Zaprzecza absolutnie wszystkim zasadom, których w bieganiu się trzymam. Ale potrzebowałam go. Potrzebowałam, żeby przypomnieć sobie radość biegania. Nie, nie magię, ani nie poezję ani nic w tym stylu. Raczej – wysiłek i radość z pokonywania własnej słabości. I potrzebowałam go też, żeby spojrzeć na bieganie i na zawody z innej strony – właśnie tego biegacza na ponad 2 godziny. Chociaż chyba miałam szczęście – bo w samej końcówce zabrakło medali. Bo nagle z tych niespełna 900 osób na liście zrobiło się ponad 1000 osób na mecie. Też tak trochę… irracjonalnie i nietypowo, bo zazwyczaj na mecie jest mniej osób… Cóż, ten magnetyzm i ten sopocki jod ;-)

W każdym bądź razie, żeby nie było, że ja jestem taka kompletnie irracjonalna, to jednak na razie zrezygnuję z biegania w zawodach. Przy całej radości, jaka mi dał bieg w Sopocie, jakoś nie bawi mnie ustanawianie kolejnych antyżyciówek. Truchtać to sobie mogę po lesie.

Nota bene, ten w okolicach Sopotu jest całkiem przyjemny… Może by jakieś małe wakacje…?

11173357_950075285023195_5459024513586061588_nFot. Tomasz Pojawa. Ania po tym, jak własnie ukończyła najsłabszy półmaraton ever. 

42 km inaczej. Skandia Maraton Lang Team, czyli rowerowe love

beautyandb

- I liczę, że może ja też do tych jeżdżących wreszcie dołączę – powiedziałam głośno. Powinnam była sobie wcześniej odgryźć język. Trwała właśnie prezentacja nowej odsłony Skandia Maraton Lang Team, a ja mówiłam o tym, że rowerowanie stało się wyznacznikiem nowoczesnego stylu życia i że tacy właśnie nowocześni są czytelnicy „Wprost” i dlatego „Wprost”… No, ale na koniec pozwoliłam sobie na prywatę i powiedziałam o to jedno zdanie za dużo.    

O tym, że rower jest moją miłością czysto platoniczną to niektórzy już wiedzą. W zeszłym roku próbowałam to trochę zmienić, początki były nawet obiecujące, ale na obietnicach się skończyło. Ostatecznie ostatni raz na rowerze siedziałam w sierpniu, a potem nawet bardzo profesjonalny strój i łagodna zima jakoś mnie nie przekonały do próby sił. Nie uprawiałam też żadnego indor cyclingu w jakiejkolwiek formie. Nie, bo nie. Uznałam, że bieganie i pływanie w doskonały sposób zagospodarowują mój czas wolny.  Rower stoi i czeka na lepsze czasy. Wolę patrzeć, jak inni jeżdżą.

No, ale skoro już powiedziałam, że w sumie to bym chciała, to ruszyła lawina.

- To będziesz w sobotę?

- Ja? Ale ja nie umiem jeździć…

- Ale tu jest łatwa trasa, płasko… Pojedziesz w paradzie rodzinnej, 12 km, bez ścigania.

- Nie mam takiego roweru… (coraz słabiej to brzmiało)

- Zorganizujemy ci rower na sobotę.

….

- No, dobra. Spróbuję – mówiłam, że mam słaby charakter? Ale Parada Rodzinna, 12 km, luz. Dam radę. Do tego zmotywowała mnie  dodatkowo Dorota Stalińska. Pani Dorota promuje to co zwykle – czyli odblaski. I w tym roku jest jedną z twarzy Skandia Maratonu. Od słowa do słowa – umówiłyśmy się, że pojedziemy razem. Czyli w sam raz, jak na moje możliwości rowerowe.

Ale w tym samym Skandia Maratonie mieli też pojechać Rafał z Becią, czyli świetny duet Sportografia.pl. Oboje rowerujący, i to porządnie rowerujący. I to właśnie Becia zarzuciła jakoś w środę po południu:

- Jedź z nami mini – zagadnęła. Mini, czyli najkrótszy dystans. W tym przypadku 42 km. Świetnie. Gdyby było 30, to bym się sekundy nie zastanawiała. Ale 42 to już jednak sporo jak na kogoś, kto nie jeździ. Tyle że Ania czasami pcha ręce do kontaktu – o tym już chyba pisałam. No więc…

- Dobra. Już się przepisałam. Najwyżej będę ostatnia – odpowiedziałam.

- Pojadę z tobą – obiecała Becia. Trochę mi ulżyło, ale trem narastała.

W sobotę z duszą na ramieniu i kaskiem przypiętym do torby pojechałam do Wilanowa. Tam byłam chyba jedyną osobą BEZ roweru. Najpierw jednak ogarnęłam zapisy, zarejestrowałam się, pobrałam numer startowy, pakiet startowy z żetonem na posiłek, napojem, żelem, batonem i całym kompletem odblasków. I ruszyłam na poszukiwania tego roweru, co to miałam na nim pojechać. Ale…

Roweru zrazu nie było. Nic dziwnego, że mógł gdzieś umknąć w tej całej machinie organizacyjnej. Ostatecznie byłam tam tylko jedną z pewnie ponad tysiąca uczestników. Tyle że bez roweru nie mogłam być uczestnikiem. Już zaczęłam oddychać z ulgą, że ominie mnie 40 km po dzikich polach, ale…

Rower się znalazł. I to taki rower, że… Jak przyznał już po zawodach pan z Shimano, miał lekkie obawy, dając mi go do ręki. Bo rzadko zapewne trafia się na zawodach rowerowych blondynka, która oddaje kask do depozytu (udało się na szczęście w porę odzyskać), nie potrafi przypiąć numeru startowego i z punktu mówi, że o rowerach nie ma bladego pojęcia, prosi o piękne miejskie pedały (do zawodowego terenowego roweru) i przyznaje, że po prostu nie umie jeździć. A tu jednak – 42 km. Uratowało mnie chyba stwierdzenie o bieganiu…


11138597_946168595413864_3529984012291285749_n2

Shimano XTR Di22x11. Czołg wagi lekkiej. 

W każdym razie podobno byłam pierwszą kobietą w Polsce, która pojechała na Shimano XTR Di2 2x11 z czymś w rodzaju automatycznej skrzyni biegów – czyli przez całą trasę interesowała mnie tylko prawa ręka i prawa dźwignia, a przednia przerzutka sama dostosowywała się do lewej.  

Wzięłam rower, założyłam kask i powędrowałam na sam koniec stref startowych. Co prawda nie udało mi się ustawić na samym końcu, ale start zweryfikował moją pozycję i już po pierwszej prostej, która składała się głównie z kocich łbów i to w najgorszym możliwym znaczeniu. Byłam ostatnia. Rower dziwnie się uginał (tak, nigdy wcześniej nie jeździłam z amortyzatorem). Przede mną został tylko tatuś tłumaczący kilkunastoletniemu synkowi, że nie będą się spieszyć i żeby mały dyktował tempo. Na szczęście Becia zaczekała na mnie i ruszyłyśmy razem.

Zrazu przyjemnie jechało się asfaltem. Byłyśmy na samym końcu. Udało mi się nie wywalić na zakręcie – i od razu nabrałam pewności siebie. Rower wyglądał jak mały czołg, chociaż był mega leciutki. Tuż przed zmiana nawierzchni albo zaraz po wyprzedziłyśmy w końcu tatę z synkiem (wiem, nie ma się czym chwalić. Za jakiś czas – dziewczynę na rowerze prawie spacerowym. Potem – jeszcze jednego chłopaka. Becia co jakiś czas tylko się odwracała, sprawdzając, czy jestem w pobliżu i za bardzo nie zostałam. Starałam się dotrzymywać jej kroku czy jak to się w rowerach nazywa.

Tymczasem opanowałam tą automatyczną przerzutkę i poczynałam sobie coraz śmielej. Tylko w dwóch miejscach musiałyśmy zejść z rowerów i przeprowadzić je kawałeczek – raz przy wąskim przejeździe nad rowem i raz po piachu. Po 10 km zaczynał się dłuższy kawałek terenowy – niby równy, ale jednak niewygodny. Nie wiem, ile osób minęłyśmy na tym odcinku, ale całkiem sporo. To jednak był też moment, kiedy zaczęły się duble ze strony najszybszych zawodników dystansów Medio i Grand Fondo (63 i 83 km). Na wąskiej ścieżce nie było to komfortowe, ale udało mi się nie wypaść ze ścieżki. Na kawałku asfaltu – znowu odpoczynek i nadrabianie czasu. Chociaż – nie było źle (jak na moje możliwości).

Tyle że po półmetku mój tylny aspekt osobowości, nienawykły tkwienia w siodełku, zaczął protestować. „Nie pomoże sprzętu kupa, jak na sprzęcie siedzi dupa” – taką mało oryginalną jakkolwiek wieloznaczną fraszkę wyprodukowałam sobie na jakimś 20. kilometrze. Nie pomagał też mocny wiatr, głównie przeciwny. I znowu trudniejszy odcinek, teren, dużo piachu. Zwolniłam, wyraźnie. I nagle grupa dublująca prawie mnie wgniotła w skarpę, rower zabuksował w piachu, zaczęłam się przechylać. A do tego – skurcz w prawej łydce, tej, którą się asekurowałam. Nie przewróciliśmy się. Ani ja, ani rower. Kompresski pomogły, skurcz minął. Napiłam się trochę i ruszyłam dalej. Becia czekała na samym końcu tego koszmarnego odcinka. Tym razem wiedziałam, gdzie jestem.

Gassy. Tu byłam rok temu na pierwszej i jedynej czasówce rowerowej. Przez chwilę teren zrobił się znajomy. Jechałam jak najszybciej mogłam, chociaż zostałam w tyle za Becią. Ot, tak na kontakt wzrokowy. Na końcu tego odcinka był punkt odżywczy. Złapałam kawałek pomarańczy i kubek wody. I ruszyłyśmy na ostatnie 12 km. Ztriplował nas zwycięzca Grand Fondo. No cóż. Na całe szczęście strzałki już jednoznacznie wskazywał „Do mety”.

Końcówka – asfalt. Na jakieś 4 km przed metą Becia zaczęła mi odjeżdżać zdecydowanie. Widać uznała, że już na pewno dojadę. Próbowałam ją gonić, ale już nie bardzo miałam z czego. Zemściła się nieumiejętność jedzenia w czasie jazdy, nawet po żel bałam się sięgnąć. Mimo to wyprzedziłam jeszcze ze dwie osoby, jedna wyprzedziła mnie. Najgorszy jednak był finisz – znowu kilkaset metrów po tych kocich łbach. Pojechałam niby odważniej niż na początku, ale i tak…

Na całe szczęście szybciej niż myślałam pokazała się meta.

Za metą powiedziałam Beci, że jej nienawidzę. A potem się wycałowałyśmy.

I poszłam oddać rower. Tylko trochę zakurzony. Panu Darkowi z Shimano powiedziałam, że chyba nie chcę wiedzieć, ile kosztuje to cudo. Wiem tylko, że gdyby nie ono, to parę razy bym leżała w mazowieckich piachach. O ile w ogóle dotarłabym do mety…

Ale szkoda takiego sprzętu na zawodniczkę, która 42 km jedzie przez 2 godziny i 5 minut. I na koniec jest zdziwiona, że 42 km można pokonać tak… małym nakładem wysiłku.

Bo podobno 1 godzina biegu jest równa 9 godzinom jazdy na rowerze. Czyli te dwie godziny wczoraj to jak… kwadrans? No nie wiem, moje pośladki dzisiaj twierdzą zupełnie coś innego.

A przygoda ze Skandia Maraton Lang Team okazała się nie taka straszna, jak ją sobie wyobrażałam. I nawet załapałam się na medialne pudło. Brąz brązem, ale nagroda zawsze cieszy. I jaka motywacja. Może za rok się poprawię?

- To co, teraz już pojedziesz na następną edycję? – zapytał Kuba, rzecznik Lang Teamu.

No, kurczę, żeby nie to, że 16 maja pewnie pracuję, to… Kraków czeka, polecam! I zapraszam na Wprost.pl. gdzie pwnie będzie można zdobyć pakiety.

SMLT_2Fot. Maratonmania, mat.prasowe.

 

Krótkie lekcje o miłości. W kinie, w sieci, w Kielcach, Poddębicach, w Warszawie...

beautyandb

Nie, tym razem nie będzie o seksie, chociaż pewnie się go spodziewacie po takim tytule. Ja wiem, że sex sells, ale że z natury jestem jakaś bardziej romantyczna, to będzie o miłości. Będzie też trochę o bólu, ale bez sado-maso.

I po tym nieco dziwnym wstępie nastąpi recenzja filmu, który jeszcze można w kinach zobaczyć, ale jak Was znam – to wszyscy już widzieli. „Ze wszystkich sił” – opowieść o ojcu, który z niepełnosprawnym synem pokonuje Ironmana. Albo o synu, który mimo swojego kalectwa, sprawia, że jego ojciec zostaje Ironmenem. Dla tych, którzy nie czują się pewnie w klimatach triatlonowych – Ironman to takie sprawdzenie granic własnej fizyczności. 3,8 km pływania w wodach otwartych (często w morzu), 180 km na rowerze (czasami po pięknych górskich drogach) i na koniec, w charakterze rodzynka na torcie – maraton. Tak, 42,2 km. Po 180 na rowerze. I takie właśnie wyzwanie podejmują bohaterowie filmu – ale ich wyzwanie oznacza dla ojca 3,8 km pływania z pontonem, 180 km jazdy rowerem ze specjalnym siodełkiem, na którym siedzi syn i wreszcie – maraton z wózkiem.

Tak, jestem osobą, która łatwo się wzrusza. Nie, nie płakałam na tym filmie. Choć podobno niektórzy płakali. Cała część sportowa – jakkolwiek ważna dla przesłania – pozostała dla mnie tylko w tle. Bp tak naprawdę cały film to były małe i większe lekcje miłości. Ta największa, która była motorem całego filmu – miłości niepełnosprawnego syna do ojca, na którego miłość chce zasłużyć. I ta rodząca się w ojcu miłość do syna, przed którym wcześniej uciekał z domu. A gdzieś w tle – zmieniające się miłość opiekuńczej – z konieczności – matki do syna i odradzająca się więź między rodzicami. Ah, jest jeszcze siostra, która daje speech o lekcji miłości. Sama esencja filmu, choć naturalnie finał jest inny. Jeżeli jeszcze nie widzieliście – to warto.

Bo miłość to nie jest tylko zakochanie, nie tylko te motylki w brzuchu i szybsze bicie serca. Tak jak bieganie to nie tylko endorfiny, biegowy haj i czysty zachwyt. Czasami ciężko wyjść na kolejny trening, czasami trening to nie tylko pot, ale i łzy, bo coś poszło nie tak, bo organizm nie współpracuje,  bo kolejny krok okazał się za trudny, bo zmęczenie życiem codziennym, bo zwyczajni się nie chce. I to jest właśnie tak jak z miłością, która po fazie zakochania przechodzi w codzienność. I ma te momenty gorsze, kiedy człowiek rzuca talerzami albo wyrzuca coś przez okno, a potem wraca do bezpiecznej przystani.

Lekcje miłości i bieganie. Poszukajcie w sieci opowieści „Cztery medale Weroniki”. Będziecie płakać. Ale najbardziej przejmujące w tym wszystkim są  słowa ojca, który tracąc dziecko opowiada o tych chwilach, w których dzielił z tym dzieckiem swoją pasję, dzięki którym ma wspomnienia piękniejsze od szpitalnego łóżka.

Ale nie trzeba aż tak wstrząsających historii, jak ta o Weronice. Są też te mniejsze, które na co dzień mogą być lekcją. Jak „Piątka dla Bartka”. 31 maja w Kielcach odbędzie się już trzecia edycja tego biegu, z którego całkowity dochód przekazany zostanie Bartkowi Orzechowskiemu. Bartka pewnie już znacie, a jeżeli nie znacie – to zajrzyjcie na http://www.naszmaraton.pl/. A tam – takie historie jak ta: http://www.naszmaraton.pl/2015/03/bycie-ojcem-jest-cholernie-meskie-czyli.html. I oczywiście akcja „Biegnę, żeby Bartek mógł biegać”. Promując akcję i startując w „Piątce dla Bartka” można dołożyć cegiełkę do protez dla małego brzdąca ze ślicznym uśmiechem. A jeżeli komuś nie po drodze do Kielc – może taką piatkę wybiegać na Endomondo – i też się dołożyć do protez.

Tak przy okazji – jeszcze jedna lekcja. Trzy tygodnie przed „Piątką dla Bartka” w Kielcach odbędzie się pierwszy kielecki półmaraton. I w tym półmaratonie zadebiutuje mama Bartka. Karolina zawsze powtarza, że nie lubi biegać. Ale dla Bartka – pobiegnie. I trenuje do tego startu z konsekwencją, której niejednemu maratończykowi brakuje. Jak dobrze pójdzie – to spotkamy się na tej trasie w Kielcach i nie jest przesądzone, która z nas będzie pierwsza na mecie.

Tego samego dnia, co „Piątka dla Bartka” w podłódzkich Poddębicach odbędzie się Bieg bez Barier organizowany przez Fundację "Obudzić Zmysły". To pełna dyszka ze startem i metą na dziecińcu Pałacu w Poddębicach. Tu zbierane będą środki finansowe na organizację terapii warsztatowej dla dzieci i młodzieży z autyzmem, zespołem  Aspergera, zespołem Downa, porażeniem mózgowym i innymi zaburzeniami rozwoju. Więcej o tym biegu na  http://biegbezbarier.pl/. Pamiętacie szkołę, do której chodzi bohater „Ze wszystkich sił”? No właśnie, u nas możemy mieć chociaż namiastki takich ośrodków, warto.

A w ostatni weekend września – tradycyjnie – PZU Maraton Warszawski. W tym roku – z całkiem nową ścieżką zapisów. Bo po pierwsze – jest limit uczestników (eh, te warszawskie remonty), a po drugie, można wziąć udział w biegu, wspierając jedną z czterech fundacji: Amnesty International, Fundację Dzieci Niczyje, Fundację Synapsis lub Fundację Rak'n'Roll. Trzeba tylko podczas rejestracji założyć profil swojej zbiórki. Wtedy znajomi, rodzina, sąsiedzi i wszyscy, których uda się przekonać – mogą wpłacać środki na rzecz wybranej Fundacji właśnie. Jeżeli na koncie zawodnika pojawi się ponad 300 zł - fundusze zasilą konto wskazanej organizacji, a biegacz otrzyma specjalny numer startowy. #BiegamDobrze – to hasło, które będzie hasztagiem warszawskich maratończyków w tym roku.

A opona? To też było z miłością w tle. Reebok Tire Flip. Opona ważyła podobno 100 kg. I trzeba ją było przetoczyć na dystansie 100 metrów. Na czas. Zadanie dla crosffitterów. Dlatego byłam tam trochę jak kwiatek do kożucha. Na szczęście przerzucałam tę oponę w nie byle jakim towarzystwie. To znaczy Tomek Brzózka (internet podaje: dyrektor sportowy ekskluzywnego klubu sportowego, trener osobisty, instruktor kulturystyki i fitness, medalista mistrzostw Polski w kulturystyce i fitness, wielokrotny triathlonista) przerzucał, a ja starałam się za bardzo nie przeszkadzać. I jakkolwiek zakończyliśmy udział w zabawie na pierwszym etapie, to warto było przyłożyć rękę (a nawet obie) do tego, żeby Reebok przekazał te 10 000 dla wybranej przez zwycięzców fundacji.

11161356_942593039104753_6765352532646951629_nFot. Tomasz Brzózka, selfie z oponą ;-) 

 

 

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci