Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Czasem słońce, czasem deszcz, czyli bywają i gorsze dni. #aniawracadobiegania

beautyandb

I kiedy mi się już wydawało, że jak już po tych miesiącach postu rzucę się na to bieganie, to będę jak wygłodniały pies, który pazurami i zębami wczepi się w swoją ofiarę i będzie łykał coraz większe bez zbędnego namysłu i sentymentu, aż się udławię, aż się zatchnę tym bieganiem. I może naprawdę by tak było, ale…

Okazało się, że kiedy sobie myślałam o tym przyszłym potencjalnym bieganiu, nie brałam pod uwagę czegoś takiego jak logistyka i rzeczywistość.  Nie wiedzieć czemu, myślałam, że będzie fajnie, bo będę miała dużo wolnego czasu, będę mogła biegać w środku dnia, po lesie, bywać na zawodach i w ogóle… A tu rzeczywistość okazała się bardziej skrzecząca, jak u Boya. I nie ma to nic wspólnego z tym, że mam naprawdę super dziecko. Dziecko niewymagające, ale bardzo angażujące. Dziecko, które nie wymaga usypiania, lulania, bardzo pogodne, często uśmiechnięte. Dziecko, które uwielbia spać na człowieku i nie znosi – we własnym łóżku. Dziecko, które od pierwszych dni nadrabia swoją niską wagę urodzeniową i je nad wyraz często. Na szczęście w nocy – zazwyczaj tylko dwa razy. Ale czasami trzy. Ostatni raz – tak gdzieś godzinę przed moją starą godziną treningową. Nie, na razie nie mam tyle silnej woli, żeby o tej porze wstać i wyjść. A potem muszę poczekać na następne karmienie ;-)

Jak przegapię moment, to już nie wyjdę. Bo potem małżonek pracuje. Czasami nawet dość długo. Po 6 tygodniach nie wytrzymałam i kupiliśmy fotelik-bujaczek, żebym przynajmniej prysznic mogła wziąć. Albo zrobić cokolwiek w kuchni. Ostatnio mąż coś robił, a ja próbowałam coś pisać. I odkłada młodego do łóżeczka. „Weź go do kuchni i zrób mu Nigellę” – powiedziałam. Tomasz wybałuszył oczy. Że co? No, normalnie, pokaż mu, co robisz, daj do powąchania warzywa… Bądź jak Nigella ;-) W końcu ma poznawać świat, nie? Parę razy już byłam Nigellą. Chociaż generalnie mało mnie teraz w kuchni… Za to coraz częściej myślę o powrocie na same roślinki… Jeszcze chwilę.

W weekendy też będzie kiepsko, bo małżonek się dokształca. Ze startów zatem nici, ale treningi też trochę ucierpią. Tym bardziej, że dzielimy się tymi dniami, bo przecież Tomek też biega. Albo… jeździ na rowerze. Ostatnio głównie porusza się rowerem, do szkoły, do pracy, do miasta - że niby taki twardziel. Więc ona ma swój trening. A ja mogę sobie wyjść po południu. Ale po południu czasami zwyczajnie mi się nie chce. Albo nie mam już siły. Bo mały niby taki grzeczny, ale bywa, że całe popołudnie jest głodny… Zasypiam chyba pierwsza ze wszystkich. Przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma.

Będzie gorzej. Zaczęło się już w niedzielę. Sezon startowy rusza pełną parą. Kolejni znajomi meldują o życiówkach. A ja nie tylko nie startuję, ale nawet nie wyszłam na trening. Właściwie starczyło czasu tylko na spacer. Czekam trochę na wiosnę. Starty planuję oszczędnie. Liczę dni do lata, kiedy może syn już się będzie nadawał do biegania w wózku. Będzie nam wtedy łatwiej. Póki co czasami trochę się  wściekam.

Ale Marcin zaraz po przebudzeniu rano ma w zwyczaju produkować serię uśmiechów. I jak patrzę na te jego dziąsełka bezzębne rozciągnięte wcale nie do płaczu – to mi jakoś przechodzi. Czasami też ochota na bieganie. Cała, nawet śladowa, frustracja. Bo na bieganie mam jeszcze czas. A te poranki już się nie powtórzą, nie wrócą.

Tymczasem ułożyłam sobie plan, żeby jednak przebiec ten Półmaraton Warszawski. I te dwa następne biegi, które już zaplanowałam. Ten trzeci – to już chyba będzie z wózkiem…   

10334391_1089737291089720_2873864245901360645_n               A na rysunku - prawie uśmiechnięty Marcin. Rysunek autorstwa szanownego małżonka ;-) 

Pierwszy start. Niby tylko na planszy, a apetyt rośnie. #aniawracadobiegania

beautyandb

Pierwszy start za mną. Co, gdzie, jak – zapytacie? No cóż, na razie tylko na planszy, ale za to od razu – na dystansie  maratońskim. Niestety, po długiej przerwie byłam jak Kamil Stoch. Rzutem na finiszu byłam w czołówce rozgrywki treningowej, za to w decydującej partii zostałam na szarym końcu… I, o dziwo, nabrałam ochoty na bieganie.

Ale po kolei. W minioną środę Polska Biega zorganizowała turniej blogerów w grę zwaną Kingrunner. Gra jest planszowo-karciana, a ponieważ ja w karty nie grywam w ogóle, a w planszówkach też za mocna nie jestem (nie licząc Barykady) – niespecjalnie zwróciłam uwagę na zaproszenie. Tym bardziej, że nazwę gry kojarzyłam, ale nic poza tym. Ale kiedy Nat zaczepiła mnie na Facebooku, dopytując, czy się wybieram, pomyślałam, że może warto wyjść „do ludzi”. Bo nawet najcudowniejsze dziecko, które właśnie zostało pępkiem mojego świata, nie jest mimo wszystko całym światem. A poza tym super dziecko ma super tatę, z którym od czasu do czasu może zostać jak facet z facetem…

Zaryzykowałam.

Ba! Poszłam nawet w sobotę do kosmetyczki zrobić paznokcie i oko, żeby jakoś wyglądać.

No, w każdym razie taki impuls był mi pewnie potrzebny.

A w środę ruszyłam na Ursynów. I tam doświadczyłam tego, czego mi tak naprawdę brakowało przez te miesiące biegowego postu. Po pierwsze – ten dreszczyk emocji w rywalizacji nad planszą. Ale po drugie – tej atmosfery spotkania ludzi, których łączy pasja, chociaż każdy niby ją bagatelizował… W każdym razie kilka godzin w dobrym towarzystwie minęło jak z bicza strzelił (mówi się tak jeszcze?)

Sama gra okazała się naprawdę świetnym pomysłem. Nawet taki antytalent karcianoplanszowy jak ja jest w stanie zrozumieć wcale nie najprostsze zasady. A jednocześnie zasady te dla biegaczy są jedna dosyć proste. Bo ściśle są powiązane z biegowym chlebem powszednim, odnoszą się do konkretnych środków treningowych i wspomagających, są tak rzeczywiste, że grając w partii decydującej o awansie do finału, przegrywając sromotnie, miałam w głowie myśl, że ja już kiedyś taki maraton pobiegłam. Jedyna różnica między światem gry a rzeczywistością to to, że w grze to trochę szczęście, a nie konsekwencja i determinacja, decyduje o tym, w jakiej formie stajemy na starcie.

Kingrunner ma dwie fazy. Fazę treningową, podczas której gromadzimy w postaci kart kolejne treningi oraz gadżety i przewagi, które umożliwiają potem pokonywanie kilometrów na planszy z określoną prędkością. Autorzy gry zadbali o wszystkie szczegóły – na kartach są treningi kształtujące szybkość (m.in. interwały, podbiegi, wieloskoki), wytrzymałość (długie wybiegania) i siłę psychiczną, „głowę”, biegacza. A także – gadżety (np. opaski kompresyjne)  i przewagi (np. ochrona przed kontuzją, podwójne punktowanie na punktach odżywczych), które pozwalają poprawiać parametry wynikające z samego tylko treningu. I z tym całym bagażem startujemy do rozgrywki na planszy. Gdzie oprócz podbiegów i innych trudności obiektywnych pojawiają się też zdarzenia o różnym charakterze, które głównie spowalniają nasz bieg i wyczerpują zasoby wytrzymałości, siły psychicznej i … prędkości. Chociaż tą ostatnią do pewnego stopnia można podbijać, osłabiając głowę czy wytrzymałość. Ba, twórcy gry zadbali nawet o pojawienie się… ściany.

12744096_1096567843707271_6539784924698523934_nTen na trasie - to mój pionek :) 

No więc, kiedy tak przesuwałam się po planszy, z zerową wytrzymałością i siłą głowy w dolnych rejestrach normy, bez żadnych dodatkowych gadżetów, bo nie miałam szczęścia ich wylosować, ale jednakzrazu dość szybko, mniej więcej do 25 kilometra, a potem nagle zaczęłam zostawać coraz bardziej…. Kiedy tak patrzyłam na tą planszę, jak żywe stawały mi w pamięci sceny z maratonu w Toronto, kiedy to do połowy goniłam jak wściekła, a zaraz za półmetkiem odcięło mi zasilanie… I mimo to pełzłam dalej w jakimś śmiesznym tempie, zaliczając klasyczną ścianę po 30. kilometrze… I już mnie ta gra kupiła, już byłam wciągnięta ma maksa, na tyle żeby zostać i kibicować w rundzie finałowej, gdzie emocje sięgały zenitu, prawie jak na Narodowym…

I kiedy tak kibicowałam w gronie ludzi, którzy doskonale wiedzieli, o co chodzi, nabrałam nagle ochoty na więcej biegania, na szybsze bieganie, na jakieś starty….

1923912_1096636333700422_4083825883122138325_nFinałowa rozgrywka 100hrmax.pl

I potem z marszu zapisałam się na półmaraton w Kielcach, który mam nadzieję, będzie już szybszy niż to, co pokażę w Warszawie. W Kielcach chcę jeszcze wystartować w III Kieleckim Biegu Górskim, tym razem nie zasadzając się na zwycięstwo, ale jednak jakoś przyzwoicie. I potem jeszcze Półmaraton Wtórpol w Skarżysku, bo tamtejszy podbiega śni mi się po nocach…

A potem… Potem się zobaczy, bo do środowego wieczoru jakoś bez przekonania myślałam o maratonie AD 2016, ale dziwnie nabrałam ochoty i apetytu na więcej. Tym bardziej, że w czwartkowy poranek biegałam już ewidentnie w tempie poniżej 6’/km. Na razie tylko 6 km, ale od czegoś trzeba zacząć, jeszcze kilka miesięcy do jesieni zostało…  

 

#aniawracadobiegania / Tak kaczka uczy się latać…

beautyandb

Ćwiczysz czwarty tydzień z rzędu. Aplikacja Nike Plus Running jest nad wyraz uprzejma. Tak naprawdę oznacza to, że w jednym tygodniu wyszłam raz, w drugim – kolejny raz, wreszcie w zeszłym tygodniu – aż całe dwa razy. No i dzisiaj – po raz trzeci. I to trzecie wyjście w rytmie codrugodniowym. Mała rzecz, a cieszy.

Prawie tak samo bardzo, jak to, że do treningów mobilizuje mnie małżonek, który pilnuje, żebym się ruszyła. Zawsze mnie wspierał w tym, żebym mogła biegać tyle, ile potrzebowałam, ile chciałam. Ale dzisiaj to jego wsparcie, kiedy zostaje z małym i wręcz mnie wygania spod kołdry, jest szczególnie cenne. Kiedyś bez tego wsparcia to co najwyżej pojechałabym do pracy bez śniadania. Teraz – nie wyszłabym z domu w ogóle.

Więc wychodzę. Na razie na króciutko, te moje wyjścia zaledwie przekraczają pół godziny. Wlokę nogę za nogą, a pulsometr pokazuje jakieś Himalaje… Zresztą, jestem nieuleczalna, zaczynam tak, jak zaczynałam te 10 lat temu – bez patrzenia na pulsometr. Biegnę spokojnie – tak, jak ja czuje, że jest spokojnie. A to, co potem jest na wykresie – to już mniejsza o to. Nad tym popracuje się później. Na razie pracuję nad ostatnim kilometrem – staram się, żeby był wyraźnie szybciej. Wiem, bardziej efektywne byłyby przebieżki. Ale jeszcze trochę podchodzę do myśli o nich – jak pies do jeża. Tak samo jak do podbiegów – jeszcze ich unikam.

Jednak z każdym wyjściem nabieram optymizmu. Niby nic, ale za każdym razem biegnę odrobinę szybciej. Nie licząc tego ostatniego kilometra – dzieje się tak nieintencjonalnie, tak wychodzi. Chyba to, co mi zostało z moich pięknych mięśni, powoli przypomina sobie ten ruch, który przez lata stał się drugą naturą. I powoli odzyskuje właściwie rytm. Oczywiście, na razie jestem jeszcze trochę przyciężkawa. Od pierwszego ważenie po powrocie ze szpitala zgubiłam już co prawda jakieś 5-6 kilo, ale to znaczy tylko, że jeszcze 10 zostało. No, a do wagi takiej super startowej – 12. Powoli, powoli, dojdziemy do celu. Znaczy, ja dojdę. Przy wsparciu moich panów ;-)

Nie, nie stosuję żadnej diety. Po prostu synek jest smokiem, wyciąga z mamy, ile się da.  Ku jej zadowoleniu. Na razie też jem wszystko, chociaż już wiem, że za kilka miesięcy wrócę do moich wegańskich zwyczajów. Mleko już odstawiłam, bo mi nie służy. Kefir, jogurt, sery, chociaż biały odchorowuję. Za to jajka są podejrzane za wysyp krostek na twarzy Marcinka. Niestety, wizyta u alergologa dopiero 30 marca. I to wcale nie na NFZ.

Ale wróćmy do biegania. A zatem jest ciężko. Czuję się, jakbym zaczynała wszystko od nowa. Czekam cierpliwie aż mięśnie odzyskają pamięć i zaczną się odbudowywać. Staram się nie przesilać. Nie naciągać tego, co jeszcze nie zyskało elastyczności.

Do Półmaratonu Warszawskiego zostało już niewiele ponad 50 dni, niespełna 8 tygodni. W akcji #BiegamDobrze udało mi się zebrać już ponad 300 zł na Fundację Wcześniak. To oznacza, że mam numer startowy. Czyli wystartuję. Bo to zobowiązanie. Nie napinam się. Chcę tylko dotrzeć do mety. No i raczej przebiec trasę niż ją przemaszerować. Dzisiaj już przetruchtałam 7 kilometrów.  Nie mam planów wynikowych. Gdybym utrzymała tempo z dzisiaj, to w 2,5 godziny powinnam się zmieścić ;-) Akurat mi to wystarczy.

Pewnie, że gdzieś po cichu liczę na więcej, czyli szybciej, ale sama siebie karcę i hamuję w tym planowaniu. Śmieję się z siebie sprzed roku. Eh, wtedy 3 tygodnie po szpitalu i na antybiotyku pobiegłam 1:52. Dzisiaj nawet nie myślę o wyniku poniżej 2 godzin… No, dobrze. Jednak myślę. Ale tak cicho, żebym nawet ja tych myśli nie słyszała. Osiem tygodni. Tylko osiem…

12688161_1086006344763421_2783338200418444531_n

A propos akcji #BiegamDobrze. Pakiet startowy już mam, ale cały czas dalej zbieram pieniądze dla Fundacji Wcześniak. Jak uzbieram 1000 zł – będzie 11 pompek na 11. kilometrze. Tak się zastanawiam, czy już zacząć ćwiczyć, bo na razie z trudem robię 3… Ćwiczyć?

Fajnie, że już biegasz – piszecie mi w komentarzach i na priv. A ja niezmiennie odpowiadam, że na razie truchtam, człapię sobie.  I nie, nie kieruje mną fałszywa skromność. Nie. Ja po prostu wiem, że trochę więcej niż rok temu robiłam rozbiegania po 5:15, a nie z trudem po 6:15.  Że moja życiówka półmaratońska to 1:36:07 (policzcie sobie, wychodzi niewiele wolniej niż 4:30, i to pobiegnięte tydzień PO maratonie). Że tętno powyżej 160 to miałam biegając sporo poniżej 5’/km, a nie ponad 6… Że kiedyś latałam.

A teraz cieszę się, że odrywam stopy od ziemi i wykonuję coś, co przypomina fazę lotu. Że ostatni kilometr pobiegłam poniżej 6… No dobrze, dzisiaj to było już 5:25…

Dziś po południu syn jadł i podsypiał, ale nie spał, całe popołudnie był nieodkładalny. Oglądałam jakąś komedię romantyczną. Starszy pan powiedział o bohaterze: On jakoś dziwnie chodzi, jak kaczka po lądzie. Drugi, młodszy, odpowiedział: Tak kaczki uczą się latać.

Więc uczę się latać. Od nowa, chociaż niezupełnie. Na razie latam jak kura. Albo inny pingwin. Do kaczki jeszcze mi sporo brakuje.

#aniawracadobiegania. Trudne początki i akcja #BiegamDobrze

beautyandb

Powoli się uczę,  że w nowym życiu – życiu młodej mamy, swoją drogą wdzięczna jestem mojemu synowi ogromnie, bo dzięki niemu łapię się na kategorię „młoda mama”, chociaż nowa kategoria biegowa z młodością nie ma nic wspólnego, chyba że mówimy o młodości drugiej i trzecie – a zatem w życiu młodej mamy trudno cokolwiek zaplanować.  

Planowałam na przykład, że w drugim tygodniu po porodzie zacznę ćwiczyć. W domu, oczywiście, z jakąś gwiazdą rodzimą albo międzynarodową tzw. fitnessu, delikatnie, żeby ruszyć nieużywane mięśnie. A tymczasem w drugim tygodniu cierpiałam przeokrutnie, bo mnie wszystko zamiast boleć coraz mniej – bolało coraz bardziej, wyzwaniem było przewinięcie młodego, a co dopiero mówić o ćwiczeniach.. W końcu, po tygodniu narastania bólu, pofatygowałam się jednak na Izbę Przyjęć, gdzie okazało się, że rozpuszczalne szwy czasami się nie rozpuszczają, a jak nie się nie rozpuszczą, to sobie wrastają… I wtedy bolą. Przez kolejny tydzień dochodziłam do siebie po tych szwach, ciesząc się każdym kwadransem, kiedy stanie nie powodowało zwijania się z bólu.

I kiedy zaczął się czwarty tydzień, okazało się, że co prawda nie bolą mnie pozostałości po porodzie, ale zaczynają mnie wściekle boleć plecy, a ja nadal się nie ruszyłam. Mało tego, zdążyłam do tego stopnia rozpuścić dziecko, że nauczyło się zasypiać głównie na rękach albo na brzuchu mamy. Odkładane do łóżeczka – błyskawicznie się budzi i zaczyna być głodne. I wtedy płacze. I w ten sposób młoda mama nie robiła w domu słownie nic, pisać się z dzieckiem u piersi jakoś nie nauczyła, a wieczorem i tak padała ze zmęczenia. Dwa hantle przytachane do salonu pełniącego chwilowo funkcje pomieszczenia wielozadaniowego stały pod stolikiem postawione tak jeszcze w drugim tygodniu. Z każdym dniem obiecywałam sobie, że w końcu się wezmę. I ciągle się nie brałam.

Wreszcie młody skończył cztery tygodnie, potem miesiąc. Następnego dnia już od rana ubrałam się w legginsy. O dziwo, nawet się zmieściłam, mimo że to „S-ka”, a ja mam cały czas co najmniej 10 kg nadmiaru (10 do wagi „sprzed”, jakieś 13 do wagi pożądanej). I tak przełaziłam prawie cały dzień, uznając, że to znowu nie był ten dzień, że może kolejny. Ale pod wieczór małżonek przejął młodego na klatę, a ja poczułam, że muszę. Po prostu. Inaczej się uduszę. A poza tym – do 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego, a ja cały czas zamierzam (nie, nie planuję ;-)) go ukończyć. Mniejsza o styl i czas. Ale o tym jeszcze będzie.

No więc tydzień temu wyszłam po raz pierwszy. Ruszyłam „z kopyta”. Nawet pulsometr, po siedmiu miesiącach leżenia odłogiem w szufladzie, nie zdążył się sparować z zegarkiem. Ale jest super – myślałam przez pierwszych 200 metrów – Ale mnie niesie… I taka byłam cała fruwająca, dopóki nie spojrzałam na zegarek. Aha. 6:15. Mhm. Tempo fruwania po prostu… Ale to był dopiero początek. Po półtora kilometra moje tempo już raczej nie schodziło poniżej 6:50 – 7 minut na kilometr, a nogi zaczynały przypominać kołki. Założone wcześniej 5 km zrobiłam chyba tylko dlatego, że było ciemno i nie chciałam się pakować w skróty. Nie, nawet się bardzo nie spociłam. Nie zgrałam i nie zaczerwieniłam. Ale pulsometr, który w końcu zaskoczył, pokazał średnią 150. Fajnie. Czyli tyle, ile rok temu miałam biegając w okolicach 5:15/ km.

To tylko pokazuje, że skala zniszczeń jest duża J

Ale podobno istnieje coś takiego, jak pamięć mięśniowa.  W każdym razie na to liczę.

Na razie odbył się jeszcze truchcik – bo przecież nie: trening – numer dwa. W poniedziałek rano opowiadałam o książce w RDC. A właściwie to nie tyle o książce, co o bieganiu. No i stwierdziłam, że skoro już mówię publicznie o bieganiu, to może by… chociaż kawałek drogi w stronę domu…  Zapomniałam tylko, że z Myśliwieckiej do Alej Ujazdowskich czy nawet takiej Wiejskiej to jednak solidny podbiega jest… Oj, bolały i płuca, i nogi. Ale było ciut szybciej niż za pierwszym razem. No dobrze, tętno też było wyższe. Ale złóżmy to na karb górki na początku.

Górka zresztą jest całkiem spora. Bo nie dość, że jednak przez tych kilka miesięcy nie biegałam, że przytyłam te…. ponad 20 kg (jeszcze dyszka została do zrzucenia), że… To jeszcze na dodatek rano jestem tak śpiąca, że nie mogę się zmusić do wstania. A potem… A potem jest jeszcze trudniej.

No więc wymyśliłam motywację.

Zostało 9 tygodni do 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Zostały dwa tygodnie, żeby dozbierać na wpisowe w akcji #BiegamDobrze.

Na tej stronie: https://rejestracja.maratonwarszawski.com/pl/charity/751 możecie wesprzeć mój start. Albo inaczej – wesprzeć Fundację Wcześniak Rodzice Rodzicom, a mnie zmobilizować do startu. Z taką motywacją łatwiej mi się będzie zorganizować do treningów. A na wiosnę już samo pójdzie dalej.

To co? Pomożecie?   

11140091_1079442678753121_4643962666461141212_n

Lekcje z miłości

beautyandb

Miał być jeszcze jeden ważny wpis na koniec minionego roku. Całego Sylwestra spędziłam na zmianę karmiąc młodego i próbując coś napisać. Wyszło dobre 6 stron. O 23.30. dałam do cenzury prewencyjnej małżonkowi. Tuż przed północą uzgodniliśmy jednak, że wpis jest na tyle prywatny, że na razie zostanie w rodzinnym archiwum. A ja tylko opublikuje wnioski. A wnioski są takie, że o najważniejsze w życiu rzeczy należy walczyć, póki tli się choć płomyk nadziei, póki mamy choćby cień wiary, że może się udać. I że bieganie, choć czasami rozpycha się w normalnym życiu i wydawałoby się, że zajmuje czas, który można przeznaczyć na inne cele, jest doskonałym punktem odniesienia, który pozwala właściwie oceniać miarę tego, co dla nas naprawdę ważne i istotne w życiu.

Od kiedy mało sypiam w nocy, zbiera mi się na filozofowanie. Chociaż nie mogę narzekać, syn jest dzieckiem bardzo grzecznym. Tyle że ciągle głodnym ;-)

Ma prawo, w końcu urodził się taki maleńki.

I nawet, kiedy padam z nóg, kiedy oczy mi się same zamykają, a on domaga się jedzenia (tu bardzo szybko się dogadaliśmy, jakie dźwięki oznaczają głód. Te najbardziej dramatyczne), i tak patrzę na niego z uśmiechem i nie zamieniłabym tego zmęczenia na żadne inne. Zresztą, zdaje się że organizm kobiety bardzo mądrze to rozgrywa, hormony pracują tak, że mimo zmęczenia człowiek funkcjonuje jak na haju, taki naturalny doping.

Ale już kombinuję, że skoro nadranne karmienie wypada tak gdzieś przed 5 (kończy się po 5), a kolejne – dopiero ok. siódmej, to już niedługo będę mogła ten czas wykorzystać na… No, wiadomo. Wczoraj po raz pierwszy od ponad pół roku naładowałam Suunto. Pora poszukać paska.

Zanim jednak wrócimy na biegowe ścieżki, chciałam jeszcze trochę na marginesie napisać o treningach w dyscyplinie, w której specjalnie biegła nie jestem, a której lekcje moje dziecko daje mi odkąd… No, właściwie jeszcze zanim się pojawił, na ładnych kilka tygodni przed pozytywnym wynikiem testu betaHCG.

Ta pierwsza była właśnie o tym, że jeżeli o biegowy cel, o życiówkę i 3:30 w maratonie walczyłam przez 4 lata i kilkanaście startów, to o cel większy, życiowy, o nowe życie – powinnam walczyć co najmniej z taką samą determinacją. Póki tli się nadzieja, póki jeszcze jest cień szansy. Owszem, powiedzieć, że się nie da, że się nie udało – było najłatwiej i najprościej. Najwygodniej. A jednak warto próbować. Nie odkładać, nie czekać, ale dokładnie tak, jak w maratonie. Wyciągnąć wnioski i podejść jeszcze raz, od początku. Warto było.

Następna przyszła jakoś zaraz potem, kiedy już test wypadł pozytywnie, ale doskonale wiedziałam, ile dzieli pozytywny test od stwierdzenia, że wszystko jest dobrze, tak jak powinno być. A tu tymczasem wydarzał się po raz pierwszy półmaraton kielecki. Bardzo chciałam w nim pobiec. Ale ważniejszy był mały człowieczek, a właściwie ciągle jeszcze tylko – nadzieja, że on tam jest i rośnie. Do Kielc nie wzięłam nawet butów biegowych – żeby nie kusiły. Tak samo jak za tydzień na Olecką Trzynastkę. Jeszcze się nabiegam – pomyślałam sobie. I jakoś zaraz potem mogliśmy pierwszy raz zobaczyć pikające serduszko.

I zaraz potem zaczęłam z tym serduszkiem gadać. Opowiadać mu o wszystkim dookoła. Ja raczej za dużo nie mówię, ale do serduszka rozgadałam się na całego. Tłumacząc mu, dlaczego korki, dlaczego znowu jedziemy dwie godziny w jedną stronę, dlaczego nie będziemy słuchac normalnego radia, tylko radiowej Dwójki, bo tam nie ma polityki, a tylko muzyka.

Tak, na czas ciąży i kampanii zrezygnowałam nie tylko z kawy, ale i z ukochanej Trójki. Właściwie nie jestem pewna, która decyzja miała większy ciężar gatunkowy. Bo Trójki z krótkimi przerwami słuchałam gdzieś od 1987 roku, a kawę – od pewnego momentu w ilości do 6 dziennie  (albo: półtora litra), najchętniej w wersji parzona po turecku po polsku (czyli jak Polacy wyobrażają sobie kawę po turecku) piłam w sumie od niewiele później. Serio. Taka jestem stara. Ale o zmianie kategorii wiekowej jeszcze będzie czas napisać. Z kawy zrezygnowałam dokładnie 20 kwietnia rano. Bo kawa niby nie jest specjalnie szkodliwa, ale jednak. Za duże ryzyko. To jak z maratonem. Skoro się szykuję do życiówki, to nie trenuję jednocześnie dyscypliny, w której mogę skręcić kostkę. Niby mogę skręcić i na zwykłym spacerze, ale lepiej nie prowokować losu.

A słuchanie Dwójki okazało się nad wyraz przyjemne. Szczególnie, kiedy w apogeum kampanii wyborczej ta antena transmitowała konkurs szopenowski. Znalazłam swój radiowy azyl. Chociaż na porodówce leciała jednak Trójka. I lista przebojów. Ale nie pamiętam, kto był na pierwszym miejscu.

To były te małe lekcje miłości.

Ale były też takie bardziej na serio. Jak ta w 12 tygodniu, kiedy po USG rozmawialiśmy z lekarzem, jakie badania powinniśmy zrobić. W zasadzie żadnych dodatkowych poza standardem, test PAPPa z uwagi na wiek, wiadomo. Są też bardziej dokładne testy.  I jest aminopunkcja. Na szczęście ta ostatnia nie była konieczna (za duże ryzyko). To może test NIFTY który wyklucza wszelkie wady genetyczne. – Można – powiedział lekarz. – Ale niech się państwo zastanowią, co wam da taka wiedza. I co z nią zrobicie.  Popatrzyliśmy na siebie. I już wiedzieliśmy, że – nie zrobimy, chyba że będą szczególne wskazania. Nie było.

Albo ta następna, kiedy niespełna miesiąc później niespodziewany telefon uświadomił mnie, że jesteśmy w grupie ryzyka konfliktu płytkowego. Po raz pierwszy doświadczyłam wtedy tak mocno, że tego małego człowieczka już kocham. I nauczyłam się, że teraz już zawsze będzie mi towarzyszył strach, obawa o niego. Do tego stopnia, że teraz patrzę, gdzie tu najbliżej przychodnai czy poradnia, żeby jak najmniej jechać samochodem. Aż paranoicznie. Pierwsza wspólna jazda była koszmarem, jechałam, jakbym właśnie odebrała prawo jazdy, 60 na godzinę i ani grama szybciej. Powoli normalniejemy, ale obawa już zawsze jest.

I wreszcie ta, kiedy musieliśmy zdecydować, czy malec ma przyjść na świat silami natury, czy jednak ze wspomaganiem. Tu walczyły dwie miłości – ta rozsądna, świadoma tego, że w 95 procentach porodów naturalnych jest dobrze. I ta lekko panikująca, histeryczna, znająca dokładnie opisy wszystkich błędów medycznych przy porodach, szeroko komentowanych w prasie. Ale jeżeli nie ma bezwzględnych wskazań medycznych, dla dziecka lepiej jest… Tak. Tak, na pewno dla dziecka lepiej jest. Więc było – najlepiej jak się dało.

I kiedy leżałam, dwudziestą którąś, trzydziestą godzinę bez snu, bo wpatrywałam się w to moje maleństwo…

I jeszcze potem, kiedy całą pierwszą noc próbowałam go karmić, oczy mi się zamykały w końcu same, ręce omdlewały od trzymania, a on się nie dał odłożyć do szpitalnego łóżeczka… Wreszcie złamałam regulamin i zabrałam go po prostu do łóżka (cii, nie piszę tego głośno) i tak już dospaliśmy do rana…

Ale największe lekcje dostaję teraz, kiedy już skończył się karnawał, szpital, święta, wizyty najbliższych, załatwianie różnych spraw. I zostaliśmy sami w domu. Z naszą codziennością. Z jedzeniem co godzinę nawet czasami. Z kolkami. Z kotami, na które trzeba mieć oko. Z tym, że czasami strach wyjść do łazienki na dłużej. Z tym, że jak nie zdążę się wykąpać zanim mąż wyjdzie, mam przechlapane do późnego popołudnia. Z tym, że…. Och, jest milion innych spraw, które wyglądają zupełnie inaczej. Nawet ten wpis powstaje na raty, przez kilka dni.

Normalnie chodziłabym na rzęsach ze zmęczenia. Normalnie bym się wściekła i sobie wyszła.

A dzisiaj najnormalniej w świecie nachylam się nad łóżeczkiem i z uśmiechem patrzę na synka. On też czasami się uśmiecha. Nie wiem, na ile już świadomie, a na ile – tak mu wychodzi. Ale ten uśmiech…

Nie, nie obiecam, że to ostatni taki niebiegowy wpis na blogu.

Chociaż może wreszcie zacznę się ruszać, w końcu mama musi mieć kondycję.

1923286_1070860946277961_4913212118874569714_nA fotka - z kibicowania na Wesołych Biegach Górskich, gdzie zadebiutowaliśmy w charakterze mobilnego punktu kibicowania. 

 

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci