Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Nie tak miało być…II Siebiega Półmaraton Kielecki

beautyandb

Przecież nie tak miało być – tak sobie nucę pod nosem piosenkę z jednej polskiej komedii romantycznej. Komedia jak komedia, żadne arcydzieło, ale piosenka miała taką charakterystyczną melodię, że zawsze, kiedy coś układa się nie do końca tak, jak sobie zaplanowałam, nucę ją sobie pod nosem… Ostatnio jakoś częściej, bo – jak to mnie niektóre życzliwe koleżanki i kuzynki ostrzegały – planowanie i dzieci nie do końca idą w parze. No, przynajmniej na razie nie.

Więc nie tak miało być. Bo miał być – w tych planach – solidnie przebiegany kwiecień, jakieś 2 kg mniej i jakieś 3 minuty szybciej niż w Warszawie. Miał być już taki porządny bieg, taki urodzinowy, w sam raz na inaugurację nowej kategorii wiekowej (no, formalnie to jestem w niej od stycznia, ale teraz miało być takie faktyczne zainaugurowanie zmiany kodu i w ogóle). Miał być…

A wyszło… inaczej. I nie, nie będę narzekać. Taki mam czas i już. Kiedy wydawało mi się, że wreszcie się ogarnęłam do biegania, małżonek raczył był się rozchorować, i to konkretnie, więc zostawienie mu młodego pod opieką, bo mamusia musi sobie pobiegać, raczej nie wchodziło w grę. I tak tatuś sobie chorował prawie dwa tygodnie, a mamusia budziła się przy bezzębnym uśmiechaczu i jakoś nie miała wyrzutów sumienia, że spędza poranki pod kołdrą. A na dodatek nie zamierzała się odchudzać…  Zresztą, nawet jeżeli zamierzała, to wcale jej to nie wychodziło.

Właściwie im bliżej było do 8 maja, tym bardziej sam start w półmaratonie wydawał mi się bardziej odległy i nierealny, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu, po prostu – absurdalny.

Ale słowo się rzekło, i już nawet nie o to chodzi, że zapłaciłam wpisowe. Przecież obiecałam Mamie te Kielce na początku maja, wizytę wnuczka, cały tydzień, wizyty rodzinne…

Jakiś tydzień przed imprezą trochę się ogarnęłam. Nadal nie tyle żeby przeczytać regulamin biegu (i to był błąd zasadniczy, czytajcie regulaminy, żeby się nie zdziwić  dzień przed…). Na tyle jednak, żeby dać się wsadzić na orbitreka (tak, stoi taki mebel w sypialni, służy głównie za wieszak). I na tyle, żeby mieć świadomość własnej słabości. Chociaż udany start w Pucharze Maratonu na 5 km (udany = wynik poniżej 30 minut, wyszło 25:49) trochę podbudował wiarę w to, że o dziwo, ten start może się udać. Oczywiście, z pełną świadomością, że 5 km to nie 21, a ja przez cały kwiecień biegałam słownie 4 razy, w tym raz zrobiłam 8 km. No, i przebiegłam półmaraton. 3 kwietnia. Przygotowanie idealne po prostu J

Cóż. W Kielcach postanowiłam po prostu dobrze się bawić.

Niedziela zaczęła się… bardzo wcześnie rano. A właściwie już w sobotni wieczór, kiedy to z grubsza przygotowałam swoją torbę startową, ciuchy, buty, ręcznik… No właśnie. I przeczytałam regulamin. A tam jak byk stało napisane, że… prysznice będą koedukacyjne i organizator rekomenduje stroje kąpielowe… No, pięknie. Tylko że ja na początku maja nie wożę w bagażu podręcznym stroju kąpielowego.  Znaczy, w tym roku nie wożę, rok temu i owszem… Cóż.

Wróćmy jednak do niedzieli. Logistyka perfekcyjna, wsparcie małżonka i przejętej Mamy – bezcenne (także bezcenne dodatkowe pól godziny snu dla mnie). Wychodzimy niemal idealnie o zaplanowanej godzinie. Jedziemy w okolice nieco zbliżone do startu, ale bezpieczne poza strefą zamkniętych ulic. Na miejscu składamy wózek, pakujemy młodego do środka, przykrywamy, bo poranek chłodny, i – ruszamy. W stronę stadionu. Tam pierwszy (i w sumie jeden z nielicznych) zonków tego dnia. Ani pół strzałki do szatni/depozytu. Tak, wiem, jestem prawie miejscowa, z naciskiem na prawie. Stadion Korony budowano już po tym, jak na dobre opuściłam miasto, a nawet gdyby nie to, to nazwy ulic w tej okolicy też mi niewiele mówią, dla mnie zawsze to był drugi koniec miasta, powiedzmy, że wiem, jak się tu poruszać, ale nazw nie kojarzę za nic. Trudno, na szczęście mamy czas, żeby w razie czego obejść stadion. W końcu znajdujemy i depozyt, i szatnię… Szatnia damska ulokowana jest w Sali konferencyjnej, jeszcze się nie przebierałam przy mikrofonach, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz… W każdym razie w szatni cieplutko i komfortowo, za chwilę tam wracam z małym na karmienie, ale synola (o dziwo) o wiele bardziej interesuje mój numer startowy niż jedzenie.

Zanim jeszcze dotrę do depozytu, spotykam Dżastin, którą zdaje się sama na ten start namówiłam. Dżastin ma przy sobie moją książkę i życzy sobie dedykacji, więc się podpisuję gdzieś w powietrzu. Przy okazji poznaję Jej Tatę, który słysząc o moich przedwczorajszych urodzinach, wyciąga z teczki czekoladę. „Były dyplomata zawsze umie się znaleźć” – komentuje. A właściwie komentujemy razem.

Potem jeszcze spotykamy Maćka z Karoliną i Mają w wózku. Co to się porobiło z tym towarzystwem… „Synu, zobacz jaka laska” – śmiejemy się na parkingu wózek w wózek. I jakoś powoli ruszamy na start, bo to już lada chwila.

fotopkl16_01_mta_20160508_100148_1

Tomasz robi mi jeszcze zdjęcia przed startem, ja robię zdjęcia z Mamą, trzymam jeszcze młodego na rękach, jakoś niespieszno mi do tego startu. No, ale skoro już ten numer mam na klacie, to chyba trzeba by się ruszyć…

Ruszam niespiesznie, bardzo niespiesznie. Ale po przekroczeniu linii startu jakiś diabeł we mnie wstępuje. I noga zaczyna się kręcić. Więc przyspieszam, jakby nie pamiętając, że d…a jednak ciężka. To sobie zobaczę potem na zdjęciach. Ale na zdjęciach też zobaczę, że coś takiego jak pamięć mięśniowa jednak istnieje. No i jeszcze zobaczę jak słabą mam miednicę i uda. Tak, wiem, ile pracy przede mną.

Tymczasem po mniej więcej kilometrze doganiam Andrzeja, kolegę z dawnego klubu. Ja zagajam, on zagaja, od słowa do słowa, pogadujemy sobie. Niby mam ochotę przyspieszyć, ale na szczęście uświadamiam sobie, że to zły pomysł. Jak zły, to się jeszcze okaże. Tymczasem biegniemy sobie towarzysko gdzieś do 6 kilometra, rozstajemy się gdzieś przy pierwszym punkcie z piciem (swoją drogą organizator ma farta, gdyby pogoda była taka jak w sobotę, padaliby ludzie jak muchy…. Zresztą, jeżeli chodzi o punkty odżywcze, to ja jestem zdemoralizowana przez Warszawę, zawsze mi będzie mało). Na siódmym kilometrze trasa wpada do parku i malowniczo sobie zakręca po alejce, po bruku, na pysk pod górkę… Za tak moich młodych tego przejścia chyba nie było, nie pamiętam, żebym tamtędy chodziła… A urok tego podbiegu przywodzi mi na myśl cytadelę, która kilka lat temu znalazła się na trasie półmaratonu warszawskiego…

fotopkl16_01_mkd_20160508_103910

Jest urokliwie, zaraz za podbiegiem Pałac Biskupów, zbieg, kawałek przy katedrze, przelot do Placu Wolności, skręt w Sienkiewicza przy pomniku Sienkiewicza, wypiękniał kielecki deptak przez te lata, tak jak i Rynek, przez który też biegniemy, i jeszcze w dół Leśną, wracamy do Sienkiewicza, potem w Paderewskiego, która dla mnie zawsze będzie Buczka, w Żelazną, przebiegamy obok Dworca Autobusowego, którego dach podobno znowu nocami się świeci… Sięgam za pazuchę, wyciągam żel, na szczęście mam taki, co podobno nie wymaga wody… Faktycznie, właściwie sam jest wodą z dużą ilością cytrusa.  Kończę żel, rozglądam się… Jakoś mi głupio rzucać opakowanie na ulicę, i tak się nie ścigam o złote kalesony. Widzę kosze na śmieci na przystanku. Zbiegam, wyrzucam, słyszę jakiś aplauz. Wciagając żel trochę zwolniłam, teraz znowu biegniemy z Andrzejem przez chwilę. Ale ja znowu rwę jak gęś wyścigowa.

Półmetek mijam w czasie ciut słabszym niż w Warszawie, ale nadal dającym szanse na złamanie dwóch godzin. I w formie o wiele lepszej (o dziwo!) niż w Warszawie.

Tyle, że zaraz za półmetkiem trasa wypada w Aleję Krakowską i zaczyna się liczyć… Silna głowa. Bo teraz przede mną długa prosta, nawrót i powrót… Próbuję policzyć, ile tej prostej. W międzyczasie z przeciwka już biegną zwycięzcy. Są na 19. Kilometrze. Aha, czyli jakieś 3,5 km prze mną do zawrotki. Biegnę sama, ale nie odczuwam tego. Co jakiś czas miły doping z przeciwnej strony, ktoś nawet mi przypomina, że syn czeka na mecie. No, jak mogłabym zapomnieć. Przecież się spieszę, na moja miarę na dziś.  A tu – górki i dołki, podbiegi i z biegi. Przez chwilę widok na Karczówkę. Malownicze te Kielce. Malownicza – tak zwykłam mówić o trasie, która ma urok, która może się podobać, ale nie należy do łatwych. W Kielcach jest bardzo malowniczo. Gdzieś na 17 kilometrze (na 15. wciągam drugi żel) żegnam się z pomysłem startu w Kieleckim Biegu Górskim, 22 km po górkach w mojej dyspozycji nie jest dobrym pomysłem, te 7 tygodni raczej za wiele nie zmieni. Na 17 też zaczynam podchodzić. Dosłownie, czyli pod górkę idę albo drobię truchcikiem, staram się jednak zbiegać. Zaczynam odczuwać brak przygotowania do tak długiego wysiłku.

Na 19 kilometrze mam świadomość, że już blisko. Właściwie jeszcze jeden podbieg, zbieg – i meta. Biegniemy przez park, zatrzymuję się przy piciu, podchodzę, truchtam. Mija mnie Andrzej, ale nawet nie próbuję się do niego przypinać. Podbiegam, podchodzę, podbiegam.fotopkl16_01_rdn_20160508_115508

Jeszcze zakręt, jeszcze trochę pod górkę… Gdzieś tuż za górką – Mama, Tomasz i Marcin. Uśmiecham się. Już naprawdę blisko, został niespełna kilometr.

Ale tuż przed stadionem muszę znowu się kawałek przejść.

Bo przecież nie mogę dać plamy na samym finiszu.

fotopkl16_01_mta_20160508_120630_5

No nie mogę. Tym bardziej, że od wlotu słyszę swoje nazwisko. Po murawie nie biega się nadzwyczajnie, ale ja czuję się nadzwyczajnie, kiedy wreszcie wpadam na metę.

2:05 z ułamkami. Oficjalny czas – 2:04:50.

Cóż. Czas jak na okoliczności wcale nie najgorszy. Medal – cudny.

Pędzę za strefę mety, ale mojej rodzinnej ekipy ani śladu.

Gnam do depozytu. Potem szatnia. I ten koedukacyjny prysznic… Idę w końcu w samej koszulce i spodenkach, przy okazji pranie z głowy ;-) Kończę przebieranie w ciepełku i wychodzę – w sam raz, żeby wpaść na rodzinkę. Ruszamy z powrotem w stronę stadionu. Po drodze wciągam gorący żurek.

W genialnej niebieskiej koszulce nie wyróżniam się z tłumu biegaczy. Jestem częścią tej naprawdę fajnej imprezy. Jeszcze nie wielkiej, jeszcze nie do końca sprofesjonalizowanej, z całym urokiem takich kameralnych imprez, a jednak z zapleczem i przygotowaniem na wysokim poziomie.

I nawet jeżeli nie do końca miało tak być, to mimo wszystko cieszę się, że pobiegłam. Było pięknie. Malowniczo, towarzysko, rodzinnie. Dostałam w tych swoich Kielcach pozytywnego kopa i masę motywacji. Dostałam ładunek pozytywnego zmęczenia. Poczułam, że mimo wszystko jestem silna i jeszcze sporo mogę.

A ta zmiana kodu…? Cóż, to tylko cyferki. Póki co nie zamierzam się nimi przejmować. Plany są zgoła odmienne, a moją całą uwagę zaprząta obecnie Marcinek.

Chociaż… Od poniedziałku jakby więcej się ruszam…?

13124771_1150595168304538_7998981654715518455_n

Barany w słuchawkach

beautyandb

Duża impreza to dużo tematów. A że startuję teraz rzadko (no, dla ścisłości, ubiegłoniedzielny półmaraton był pierwszym startem od… przemaszerowanego Biegu Niepodległości) i jeszcze przez chwilę tak będzie, dopóki młody nie dorośnie do wózka biegowego (bo małżonek wymyślił sobie dokształcanie w weekendy, więc sami rozumiecie…; a jak się nie uczy, to sędziuje, czyli jeszcze gorzej…), to tym razem wyjątkowo mam czas napisać o wszystkich aspektach. Było o biegu, było o tym, dlaczego nie poszło mi tak, jak oczekiwałam (i poniekąd trochę o tym, że nie do końca jeszcze wróciłam do tego biegania), a teraz będzie o…

kaboompics.com_Black_headphones_with_mobile_smartphone(Photo by Kaboompics.com)

Baranach w słuchawkach. Chociaż może nie dosłownie. Dzisiaj tłumaczyłam synkowi, co to są „żaby” robione palcami – i że wtedy słowa nie znaczą dokładnie tego, co znaczą. Nie jestem pewna, czy zrozumiał. Więc nie będzie o prawdziwych baranach, ale o tych wszystkich, którzy nie bardzo wiedzą, po co startują w biegu masowym, zapisują się na niego jak te barany, wiedzeni owczym pędem, a część z nich do tego nie czyta regulaminu. Część natomiast uważa, że regulamin sobie, a oni sobie i itak im wszystko wolno.

I w sumie nie chodzi wyłącznie o słuchawki. Zresztą, o słuchawkach akurat w regulaminie nie ma. Przynajmniej nie dosłownie. Ani nawet w żabach. Ale jest taki punkcik: Uczestników biegu obowiązują przepisy PZLA, IAAF oraz niniejszy regulamin. A przepisy PZLA i IAAF nie dopuszczają startu w słuchawkach. Zaraz do tego jeszcze wrócę.

Za to na przykład w regulaminie jak byk stoi napisane: Podczas biegu wszyscy uczestnicy muszą mieć numery startowe przymocowane poziomo do przedniej części koszulki (ew. bluzy lub kurtki). Numer startowy musi być widoczny przez cały czas trwania biegu, zasłanianie numeru (w całości lub części, podczas jakiejkolwiek części biegu) lub jego modyfikacja jest zabroniona pod karą dyskwalifikacji. PRZEDNIA CZĘŚĆ KOSZULKI… Wiecie, ile osób tylko ja widziałam podczas biegu z numerami na plecach? Tylko w strefie, w której ja biegłam, strefie na ok. 2 godziny, czyli z założenia takiej, gdzie wiele jest osób początkujących, naliczyłam co najmniej dziesięcioro delikwentów z numerami na plecach. W sumie mi ich trochę szkoda, bo to pewnie był pierwszy start i teraz za nic się nie znajdą na zdjęciach np. na Fotomaratonie. Ale nic to, mam nadzieję przynajmniej, że chipy mieli prawidłowo zamocowane, przy tak masowym biegu i tak liczy się odczyt z aparatury, dopiero przy wątpliwościach czy reklamacjach decyduje oko sędziego, które zazwyczaj skupia się na czołówce i elicie. Gorzej, że tak naprawdę obsługa trasy i sędziowie na trasie mają prawo poprosić osobę z niewidocznym numerem  o opuszczenie trasy. Nie robią tego, ale teoretycznie – mogą.

Zresztą, numery na plecach widziałam nie po raz pierwszy. Nie wiem, skąd ten pomysł na mocowanie na plecach… Od kolarzy? No, ale im zasadniczo klaty i brzucha nie widać jak jadą. Od piłkarzy…? No nie wiem. W każdym razie lepszy numer na plecach niż brak numeru w ogóle. Albo dajmy na to założenie zamiast numeru – naklejki na depozyt (widywałam na biegach i takie rzeczy, z tłumaczeniem: bo tamten był za duży. I nie, nie 10 lat temu. W ostatnich 2-3 latach.) A czasami w takim numerze jest chip…

Chipy na PMW to osobna sprawa. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, że niemal zaraz za metą utknęłam w gigantycznym korku. Ki diabeł? Do medali taka koleja? Nie wyrabiają się z wieszaniem na szyjach? Nie! Wytłumaczenie było dużo bardziej banalne. Otóż ileś-tam osób uznało, że właśnie między linią mety a medalami muszą koniecznie wyplatać chipa spomiędzy sznurówek. O, masakro… Oczywiście stanowisk do zdawania chipów było co najmniej kilka, w różnych miejscach za metą, ale niektórzy musieli właśnie tam, powodując kompletny zator. Owszem, zdarzyło mi się że chipy odbierano gdzieś w okolicach medali, ale to było w Barcelonie, gdzie strefa mety była ze dwa razy szersza i siedzieli tam specjalni funkcyjny, którzy robili to za biegaczy, którzy nie musieli się schylać.

No i wreszcie te nieszczęsne słuchawki. Ja generalnie jestem przeciwniczką słuchawek na zawodach. W ogóle. Jakichkolwiek. Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – ze względów bezpieczeństwa. Po drugie – ze względu na atmosferę zawodów, z której słuchawki takiego delikwenta wyłączają. Więc po co ten start? Albo uczestniczymy w święcie, albo się od niego odcinamy. A tak to… 

Ważniejsze jednak są względy bezpieczeństwa. To dlatego tak się zagotowałam na PMW. Weźmy pierwszą lepszą sytuację. Zwężenie na jezdni, akurat dobiegam do większej, bardziej zwartej grupy biegaczy (zasada lewa wolna dla szybszych albo którakolwiek wolna to już w ogóle marzenie ściętej głowy na tak wielkiej imprezie), chcę ich wyminąć, przymierzam się do kroku na krawężnik i w tym momencie dokładnie pod moje nogi i zęby wyskakuje panna w słuchawkach. Gdyby nie to, że widziałam, że jest w słuchawkach i gdybym manewr zrobiła o ułamki sekundy szybciej – któraś z nas skończyłaby zapewne ze skręconą kostką. Co najmniej. I w tym momencie obiecałam sobie, że przy następnej okazji będę słuchawki z tych pustych głów zdejmować. Nieźle, tydzień minął, a ja wciąż się gotuję na wspomnienie tamtej sytuacji.

To, że w słuchawkach nie słychać kibiców – to problem  biegnącego w słuchawkach. Ale to, że nie słychać współbiegaczy – może być  zwyczajnie niebezpieczne. Kiedyś ścigałam się na obozie – kameralne zawody na zakończenie. I akurat przyszło mi wymijać koleżankę na wąskiej grobli. A ona była w słuchawkach i zasuwała samym środkiem ścieżki.  Innym razem, na biegu górskim, widziałam, jak jeden z biegaczy, w dużych słuchawkach, nie zauważył oznaczenia zakrętu i pobiegł przed siebie. Nie słyszał też wołania kolegów. Miał szczęście, że komuś chciało się zasunąć te 200 m sprintem i go zawrócić na właściwą trasę. Widziałam…

I nie chodzi o to, że w ogóle jestem przeciwniczką biegania w słuchawkach. Ależ skąd. Jeżeli czytacie mnie dłużej, to wiecie, że często biegam z radiem, od czasu do czasu z audiobookiem. Wszystko w granicach rozsądku i bezpieczeństwa. Czyli po okolicach jezdni ustawiam dźwięk tak, żeby dobiegał mnie dźwięk ruchu drogowego, a po lesie często – z jedną słuchawką, chyba że jest środek dnia i sporo ludzi na leśnych ścieżkach. Zresztą, słuchawki w lesie to też w sumie jakieś nieporozumienie…

Teoretycznie, zgodnie z regulaminem PMW, taki biegacz w słuchawkach mógłby być… zdyskwalifikowany. I nie przesadzam. Na postawie właśnie przywołanego wcześniej punktu o zasadach IAAF i PZLA. Zgodnie z tym zasadami, użycie słuchawek kwalifikuje się pod pojęcie niedozwolonej pomocy. Bo w takich słuchawkach można mieć… na przykład trenera dającego wskazówki  odnośnie biegu albo np. zestaw bitów  podkręcających odpowiednio tempo i tętno (są takie strony, gdzie można ściągnąć odpowiednie wiązanki). I o ile nie słyszałam, żeby u nas za to dyskwalifikowano, to za oceanem przestrzega się tego przepisu – przede wszystkim w odniesieniu do czołówki, ale bywa, że i w odniesieniu do „zwykłych” biegaczy. Zresztą, czołówka na ogół wszędzie biega bez słuchawek, właśnie z uwagi na regulacje IAAF i krajowe.

A im dalej w las, tym więcej drzew, im wolniejsi biegacze, tym częściej w słuchawkach… Resztę metafor sobie daruję… I następnym razem będę ściągać, słowo daję.

Dwa zdjęcia, czyli dlaczego tak wolno biegam

beautyandb

Dwa zdjęcia. Chociaż właściwie zdjęć jest znacznie więcej. Nadają się do powieszenia na lodówce, kuchence, piekarniku, przy wejściu do kuchni… To był bardzo dobry pomysł, żeby na 11. PZU Półmaraton Warszawski ubrać w dobrze znany strój startowy, w którym biegałam od lat. Zadowolona, że się zmieściłam, nie spojrzałam w lustro. To też dobrze, bo może bym coś zmieniła – i obraz nie byłby tak dojmująco prawdziwy. To, że pewne wady i niedoskonałości potrafię doskonale maskować – to przecież już wiem. Od dawna.  A tym razem wystawiłam się na strzał. Spojrzeń i obiektywów. Już wiem, dlaczego niektórzy fotografowie odwracali te obiektywy tuż przede mną. Migawka jest bezlitosna.

10157338_741935795837146_3464772028203652919_nZdjęcie 1. 6 kwietnia 2014.

Te zdjęcia dzielą dwa lata bez trzech dni, buty oraz… jakieś 8 kilogramów i prawie 20 minut w tabeli wyników Półmaratonu Warszawskiego (zdjęcie jest z tydzień późniejszego biegu Szybko Po Woli). Chociaż tamtego wyniku też nie zapisałam do osobistej tablicy chwały, od życiówki dzieliło mnie wtedy prawie 10 minut, byłam tuż po kuracji antybiotykowej, trochę pogubiona z treningami, trochę jednak bez formy, z maratonem w perspektywie…  Ale przynajmniej wyglądałam jak biegaczka. I byłam na samym początku pewnej życiowej drogi :)

12909557_10154049482369763_8248140023204566446_oZdjęcie 2. 3 kwietnia 2016. (fot. Piotr Dymus dla FMW)

Te 8 (albo nawet 9, ale raczej jednak 8) kilo wzięło się… No, wiadomo. Tylko że ciąża to nie jest usprawiedliwienie. Nie tyłam od ciąży, a od braku ruchu. Normalnie kobieta w ciąży może przytyć jakieś 12- 16 kg. Ja przybrałam… No, sporo ponad 20. Zaryzykowałabym nawet, że jakieś 24. Nie wiem, bo już pod koniec się nie ważyłam, zresztą ważyłam się tylko na wizytach u lekarza ostatnie ważenie opiewało na 22. Dlaczego aż tyle? No cóż. Zaczęło się od leków jeszcze przed. Więc już na wejście miałam prawie +3 kg. Potem, w czasie, kiedy normalnie kobiety „przy nadziei” jeszcze nie tyją, a niektóre wręcz tracą na wadze, ja przestałam się ruszać. Z 4-5 treningów biegowych i trzech basenów w tygodniu zeszłam do poziomu aktywności „zero”. A głodna byłam jak dawniej. Do tego remont kuchni i jadanie na mieście i… złapało mi się w sumie 7 kg. Z powietrza. Jedynym pozytywem był brak apetytu na słodycze. Jak sobie pomyślałam, że w tym tempie to przybędzie mnie ponad 30 kg, to na początku 3 miesiąca wylądowałam nawet u dietetyka w klinice. Co nieco się dowiedziałam, ale najgorszy nadal był brak ruchu…

W czwartym miesiącu już mogłam się zacząć ruszać (niby cały czas mogłam, ale pamiętacie, miałam jeszcze kontuzję nogi). Poszłam na siłownię. W lipcu bywałam tam regularnie – i od razu był efekt, tylko 1 kg na plusie. W sierpniu – urlop na łonie rodziny – i znowu więcej na plusie…  I tak w końcu się zrobiło ponad 20. Po porodzie ubyło mi z tego jakieś 6-7. Nadal pozostawało 15-18 na plusie (różnica wynika z faktycznej wagi przed i wagi docelowej ;)). Złożyłam wtedy, że do półmaratonu powinnam zrzucić połowę z tego. I ten cel się zrealizował, właściwie bez wielkiego mojego udziału.

Pierwsze 6 kg zleciało błyskawicznie, ja jadłam na potęgę, a dziecko ze mnie wysysało nadmiary. Po 6 kg spadek lekko wyhamował. Ale wtedy przyszła pora na aktywność. Jak tylko zaczęłam się ruszać, waga znowu zaczęła drgać lekko w dół.

No i tu dochodzimy do prawdziwej przyczyny, dla której nieśmiałe założenie złamania dwóch godzin nie mogło się udać.

Pamiętacie – jak wychodziłam na pierwsze biegania w styczniu, truchtałam sobie w tempie 6:30 – 7:00 i  zastanawiałam się, jakim cudem zmieszczę się w limicie. W lutym zaczęłam pobiegiwać bardziej regularnie i tempo mi lekko wzrosło, na początku marca zdarzało się nawet 10 km poniżej godziny. Ale nadal trudno byłoby to moje bieganie nazywać treningiem. W marcu miałam się trochę zdyscyplinować, ale… Nie wyszło. Pamietacie. Bieganie to przyjemność.

No więc zdarzyły się w tym marcu tygodnie, kiedy wyszłam cztery razy – i takie kiedy wyszłam raz. Trening jakościowy przez cały ten czas zrobiłam aż JEDEN. O dziwo, jego rezultat zaskoczył mnie pozytywnie. Dlaczego zatem nie zrobiłam więcej…? Dlaczego przez ostatnie 10 dni przed PMW nie wyszłam biegać? Wszak rodzinne święta to nie żaden powód, wręcz przeciwnie…

Jedyna logiczna odpowiedź, jaka się nasuwa, jest taka, że po prostu muszę się nauczyć biegać od nowa. Bo przecież zawsze bieganie było jak mycie zębów. Po prostu wstawałam i szłam biegać. Teraz jeszcze nie doszłam do tego etapu. Jeszcze czasami wolę rano zostać w łóżku i poprzytulać synka. Nie żebym była niewyspana, bo młody budzi się dwa, rzadko trzy razy w nocy. Ale za to rano tak się słodko przeciąga, tak fajnie się budzi… Eh, no.

A poza tym zabrakło mi jeszcze jakich dodatkowych ćwiczeń. Bo przecież po tym roku słaba jestem jak neptek. Brzuch duży, ale słabiutki, plecy wątłe, ramiona… Szkoda gadać. A, nie. Pardon. Biceps zaczynam odzyskiwać, w końcu po kilka godzin dziennie dźwigam te prawie 6 kg (dzisiaj już ponad 6). Więc biceps jest. Ale cała reszta. Dramat.

Nie żebym nie próbowała. Nawet raz poszłam na ćwiczenia dla mam z dziećmi. Było super. Tylko potem cały czas coś mi wypadało w porze zajęć… Bo ja przecież na urlopie jestem, nie? W rezultacie po pierwszym razie kolejnych nie było. Ostatnio w desperacji nawet wyciągnęłam przedpotopową Chodakowską z SHAPE’a. Udało mi się poćwiczyć. Raz. Ale zamierzam kontynuować, bo przyjemnie po tym poczułam mięśnie brzucha.

I jakbym tak sobie poćwiczyła przez miesiąc, to nawet te 8 (czy 9) kilo nie byłoby aż takim problemem. A, pardon. Jakbym się bardziej regularnie ruszała, to pewnie nie byłoby 8 czy 9, tylko 4 czy 5 ;-) Cóż.

Po audycie plan naprawczy został podjęty.

Zdjęcie wisi na lodówce.

A na 8 maja mam nr 1005. Będzie taki domowy, urodzinowy półmaraton.  Wiadomo gdzie ;-)

#aniawracadobiegania/episode 1: Wiosna startuje w Warszawie. Ania też.

beautyandb

Było jak zwykle. Słońce, upał nieomal, „Sen o Warszawie” – tym razem nad Placem Trzech Krzyży, Nowy Świat zalany słońcem, Plac Teatralny po drodze, Miodowa, Konwiktorska, byli najlepsi wolontariusze świata, byli kibice i był tłum biegaczy… I jednocześnie było kompletnie inaczej niż zwykle. I nie ja byłam tym razem bohaterką dnia. Za to ja umierałam z tremy i trochę ze stresu.

W niedzielny poranek musiałam zostać mistrzynią logistyki, na szczęście przy wsparciu męża i teściowej. Przygotowania do wyjścia zaczęliśmy właściwie już w sobotę wieczorem. Jak nigdy jeszcze przed 22 miałam przygotowany swój zestaw wyjściowo-startowy, spakowany worek depozytowy, gotowe (nawet wyprasowane) ubranie dla synka, zapakowaną torbę spacerową i wyparzoną butelkę na mleko. Oraz nastawiony budzik na 5:50. Ale spać i tak poszliśmy długo po 22… Bo jeszcze zegarek, bo poszukiwania pulsometru (gdzieś przepadł i na razie się nie znalazł, bo… wiadomo).

Rano najtrudniejsze okazało się  delikatne rozbudzenie synka. Potem już poszło jak z płatka. Szybki prysznic, poranna toaleta młodego, śniadanie w locie – bo każdy co innego, dla mnie kaszka manna z miodem, mąż zjadł jakieś kanapki, teściowa odmówiła spożywania czegokolwiek, chyba najbardziej zestresowana. A mały przypomniał sobie o jedzeniu tuż przed wyjściem. Trudno. Został zapakowany do wózka i pognaliśmy na przystanek. Tomek zawracał do domu jeszcze trzy razy. Po mój telefon i po… butelkę z jedzeniem. Pisałam, że jestem mistrzynią logistyki? A Marcin zjadł śniadanie w autobusie, na szczęście nie było tłoku. Zresztą, poprawił jeszcze przy depozycie i potem pod pomnikiem Witosa ;-)

Zanim jednak dotarliśmy w okolice pomnika, trzeba było powalczyć z… Warszawą. Bo okazało się, że najprostsze drogi nie są dla wózków. I na przykład wysiadając z autobusu na Trasie Łazienkowskiej między Saską a Metrem Politechnika właściwie nie mam żadnej możliwości…. Wydostania się z przystanku gdziekolwiek. Miałam co prawda na niedzielny poranek opracowany wariant przesiadkowy (na Saskiej są windy), ale ponieważ jechaliśmy we trójkę, udało się wnieść i synka, i wózek na górę. Swoja drogą, jakbym mieszkała gdzieś w okolicy albo musiała częściej tam bywać, chyba bym… Nie wiem, jakiś ruch społeczny stworzyła.

 W każdym razie w miarę sprawnie przemieściliśmy się w okolice startu, które były też okolicami mety, tam małżonek udał się do zajęć sędziowskich, a my najpierw zadbaliśmy o pamiątkę z imprezy ;) (dziękujemy, Becia!), a następnie podążyliśmy do depozytu, gdzie zostawiłam większość rzeczy, ale… dodatkowy depozycik w wózku bardzo się przydał, nie musiałam jeszcze pozbywać się kurtki, a mimo słońca, wiatr troszkę jednak ciągnął chłodem spomiędzy kamienic.

12939578_10207624661227363_814634763_nFot. Becia Czarnecka, Sportografia.pl

Potem jedno karmienie, drugie karmienie, bo synol je na raty i na żądanie, a żąda często. W końcu jakoś pół godziny przed startem, w zamieszaniu, w hałasie i zgiełku – w końcu zasnął… No to ja migusiem na start… Zaraz, przecież tą kurtkę miałam zostawić. Wróciłam, zostawiłam, jeszcze jeden buziak – i zasuwam na ten start.

Ustawiłam się grzecznie w strefie na 2 godziny. Zające budziły zaufanie, moja forma mniej, ale co tam. W strefie jeszcze kilka przemiłych spotkań, stanęłyśmy na starcie  z Dżastin, jak za starych dobrych czasów, poplotkowałyśmy, posłuchałyśmy „Snu o Warszawie” i powoli ruszyłyśmy w kierunku bramy startowej.

Zrazu za zającami, które były mocno w przodzie, ale z każdym metrem zaczynałam się rozpędzać. Gdzieś na Nowym Świecie złapałam kontakt z flagami 2:00, a w okolicach Teatru Wielkiego minęłam je, choć miałam dziwne wrażenie, że to nie był najlepszy pomysł. Tradycyjnie. No, ale. Niosło mnie po tej trasie, po tym zakątkach tak dobrze i tylekroć już obieganych. Gdzieś za sądem dogoniłam Anię i MBucza, zgarnęłam Maćka ze sobą, albo może on mnie zgarnął – i biegliśmy sobie razem, bardzo sympatycznie, równym tempem, lekko przed zającami… Aż do 8. Kilometra, kiedy to stwierdziłam, że muszę do toitoia. Jak wyszłam, po Maćku już nie było śladu, znowu mignęła mi Ania, ale ruszyłam dziarsko do przodu, próbując zagłuszyć myśl, że moje zapasy mocy są jednak na lekkim wyczerpaniu. Pożarłam żel, chwała ALE za kiślowatą konsystencję, przeżyłam, mimo że do punktu z piciem był jeszcze kawałek.

12931192_10209029322596083_4494280273290000782_nFot. MBucz

Na chwilę udało mi się oszukać organizm, półmetek wyglądał jeszcze wcale optymistycznie. Na 11. kilometrze, choć nie było psa z kulawą nogą ani nikogo, kto by mnie sprawdził, zrobiłam 6 pompek – za tę kasę, którą wpłaciliście na akcję #BiegamDobrze dla wcześniaków – wielkie dzięki. I ruszyłam dalej – w uliczki praskie, ten lekko zaskakujący, ale jakże urokliwy fragment trasy, chyba kiedyś już tamtędy wiodły półmaratońskie ścieżki, ale głowy nie dam, choć oczywiście kojarzę z tym rejonem wspaniałe jangowe szanty… Tak, to musiało być gdzieś na Pradze… Potem trasa zawinęła pod Narodowy, trzynasty kilometr, mała zajawka przy punkcie Saturna – i hajda na most. Czuję, że to już końcówka mojego biegu. Do mety co prawda 7 kilometrów, ale moje mięsnie sztywnieją, zwalniam, coraz bardziej czuję te nadmiarowe 8 czy 9 kilo. A ciężka dupa ciągnie do tyłu, oj ciągnie – myślę sobie… Obiecując solennie poprawę, kiedyś, przed następnym startem, jakoś tak… Na 15 kilometrze już widzę, że szanse na 2 godzin robią się coraz bardziej teoretyczne. Tymczasem łapię tabletkę energetyczną na punkcie. Zonk! Nieodpakowana. Chwilę się szarpię z opakowaniem, ale w końcu dobieram się do zwartości. Fajne!!! Trawię tabletkę i truchtam.

Rozbrat, tuż przed zakrętem w Agrykolę dogania mnie… MBucz? Zaraz… Hm… Próbuje mnie zmobilizować do intensywniejszego wysiłku, ale chyba nic z tego nie będzie. Przybijamy piątki i Maciej leci przed siebie, a ja… też przed siebie, tylko wolniej. Przez całe Łazienki walczę z pokusą przejścia do marszu. Na szczęście jest sporo kibiców i trochę fotografów, co mnie mocno dopinguje. Dopiero przed samo bramą robię kilka marszowych kroków. Ale z bramy już wybiegam. I słusznie, bo tuż za nią czai się Pit z aparatem.

12901120_1301810456501640_807293935362911451_oFot. Piotr Dąbrowski

Wreszcie – 19. kilometr.  I podbieg Belwederską. Całą trasę obawiałam się tego momentu. Zrazu truchtam pod górkę, pamiętając, że nawet wolny trucht jest szybszy od marszu. Ale gdzieś po  150 metrach – odpuszczam, podchodzę pod górkę. I znowu ruszam truchcikiem. Mobilizują mnie Mariusz i Agnieszka z Biżuterii Sportowej – kibicują i robią zdjęcia. Poza tym zaraz pojawia się tablica, że do końca już tylko 1500 m. Spokojnie, dam radę. Tylko nie w 2 godziny ;-) Te mijają, kiedy od mety dzieli mnie jeszcze jakieś pół kilometra. Próbuje przyspieszać, ale coś mi nie idzie. Dopiero na 200 m od mety trochę się zbieram w sobie na coś na kształt finiszu.

12967502_1049447078481166_8077513478222136287_oFot. Biżuteria Sportowa

Zapowiada przez Marcina Rosłonia wpadam na metę szczęśliwa i uśmiechnięta. Czas i tak nie miał znaczenia, za to zadowolona jestem, że tak naprawdę podchodziłam tylko pod Belwederską. Jeżeli chodzi o wykonanie (abstrahując od tempa) , lepiej pobiegłam tylko raz. Trzy lata temu, przy minus 10 stopniach na starcie. Tylko wtedy zrobiłam życiówkę, 1:36. Tym razem wychodzi 2:03:08. Pewnie mogło być lepiej, ale i tak jestem zadowolona.

Ruszam po medal, po picie…. A tu zonk. Zator.  Kompletny zator. Próbuję znaleźć przyczynę. A….aha, niektórzy właśnie tu postanowili zdjąć czipy z butów. No, gratulacje. Wyobraźnia level master. Jakoś się przeciskam do strefy medalowej, potem spotykam zające z dwóch godzin. „Woda dla matki karmiącej” – krzyczy donośnie Paweł i tak manewruje, że faktycznie, za chwilę mam tą wodę, a przy okazji spotykam Hanię w niezapomnianej stylizacji…

Z butelką wody w ręką ruszam do depozytu. Odbieram rzeczy w kilka chwil i szybko szacuję czas. Przy prysznicach pewnie tłum, nie sprawdzałam… Idę  prosto do najbliższego namiotu przebieralni. Z pomocą wody z butelki i ręcznika doprowadzam się do stanu używalności. I pędzę w okolice namiotu VIP, gdzie czeka synek z babcią. Pędzę. A synek…? A synek właśnie zasnął…

To mam chwilę, żeby coś zjeść. I chwilę pomyśleć. I jeszcze zamienić dwa zdania z Piotrem. Który prosto w oczy mi mówi, że strój startowy pokazał to, co w normalnych ciuchach jakoś udawało mi się maskować. „Na starcie było widać, jak ci się zmieniła sylwetka” – rzuca. No. Nie jest to bynajmniej komplement. O nie!

To mam dziś o czym myśleć.

Dzisiaj, bo daję sobie dzień – dwa na dojście do siebie. A potem…

A potem poszliśmy na spacer Alejami Ujazdowskim, aż pod CSW. I wiosna zaczęła się jak zwykle w Warszawie.

Czekoladki na Dzień Kobiet?

beautyandb

Czemu nie, lubię to święto z jego dzisiejszym entourage’m, takich trochę Walentynek na bis, z kwiatkami, upominkami, kolacjami przy świecach i tak dalej. Oczywiście w tym roku u nas raczej kolacja z dzieckiem przy piersi, ale to też ma swój urok. Żeby jednak uczcić ten dzień, postanowiłam wreszcie wziąć się za siebie. I umówiłam wizytę inicjacyjną w osiedlowym klubie….no, powiedzmy fitnessowym, dla kobiet. Klub należy do większej sieci, nazwy sobie daruję, bo po co.

Z klubem historia datuje się jeszcze od zeszłego roku, bo dziewczyny są lokalnie bardzo aktywne i w czerwcu pojawiły się jako partner crossu na Hipodromie. Tam sobie z nimi pogadałam i nieopatrznie zostawiłam swoje dane, że niby jak już wyjdę z kontuzji (taka historia), to chętnie się zaktywizuję, a że do klubiku mam niespełna 1000 metrów od domu, więc propozycja wyglądała kusząco. Kiedy już zaczęłam normalnie chodzić, nawet się tam wybrałam, ale jak usłyszałam, że cały system opiera się na treningu interwałowym, natychmiast zrezygnowałam nawet z próby ćwiczeń. No, bo już wiedziałam, że mam pasażera na pokładzie. Zamiast tego ostatecznie wylądowałam na dwa miesiące w Gravitanie, gdzie miałam blisko z pracy i gdzie bez żadnych interwałów spokojnie sobie ćwiczyłam.

Okazało się jednak, że osiedlowy klubik prowadzi kartoteki jak porządna parafia. I jeszcze się luty nie skończył, jak pani już do mnie dzwoniła z zaproszeniem na trening próbny. W sumie, co mi szkodzi – pomyślałam. Te 1000 metrów zaczęłam nagle bardzo doceniać. Umówiłam się zatem na dzień kobiet. Tak odruchowo, w sumie nie do końca zamierzenie. Ale fajnie wyszło.

We wtorek pół dnia się szykowałam, pakowałam i w ogóle. W końcu poszłam. A tak od wejścia – baloniki, różyczki, woda… Przebrałam się, wyglądałam prawie jak milion dolarów. No i widocznie pani mnie wyceniła na ten milion. Poopowiadała o systemie ćwiczeń, zapisała moje cele i poszłyśmy ćwiczyć. Cała zabawa okazała się oparta na kilku stacjach – maszynach (hydraulicznych, bez obciążeń) – poprzedzielanych stepami i flexibarami. Na każdym stanowisku ćwiczy się jakieś 40 sekund. O zmianie stanowisk informuje głos z głośnika. Na środku stoi pani trener i nadzoruje jakość wykonywanych ćwiczeń. W pół godziny powinny się zmieścić 3 takie obwody i rozciąganie.

Na temat jakości ćwiczeń wykonywanych w 40 sekund w ogóle się nie wypowiadam. Dla mnie efektywny czas ćwiczeń wynosił pewnie z 20 sekund, bo chciałam je robić poprawnie technicznie. Ale nic to. Zdębiałam, jak przy maszynie do przysiadów pani mnie zatrzymała w pół ruchu, żeby dalej nie robić. Że jak?  No nic. Poćwiczyłam, nie spociłam się zbytnio, na koniec miałam sobie zmierzyć tętno. Przykładając palce do szyi i licząc przez 10 sekund. Well… No, dobrze, nie nawykłam do takich zabiegów, ale policzyłam. Dziesięć. Ale jak to dziesięć? Na pewno więcej – nie mogła uwierzyć pani. No cóż. Na klubowej skali, jak podejrzałam, 10 to mniej niż umiarkowany wysiłek. Wyjaśniłam pani, że ja generalnie mam niskie tętno, więc niech się nie przejmuje…

No i przeszłyśmy do konkretów, czyli pani zaczęła mnie zapisywać do klubu. I wtedy pokazał cennik. No. Przyznam, że dawno nie zaliczyłam takiego opadu szczęki. To jeszcze dopowiem, że cały klubik mieści się w lokalu wielkości mniej więcej dużego salonu. Stoi tam niemal jedna na drugiej w sumie bodaj 5 czy 6 tych maszyn hydraulicznych poprzedzielanych „stacjami odpoczynkowymi”. W tej samej sali jest recepcja i stanowiska pomiarowe… Szatnia jest niewiele większa od mojej sypialni, a o szafkach na klucz można co najwyżej pomarzyć. No i…  - Ale za tę cenę to mogę mieć karnet do dobrej siłowni – nie wytrzymałam. I wtedy usłyszałam, czego to na tej siłowni nie będę miała. I jaką przewagę mają maszyny hydrauliczne nad tymi z siłowni (no, bo tu nikt nie zostawi ustawionego ciężaru i nie przedźwigam się z rozpędu, poza tym na siłowni ćwiczy się poszczególne partie mięśni, a tu – całościowo… ). Posłuchałam, posłuchałam, utrzymałam kamienną twarz mimo wszystko i jednak podziękowałam. A pani nawet nie potrafiła ukryć, że żałuje poświęconego mi czasu…  Za to dopilnowała, żebym nie wyszła bez różyczki…

Ja za to nie mogłam się oprzeć, że ktoś próbował mi wcisnąć w charakterze czekoladki wyrób ewidentnie czekoladopodobny, oparty głównie na tłuszczu i cukrze, za to opakowany w różowe złotko kobiecości. Że specjalnie dla pań, że bez panów, że skrojony na miarę, wygodny, pod ręką, krótki czas ćwiczeń i tak dalej, i tak dalej… I to wszystko na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Z maleńką łazienką. Z półkami na torebki, które zabiera się ze sobą na salę ćwiczeń. Dlaczego  kobiety dają sobie wmówić, że to wyjątkowa oferta…? Dlaczego dają się nabrać na pozłotko?

Z tej złości już w środę postanowiłam naprawdę się wziąć. Obejrzałam oferty lokalnych normalnych siłowni. Potem wzięłam młodego na spacer i zorientowałam się osobiście. A już w czwartek wylądowaliśmy w kameralnym, ale normalnym fitness klubie, który ma w ofercie zajęcia dla mamy z dzieckiem. Co prawda było nas tylko trzy i co prawda dzieci głownie się zajmowały sobą (więc młody się trochę nudził, ale spróbowałam go wciągnąć w swoje ćwiczenia), ale same zajęcia całkiem, całkiem. Niby tylko 45 minut, niby też się zanadto nie spociłam, ale… już w piątek czułam się jakoś inaczej, a mięśnie brzucha czy co tam mi z nich po ostatnim roku zostało, czuję dotkliwie do dziś. A karnet okazał się zdecydowanie bardziej ekonomiczny niż w klubie dla kobiet…. I tylko nie ma zjazdu dla wózków, a przed wejściem jednak są trzy bardzo kłopotliwe schodki. Na razie korzystamy z pomocy uprzejmej pani z recepcji.

922680_1103522049711244_5692399429711930121_nSelfie po ćwiczeniach. 

Może i nie jest to czekolada 90-proc., ale przynajmniej nie mam poczucia, że ktoś mnie naciąga na kolorowy papierek.

No i zamiast kwiatka na dzień kobiet po prostu wzięłam się za swoje odzyskiwanie kobiecości. I atrakcyjności. Przynamniej tej fizycznej.  

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci