Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

#aniawracadobiegania/episode 1: Wiosna startuje w Warszawie. Ania też.

beautyandb

Było jak zwykle. Słońce, upał nieomal, „Sen o Warszawie” – tym razem nad Placem Trzech Krzyży, Nowy Świat zalany słońcem, Plac Teatralny po drodze, Miodowa, Konwiktorska, byli najlepsi wolontariusze świata, byli kibice i był tłum biegaczy… I jednocześnie było kompletnie inaczej niż zwykle. I nie ja byłam tym razem bohaterką dnia. Za to ja umierałam z tremy i trochę ze stresu.

W niedzielny poranek musiałam zostać mistrzynią logistyki, na szczęście przy wsparciu męża i teściowej. Przygotowania do wyjścia zaczęliśmy właściwie już w sobotę wieczorem. Jak nigdy jeszcze przed 22 miałam przygotowany swój zestaw wyjściowo-startowy, spakowany worek depozytowy, gotowe (nawet wyprasowane) ubranie dla synka, zapakowaną torbę spacerową i wyparzoną butelkę na mleko. Oraz nastawiony budzik na 5:50. Ale spać i tak poszliśmy długo po 22… Bo jeszcze zegarek, bo poszukiwania pulsometru (gdzieś przepadł i na razie się nie znalazł, bo… wiadomo).

Rano najtrudniejsze okazało się  delikatne rozbudzenie synka. Potem już poszło jak z płatka. Szybki prysznic, poranna toaleta młodego, śniadanie w locie – bo każdy co innego, dla mnie kaszka manna z miodem, mąż zjadł jakieś kanapki, teściowa odmówiła spożywania czegokolwiek, chyba najbardziej zestresowana. A mały przypomniał sobie o jedzeniu tuż przed wyjściem. Trudno. Został zapakowany do wózka i pognaliśmy na przystanek. Tomek zawracał do domu jeszcze trzy razy. Po mój telefon i po… butelkę z jedzeniem. Pisałam, że jestem mistrzynią logistyki? A Marcin zjadł śniadanie w autobusie, na szczęście nie było tłoku. Zresztą, poprawił jeszcze przy depozycie i potem pod pomnikiem Witosa ;-)

Zanim jednak dotarliśmy w okolice pomnika, trzeba było powalczyć z… Warszawą. Bo okazało się, że najprostsze drogi nie są dla wózków. I na przykład wysiadając z autobusu na Trasie Łazienkowskiej między Saską a Metrem Politechnika właściwie nie mam żadnej możliwości…. Wydostania się z przystanku gdziekolwiek. Miałam co prawda na niedzielny poranek opracowany wariant przesiadkowy (na Saskiej są windy), ale ponieważ jechaliśmy we trójkę, udało się wnieść i synka, i wózek na górę. Swoja drogą, jakbym mieszkała gdzieś w okolicy albo musiała częściej tam bywać, chyba bym… Nie wiem, jakiś ruch społeczny stworzyła.

 W każdym razie w miarę sprawnie przemieściliśmy się w okolice startu, które były też okolicami mety, tam małżonek udał się do zajęć sędziowskich, a my najpierw zadbaliśmy o pamiątkę z imprezy ;) (dziękujemy, Becia!), a następnie podążyliśmy do depozytu, gdzie zostawiłam większość rzeczy, ale… dodatkowy depozycik w wózku bardzo się przydał, nie musiałam jeszcze pozbywać się kurtki, a mimo słońca, wiatr troszkę jednak ciągnął chłodem spomiędzy kamienic.

12939578_10207624661227363_814634763_nFot. Becia Czarnecka, Sportografia.pl

Potem jedno karmienie, drugie karmienie, bo synol je na raty i na żądanie, a żąda często. W końcu jakoś pół godziny przed startem, w zamieszaniu, w hałasie i zgiełku – w końcu zasnął… No to ja migusiem na start… Zaraz, przecież tą kurtkę miałam zostawić. Wróciłam, zostawiłam, jeszcze jeden buziak – i zasuwam na ten start.

Ustawiłam się grzecznie w strefie na 2 godziny. Zające budziły zaufanie, moja forma mniej, ale co tam. W strefie jeszcze kilka przemiłych spotkań, stanęłyśmy na starcie  z Dżastin, jak za starych dobrych czasów, poplotkowałyśmy, posłuchałyśmy „Snu o Warszawie” i powoli ruszyłyśmy w kierunku bramy startowej.

Zrazu za zającami, które były mocno w przodzie, ale z każdym metrem zaczynałam się rozpędzać. Gdzieś na Nowym Świecie złapałam kontakt z flagami 2:00, a w okolicach Teatru Wielkiego minęłam je, choć miałam dziwne wrażenie, że to nie był najlepszy pomysł. Tradycyjnie. No, ale. Niosło mnie po tej trasie, po tym zakątkach tak dobrze i tylekroć już obieganych. Gdzieś za sądem dogoniłam Anię i MBucza, zgarnęłam Maćka ze sobą, albo może on mnie zgarnął – i biegliśmy sobie razem, bardzo sympatycznie, równym tempem, lekko przed zającami… Aż do 8. Kilometra, kiedy to stwierdziłam, że muszę do toitoia. Jak wyszłam, po Maćku już nie było śladu, znowu mignęła mi Ania, ale ruszyłam dziarsko do przodu, próbując zagłuszyć myśl, że moje zapasy mocy są jednak na lekkim wyczerpaniu. Pożarłam żel, chwała ALE za kiślowatą konsystencję, przeżyłam, mimo że do punktu z piciem był jeszcze kawałek.

12931192_10209029322596083_4494280273290000782_nFot. MBucz

Na chwilę udało mi się oszukać organizm, półmetek wyglądał jeszcze wcale optymistycznie. Na 11. kilometrze, choć nie było psa z kulawą nogą ani nikogo, kto by mnie sprawdził, zrobiłam 6 pompek – za tę kasę, którą wpłaciliście na akcję #BiegamDobrze dla wcześniaków – wielkie dzięki. I ruszyłam dalej – w uliczki praskie, ten lekko zaskakujący, ale jakże urokliwy fragment trasy, chyba kiedyś już tamtędy wiodły półmaratońskie ścieżki, ale głowy nie dam, choć oczywiście kojarzę z tym rejonem wspaniałe jangowe szanty… Tak, to musiało być gdzieś na Pradze… Potem trasa zawinęła pod Narodowy, trzynasty kilometr, mała zajawka przy punkcie Saturna – i hajda na most. Czuję, że to już końcówka mojego biegu. Do mety co prawda 7 kilometrów, ale moje mięsnie sztywnieją, zwalniam, coraz bardziej czuję te nadmiarowe 8 czy 9 kilo. A ciężka dupa ciągnie do tyłu, oj ciągnie – myślę sobie… Obiecując solennie poprawę, kiedyś, przed następnym startem, jakoś tak… Na 15 kilometrze już widzę, że szanse na 2 godzin robią się coraz bardziej teoretyczne. Tymczasem łapię tabletkę energetyczną na punkcie. Zonk! Nieodpakowana. Chwilę się szarpię z opakowaniem, ale w końcu dobieram się do zwartości. Fajne!!! Trawię tabletkę i truchtam.

Rozbrat, tuż przed zakrętem w Agrykolę dogania mnie… MBucz? Zaraz… Hm… Próbuje mnie zmobilizować do intensywniejszego wysiłku, ale chyba nic z tego nie będzie. Przybijamy piątki i Maciej leci przed siebie, a ja… też przed siebie, tylko wolniej. Przez całe Łazienki walczę z pokusą przejścia do marszu. Na szczęście jest sporo kibiców i trochę fotografów, co mnie mocno dopinguje. Dopiero przed samo bramą robię kilka marszowych kroków. Ale z bramy już wybiegam. I słusznie, bo tuż za nią czai się Pit z aparatem.

12901120_1301810456501640_807293935362911451_oFot. Piotr Dąbrowski

Wreszcie – 19. kilometr.  I podbieg Belwederską. Całą trasę obawiałam się tego momentu. Zrazu truchtam pod górkę, pamiętając, że nawet wolny trucht jest szybszy od marszu. Ale gdzieś po  150 metrach – odpuszczam, podchodzę pod górkę. I znowu ruszam truchcikiem. Mobilizują mnie Mariusz i Agnieszka z Biżuterii Sportowej – kibicują i robią zdjęcia. Poza tym zaraz pojawia się tablica, że do końca już tylko 1500 m. Spokojnie, dam radę. Tylko nie w 2 godziny ;-) Te mijają, kiedy od mety dzieli mnie jeszcze jakieś pół kilometra. Próbuje przyspieszać, ale coś mi nie idzie. Dopiero na 200 m od mety trochę się zbieram w sobie na coś na kształt finiszu.

12967502_1049447078481166_8077513478222136287_oFot. Biżuteria Sportowa

Zapowiada przez Marcina Rosłonia wpadam na metę szczęśliwa i uśmiechnięta. Czas i tak nie miał znaczenia, za to zadowolona jestem, że tak naprawdę podchodziłam tylko pod Belwederską. Jeżeli chodzi o wykonanie (abstrahując od tempa) , lepiej pobiegłam tylko raz. Trzy lata temu, przy minus 10 stopniach na starcie. Tylko wtedy zrobiłam życiówkę, 1:36. Tym razem wychodzi 2:03:08. Pewnie mogło być lepiej, ale i tak jestem zadowolona.

Ruszam po medal, po picie…. A tu zonk. Zator.  Kompletny zator. Próbuję znaleźć przyczynę. A….aha, niektórzy właśnie tu postanowili zdjąć czipy z butów. No, gratulacje. Wyobraźnia level master. Jakoś się przeciskam do strefy medalowej, potem spotykam zające z dwóch godzin. „Woda dla matki karmiącej” – krzyczy donośnie Paweł i tak manewruje, że faktycznie, za chwilę mam tą wodę, a przy okazji spotykam Hanię w niezapomnianej stylizacji…

Z butelką wody w ręką ruszam do depozytu. Odbieram rzeczy w kilka chwil i szybko szacuję czas. Przy prysznicach pewnie tłum, nie sprawdzałam… Idę  prosto do najbliższego namiotu przebieralni. Z pomocą wody z butelki i ręcznika doprowadzam się do stanu używalności. I pędzę w okolice namiotu VIP, gdzie czeka synek z babcią. Pędzę. A synek…? A synek właśnie zasnął…

To mam chwilę, żeby coś zjeść. I chwilę pomyśleć. I jeszcze zamienić dwa zdania z Piotrem. Który prosto w oczy mi mówi, że strój startowy pokazał to, co w normalnych ciuchach jakoś udawało mi się maskować. „Na starcie było widać, jak ci się zmieniła sylwetka” – rzuca. No. Nie jest to bynajmniej komplement. O nie!

To mam dziś o czym myśleć.

Dzisiaj, bo daję sobie dzień – dwa na dojście do siebie. A potem…

A potem poszliśmy na spacer Alejami Ujazdowskim, aż pod CSW. I wiosna zaczęła się jak zwykle w Warszawie.

Czekoladki na Dzień Kobiet?

beautyandb

Czemu nie, lubię to święto z jego dzisiejszym entourage’m, takich trochę Walentynek na bis, z kwiatkami, upominkami, kolacjami przy świecach i tak dalej. Oczywiście w tym roku u nas raczej kolacja z dzieckiem przy piersi, ale to też ma swój urok. Żeby jednak uczcić ten dzień, postanowiłam wreszcie wziąć się za siebie. I umówiłam wizytę inicjacyjną w osiedlowym klubie….no, powiedzmy fitnessowym, dla kobiet. Klub należy do większej sieci, nazwy sobie daruję, bo po co.

Z klubem historia datuje się jeszcze od zeszłego roku, bo dziewczyny są lokalnie bardzo aktywne i w czerwcu pojawiły się jako partner crossu na Hipodromie. Tam sobie z nimi pogadałam i nieopatrznie zostawiłam swoje dane, że niby jak już wyjdę z kontuzji (taka historia), to chętnie się zaktywizuję, a że do klubiku mam niespełna 1000 metrów od domu, więc propozycja wyglądała kusząco. Kiedy już zaczęłam normalnie chodzić, nawet się tam wybrałam, ale jak usłyszałam, że cały system opiera się na treningu interwałowym, natychmiast zrezygnowałam nawet z próby ćwiczeń. No, bo już wiedziałam, że mam pasażera na pokładzie. Zamiast tego ostatecznie wylądowałam na dwa miesiące w Gravitanie, gdzie miałam blisko z pracy i gdzie bez żadnych interwałów spokojnie sobie ćwiczyłam.

Okazało się jednak, że osiedlowy klubik prowadzi kartoteki jak porządna parafia. I jeszcze się luty nie skończył, jak pani już do mnie dzwoniła z zaproszeniem na trening próbny. W sumie, co mi szkodzi – pomyślałam. Te 1000 metrów zaczęłam nagle bardzo doceniać. Umówiłam się zatem na dzień kobiet. Tak odruchowo, w sumie nie do końca zamierzenie. Ale fajnie wyszło.

We wtorek pół dnia się szykowałam, pakowałam i w ogóle. W końcu poszłam. A tak od wejścia – baloniki, różyczki, woda… Przebrałam się, wyglądałam prawie jak milion dolarów. No i widocznie pani mnie wyceniła na ten milion. Poopowiadała o systemie ćwiczeń, zapisała moje cele i poszłyśmy ćwiczyć. Cała zabawa okazała się oparta na kilku stacjach – maszynach (hydraulicznych, bez obciążeń) – poprzedzielanych stepami i flexibarami. Na każdym stanowisku ćwiczy się jakieś 40 sekund. O zmianie stanowisk informuje głos z głośnika. Na środku stoi pani trener i nadzoruje jakość wykonywanych ćwiczeń. W pół godziny powinny się zmieścić 3 takie obwody i rozciąganie.

Na temat jakości ćwiczeń wykonywanych w 40 sekund w ogóle się nie wypowiadam. Dla mnie efektywny czas ćwiczeń wynosił pewnie z 20 sekund, bo chciałam je robić poprawnie technicznie. Ale nic to. Zdębiałam, jak przy maszynie do przysiadów pani mnie zatrzymała w pół ruchu, żeby dalej nie robić. Że jak?  No nic. Poćwiczyłam, nie spociłam się zbytnio, na koniec miałam sobie zmierzyć tętno. Przykładając palce do szyi i licząc przez 10 sekund. Well… No, dobrze, nie nawykłam do takich zabiegów, ale policzyłam. Dziesięć. Ale jak to dziesięć? Na pewno więcej – nie mogła uwierzyć pani. No cóż. Na klubowej skali, jak podejrzałam, 10 to mniej niż umiarkowany wysiłek. Wyjaśniłam pani, że ja generalnie mam niskie tętno, więc niech się nie przejmuje…

No i przeszłyśmy do konkretów, czyli pani zaczęła mnie zapisywać do klubu. I wtedy pokazał cennik. No. Przyznam, że dawno nie zaliczyłam takiego opadu szczęki. To jeszcze dopowiem, że cały klubik mieści się w lokalu wielkości mniej więcej dużego salonu. Stoi tam niemal jedna na drugiej w sumie bodaj 5 czy 6 tych maszyn hydraulicznych poprzedzielanych „stacjami odpoczynkowymi”. W tej samej sali jest recepcja i stanowiska pomiarowe… Szatnia jest niewiele większa od mojej sypialni, a o szafkach na klucz można co najwyżej pomarzyć. No i…  - Ale za tę cenę to mogę mieć karnet do dobrej siłowni – nie wytrzymałam. I wtedy usłyszałam, czego to na tej siłowni nie będę miała. I jaką przewagę mają maszyny hydrauliczne nad tymi z siłowni (no, bo tu nikt nie zostawi ustawionego ciężaru i nie przedźwigam się z rozpędu, poza tym na siłowni ćwiczy się poszczególne partie mięśni, a tu – całościowo… ). Posłuchałam, posłuchałam, utrzymałam kamienną twarz mimo wszystko i jednak podziękowałam. A pani nawet nie potrafiła ukryć, że żałuje poświęconego mi czasu…  Za to dopilnowała, żebym nie wyszła bez różyczki…

Ja za to nie mogłam się oprzeć, że ktoś próbował mi wcisnąć w charakterze czekoladki wyrób ewidentnie czekoladopodobny, oparty głównie na tłuszczu i cukrze, za to opakowany w różowe złotko kobiecości. Że specjalnie dla pań, że bez panów, że skrojony na miarę, wygodny, pod ręką, krótki czas ćwiczeń i tak dalej, i tak dalej… I to wszystko na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Z maleńką łazienką. Z półkami na torebki, które zabiera się ze sobą na salę ćwiczeń. Dlaczego  kobiety dają sobie wmówić, że to wyjątkowa oferta…? Dlaczego dają się nabrać na pozłotko?

Z tej złości już w środę postanowiłam naprawdę się wziąć. Obejrzałam oferty lokalnych normalnych siłowni. Potem wzięłam młodego na spacer i zorientowałam się osobiście. A już w czwartek wylądowaliśmy w kameralnym, ale normalnym fitness klubie, który ma w ofercie zajęcia dla mamy z dzieckiem. Co prawda było nas tylko trzy i co prawda dzieci głownie się zajmowały sobą (więc młody się trochę nudził, ale spróbowałam go wciągnąć w swoje ćwiczenia), ale same zajęcia całkiem, całkiem. Niby tylko 45 minut, niby też się zanadto nie spociłam, ale… już w piątek czułam się jakoś inaczej, a mięśnie brzucha czy co tam mi z nich po ostatnim roku zostało, czuję dotkliwie do dziś. A karnet okazał się zdecydowanie bardziej ekonomiczny niż w klubie dla kobiet…. I tylko nie ma zjazdu dla wózków, a przed wejściem jednak są trzy bardzo kłopotliwe schodki. Na razie korzystamy z pomocy uprzejmej pani z recepcji.

922680_1103522049711244_5692399429711930121_nSelfie po ćwiczeniach. 

Może i nie jest to czekolada 90-proc., ale przynajmniej nie mam poczucia, że ktoś mnie naciąga na kolorowy papierek.

No i zamiast kwiatka na dzień kobiet po prostu wzięłam się za swoje odzyskiwanie kobiecości. I atrakcyjności. Przynamniej tej fizycznej.  

 

#BiegamDobrze. O małych kroczkach, drobnych radościach i stawianiu celu. #aniawracadobiegania

beautyandb

Biegam coraz lepiej. Mimo wszystko. Mimo tego, że nie zawsze da się regularnie i tak, jakbym chciała. Podkładałam sobie coś na kształt planu treningowego, ale jak zobaczyłam w nim nagle 80 minut biegania, to się przestraszyłam. 80 minut…? A co z młodym? No, pewnie, skoro spokojnie wytrzymuje godzinę z tatusiem, to i półtorej wytrzyma. Tylko muszę się na to bieganie zbierać jakoś bardziej kompaktowo, a nie przez pół godziny szukać i nakładać ciuchy. No, ale weź znajdź ciuch, w które przypadkiem się mieścisz… Już coraz więcej, ale jeszcze nie wszystkie. Cały czas te 8 plus. A nawet 10 ;-)

W czwartek udało mi się i jakoś szybko pozbierać, i przebiec 11,5 km (najdłużej od … 2 maja 2015 ;-), a właściwie to od Półmaratonu Warszawskiego’2015, bo w Sopocie to przebiegłam jakieś 8, a potem uprawiałam turystykę;) ) . I to w tempie poniżej 6’/km. Wracam do formy, choć droga jeszcze przede mną długa. Powrót – to byłby poziom jakieś 5:10/ km i z nieco niższym tętnem (a nie 170). Powrót to będzie, jak zrobię kilometrówki po 4:30 albo 4:15. Nie dwie, tylko 10. Na razie jednak cieszę się z tego, co mam. Te 11 km – to prawie jak Rubikon. Cofam się pamięcią 9 lat wstecz, kiedy szykowałam się do swojego pierwszego półmaratonu. Trochę rywalizuję z Anią sprzed lat. Wtedy biegałam 3-4 razy w tygodniu. Nie wiem, ile biegałam  w ciągu tygodnia, truchtałam sobie 30-40 minut po parku. W weekendy przygarniały mnie Łosiowe Błota (na początek na 10 km) i SBBP, gdzie trafiłam dzięki uprzejmości janga. Żebym dotrzymała kroku reszcie towarzystwa, potrzebowałam psa. A konkretnie Szarej – suki husky, Janga właśnie. Szarej już nie ma, ja nie potrzebuję psa, mięśnie przypominają sobie właściwy rytm pracy. Mam z tego coraz więcej radości. Każdy kilometr poniżej 6’/km – to uśmiech.

11059318_1101144783249577_8105962363129983293_n

Z tamtego biegania w debiucie miałam czas niepełna 2 godz. i 2 minuty (bodaj 2:01:49). Pamiętam tamtą euforię, bo założenie było na 2:10 - 2:15. Nic jeszcze wtedy nie wiedziałam o bieganiu.

Czy za miesiąc w Warszawie uda mi się pobiec szybciej? Zmieszczę się w dwóch godzinach? Na dzisiaj – jeszcze nie. Ale mam te cztery tygodnie. Organizm wraca do siebie szybko, choć nadal jestem za ciężka. Chciałabym się ograniczyć, ale raczej jeszcze nie powinnam. Może spróbuję powalczyć z nawykami. Kupiłam marchewkę i selera. A poza tym miałam okazję pogadać z mądrą kobietą, która zna się na jedzeniu. Co prawda rozmawiałyśmy głównie o tym, jak wprowadzać dziecko w świat smaków i normalnego jedzenia, ale… Dostałam dużą dawkę inspiracji. Na pewno wykorzystam. Na wagę jednak daję sobie więcej czasu. Do kwietnia może chociaż jeszcze ze dwa kilo. To jest cel realny.

A właśnie. Bo o celach mowa. W Warszawie celem jest dobiec do mety. Przez chwilę się zawahałam, bo zającem na 1:50 jest moja kochana Iwonka, kumpela z klubu i w ogóle dobra koleżanka. Szybciutko jednak głowa przyzwyczajona do liczenia kilometrów na minuty policzyła, że 5:12 to jeszcze pieśń przyszłości. Może w Kielcach ;-) Uh, trochę to boli, jak sobie pomyślę, że kiedyś, wcale jeszcze nie tak dawno,  regularnie w Warszawie biegałam poniżej 1:40. Ah, na 1:40 też prowadzi mój ulubiony zając, Michał. I znowu z nim nie pobiegnę.

Kiedy rejestrowałam się w programie #BiegamDobrze, kusiło mnie, żeby dodatkowo zadeklarować czas, w jakim przebiegnę 11. PZU Półmaraton Warszawski. To by było proste – wpłacacie 1000 zł, a ja biegnę 1:55. Albo 1:50. Ale wymyśliłam te 11 pompek na 11 kilometrze. Dorzucicie się? Bo już muszę te pompki trenować. Wiedziałam, że deklarowanie czasu w listopadzie, w momencie, kiedy cały powrót jest wielką niewiadomą i może się okazać, że będę się poruszać marszobiegiem, byłoby brawurą i niepotrzebną fanfaronadą. Na pewno nie służącą ani zbiórce, ani fundacji, dla której zbieram środki, ani – mnie samej. Jasne, że jakieś cele czasowe sobie wyznaczam.  Ale robię to teraz, jak już mniej więcej wiem, na ile jestem. I pewnie jeszcze będę weryfikować przed startem.

Deklarowanie czasu to w ogóle jest pułapka, szczególnie dla debiutantów i dla tych, którzy w debiucie sobie poradzili i zaraz potem zaczynają snuć wielkie plany. Do dziś pamiętam, jak bardzo bałam się swojego drugiego maratonu – bo przeczytałam przed nim opowieść Wojtka Staszewskiego o jego drugim starcie. O traumie drugiego startu, kiedy dystans już wydawał się być oswojony. Tak bardzo się bałam, że… W rezultacie poprawiłam życiówkę o ponad 20 minut i wspominam ten bieg jako jeden z najlepszych w życiu. Ale traumy drugiego startu doświadczyłam właśnie w półmaratonie, kiedy po niezłym debiucie, latem w Radzyminie pobiegłam wolniej, a właściwie – zaczęłam szybciej, a skończyłam… później. Pamiętam też, jak próbowałam przełamać ramy własnej fizyczności, oszukać siebie i pójść na skróty. Tak bardzo chciałam złamać te 3:30 w maratonie, że biegałam codziennie, po 100 km w tygodniu, z trzema akcentami. Akcenty były nieco za szybkie dla mnie, ale miały gwarantować wynik w maratonie. No cóż… Po morderczym BPS-ie poprawiłam wyniki na krótszych dystansach, ale maraton był nieubłagany. Nie pomogło strzelanie z armaty, wróbelek uciekał… Trzba było i czasu, i bardziej subtelnych środków.

Doświadczenie z maratonem nauczyło mnie, że czasami droga na skróty nie jest najlepszym wyjściem. Że cel, który sobie stawiam – i dotyczy to nie tylko biegania – musi być adekwatny. Tak, to z formuły SMART. Bo w bieganiu cel musi być mądrze postawiony. Jest konkretny jak jasna cholera, mierzalny jak biceps Krzysztofa Ibisza i terminowy jak… No dobrze, może bez metafor. W każdym razie musi być jeszcze to A. Czyli dla jednych ambitny, a dla drugich – adekwatny właśnie. Przy czym adekwatny ambicji nie wyklucza. Ale mnie bardziej pasuje w kontekście biegania. Bo po A jest R – realny, realistyczny. Ja naturalnie mogę sobie ambitnie założyć, że za miesiąc pobiegnę ten półmaraton w 1:35. Mogę. Mogę nawet Wam to napisać i 15 tysięcy razy. Mogę też spróbować biegać treningi przez miesiąc w tempie 4:40 (tak, wiem, 1:35 to 4:30) żeby udowodnić  twierdzić, że to tylko treningi i na pewno mi się uda… I niektórzy mogą mi uwierzyć, bo przecież biegałam już 1:36 ;-) I będę miała całe grono fanów, potakujących każdemu wpisowi… Tylko co za frajda kończyć bieg spacerem i tłumaczyć Wam potem, dlaczego nie wyszło (bo wiatr, podbieg, źle się ubrałam,… oh, tysiące powodów mogę wymyślić, serio). A nie wyjdzie, bo cel będzie nieadekwatny do mojej formy, jakkolwiek ambitny i atrakcyjny. I równie realny jak wygrana Legii w Lidze Mistrzów w tym sezonie. I nawet w przyszłym. Kibiców przepraszam, ale wiecie. 0:3 z Niecieczą ;-) Sorry, guys.

Dla mnie dzisiaj równie ambitne jest złamanie dwóch godzin. I to jest realne. Jak awans Vive Tauronu Kielce do finału LM w piłce ręcznej. Atrakcyjne też jest, bo nauczyłam się cieszyć drobiazgami. A do celu dojdę małymi kroczkami. Bo chcę mieć znowu z biegania radość, a nie  nachapać się tak, żebym po pierwszym starcie rzygała z przeżarcia ;-) Excuse le mot.

Chociaż… No dobra, parę osób bym chciała dogonić.

Chyba pora na trening.

A do tych pompek się dorzucicie?

Zapraszam: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/751. Zbieramy na Fundację WCZEŚNIAK.    

Czasem słońce, czasem deszcz, czyli bywają i gorsze dni. #aniawracadobiegania

beautyandb

I kiedy mi się już wydawało, że jak już po tych miesiącach postu rzucę się na to bieganie, to będę jak wygłodniały pies, który pazurami i zębami wczepi się w swoją ofiarę i będzie łykał coraz większe bez zbędnego namysłu i sentymentu, aż się udławię, aż się zatchnę tym bieganiem. I może naprawdę by tak było, ale…

Okazało się, że kiedy sobie myślałam o tym przyszłym potencjalnym bieganiu, nie brałam pod uwagę czegoś takiego jak logistyka i rzeczywistość.  Nie wiedzieć czemu, myślałam, że będzie fajnie, bo będę miała dużo wolnego czasu, będę mogła biegać w środku dnia, po lesie, bywać na zawodach i w ogóle… A tu rzeczywistość okazała się bardziej skrzecząca, jak u Boya. I nie ma to nic wspólnego z tym, że mam naprawdę super dziecko. Dziecko niewymagające, ale bardzo angażujące. Dziecko, które nie wymaga usypiania, lulania, bardzo pogodne, często uśmiechnięte. Dziecko, które uwielbia spać na człowieku i nie znosi – we własnym łóżku. Dziecko, które od pierwszych dni nadrabia swoją niską wagę urodzeniową i je nad wyraz często. Na szczęście w nocy – zazwyczaj tylko dwa razy. Ale czasami trzy. Ostatni raz – tak gdzieś godzinę przed moją starą godziną treningową. Nie, na razie nie mam tyle silnej woli, żeby o tej porze wstać i wyjść. A potem muszę poczekać na następne karmienie ;-)

Jak przegapię moment, to już nie wyjdę. Bo potem małżonek pracuje. Czasami nawet dość długo. Po 6 tygodniach nie wytrzymałam i kupiliśmy fotelik-bujaczek, żebym przynajmniej prysznic mogła wziąć. Albo zrobić cokolwiek w kuchni. Ostatnio mąż coś robił, a ja próbowałam coś pisać. I odkłada młodego do łóżeczka. „Weź go do kuchni i zrób mu Nigellę” – powiedziałam. Tomasz wybałuszył oczy. Że co? No, normalnie, pokaż mu, co robisz, daj do powąchania warzywa… Bądź jak Nigella ;-) W końcu ma poznawać świat, nie? Parę razy już byłam Nigellą. Chociaż generalnie mało mnie teraz w kuchni… Za to coraz częściej myślę o powrocie na same roślinki… Jeszcze chwilę.

W weekendy też będzie kiepsko, bo małżonek się dokształca. Ze startów zatem nici, ale treningi też trochę ucierpią. Tym bardziej, że dzielimy się tymi dniami, bo przecież Tomek też biega. Albo… jeździ na rowerze. Ostatnio głównie porusza się rowerem, do szkoły, do pracy, do miasta - że niby taki twardziel. Więc ona ma swój trening. A ja mogę sobie wyjść po południu. Ale po południu czasami zwyczajnie mi się nie chce. Albo nie mam już siły. Bo mały niby taki grzeczny, ale bywa, że całe popołudnie jest głodny… Zasypiam chyba pierwsza ze wszystkich. Przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma.

Będzie gorzej. Zaczęło się już w niedzielę. Sezon startowy rusza pełną parą. Kolejni znajomi meldują o życiówkach. A ja nie tylko nie startuję, ale nawet nie wyszłam na trening. Właściwie starczyło czasu tylko na spacer. Czekam trochę na wiosnę. Starty planuję oszczędnie. Liczę dni do lata, kiedy może syn już się będzie nadawał do biegania w wózku. Będzie nam wtedy łatwiej. Póki co czasami trochę się  wściekam.

Ale Marcin zaraz po przebudzeniu rano ma w zwyczaju produkować serię uśmiechów. I jak patrzę na te jego dziąsełka bezzębne rozciągnięte wcale nie do płaczu – to mi jakoś przechodzi. Czasami też ochota na bieganie. Cała, nawet śladowa, frustracja. Bo na bieganie mam jeszcze czas. A te poranki już się nie powtórzą, nie wrócą.

Tymczasem ułożyłam sobie plan, żeby jednak przebiec ten Półmaraton Warszawski. I te dwa następne biegi, które już zaplanowałam. Ten trzeci – to już chyba będzie z wózkiem…   

10334391_1089737291089720_2873864245901360645_n               A na rysunku - prawie uśmiechnięty Marcin. Rysunek autorstwa szanownego małżonka ;-) 

Pierwszy start. Niby tylko na planszy, a apetyt rośnie. #aniawracadobiegania

beautyandb

Pierwszy start za mną. Co, gdzie, jak – zapytacie? No cóż, na razie tylko na planszy, ale za to od razu – na dystansie  maratońskim. Niestety, po długiej przerwie byłam jak Kamil Stoch. Rzutem na finiszu byłam w czołówce rozgrywki treningowej, za to w decydującej partii zostałam na szarym końcu… I, o dziwo, nabrałam ochoty na bieganie.

Ale po kolei. W minioną środę Polska Biega zorganizowała turniej blogerów w grę zwaną Kingrunner. Gra jest planszowo-karciana, a ponieważ ja w karty nie grywam w ogóle, a w planszówkach też za mocna nie jestem (nie licząc Barykady) – niespecjalnie zwróciłam uwagę na zaproszenie. Tym bardziej, że nazwę gry kojarzyłam, ale nic poza tym. Ale kiedy Nat zaczepiła mnie na Facebooku, dopytując, czy się wybieram, pomyślałam, że może warto wyjść „do ludzi”. Bo nawet najcudowniejsze dziecko, które właśnie zostało pępkiem mojego świata, nie jest mimo wszystko całym światem. A poza tym super dziecko ma super tatę, z którym od czasu do czasu może zostać jak facet z facetem…

Zaryzykowałam.

Ba! Poszłam nawet w sobotę do kosmetyczki zrobić paznokcie i oko, żeby jakoś wyglądać.

No, w każdym razie taki impuls był mi pewnie potrzebny.

A w środę ruszyłam na Ursynów. I tam doświadczyłam tego, czego mi tak naprawdę brakowało przez te miesiące biegowego postu. Po pierwsze – ten dreszczyk emocji w rywalizacji nad planszą. Ale po drugie – tej atmosfery spotkania ludzi, których łączy pasja, chociaż każdy niby ją bagatelizował… W każdym razie kilka godzin w dobrym towarzystwie minęło jak z bicza strzelił (mówi się tak jeszcze?)

Sama gra okazała się naprawdę świetnym pomysłem. Nawet taki antytalent karcianoplanszowy jak ja jest w stanie zrozumieć wcale nie najprostsze zasady. A jednocześnie zasady te dla biegaczy są jedna dosyć proste. Bo ściśle są powiązane z biegowym chlebem powszednim, odnoszą się do konkretnych środków treningowych i wspomagających, są tak rzeczywiste, że grając w partii decydującej o awansie do finału, przegrywając sromotnie, miałam w głowie myśl, że ja już kiedyś taki maraton pobiegłam. Jedyna różnica między światem gry a rzeczywistością to to, że w grze to trochę szczęście, a nie konsekwencja i determinacja, decyduje o tym, w jakiej formie stajemy na starcie.

Kingrunner ma dwie fazy. Fazę treningową, podczas której gromadzimy w postaci kart kolejne treningi oraz gadżety i przewagi, które umożliwiają potem pokonywanie kilometrów na planszy z określoną prędkością. Autorzy gry zadbali o wszystkie szczegóły – na kartach są treningi kształtujące szybkość (m.in. interwały, podbiegi, wieloskoki), wytrzymałość (długie wybiegania) i siłę psychiczną, „głowę”, biegacza. A także – gadżety (np. opaski kompresyjne)  i przewagi (np. ochrona przed kontuzją, podwójne punktowanie na punktach odżywczych), które pozwalają poprawiać parametry wynikające z samego tylko treningu. I z tym całym bagażem startujemy do rozgrywki na planszy. Gdzie oprócz podbiegów i innych trudności obiektywnych pojawiają się też zdarzenia o różnym charakterze, które głównie spowalniają nasz bieg i wyczerpują zasoby wytrzymałości, siły psychicznej i … prędkości. Chociaż tą ostatnią do pewnego stopnia można podbijać, osłabiając głowę czy wytrzymałość. Ba, twórcy gry zadbali nawet o pojawienie się… ściany.

12744096_1096567843707271_6539784924698523934_nTen na trasie - to mój pionek :) 

No więc, kiedy tak przesuwałam się po planszy, z zerową wytrzymałością i siłą głowy w dolnych rejestrach normy, bez żadnych dodatkowych gadżetów, bo nie miałam szczęścia ich wylosować, ale jednakzrazu dość szybko, mniej więcej do 25 kilometra, a potem nagle zaczęłam zostawać coraz bardziej…. Kiedy tak patrzyłam na tą planszę, jak żywe stawały mi w pamięci sceny z maratonu w Toronto, kiedy to do połowy goniłam jak wściekła, a zaraz za półmetkiem odcięło mi zasilanie… I mimo to pełzłam dalej w jakimś śmiesznym tempie, zaliczając klasyczną ścianę po 30. kilometrze… I już mnie ta gra kupiła, już byłam wciągnięta ma maksa, na tyle żeby zostać i kibicować w rundzie finałowej, gdzie emocje sięgały zenitu, prawie jak na Narodowym…

I kiedy tak kibicowałam w gronie ludzi, którzy doskonale wiedzieli, o co chodzi, nabrałam nagle ochoty na więcej biegania, na szybsze bieganie, na jakieś starty….

1923912_1096636333700422_4083825883122138325_nFinałowa rozgrywka 100hrmax.pl

I potem z marszu zapisałam się na półmaraton w Kielcach, który mam nadzieję, będzie już szybszy niż to, co pokażę w Warszawie. W Kielcach chcę jeszcze wystartować w III Kieleckim Biegu Górskim, tym razem nie zasadzając się na zwycięstwo, ale jednak jakoś przyzwoicie. I potem jeszcze Półmaraton Wtórpol w Skarżysku, bo tamtejszy podbiega śni mi się po nocach…

A potem… Potem się zobaczy, bo do środowego wieczoru jakoś bez przekonania myślałam o maratonie AD 2016, ale dziwnie nabrałam ochoty i apetytu na więcej. Tym bardziej, że w czwartkowy poranek biegałam już ewidentnie w tempie poniżej 6’/km. Na razie tylko 6 km, ale od czegoś trzeba zacząć, jeszcze kilka miesięcy do jesieni zostało…  

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci