Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Ambicja, honor, miłość własna...

beautyandb

Tak, dokładnie w tej kolejności... Ambicja była tą, przez którą to sie stało. A miłość własna - tą która najbardziej ucierpiała. Na falenickich wydmach sobie cierpiałyśmy. Cierpienie uszlachetnia - truizm, ale w tym przypadku okazał sie prawdziwy :) Uszlachetnia oczywiście biegowo, jakże by inaczej!

Po kolei jednak (chociaż mniej więcej po kolei).

Po Wiązownie musiałam swoje odcierpieć (znowu to cierpienie, a rodzice czytają... Uprzedzam zatem - nic mnie nie bolało, a cierpienie sprowadzało się do rozważania, czy jakbym wolniej zaczeła, to szybciej bym skończyła i jakie znaczenie dla koncowego wyniku miał 19. km, który pokonałam średnio jakieś 20" wolniej niż wszystkie pozostale z ostatnim włącznie. Otóż mial, bo gdybym go pobiegła z prędkością w miarę stalą, zlamałabym 1h40', a taki był moj cel).

 

Pozbieraniu się do kupy posłużyly wtorkowo-środowe rozbiegania, w środę, zeby się nie zatupać, zrobilam podbiegi. W czwartek z pewnymi obawami wyszlam na "dlugo i szybko". Tym razem postanowiłam być twarda i zamiast na bieżnię, poszłam na osiedlowy kieracik. Potupałam 2 km i... zaczęło się. Ruszyłam jak dzika (jak zwykle). 4:45, 4:40... nie, prrrr, zaraz, w planie byly 4 kółeczka, a nie kilometr na maksa. Zwolniłam. Konkretnie, zaraz było 5:20. Wio, szybciej... I tak ze 2 km próbowałam sie wbić w tempo na pograniczu 5min/km. W koncu się udało i o dziwo zrobiłam cały piękny trening...

W związku z tym w piątek zrobiłam sobei dzień dziecka.

A w sobotę pojechaliśmy z małżonkiem do Falenicy. Na nasze ukochane mazowieckie wydmy.

Ruszylam jak czołg wyścigowy. Sapałam też jak czołg, ale parłam ostro do przodu. 7 podbiegów zleciało jak z bicza strzelił... No, bez przesady. Ale 16'34" to i tak moje najlepsze osiagniecie. Ruszyłam na drugie kólko. Jeden podbieg, drugi, cały czas wyprzedzalam... I nagle stanełam. Jakby mnie wmurowało. I kilka sekund po tym minął mnei małzonek, a za nim kilka osób... A ja, a raczej moja durna ambicja (na górkach jeszcze nie przegrałam) zdecydowałyśmy. Wyłączyłam stoper, odwróciłam się na pięcie i zeszłam z trasy.

Bo co? Bo nie zrobilabym zyciówki? Bo nie złamałabym 50 minut, a pierwszy raz miałam na to realną szansę? A potem stałam i czekalam na mecie, i zagryzałam zęby z wścieklości, i zła byłam na siebie potwornie, i jednocześnie smutna i w ogóle...

A małzonek szedł jak burza... I na mecie zameldował się tuż przed upływem 50. minuty. Super!!! Ale dlaczego ja tego nie zrobilam...? A jakbym miała 50'05" to co?

Ambicja, niech ją wszyscy diabli...

Ale co się stało, się nie odstanie.

Wieczorem rozbiegałam żal i złość na osiedlowym kieracie.

A rano wyszłam na zabawę biegową. Zabawa biegowa to taka fajna zmyłkowa nazwa. To na ogół najbardziej wredny trening. Taki, na którym wypluwam płuca, pluję krwią, toczę pianę z pyska i zaliczam pełen odlot (mama, to taki jest opis literacki).

Uszlachetniona cierpieniem, ruszylam na pierwszy odcinek z calą mocą. Co zaowocowało tym, że zrobilam 4 km w tempie o 10" szybszym niż planowane. Następny odcinek - znowu 10" nadróbki na kilometr. Na trzecim odcinku obylo się bez nadróbek, bo zasuwalam pod wiatr. Ale na ostatnim jeszcze dolozyłam kilka sekund do planu.

I dopiero wtedy poczułam, że się sama sobie zrehabilitowałam za tę sobotę.

A na wydmę wrócę. Nie skończyłyśmy jeszcze.

Huśtawka

beautyandb

Jako dziecko bardzo lubiłam huśtawki. Nawet w domu taką miałam, wiszącą w futrynie drzwi od pokoju. Huśtałam się na niej, dopóki nie zrobilam się na tyle ciężka, że kolejne bujnięcie zakończylo się oberwaniem huśtawki i bolesnym potluczeniem posladka. Nie jestem pewna, co takiego pociągało mnie w huśtaniu, ale mam niejsne wrażenie, że chodziło o fazę lotu w górę (do dziś uwielbiam moment, kiedy samolot odrywa się od ziemi). Mniej mi się podobało opadanie w dół. Dość szybko jednak skojarzyłam, że żeby pofrunąć w góre, trzeba zaliczyć i "dół".

Mam wrażenie, że moje bieganie w ostatnim czasie to też taka hustawka. Tydzień temu fruwałam na wydmie w Falenicy i wydawalo mi się, że teraz już będe latać.

 

A tymczasem, żeby polecieć, trzeba wylądować. Nie, żadne tam twarde lądowanie. Taki łagodny dołek...

 

Zresztą, o jakim dołku ja piszę?

 

W końcu pobiegłam minutę lepiej niż rok temu na tej samej trasie (a warunki rok temu były jakby nieco mniej komfortowe niż dzisiaj). I tylko o minutę slabiej niz w super zyciowym półmaratonie w Warszawie. Równiutką, okrąglutką minutkę. Do pelni szczęścia zbrakło zatem... No, 61 sekund. Ale tak naprawdę - troszkę więcej, bo i pobiec chcialam ciut szybciej. Powiedzmy, jakieś 90 sekund.


90 sekund na 21 kilometrach... To tylko niespełna 5 sekund szybciej na każdym kilometrze. Co to jest 5 sekund? A jednak - własnie tych NIESPEŁNA 5 sekund na każdym kilometrze mi zabrakło.

 

To statystycznie.

A praktycznie? Praktycznie, wystertowałam mocno. Mimo lodowatego wmordewindu, mimo bólu, który wlazł mi rano gdzieś między łopatki (jak biegłam, poszedł się bujać), mimo wszystkich okoliczności i mimo tego, że przez pierwszy kilometr wyprzedzałam ludzi, którzy absolutnie nie powinni się byli na starcie znaleźć przede mną (mimo że i ja trochę się wysforowałam do przodu). Biegłam jak maly czołg, korzystając z oslony trochę wiekszych i szybszych kolegów. Niestety, już w jednej trzeciej trasy widziałam, że chyba poszlam ciut za ostro. A walka z wiatrem nie pomogała. Trzymałam jednak fason. Dopiero po nawrocie zaczełam lekko odpuszczać. Już wiedziałam, że nie utrzymam tempa do mety, już się gotowałam w środku. Ale nie dwałam za wygraną. 15 km, 16, na 17. jeszcze byłam przekonana, że 1:40 jest do złamania.

I wtedy zaczęły się schody. To znaczy, żadnych schodów na trasie nie było. Ale łydki zaczęły mi z lekka sztywniec. Próbowalam siebie oszukiwac, że już blisko. Półtora kilometra przed metą już-już się poddawałam, zrobiłam trzy marszowe kroki...No, nie. Głupi półmaraton mnie pokona? No niedoczekanie!

Zebrałam się w sobie i wydarłam ostatkiem sił ten 21. kilometr. I te 100 m.

1:40:14.

Tak niedużo zabrakło. Pierwsza Wiązowna bez życiówki.

Uh. No, niepocieszona jestem.

Ale przecież od zeszłej wiosny tak szybko nie biegałam. Więc może jednak nie jest tak źle? Może pora, żeby pofrunąć wyżej?

Oby huśtawka pofrunęła w górę za miesiąc. W Warszawie.

Piekło, Niebo...

beautyandb

To było w zeszłym tygodniu. Malownicza trasa Kraczącej Piętnastki wiodła najpierw z Sielpi do Piekła, leśnymi wądołkami do Nieba, gdzie kulimnację stanowił ponadkilometrowej długości podbieg po mocno sfatygowanym kiedyś-asfalcie, na który to podbiegu dodatkową atrakcję stanowił lodowaty wmordęwiatr, stawiający człowieka w miejscu. Kto jednak się przemęczył, w nagrodę miał długi zbieg ze słońcem, a potem leśną, mięciutką, ścieżkę do Sielpi.

Piekielne meki cierpiałam na tym podbiegu, ale po stokroć gorszy był jednak ból kolana, który sobie z tej Sielpi przywiozłam. Nie dlatego, że aż tak bardzo bolało. Nie, bez przesady. Ale chodzilo się niemilo. A na dodatek rozum mówił, że kolanko jest znakomitym powodem, żeby troszkę odpocząć od biegania. Więc w poniedziałek odpoczywałam. A kolanko dalej bolało.

We wtorek rano wbiłam kolanko w stabilizator. Wracając do domu doszłam do wniosku, że już nie boli. Zatem - mogę pobiegac. No, potruchtać ostrożnie. Poza tym krioterapia dobrze robi na urazy, a na dworzu akurat bylo przepiękne -15 st. spotęgowane lodowatym wiatrem. Zrobiłam dwa kółeczka wokół wsi i jak niepyszna wróciłam do domu ze zmarzniętym tylnym aspektem osobowości.

W środę kolano w stabilizatorze coraz bardziej nie bolalo, więc wieczorem stabilizator zdjęłam, założylam leginsy, na tylny aspekt dołozyłam jeszcze dwie warstwy ochronne (było tylko -6) i pognałam. Leciałam, jakby mi ktoś przymocował motorek. Kolano zachowywało się poprawnie, więc kółek tym razem było trzy z ogonkiem.

Krioterapia zaczeła przynosić efekty, bo kolanko coraz bardziej nie bolało. W piątek rano zasunęłam już normalny trening. A na ostateczny test wybrałam Falenicę.

O Falenicy już kilka razy było. Falenica jest Golgotą warszawskich biegaczy. Na siedmiu podbiegach (x3) nie ma żadnego ściemniania. Tu asfaltowe fuksy nie przechodzą. Szósty podbieg demaskuje każdą słabość. Na trzecim okrążeniu - zabija. Jest dlugi, piaszysty, wydaje się nie mieć końca. Jeżeli kolanko postanowiloby poważnie zastrajkować, Falenica powinna je zabić. Jeżeli przetrwa - znaczy, że jest zdrowe.

Ponieważ bloga podczytują moi rodzice, od razu napiszę - kolenko przezyło w dobrym zdrowiu.

Ja też.

A bieg to był dziwny nieco, bo zaraz po pierwszym podbiegu wyłączył mi sie Garmin. Bylam zatem zdana na ocenę sąsiedztwa, wlasnych sił oraz zegar na mecie. Było mi zasadniczo wszystko jedno, bo po zyciowce falenickiej sprzed miesiąca nie nastawialam się na jakiś spektakularny wynik. W Falenicy życiówek nie robi się ot, tak. Postanowilam jednak pojsc vabank i przypięłam się do pleców ciut szybszych biegaczy. Pierwsze kołko - troszkę ponad 17 minut. No, czyli podobnie do poprzedniego razu, przyzwoicie. Drugie...33:55 - dobrze widzę? Tak szybko to jeszcze nie konczyłam drugiej pętli. To właściwie, gdyby utrzymać tempo... A gdyby przyspieszyć... Zaraz. To Falenica. Jakie przyspieszyć na tzrecim kółku? Na trzecim kółku się umiera. Na tzrecim kólku się podchodzi...

To chyba była pierwsza Falenica, kiedy nie zrobilam ani pół marszowego kroku. Gdzie jeszcze na ostatnim podbiegu WYPRZEDZAŁAM. Gdzie nawet jakiś sladowy finisz wykonałam...

Meta. 50:33. Półtorej minuty lepiej niż miesiąc temu. Nowa, sliczna, falenicka zyciówka...


A dzisiaj rozbiegiwalam tę życiówkę po lesie, gdzie śnieg zalegal do kostek, gdzie miejscami ścieżki były nieprzetarte, gdzie... Ach, chyba pierwszy raz moglam się pogapić na dzięciola przy pracy. Nie wiedziałam, że dzięcioly są takie ładne. I takie grubie ;-) Las zimą nie jest łatwym partnerem do biegania. Ale jak już się raz w niego wdepnie... to już się bedzie zaglądać zawsze - w pojedynkę, i jak dzisiaj - z calą wycieczką, przecierając szlak, kopiąc się w śniegu... 22 km, dwie godziny dwadziescia dwie minuty. Ciesząc się kazdym krokiem, jak dziecko, ktore lepi balwana. Na razie ma być maly bałwanek - za tydzień, w Wiązownie.

 

Wykrakałam sobie...

beautyandb

i siedzę teraz z nogą obsmarowaną jakimiś paskudztwami, ubraną w rękawek z bandaża elastycznego, modląc się do bogów własnych i cudzych, żeby jutro mnie już nie bolało. Przynajmniej kolano. Bo kostce dam radę, nie pierwszy raz i nie ostatni...

A wszystko zaczęło się w piątek. Chociaż nie, zaczęlo się jakoś latem zeszlego roku, kiedy Wasyl ogłosił, że organizuje Kraczącą Piętnastkę. Kracząca miała dwa niewątpliwe atuty:

- czas - 12.02., czyli urodziny mojego osobistego małżonka. A biegi urodzinowe bardzo lubimy :)

- miejsce - bo bieg miał się odbyć w Sielpi. Sielpia to takie letnisko na Kielecczyźnie, obok Końskich, miejsce, gdzie jako dziecię ledwie z wózka wyrośnięte jeździlam na wakacje z dziadkami, a potem, jako nastolatka - na obozy i kolonie... Nie mogło mnie więc zabraknąć i na biegu w Sielpi...

Kiedy tylko otworzono zapisy - byliśmy z małżonkiem jedenymi z pierwszych zapisanych, popłaconych i zorganizowanych. Nie pozostwało nam nic innego, jak wziąć urlop na piatek i hajda! Do Sielpi!

Schody zaczęły się już w tygodniu. We wtorek małżonek wrócił z pracy wstrząsany gorączką i dreszczami, a ja zaczęłam rozważać rezygnację z wyjazdu. Końska kuracja jednak przyniosła względne efekty i w czwartek już było wiadomo, że: jedziemy, natomiast czy wystartujemy w biegu oboje - okaże się na miejscu.

W piątek od rana miałam jakoś pod górkę. Jeszcze się dobrze nie obudzilam, jak okazalo się, że urlop urlopem, ale dzień bez pracy jest dniem straconym. Więc poranek przy komputerze, potem spotkanie poświęcone m.in. Wesołej Stówie, pakowanie, ogarnianie - i na poranny trening zabrakło czasu.

Droga do Sielpi nie szczędziła nam atrakcji. Najpierw korek w Górze Kalwarii, potem dziury za Grójcem, potem... Nieważne. Mieliśmy być na 16, byliśmy kwadrans przed, udalo się. Okazało się, że wobec wszechpadającego deszczu oraz innych nieprzewidzianych okoliczności ogniska nie będzie. A oficjalny program startuje od 18. Pomyslałam, pokombinowałam i ... poleciałam. Na trening. Robiło się już szarawo, ale przeleciałam główną alejką, molem, potem przez parking, jakieś uliczki... Po pierwszym kilometrze hamowałam się resztkami rozsądku, bo mnie niosło jakoś dziwnie szybko. Ostatnie dwa kilometry robiłam już chodniczkiem wzdłuż szosy, bo ciemności zapadly egipskie. Kilkaset metrów przed hotelem poczułam dziwny ból po wewnętrznej stronie kolana. Nie przejęłam się zbytnio, dobieglam, zrezygnowałam z dodatkowych elementów, bo i poznawo się zrobiło...

Szybki prysznic, lekki re-arrange i zeszlismy na... No wlasnie. Coś w rodzaju konferencji prasowej, spotkania, itp. W kuluarach krążyły pogloski o bankiecie, ale nikt nie wiedział kiedy i gdzie miałby się ów bankiet odbywać. A tymczasem nasze kiszki, które od śniadania pozostawały w zasadzie puste zaczynal coraz głosniej wygrywać marsza żalobnego. Tymczasem Sielpia to jednak jest letnisko i w lutym, a jakże, przypomina raczej wymarłą pustynię niż cokolwiek innego. Zdesperowani chcieliśmy nawet zaryzykować batoniki z automatu, ale obsługa OSIRu uznała, że się go nie da wlączyć, bo nie (o dziwo, w sobotę już był włączony).

Nie tylko my szukaliśmy jakiegoś jedzenia. Bogdan z Bożeną poszli na stację benzynową. My za nimi. Wracali jednak beż wielkich zapasów, za to z informacją, ze podobno jest w okolic hotel z czynną restauracją... 200 m od naszego ośrodka. Udaliśmy się we wskazanym kierunku. Lokal był pustawy, ale otwarty, udalo nam się złozyć zamówienie i... ZJEŚĆ KOLACJĘ. A przy okazji porozmawiać z Bogdanem i Bożeną, których do tej pory znaliżmy bardziej z widzenia i z opowieści. Mieli zreszta co opowiadac, bo objechali cały świat, Bogdan jest jednym z tych nielicznych Polaków (i chyba był pierwszym), którzy pobiegli na 7 kontynentach... A w ubiegłym roku biegał maratony w Alpach... Wiadomo, jak się spotkają biegacze, opwoieściom nie ma końca.

 

Do osrodka wróciliśmy akurat na początek bankietu. Nie jestem pewna, jak się bankiet skończył, bo grzecznie pożegnaliśmy się przed północą, nie pamiątając już o głodzie, a nawet z lekkim szumem w głowach... Szumem rozmów rzecz jasna :) Nie tylko, choć głównie o bieganiu.

A rano...

Obudził mnie wyjący za oknami wiatr. Na ziemi zrobiło się z lekka bialo. Ok. 8. zgaslo światło i wyglądłąo na to, że czeka nas impreza unplugged, bo problem okazał się mieć szerszy zasięg. Biorąc pod uwagę, że ogrzrewanie i ciepła woda byly związane z obecnością prądu, nie wyglądało to dobrze. Zwłaszcza wobec lodowatego wiatru wiejącego dośc mocno (ach, kieleckie...) Dodatkowo cały czas czułam to nieszczęsne kolano, a do tego rozboalała mnie kostka, która nabrała dziwnego koloru i jakby lekkiej opuchlizny...

Nieźle :> Każdego, kto w tej sytuacji zdecydowałby się na start, nazwalabym ciężkim kretynem... Ale nie poddawałam się. Oj, najwyżej potruchtam. Małzonek stwierdził, że też pobiegnie, też potruchta... No, to fajnie. Potruchtamy sobie :)

Taki miałam plan aż do strzału startera. Ruszyłam zrazu niezbyt śmiało, chociaż też nie wolno (pierwszy kilometr - 4:40). Mąż uznał mnie za wariatkę i postanopwił biec swoim tempem. Droga wpadła w las, ale po nocnych opadach śniegu i zmrożeniu tego, co wczoraj napadało, była dośc śliska. Na drugim kilometrze wyprzedziłam dziewczynkę w różowej kurtce, której oddech jeszcze chwilę czułam na plecach. Na czwartym - zastanawiałam się, ile jeszcze do półmetka. Pięć kilometrów pobiegłam w niecał 24 minuty, co uznałam za jakąś podstawę, żeby dobiec do mety w 1h15'.

Na 6. kilometrze przestało mnie boleć kolano.

Na 7... nagle znalazłam się w Niebie :) Nie wiem tylko, co robil tam ten dłuuuugi podbieg i potworny wmordewind. Ale skoro był podbieg - przyszła pora i na zbieg. A od 10. km trasa wiodła przede wszystkim lasem. Tu już bylam jak u siebie. Od 11. km zaczęłam się rozpędzać, a ostatni kilometr poleciałam w 4:30 i nie moglam się zatrzymać. Na metę wpadłam z czasem 1:12:42 (netto), jako szósta kobieta. W K-30 byłam czwarta...

Na mecie gorąca herbatka.

Ale po schodach do pokoju ledwo weszłam.

Małżonek ukonczył jakoś zaraz za mną. Poświętowalismy zakończenie i pognaliśmy do Kielc.

A w niedzielę rano - oczywiście trening. Według załoźeń - miałam biegać dwukilometrówki. Nie przyszlo mi do glowy, żeby może dzień po starcie jednak raczej się rozbiegać... Wylądowaliśmy na Stadionie (Stadion w Kielcach to nazwa kompleksu leśno-parkowego o charakterze rekreacyjno-wypoczynkowym), gdzie jest taka fajna leśna pętla, akurat 2 km. Przetruchtaliśmy nią, ale przy minus 7 stopniach zmrożona twarda ziemia z wystającymi korzeniami i mnostwem nierowności nie zachęcała do szybkiego biegania. Przemieścilismy się kilkaset metrów na stadion (lakkoatletyczny, z tartanową bieżnią). I tam zasuwałam te swoje tempówki - dwa razy po 4:25, trzecia wyszła już w 4:30, czwartą pobiegłam na kredyt w 4:38. Piątą odpuściłam, do samochodu już dospacerowałam.

Teraz w nagrodę do czwartku mam luz...

A zeby mi przypadkiem nie przyszlo do głowy co innego, to kolanko pilnuje...

 

Wykrakałam je sobie :/

 

Leśne oblicza Warszawy w lutowe południe,

beautyandb

czyli dwie twarze warszawskich lasów w jeden weekend. Pierwszą oglądałam wczoraj. Na Kabatach. Gdyby nie Grand Prix Warszawy, pewnie nie wyściubilabym nosa z domu. Wiatr za oknem wył i gral tak, że zastanawiałam się, czy mi samochodu spod domu nie wywiało... Ale nie. Termometr za oknem pokazywał 8 st. i wprawiał mnie w lekką konsternację, bo przy takiej temperaturze zasadniczo biegam już na krótko...

Ale ten wiatr.

Założyłam więc legginsy 3/4, ale też kurteczkę. I rękawiczki, i czapkę z daszkiem (chociaż nie zimową). I buciki. Trialowe wysluzone Cascadie Brooksa. Ale do torby wrzucilam kolce... A, może się przydadzą.


Kiedy wysiadałam pod lasem, kolce twardo dzierzyłam w reklamówce pod pachą. Debilnie wyglądałam, ale co tam. Już pierwsze dwa kroki upewniły mnie, że zaraz brooksiki ustąpią agresywnym koteczkom. Co prawda według zapwenie bywalców i autochtonów z kabackiego lasu, ślisko miało być tylko przez pierwsze 100 m i potem na finiszu. Wystarczy. Na leśnej drodze jakoś w kolcach dam radę...

I całe szczęście. Ślisko było własciwie na całej trasie. Krótkie to były odcinki, gdzie dawalo się w miarę stabilnie pobiec. Śnieg, który jeszcze do minionego weekendu zalegał na trasie, był na pewno mocno ubity i udeptany. Przy +5 zaczał się topić, do tego zostal obficie zlany desczem, troszkę przymarzl i... mieliśmy zabawę.

W kolcach trzymałam jednak pion. Także moralny. Mimo kilkukrotnego zwątpienia we wlasne siły i z pełną swiadomością, że w takich warunkach życiówek się nie biega, trzymałam jednak możliwie stałe tempo. I z tęsknotą myślałam o bieżni mechanicznej, którą zawsze mozna wylączyć...

Na kilometr przed metą zaczęłam trochę odpuszczać, bo kolce kolcami, ale jednak w kurteczce się ugotowałam, jednak oblodzony finisz z dodatkowymi atrakcjami w postaci trzech rowów z wodą spowodowal, że rywale (a własciwie - rywalka) nie uciekli mi za daleko. A na ostatnich stu metrach przypomniałam sobie, że mam przewagę technologiczną i niesiona dopingiem zdołałam wykrzesać z siebie coś na kształt finiszu...

Nie miałam złudzeń, że wobec powyższego, dzisiajeszy trening (15 minutówek na dwuminutowych przerwach) będe robić po chodnikach na wioskowym kieracie. Rozgrzewkę i potem jakiś trochcik takoż. Czyli jakieś 5-6 kółeczek. Uh, wszystko we mnei protestowalo. Co ja? Jakis cholerny chomik jestem?

Zajrzałam jednak do lasu. W leciutkich "chodnikowych" butach... A w moim lesie... Po śniegu i lodzie prawie śladu nie było. Wiatr przesuszył ścieżki i tylko gdzieniegdzie staly kałuże. A na dodatek chwilę po mnie do lasu zajrzalo słońce, zapachnialo wiosną i niosło mnie i nioslo... Zrobiłam rogrzeweczkę, na minutówki chciałam uciec tam, gdzie przed tygodniem, ale tam troszkę lodu zostalo, więc skupiłam się na dziurawoasfaltowym odcinku za cmentarzem i tlukłam te odcinki z zapamietaniem.

A potem znowu - leśne ścieżki. Tak różne od wczorajszych.

I taki inny las... Nawet nie wiem, kiedy mi te 20 km przeleciało pod butami...

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci