Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Zrobić dzień, czyli o IX Biegu Marszałka

beautyandb

To mógł być bardzo kiepski dzień. Zaczął się … jeszcze w nocy, kiedy to synek obudziła się po raz trzeci, czyli co najmniej raz więcej niż zazwyczaj. Może mu było za gorąco, a może zwyczajnie żeby mu idą, to już ten czas. W efekcie budzik mnie nie obudził aż tak szybko… W rezultacie wstałam pawie godzinę później niż planowałam. Ergo, planowałam za wcześnie, skoro i tak w sumie zdążyliśmy ze wszystkim.

Nawet śniadanie było zdrowe, węglowodanowe i … fotogeniczne.

A ze śniadania łatwo się dało zrobić śniadanie na wynos dla synka (kasza jaglana + truskawki + 30 sekund miksera).

Ale potem się działo…

Do Sulejówka dojechaliśmy w samą porę. Tak dojechaliśmy… Pamiętam I Bieg Marszałka. Wypadał dzień (no, dwa dni, półtorej dobry, dwie noce) po naszej przeprowadzce do Starej Miłosnej. I pamiętam też, jak radośnie pobiegłam wtedy z domu na start, bo przecież to blisko. Jest blisko, raptem 5 km…  W sam raz rozgrzewka na 30 stopni…

Tym razem wszystko szło jak z płatka. Małżonek wziął pistolet (startowy!) i odpłynął na starty biegów dziecięcych, a ja zapakowałam syna do wózka i poszłam odebrać pakiet oraz polansować się w Biurze Zawodów i okolicach.  I kiedy już miałam się wkurzyć, że przecież jak ja wózkiem wjadę do szkoły, okazało się, że szkoła ma wygodny podjazd. Niestety, dalej już tak łatwo nie było, bo Biuro Zawodów na piętrze, a schody – jak to schody w szkole. Więc zaparkowałam obok innego wózka, małoletniego pod pachę i hajda! Numer odebraliśmy w 2 minuty (razem z koszulką, agrafkami i bodaj JEDNĄ ulotką), popozowaliśmy, pogadaliśmy i spokojnie zeszliśmy na dół.

Do startu było jeszcze mnóstwo czasu, więc matka postanowiła dać synkowi kaszkę… O, matko! Co też ci do głowy przyszło. A super dziecko nagle jakby postanowiło przestać być super i na chwilę stało się normalnym dzieckiem... Niby jadło, ale okraszało to jedzenie akompaniamentem pretensji i złości. Tyle, że nie chciało też… przestać jeść. Pomysły w postaci karmienia na rękach, na bagażniku samochodu i innych takich miały jedynie taki skutek, że nie tylko synek był wysmarowany kaszką, ale powoli i mama nabierała barw jaglanki z truskawkami… W międzyczasie konstatując, że musi sama coś wypić, żeby nie paść zaraz po starcie, powinna też raczej zdjąć czarne dresy… Starty dzieci dobiegły końca, ale małżonek, zamiast zajrzeć i zapytać, czy w czymś nie pomoc, popędził pod pomnik Marszałka na start honorowy. Tymczasem małżonka próbowała się przygotować do startu ostrego… Bardzo ostrego, bo gotowała się od środka…

Żeby w ogóle zdjąć dresy, trzeba było synka … (uwaga, scena drastyczna) wsadzić do bagażnika samochodu (otwartego rzecz jasna). Potem syn wrócił do wózka, a w bagażniku wylądowały wszystkie torby. Na wypadek jakby ojciec małżonek zapomniał, że miał przejąć syna na czas biegu. Wózek był biegowy na szczęście.  Potem trzeba było jeszcze syna odczepić od kranika z mleczkiem mamusi. Na szczęście mieliśmy na podorędziu butlę…

Wreszcie tuż przed startem synek zasnął, a na horyzoncie pojawił się jego tatuś. Wpadł na genialnny pomysł.

– To oddasz mi wózek za linią startu?  

- Słucham…? – moje oczy już nie tylko ciskały pioruny, ale na dodatek zrobiły się ogromne, jak u tego psa z Andersena…

- W sumie mogę go teraz wziąć, ale jak będę strzelał, to synek się może obudzić… - nie ma to jak wziąć kobietę na instynkt macierzyński, nie?

Z westchnieniem ustawiłam się na samym końcu stawki, żeby nie przeszkadzać z tym wózkiem.

I nadal gotowa w razie czego pokonywać z nim całą trasę.

Na szczęście jednak sędzia małżonek stał zaraz z linią w gotowości i przejął syna.

A ja wreszcie mogłam zająć się biegiem. Wystrzeliłam jak z procy. Zaraz się jednak zmitygowałam, bo jednak 10 km dawno już nie biegałam. No, w czwartek, ale to treningowo.  A i tak się zmęczyłam. Dzisiaj założeniem było zmieścić się poniżej godziny. Start z samego końca miał tę zaletę, że wyprzedzałam. Jak mały rozpędzający się czołg (te gabaryty, ciągle jeszcze za duże). Pogodna była nie najgorsza, nie było, o dziwo, upału, ale Sulejówek i jego kibice byli przygotowani po zęby. Na trasie dwie kurtyny wodne, punkty z wodą co kilometr (korzystałam, a jakże, z każdego!), idealnie oznakowane kilometry…

Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi to powiedział przed biegiem. Szlam równo jak maszyna. Lekko zwalniając pod górkę i przyspieszając na zbiegu. Na długiej prostej trochę przeszkadzał wiatr, ale bez przesady, nie walczyłam o sekundy. Obok złamania godziny, celem było pobiec dobrze, ale na luzie. Po pierwszym okrążeniu byłam pozytywnie zaskoczona czasem, ale też pełna obaw co do kolejnych dwóch kółek, bo może jednak biegnę za szybko….? Nie dobiegłam jeszcze do półmetka, kiedy zdublował mnie zwycięzca. W okolicach półmetka minęli mnie także drugi i trzeci zawodnik, tylko tego ostatniego rozpoznałam i nawet pokibicowałam.

Tymczasem przy trasie nie brakowało kibiców, którzy także mnie dopingowali, dzięki czemu skrzydła mi rosły, micha się cieszyła, a motywacja fruwała gdzieś pod chmurami…

Drugie kółko skończyłam w czasie zbliżonym do pierwszego i dalej byłam w stanie trzymać tempo. Szybkie obliczenia w głowie pozwoliły mi pomyśleć o… złamaniu 55 minut, a nawet, gdybym jednak zdołała jakimś cudem utrzymać tempo, o okolicach 52 minut…

Chyba zaczęłam lekko przyspieszać. Jeszcze rozsądek nakazywał trzymanie nerwów i nóg na wodzy, ale nogi pracowały jak automaty.

Jeszcze jeden zakręt, jeszcze następny, brama, zbieg na stadion… Czułam się jak u siebie w domu, doskonale pamiętałam każdy niuans tej trasy.

Jeszcze tylko na ostatnim wirażu na stadionie trochę przedobrzyłam ze ściganiem, jeszcze dałam się wyprzedzić przed samą metą, ale…

51:54.

Ja wiem, żaden tam fajerwerk. 273 miejsce, 27 wśród kobiet, 9 w kategorii wiekowej.

Ale to nieważne.

Ważny – medal na mecie od Joasi Piwowarczyk, szefowej PR Biegu Marszałka.  

Ważny - uśmiech i zaskoczone spojrzenie małżonka patrzącego na zegarek.

Najważniejszy – uśmiech synka na widok mamy.        

13411870_1170837489613639_3270064283959944573_o

A potem mnóstwo spotkań. Tych na jedno zdanie. I tych na dłuższą pogawędkę. Ze znajomymi. Tymi od lat i tymi znanymi z sieci, którzy dzisiaj nabrali fizyczności. I tymi ostatnio poznanymi na spotkaniu w sulejówkowskiej bibliotece. I wreszcie z tymi całkiem nieznajomymi, którzy czytają bloga.

Dziękuję :) Zrobiliście mi dzień. 

A przecież mogło być od rana piekło, jak mawia pewna bliska mi osoba... 

PS. Z wyników nadal nieoficjalnych międzyczasy kolejnych okrążeń: 16:46, 16:40, 16:38. Mówiłam, że czołg i że maszyna? 

Aktywny Dzień Dziecka i mały prezencik

beautyandb

O tym, czego możemy się nauczyć od dziecka albo dzięki dziecku, już było (m.in. tu, tu i tu) i pewnie jeszcze będzie. Będzie też o pierwszym półroczu z młodym człowiekiem, ale poczekamy aż minie to pół roku. A to już niebawem. I… uczcimy ten fakt wspólnym startem w jednym takim biegu. Ale o tym, i o prezenciku, będzie na koniec wpisu.

Na początek za to będzie… O prezencie. Prezent sprawiliśmy sobie wszyscy troje z okazji Dnia Dziecka. I przyjechał w środę w samo południe. Miałam ochotę wypróbować go zaraz i natychmiast, ale trzeba było napompować kółka, posprawdzać wszystkie śrubki i tak dalej, a małżonek znalazł na to wszystko czas dopiero w czwartkowy wieczór. W piątek od rana jakoś się nie składało, a poza tym wymyśliłam sobie, że…

Jak początek – to od razu na jakimś starcie. W końcu zaczynało się tę biegową przygodę od samych startów, nie?  Dla tych, którzy krócej czytają bloga, nadmienię, że kiedyś nie było tak, że zawody w Warszawie są w każdy weekend, w pięciu lokalizacjach i do wyboru do koloru. Kiedyś jak były częściej niż raz w miesiącu, to już było święto. Ale… może dlatego dzisiaj zawody już nie mają tego nimbu święta?

Dla mnie jednak zostało coś magicznego w startach.

A żeby od razu nie rzucić się na głęboką wodę, zachowawczo postanowiłam się wybrać na… Aktywny Dzień Dziecka z Biegiem Wdzięczności w Lake Park Wilanów. Oczywiście, z Marcinem. Bo Tomasz w tym samym czasie mierzył skoki i rzuty w Mistrzostwach Polski w Wielobojach na drugim końcu Warszawy, na AWF.

Więc zapakowałam Marcina, nasz prezent, torbę rzeczy dla syna, torbę rzeczy dla siebie – i hajda! Po drodze trochę pobłądziliśmy (ach, te GPS-y!), ale w końcu trafiliśmy na miejsce. A miejsce okazało się – genialne! Zameldowaliśmy jako jedni z pierwszych, bo nie zdążyłam się zapisać przez Internet i byłam przygotowana na tłumy, a tu miłe zaskoczenie. Właśnie ruszało Biuro Zawodów, zostałam od ręki wciągnięta na listę, dostałam pakiecik – i nagle znalazłam się w małym raju. Zielona przystrzyżona trawka. Hamaki, leżaki, bary… Ach! I do tego pełne słońce, dobrze ponad 20 stopni od rana… Zaraz, czy ja pisałam coś o bieganiu?

13331130_1166424786721576_7190337799405301877_n

No, tak. Bo w tym uroczym zakątku jest taki nowy cykl biegów. Przynajmniej w tym sezonie. Biega się na 4 i na 8 km. Który dystans obstawiła Ania po tym, jak w maju biegała dosłownie 3 razy? No, który? Dłuższy :) To przecież jasne.

Ale póki co wyłożyliśmy się z synem na hamaku, wystawiliśmy pyszczydła do słońca, młody nawet lekko przysnął, a ja się organizowałam. Po drzemce nastąpiło karmienie, kleik ze słoiczka, mleko z… wiadomo skąd… , potem przebieranie matki, potem przepakowanie i przezbrojenie zasobów, wrecie przygotowanie strategicznych zapasów na drogę: butelka z mlekiem, butelka z wodą, woda dla mamy, dwa gryzaki (dla syna), miejsce na telefon…

I tak nam zeszło, że prawie przegapiliśmy biegi dzieci. A potem znowu karmienie, pakowanie depozytu do samochodu i niecierpliwienie się przed startem. Już wiedziałam, że łatwo nie będzie.

Bo co prawda nasz prezent, w sensie prezentu samozakupionego, Bob Sport Utility Stroller, czyli całkiem zgrabny jeep wśród wózków, jest przeznaczony do biegania w trudnym terenie, ale w instrukcji stało, że bieganie w trudnym terenie dopiero po 9. miesiącu. Dlatego odpuściliśmy dzisiaj start w posąsiedzkim Wiązowna Trail (trochę żałuję, ale cóż), bo o ile wózek by dał radę, to kręgosłup młodego może niekoniecznie. Tym bardziej, że na tym wczorajszym biegu właśnie trasa niby nie była trudna, ale… wertepiasta. Inaczej – to co dla buta jest prawie nieodczuwalne – dla kółek było odczuwalne aż za bardzo. A zwłaszcza wszystkie drobne kamyczki niewbite w nawierzchnię drogi. Wszystkie koleiny, pozostałości po kałużach i tak dalej…

Na starcie ustawiłam się grzecznie na szarym końcu stawki. Zaciągnęłam budę, ile się dało, bo słońce prażyło jak wściekłe. I ruszyłam. Marcin, który jeszcze przed chwilą marudził w wózku, zamilkł. Gdzieś w połowie kółka zaczęło mi się wydawać, że śpi. Pod koniec okrążenia podpytałam kogoś – faktycznie spał. Super dziecko przespało ponad trzy okrążenia, w trakcie których matka sapała i dyszała jak lokomotywa, po to by obudzić się na sam finisz. A i wtedy nawet nie zamarudził, tylko grzecznie się bawiła gryzaczkiem…

IMG_7078Fot. Natalia Kielak

Matka tymczasem musiała opanować chęć przyspieszania za wszelką cenę, bo jednak te kamyczki. Musiała też opanować prowadzenie wózka, który był nad wyraz przyjazny i prawie sam biegł. Całe szczęście, że kiedyś na bieżni mechanicznej miałam idiotyczny zwyczaj biegania trzymając się obudowy (nie, nie róbcie tak, mnie te ręce po prostu przeszkadzały). Dzięki temu bieg z rękami na poręczy wózka, na razie dwiema rękami, nie nastręczał specjalnych trudności. Wszystko to w zawrotnym tempie między 6:15 a 6:30.

Okazało się, że pozwoliło to nie tylko nie zająć ostatniego miejsca (35 na 42 startujacych ;)), ale…

… jak się okazało w trakcie dekoracji, w tym debiucie w duecie zajęliśmy z Marcinem…, to jest, pardon, matka zajęła II miejsce w kategorii Masters pań (na całe 5 startujących ;-)).

A zatem zaliczyliśmy z synem pierwsze wspólne podium. I mamy pierwszy wspólny puchar :)

 

A na zawodach, w których uczestniczyło raptem kilkadziesiąt osób, spotkaliśmy masę znajomych i odbyliśmy mnóstwo przemiłych rozmów. I mimo tego, że nie było tłumów i bieg był raczej kameralny, organizacja od odbioru czipa rano w biurze zawodów do jego oddania (prawie zapomniałam) była nienachalnie profesjonalna w każdym calu i przypomniała mi te biegi sprzed lat, które uwielbiałam i do których mam sentyment do dziś.

Coś czuję przez skórę, że do Lake Park jeszcze wrócimy…

Tymczasem jednak powoli trzeba się trochę przyszykować na starty, do których mam sentyment szczególny. Za niespełna tydzień, w sobotę, Bieg Marszałka w Sulejówku… Pamiętam pierwszą edycję tego biegu…

Pamiętam też pierwszą edycję innego okołowarszawskiego biegu, który darzę szczególnym sentymentem. Avon kontra Przemoc w Garwolinie. Wcale niełatwa trasa, na której jednak można dobrze pobiec… Ciekawe, jak to będzie z wózkiem…?

Aaaa. Właśnie. Bo na spóźniony Dzień Dziecka ja mam dla Was prezent. To znaczy, nie dla wszystkich. Dla jednej osoby, której będzie się chciało i w komentarzu napisze jako pierwsza, jaki wynik łączny i które miejsce miałam w klasyfikacji „all timers”, czyli tych którzy ukończyli wszystkie edycje po V biegu w Garwolinie. Ta osoba w nagrodę będzie mogła pobiec w Garwolinie, bo dostanie pakiecik startowy :)

A ja od jutra zagęszczam trening, bo już nie mam na co zwalić, bolid jest pierwsza klasa, syn też.    

I czekam na komentarze. Powiedzmy, do wtorku do 12:00 (południe). 

Żabie skoki i faza lotu

beautyandb

Marcin uczy się… Poruszać. Przemieszczać. Od kilkunastu dni położony na brzuchu… O, pardon. Położony na plecach w sumie też, bo natychmiast się na brzuch obraca. Najpierw na brzuch, , potem podnosi się wysoko, wysoko na rękach, potem podkurcza kolana i podnosi pupę. I to by było mniej więcej tyle. Jeszcze huśta energicznie tą pupą. Więcej mu na razie nie wychodzi, czasami udaj się żabi skok, wybicie z kolan, oderwanie obu rąk od podłoża i… rycie brodą w podłoże. Na szczęście przy tym nie płacze, tylko podnosi się i próbuje od nowa. I ciągle od nowa.

Czasami, zmęczony, irytuje się i zaczyna marudzić. Czasami popłakuje…

„Synku, nie denerwuj się, w końcu ci się uda. Zobacz, już oderwałeś jedną rękę. Jedna ręka i jedna noga… Świetnie ci idzie. Trening czyni mistrza” – powtarzam mu za każdym razem. A on przesuwa się albo takim żabim skokiem, ryjąc brodą, albo ślizgiem do tyłu. Na razie tak mu najwygodniej. Chociaż ostatnio zademonstrował też całkiem poprawny siad płotkarski i próbę przejścia do siadu normalnego… W końcu kiedyś usiądzie. W końcu kiedyś ruszy do przodu. A ja (podobno) zatęsknię za czasem, kiedy się nie poruszał…

Ale dlaczego ja o tym na blogu, było nie było biegowym, a nie parentingowym przecież?

Bo tak sobie patrzę na tego mojego synka i mam wrażenie, że znowu mnie uczy czegoś nie tylko o sobie samym.

Bieganie jest podobno najbardziej naturalną formą ruchu. Jak zajrzycie do regulaminów większości imprez biegowych, jest tam taki zapis o tym, że jest to „promocja biegania jako najprostszej formy ruchu/aktywności”.  

Kiedy tak patrzę na wysiłki mojego synka, dochodzę do wniosku, że biegnie wcale nie jest takie proste ani naturalne, jak to się powszechnie wydaje. Zresztą, chyba już kiedyś o tym pisałam. Tak jak dla Marcina nie jest naturalne chodzenie. Jeszcze nie wie, że najpierw musi iść jedna noga, potem druga. Że najpierw jedna ręka, potem druga. Że lewa ręka z prawą nogą, a prawa ręka – z lewą nogą. Na razie wykonuje żabie skoki i pełza do tyłu.

13094265_1159497100780405_8655787300163150414_n

Niektórzy początkujący biegacze też wykonują takie żabie skoki. Na swoją miarę.

Istotą biegania, tym, co różni bieganie od chodzenia, jest faza lotu. Tak poetycko nazywa się niekiedy tzw. fazę przeniesienia. To ten moment, w którym stopa jest nad ziemią. W biegu w tej fazie jedna noga zaczyna przeniesienie w chwili, w której druga jeszcze nie zakończyła ruchu i nie dotknęła ziemi. Obie stopy są oderwane od podłoża. W tym czasie przenosimy nogę do przodu. 

Nie dla wszystkich jest to oczywiste. Niektórym się wydaje, że jeżeli rytmicznie szurają, ciągnąc śródstopiem po ziemi, to już jest bieganie. Bo dla nich taki ruch jest naturalny. I nie muszą się niczego więcej uczyć. Bo dla nich naturalne jest szuranie. I nie mam na myśli Szuranie.pl.

Inni kurczowo zaciskają uda, przebierając wyłącznie łydkami i zmuszając swoja miednicę do pokracznych wygibasów nazywanych bieganiem. Najczęściej dlatego, że nie mają ochoty i/oraz czasu na ćwiczenia wzmacniające brzuch, miednicę właśnie czy uda. Owszem, udaje im się odrywać stopy od ziemi i nawet czasami osiągnąć niezły wynik, ale… o ile mieliby ten wynik lepszy, gdyby użyli tych wszystkich mięśni i pełnej dźwigni…?

W sumie. Żabie skoki też są metodą poruszania się.

A jednak mojego syna denerwuje to, że nie przemieszcza się tak, jakby chciał. Żabi skok nie jest tym o co mu chodzi. On chce się poruszać. I niekoniecznie wybijać zęby czy obdzierać brodę przy każdym kroku. Młody się uczy poruszać. Na razie ma matkę, która cierpliwie mu tłumaczy, pokazuje, demonstruje (tak, też!), podpowiada. Jednego staram się nie robić. – Synku, ale sam musisz pójść. Mama tego za ciebie nie zrobi – mówię.

Ostatnio na spacerze w jednym z warszawskich parków widziałam grupę „biegaczy”. Wybaczcie cudzysłów. Jedna grupa poruszała się rytmicznym szuraniem, które zapewne miało być biegiem, druga podążała za nią żwawym marszem.

Tak, ludzie mogą sobie spokojnie spacerować po parku w piątkowe popołudnie, czemu nie. Mogą szurać, maszerować i poruszać się najgłupszym krokiem, jaki są w stanie wymyślić. Tylko niech nie nazywają tego bieganiem. Tak jak nie nazwiemy ruchu żółwia, ślimaka czy węża, ani nawet żaby – bieganiem. Nie oszukujmy samych siebie. Bieganie to bieganie.

W tym dziecko jest uczciwsze niż dorośli. Ono wie, że żabi skok to nie jest chodzenie, nawet na czworaka. Dlatego szuka tego właściwego ruchu. Dlatego się irytuje, że nie wychodzi. Ono się uczy, żeby było jak trzeba. Owszem, jak już się nauczy – raczkować, potem chodzić, potem biegać – to będą dla niego najbardziej naturalne formy ruchu.

Dorośli mogliby się od dzieci wiele nauczyć. Na przykład tego, że to, co wydaje się najbardziej naturalne na świecie – na początku wymaga opanowania podstaw. To, że umiesz chodzić, nie znaczy, że umiesz biegać. Ucz się, naśladuj, szukaj mistrzów. Oderwij się od ziemi. Dopiero wtedy nazwij się biegaczem.

ANIAPP_KSIAZKA_3Fot.: Piotr SIliniewicz, Silne Studio. 

Zielono na talerzu… czyli dwa super proste dania, a Ania wraca do weganowania

beautyandb

Będzie bez zdjęć niestety, bo jedno danie się trochę przysmażyło za bardzo, a drugie zjadłam zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia. Z przepisów jednak szybko się zorientujecie, co tu jest grane. Bo po dłuższej przerwie Ania powoli wraca do weganowania. Nie tylko dlatego, że chce w końcu lepiej wyglądać na zdjęciach. O nie! Do tego w sumie wystarczyłoby pewnie więcej pobiegać.

To nie jest tak, że z tym mięsem jest mi jakoś strasznie źle. Źle mi było z nabiałem, bo nie przepadam. Jadłam, najchętniej ser biały, ze względu na młodego. Ale ponieważ moje spożycie odbijało się na jego buźce, to jakoś tak szybko i bezproblemowo wycofałam najpierw mleko, potem ser biały, kefir, wreszcie ser żółty, sernik (niestety!), masło i wreszcie, jako już absolutnie ostatnie, sery mozarellowe i w typie fety. Tych ostatnich trochę żal, ale bez przesady. Generalnie po różnych eksperymentach na żywym organizmie stwierdziłam jakiś czas temu, że moim problemem jest właśnie nabiał. W sumie z pewną ulgą wycofałam większość produktów nabiałowych z jadłospisu.

Inaczej trochę rzecz ma się z mięsem. Przed moim w sumie dość udanym i trwającym prawie dwa lata eksperymentem wegańskim byłam od mięsa uzależniona. Posiłek bezmięsny nie był wg moich norm posiłkiem. Właściwie byłam gotowa zakładać się, po ilu dniach przejdzie mi ochota na weganizm. Tymczasem przez dwa lata radziłam sobie nieźle i jakoś mnie nie ciągnęło do mięsa. A przy okazji czułam się z tym jakoś lepiej wewnętrznie.  

Po dwóch latach „na chwilę” wróciłam do „normalnego” jedzenia. Miała być chwila, ale jak już byłam gotowa do porzucenia zwierzęciny, okazało się, że mam pasażera na pokładzie i… nie odważyłam się. Tym bardziej, że literatury po polsku na ten temat w zasadzie nie ma. Owszem, nawet zakupiłam kiedyś  poradnik „Matka weganka i jej dziecko” czy jakoś tak. Z pierwszego rozdziału wynikało, że na diecie wegańskiej normalnym składnikiem są jajka. Cóż, wartość merytoryczna tej pozycji na pewno była wysoka. Wolałam nie sprawdzać dalej. A na lektury obce jakoś nie starczyło mi czasu i determinacji. W rezultacie „zwierzęcina” nie tylko zagościła w kuchni, ale rozpanoszyła się tam na całego. Za dużo, za często, za bardzo… Ale ja nie umiem połowicznie, u mnie jest wszystko albo nic.    

Teraz więc wracam na swoją dobrą drogę ;-) Prawie tak samo spontanicznie jak poprzednio. Tylko czas lepszy, bo idzie lato (tak, wbrew temu, co za oknem). Zielony powoli zaczyna dominować w lodówce…  

A mnie spontanicznie wymyśliły się całkiem niegłupie dwa dania. W sam raz dla biegaczy. I na dodatek – dania błyskawiczne.

Voila!

1. Makaron na zielono

Na dwie średnie porcje potrzeba:

1 cukinii

1 puszki groszku zielonego

5-6 łodyżek selera naciowego

garści pestek dyni

dwóch łyżki oleju (rzepakowy może być)

soli (różowa himalajska będzie idealna)

makaronu – ja akurat użyłam takiego: http://diet-food.pl/makaron-konjac-spaghetti.html, ale sprawdzi się też makaron ryżowy, sojowy, ale też „chow mein” z Lidla.   

Na rozgrzany olej wrzuciłam groszek, pokrojoną w półplasterki cukinię i pokrojone w niezbyt grube plastry łodygi selera. Poprószyłam to różową solą, przykryłam i poddusiłam jakieś 10-15 minut. I teraz – ten makaron konjac wystarczy przepłukać ciepłą wodą i dodać bezpośrednio na patelnię na jakieś 5 minut. Zwykły makaron trzeba ugotować i dodać do potrawy na patelnię na jakieś 3 minuty. Tuż przed makaronem dodać na patelnię garść pestek dyni. Można je podprażyć na drugiej patelni.    

Można też – dla smaku i jak ktoś lubi – przed warzywami przysmażyć na oleju dwa ząbki czosnku.

Można całość posypać posiekaną natką pietruszki – będzie bardziej zielono :) I z żelazem w bonusie.

2. Kotlety z brokuła.

Najprostsze danie pod słońcem, można zrobić na zapas i mieć  przez kilka dni obiady z głowy.

Potrzebujemy:

1 brokuła

100 g kaszy jaglanej

soli

pieprzu

ziół prowansalskich

garści otrębów owsianych

Brokuła gotujemy do miękkości. Kaszę też. Jak wystygną, ugniatamy i mieszamy je ze sobą, doprawiamy do smaku, dodajemy garść otrębów, żeby było jeszcze zdrowiej – i voila! Smażymy, gotowe. Jak ma być super zdrowo, możemy upiec. Jeżeli nie lubicie niespodzianek w kotlecie, można brokuła przemielić maszynką do mielenia. Miksowania nie polecam!

 

Uh, dawno tu o jedzeniu nie było. Zmieniamy to!

Smacznego!    

A następnym razem będą też zdjęcia.

Nie tak miało być…II Siebiega Półmaraton Kielecki

beautyandb

Przecież nie tak miało być – tak sobie nucę pod nosem piosenkę z jednej polskiej komedii romantycznej. Komedia jak komedia, żadne arcydzieło, ale piosenka miała taką charakterystyczną melodię, że zawsze, kiedy coś układa się nie do końca tak, jak sobie zaplanowałam, nucę ją sobie pod nosem… Ostatnio jakoś częściej, bo – jak to mnie niektóre życzliwe koleżanki i kuzynki ostrzegały – planowanie i dzieci nie do końca idą w parze. No, przynajmniej na razie nie.

Więc nie tak miało być. Bo miał być – w tych planach – solidnie przebiegany kwiecień, jakieś 2 kg mniej i jakieś 3 minuty szybciej niż w Warszawie. Miał być już taki porządny bieg, taki urodzinowy, w sam raz na inaugurację nowej kategorii wiekowej (no, formalnie to jestem w niej od stycznia, ale teraz miało być takie faktyczne zainaugurowanie zmiany kodu i w ogóle). Miał być…

A wyszło… inaczej. I nie, nie będę narzekać. Taki mam czas i już. Kiedy wydawało mi się, że wreszcie się ogarnęłam do biegania, małżonek raczył był się rozchorować, i to konkretnie, więc zostawienie mu młodego pod opieką, bo mamusia musi sobie pobiegać, raczej nie wchodziło w grę. I tak tatuś sobie chorował prawie dwa tygodnie, a mamusia budziła się przy bezzębnym uśmiechaczu i jakoś nie miała wyrzutów sumienia, że spędza poranki pod kołdrą. A na dodatek nie zamierzała się odchudzać…  Zresztą, nawet jeżeli zamierzała, to wcale jej to nie wychodziło.

Właściwie im bliżej było do 8 maja, tym bardziej sam start w półmaratonie wydawał mi się bardziej odległy i nierealny, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, po prostu – absurdalny.

Ale słowo się rzekło, i już nawet nie o to chodzi, że zapłaciłam wpisowe. Przecież obiecałam Mamie te Kielce na początku maja, wizytę wnuczka, cały tydzień, wizyty rodzinne…

Jakiś tydzień przed imprezą trochę się ogarnęłam. Nadal nie tyle żeby przeczytać regulamin biegu (i to był błąd zasadniczy, czytajcie regulaminy, żeby się nie zdziwić  dzień przed…). Na tyle jednak, żeby dać się wsadzić na orbitreka (tak, stoi taki mebel w sypialni, służy głównie za wieszak). I na tyle, żeby mieć świadomość własnej słabości. Chociaż udany start w Pucharze Maratonu na 5 km (udany = wynik poniżej 30 minut, wyszło 25:49) trochę podbudował wiarę w to, że o dziwo, ten start może się udać. Oczywiście, z pełną świadomością, że 5 km to nie 21, a ja przez cały kwiecień biegałam słownie 4 razy, w tym raz zrobiłam 8 km. No, i przebiegłam półmaraton. 3 kwietnia. Przygotowanie idealne po prostu J

Cóż. W Kielcach postanowiłam po prostu dobrze się bawić.

Niedziela zaczęła się… bardzo wcześnie rano. A właściwie już w sobotni wieczór, kiedy to z grubsza przygotowałam swoją torbę startową, ciuchy, buty, ręcznik… No właśnie. I przeczytałam regulamin. A tam jak byk stało napisane, że… prysznice będą koedukacyjne i organizator rekomenduje stroje kąpielowe… No, pięknie. Tylko że ja na początku maja nie wożę w bagażu podręcznym stroju kąpielowego.  Znaczy, w tym roku nie wożę, rok temu i owszem… Cóż.

Wróćmy jednak do niedzieli. Logistyka perfekcyjna, wsparcie małżonka i przejętej Mamy – bezcenne (także bezcenne dodatkowe pól godziny snu dla mnie). Wychodzimy niemal idealnie o zaplanowanej godzinie. Jedziemy w okolice nieco zbliżone do startu, ale bezpieczne poza strefą zamkniętych ulic. Na miejscu składamy wózek, pakujemy młodego do środka, przykrywamy, bo poranek chłodny, i – ruszamy. W stronę stadionu. Tam pierwszy (i w sumie jeden z nielicznych) zonków tego dnia. Ani pół strzałki do szatni/depozytu. Tak, wiem, jestem prawie miejscowa, z naciskiem na prawie. Stadion Korony budowano już po tym, jak na dobre opuściłam miasto, a nawet gdyby nie to, to nazwy ulic w tej okolicy też mi niewiele mówią, dla mnie zawsze to był drugi koniec miasta, powiedzmy, że wiem, jak się tu poruszać, ale nazw nie kojarzę za nic. Trudno, na szczęście mamy czas, żeby w razie czego obejść stadion. W końcu znajdujemy i depozyt, i szatnię… Szatnia damska ulokowana jest w Sali konferencyjnej, jeszcze się nie przebierałam przy mikrofonach, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz… W każdym razie w szatni cieplutko i komfortowo, za chwilę tam wracam z małym na karmienie, ale synola (o dziwo) o wiele bardziej interesuje mój numer startowy niż jedzenie.

Zanim jeszcze dotrę do depozytu, spotykam Dżastin, którą zdaje się sama na ten start namówiłam. Dżastin ma przy sobie moją książkę i życzy sobie dedykacji, więc się podpisuję gdzieś w powietrzu. Przy okazji poznaję Jej Tatę, który słysząc o moich przedwczorajszych urodzinach, wyciąga z teczki czekoladę. „Były dyplomata zawsze umie się znaleźć” – komentuje. A właściwie komentujemy razem.

Potem jeszcze spotykamy Maćka z Karoliną i Mają w wózku. Co to się porobiło z tym towarzystwem… „Synu, zobacz jaka laska” – śmiejemy się na parkingu wózek w wózek. I jakoś powoli ruszamy na start, bo to już lada chwila.

fotopkl16_01_mta_20160508_100148_1

Tomasz robi mi jeszcze zdjęcia przed startem, ja robię zdjęcia z Mamą, trzymam jeszcze młodego na rękach, jakoś niespieszno mi do tego startu. No, ale skoro już ten numer mam na klacie, to chyba trzeba by się ruszyć…

Ruszam niespiesznie, bardzo niespiesznie. Ale po przekroczeniu linii startu jakiś diabeł we mnie wstępuje. I noga zaczyna się kręcić. Więc przyspieszam, jakby nie pamiętając, że d…a jednak ciężka. To sobie zobaczę potem na zdjęciach. Ale na zdjęciach też zobaczę, że coś takiego jak pamięć mięśniowa jednak istnieje. No i jeszcze zobaczę jak słabą mam miednicę i uda. Tak, wiem, ile pracy przede mną.

Tymczasem po mniej więcej kilometrze doganiam Andrzeja, kolegę z dawnego klubu. Ja zagajam, on zagaja, od słowa do słowa, pogadujemy sobie. Niby mam ochotę przyspieszyć, ale na szczęście uświadamiam sobie, że to zły pomysł. Jak zły, to się jeszcze okaże. Tymczasem biegniemy sobie towarzysko gdzieś do 6 kilometra, rozstajemy się gdzieś przy pierwszym punkcie z piciem (swoją drogą organizator ma farta, gdyby pogoda była taka jak w sobotę, padaliby ludzie jak muchy…. Zresztą, jeżeli chodzi o punkty odżywcze, to ja jestem zdemoralizowana przez Warszawę, zawsze mi będzie mało). Na siódmym kilometrze trasa wpada do parku i malowniczo sobie zakręca po alejce, po bruku, na pysk pod górkę… Za tak moich młodych tego przejścia chyba nie było, nie pamiętam, żebym tamtędy chodziła… A urok tego podbiegu przywodzi mi na myśl cytadelę, która kilka lat temu znalazła się na trasie półmaratonu warszawskiego…

fotopkl16_01_mkd_20160508_103910

Jest urokliwie, zaraz za podbiegiem Pałac Biskupów, zbieg, kawałek przy katedrze, przelot do Placu Wolności, skręt w Sienkiewicza przy pomniku Sienkiewicza, wypiękniał kielecki deptak przez te lata, tak jak i Rynek, przez który też biegniemy, i jeszcze w dół Leśną, wracamy do Sienkiewicza, potem w Paderewskiego, która dla mnie zawsze będzie Buczka, w Żelazną, przebiegamy obok Dworca Autobusowego, którego dach podobno znowu nocami się świeci… Sięgam za pazuchę, wyciągam żel, na szczęście mam taki, co podobno nie wymaga wody… Faktycznie, właściwie sam jest wodą z dużą ilością cytrusa.  Kończę żel, rozglądam się… Jakoś mi głupio rzucać opakowanie na ulicę, i tak się nie ścigam o złote kalesony. Widzę kosze na śmieci na przystanku. Zbiegam, wyrzucam, słyszę jakiś aplauz. Wciagając żel trochę zwolniłam, teraz znowu biegniemy z Andrzejem przez chwilę. Ale ja znowu rwę jak gęś wyścigowa.

Półmetek mijam w czasie ciut słabszym niż w Warszawie, ale nadal dającym szanse na złamanie dwóch godzin. I w formie o wiele lepszej (o dziwo!) niż w Warszawie.

Tyle, że zaraz za półmetkiem trasa wypada w Aleję Krakowską i zaczyna się liczyć… Silna głowa. Bo teraz przede mną długa prosta, nawrót i powrót… Próbuję policzyć, ile tej prostej. W międzyczasie z przeciwka już biegną zwycięzcy. Są na 19. Kilometrze. Aha, czyli jakieś 3,5 km prze mną do zawrotki. Biegnę sama, ale nie odczuwam tego. Co jakiś czas miły doping z przeciwnej strony, ktoś nawet mi przypomina, że syn czeka na mecie. No, jak mogłabym zapomnieć. Przecież się spieszę, na moja miarę na dziś.  A tu – górki i dołki, podbiegi i z biegi. Przez chwilę widok na Karczówkę. Malownicze te Kielce. Malownicza – tak zwykłam mówić o trasie, która ma urok, która może się podobać, ale nie należy do łatwych. W Kielcach jest bardzo malowniczo. Gdzieś na 17 kilometrze (na 15. wciągam drugi żel) żegnam się z pomysłem startu w Kieleckim Biegu Górskim, 22 km po górkach w mojej dyspozycji nie jest dobrym pomysłem, te 7 tygodni raczej za wiele nie zmieni. Na 17 też zaczynam podchodzić. Dosłownie, czyli pod górkę idę albo drobię truchcikiem, staram się jednak zbiegać. Zaczynam odczuwać brak przygotowania do tak długiego wysiłku.

Na 19 kilometrze mam świadomość, że już blisko. Właściwie jeszcze jeden podbieg, zbieg – i meta. Biegniemy przez park, zatrzymuję się przy piciu, podchodzę, truchtam. Mija mnie Andrzej, ale nawet nie próbuję się do niego przypinać. Podbiegam, podchodzę, podbiegam.fotopkl16_01_rdn_20160508_115508

Jeszcze zakręt, jeszcze trochę pod górkę… Gdzieś tuż za górką – Mama, Tomasz i Marcin. Uśmiecham się. Już naprawdę blisko, został niespełna kilometr.

Ale tuż przed stadionem muszę znowu się kawałek przejść.

Bo przecież nie mogę dać plamy na samym finiszu.

fotopkl16_01_mta_20160508_120630_5

No nie mogę. Tym bardziej, że od wlotu słyszę swoje nazwisko. Po murawie nie biega się nadzwyczajnie, ale ja czuję się nadzwyczajnie, kiedy wreszcie wpadam na metę.

2:05 z ułamkami. Oficjalny czas – 2:04:50.

Cóż. Czas jak na okoliczności wcale nie najgorszy. Medal – cudny.

Pędzę za strefę mety, ale mojej rodzinnej ekipy ani śladu.

Gnam do depozytu. Potem szatnia. I ten koedukacyjny prysznic… Idę w końcu w samej koszulce i spodenkach, przy okazji pranie z głowy ;-) Kończę przebieranie w ciepełku i wychodzę – w sam raz, żeby wpaść na rodzinkę. Ruszamy z powrotem w stronę stadionu. Po drodze wciągam gorący żurek.

W genialnej niebieskiej koszulce nie wyróżniam się z tłumu biegaczy. Jestem częścią tej naprawdę fajnej imprezy. Jeszcze nie wielkiej, jeszcze nie do końca sprofesjonalizowanej, z całym urokiem takich kameralnych imprez, a jednak z zapleczem i przygotowaniem na wysokim poziomie.

I nawet jeżeli nie do końca miało tak być, to mimo wszystko cieszę się, że pobiegłam. Było pięknie. Malowniczo, towarzysko, rodzinnie. Dostałam w tych swoich Kielcach pozytywnego kopa i masę motywacji. Dostałam ładunek pozytywnego zmęczenia. Poczułam, że mimo wszystko jestem silna i jeszcze sporo mogę.

A ta zmiana kodu…? Cóż, to tylko cyferki. Póki co nie zamierzam się nimi przejmować. Plany są zgoła odmienne, a moją całą uwagę zaprząta obecnie Marcinek.

Chociaż… Od poniedziałku jakby więcej się ruszam…?

13124771_1150595168304538_7998981654715518455_n

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci