Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Tak wygląda chyba raj...

beautyandb

Monotematycznie pociągnę temat raju. Bo raj musiał wyglądać tak. I nie zmienia tego nawet fakt, że zanim nastał raj, trzeba się było do niego wdrapać pod górę. Góra niby nie była jakaś wielka, ale kiedy drugi kilometr wspinałam się marszem, a płaszczyzny żadnej nie miałam w zasięgu wzroku, w glowie miotały mi się rózne epitety pod adresem tego, który tę trasę wymyślił. Na szczęście wtedy dogonił mnie czarny pies, a wraz z nim Ania i Robert . Podreptali ze mną 100 m, może ciut więcej, i pomknęli przed siebie jak wiatr, budząc niemy albo i calkiem głośny podziw reszty grupy. A ja dowspinałam się do końca górki i postanowiłam, że tam, gdzie tylko się da, będę jednak próbowała biec.Tym bardziej, że z Anią i Robertem umowilismy się jeszcze w karczmie na Przełęczy Kocierskiej. A właściwie - na końcu zielonego szlaku, którym miałam biec.

Tymczasem mimo trzaskającego mrozu, słońce świecilo na całego i widoki z góry, na góry, wokół gór wzudziły mój zachwyt, zapomniałam o wspinaczce, epitety pod adresem autora trasy zmieniły swój wektor, a nogi zaczeły mnie jakoś nieść do przodu. I tak zasuwałam w tym zachwycie, zdobywając się nawet na jakąś autoironię, że udalo mi się wydębić zgodę na dotarcie do karczmy. Okazję wykorzystałam skrzętnie. Już po godzinie i 46 minutach od startu znalazłam się w miejscu docelowym po pokonaniu zabójczego dystansu 10,5 km. Nieźle ;-) Na szczęście charty, które dotarły tam sporo wcześniej, dały mi szansę na wypicie gorącej herbatki, zanim razem wybiegliśmy w dół. Powrót z góry to już była bułeczka z masłem. No, prawie. Zbiegliśmy do Wielkiej Puszczy. Potem jeszcze kawałek. A potem się poddałam. Bo okazalo się, że te 6-7 km do Porąbki, gdzie czekał autokar, mogę sobie komfortowo podjechać auteczkiem, zamiast gonić charty... Ambicja przez chwilę powalczyłą z rozsądkiem, ale tym razem rozsądek był górą. Chociaż niedosyt pozostał.

Popołudniowa hala była nieco krótsza i tym razem została w całości przeznaczona na rozciąganie. Dramat. Przez całe życie nie rozciągałam się tyle, co na tym obozie. Porozciągałam już chyba wszystko. Chociaż nie tak całkiem, bo jednak lata nierozciągania zostawily trwały ślad. No, ale rozciągałam się pracowicie i rozciąlałam, bo niby jednak to coś daje. Wieczorem dolożyłam kilka długości basenu leniwą żabką, a potem saunę i jaccuzzi.

W czwartek rano wstałam na rozruch z pewną obawą. Nie tylko dlatego, że basen zakończył się jeszcze małą integracją. Obudziłam się i miałam niejasne wrażenie, że coś jest nie tak. Wstałam. Nic mnie nie bolalo. Dobrze, że kot mi wlazl na glowę i miauczal, bo już myślałam, że nie żyję.

Na rozruchu bylo nas aż troje. W tym jeden trener. Potrcuhtaliśmy sobie co nieco, pomachaliśmy łapkami i wróciliśmy na śniadanko. Po śniadanku miał być leciutki trening. Leciutki według teamu trenerskiego polegał na 30-minutowym rozbieganiu, po którym nastąpily dwie serie po 10 "setek". Dowiedziałam się, że biegam za siłowo, mam za bardzo zgięte biodra, nie mam grzebnięcia... Nieźle, jak na piąty sezon biegania ;-) Chociaż faktycznie, setka "z gzrebnięciem" była o 2 sekundy szybsza od pozostałych. A wszystkie były przyzwoite.

Po południu było troszkę teorii, czyli o tym, jak biegać, żeby dobiec. A potem pobiegliśmy na halę. Mieszkańcy Kęt muszą mieć z nas niezły ubaw. Już nie musimy pytać, którędy mamy biec (jak się ktoś zgubi). Z daleka krzyczą, którą drogą do technikum. W tehcnikum jest sala. W sali - drabinki, piłki, materace... Po lajtowym poranku, tym razem wzmacnialiśmy. Brzuszki, grzbiety oraz inne okoliczne fragmenty. Chyba dostaliśmy wycisk, bo co prawda nikt nie narzekał, ale na kolacji niemal doszlo do bitwy o chleb, dżem i inne akcesoria spozywcze. A na basenie okopaliśmy się w saunie i w jaccuzzi, lekceważąc z deka część "pływalną".

 

Ostatni dzień starego roku rozpoczęlismy od wyjazdu na Górę Żar. Kawałek przed górą zostawiliśmy najbardziej hardcorowych ścigaczy, niech sobie się wspinają. My luksusowo zajechalismy pod stację kolejki, kolejką wjachaliśmy na gorę, przebiegliśmy luksusowy kilometr po asfalcie, a potem zaczęła się górska masakra. Śnieg po kostki i po kolana, wspinaczka, zbiegi, na których mozna bylo nogi połamać i zęby wybić... I mimo braku słońca, góry były prawie tak magiczne, jak przedwczoraj. Tym razem dopiero na 5. kilometrze zaczełam miotać epitety pod adresem kreatora tras obozowych. Ale jakoś bez przekonania... Bo wiedzialam, że dobieg na Przełęcz Kocierską (tak, znowu, tylko od drugiej strony) wynagrodzi mi te chwile upokorzenie, kiedy wspinalam się pod górę z zaciśniętymi zębami. Znowu odpoczynek w karczmie i przyjemny zbieg na pysk.... U dolu, w Wielkiej Puszczy, czekał autokar, ale jeszcze w kilka osób wypuściliśmy się kawałeczek przed siebie bajkową drogą w stronę Porąbki...

Dziś w planie jeszcze trening techniczny zwany Sylwestrem. Zapowiada się nieźle, bo rożne dwójki i czwórki nie dają o osbie zapomnieć...  

Zrób sobie raj...

beautyandb

tak mało twórczo ściągam tytuł od Wojtka S., ale z dobrych wzorów nie wstyd czerpać. Nie będzie ani o świętach, bo święta były totalne, z dystansem do komputera, chociaż z bieganiem za to, z podtrzymaniem wigilijnych tradycji, z rodziną i ze sobą. To były dobre Święta.

Ale to nie raj. Raj sobie wymyśliliśmy z moim małżonkiem w ramach prezentu mikołajowo-choinkowego. Bo z prezentami jest trudno, po tylu latach ciężko wymyślić coś nowego, zaskakującego i cieszącego obdarowanego. Więc podarowaliśmy sobie... Wyjazd. A konkretnie - zimowy obóz treningowy z Grzegorzem Gajdusem organizowany przez Bieganie.pl.


Sam pomysł wyjazdu był dość egzotyczny, bo na obozy to oboje jezdzilismy, a właściwie każde z osobna, raczej w latach średnioszkolnych, czyli kilkanaście lat temu, z haczykiem. A poza tym przez ostatnie kilkanaście tygodni nasze prace zawodowe były na tyle ekspansywne, że właściwie kilkudniowy urlop powinniśmy przeleżeć przed TV z paczką czipsów i dobrym winem... A my - nie. Obozu nam się zachciało.

Kilka dni przed wyjazdem dostaliśmy ramowy program obozu. Pobudka - 7.30 (hura! wyśpimy się!), potem śniadanie, trening, obiad, trening, kolacja, basen, cisza nocna. Program wywołał moją prawdziwie dziką radość. Wreszcie ktoś będzie za mnie myślał - co mam robić, co po czym... A ja będę tylko biegać. Genialnie. Normalnie - raj...

Do Kęt przyjechaliśmy w poniedziałek tuż po 13. O 15.30 nastąpił wymarsz na pierwszy trening. Najpierw kilometr truchciku do hali, potem jeszcze ze dwa kilometry na obudzenie, na hali troszkę rozciągania, płotki (na szczęście bez skakania), przebieżki. Nic specjalnego, żadnych fajerwerków, coś w stylu Siennickiej. A po treningu kolacja i wieczorek zapoznawczy...

Na wieczorku dostaliśmy PROGRAM OBOZU. Od ramowego specjalnie się nie różnił... Tylko kilka szczegółów.

Szczegół pierwszy nazywał się rozruch. O 7 rano. Dla chętnych. Chętnych było raptem kilka osób, ale oczywiście, ja też. No, bo jak obóz, to korzystam, nie? No jak nie, jak tak. Truchcik, niecałe 3 km, kilka ćwiczeń - na dobry początek dnia. Prysznic. Śniadanko. Raj. Za chwilę trening. Tym razem całkiem poważnie - 1,5 km dobiegu, potem pętla 3 km i mamy sobie nią biegać godzinę. Pętelka lekko krosowa. Na pierwszej mam wszystkiego dość, na drugiej się rozkręcam, poza tym muszę uważać, żeby się nie zgubić, trzecią ciągnę resztką sił. 8,6 km w niespełna 51 minut. Wystarczy. Teraz następują grupowe skipy i skoki. Zabawnie wyglądamy podskakując w padającym śniegu. Kilka serii i truchcikiem wracamy do hotelu. Za godzinę mamy obiad. Po obiedzie - wykład. O bieganiu. O sylwetce podczas biegania. Oglądamy zapis naszych biegów z wczoraj... No cóż, kuper mnie ciągnie do tyłu, to wiem nie od dziś...

Po wykładzie biegiem się przebieramy i gnamy na kolejny trening - tym razem inna hala i półtorej godziny z rozciąganiem, ale przede wszystkim z... piłkami lekarskimi... Powrót, szybki prysznic, kolacja i pora na basen. Ledwie ruszam nogami i rekami, kilka długości leniwej żaby i uciekam do jaccuzzi. A potem do sauny troszkę się podgrzać. Czuję, że każdy mięsień, każde ścięgno mnie boli. Na myśl o zakwasach robi się słabo...

Nie wiem, jak jutro wstanę...

Ale mam raj :)

Bo w życiu trzeba mieć cel

beautyandb

A na pewno - w bieganiu. Bieganie bez celu może i jest przyjemne, ale nie ma w sobie nic motywującego. A kiedy termometr za oknem pokazuje -15, a na chodniku zalega 15 cm śniegu, gdzieniegdzie wyślizganego gołego lodu, wtedy motywacja musi być wyjątkowo silna. Motywacja, żeby wyjść spod cieplutkiej kołdry, żeby wychynąć w te minusy, żeby wbrew zdrowemu rozsądkowi - biegać.


A jaka motywacja jest najlepsza dla biegacza? No cóż... Po tym jak kolejny grudniowy tydzień spędziłam, obiecując sobie, że już wreszcie zacznę trenować (ale niby po co? dlaczego? jaki jest cel? - pytał z uporem maniaka rozleniwiony przydługim roztrenowaniem rozum), w poniedziałek (13 grudnia) poszłam va banque. Rotterdam - 10.04. 2011. Maraton numer 11. Tym razem - razem z małżonkiem, który dał się porwać mojemu szaleństwu i podjął wyzwanie.


Zatem mam cel. Czasowy również, ale o tym później. Na razie - pora się rozbiegać, żeby od stycznia spokojnie wejść we właściwy plan treningowy. W poniedziałek, kiedy już wiedziałam, że ten Rotterdam, ale jeszcze zanim nacisnęłam enter w formularzu rejestracyjnym, poczułam, że rozum walczy przeciw tej decyzji. Czułam, jak od środka rozkłada mnie przeziębienie, a nos zaczął przypominać Niagara Falls. Z naciskiem na Falls.I kiedy już byłam gotowa poddać kolejny dzień, wpadłam na szatański pomysł.

Uciekając od terapii szokowej i zapobiegając potencjalnemu zniecęceniu, które dopada mnie mniej więcej kilometr od domu, tym razem pognałam do klubu. 10 km na bieżni mechanicznej nie było najprzyjemniejszym przezyciem dnia, ale nos jakby się uspokoił. Dołożyłam zatem jeszcze 40 minut ćwiczeń siłowych oraz przyjemny kwadrans w saunie. W domu byłam późno, ale za to w niezłej formie. Mimo nawrotu niagary...

We wtorek nadal nie czułam się za dobrze, ale nie było też specjalnie gorzej. Znowu zatem potoczyłam się do klubu. Tym razem 10 km podzieliłam na kawałki, bo wypicie szklanki spienionego mleka przed treningiem nie było dobrym pomysłem. Na planowane 14 km nawet sie nie porywałam. Za to znowu spędziłam kilka przyjemnych chwil w saunie.

W środę nie czułam się jak nowonarodzona, ale niagara zakończyła swoją działalność. A ja oddałam się przyjemnościom wykonywanej pracy, która tego dnia miała wyjątkowo przyjemny aspekt. A na zakończenie dnia wylądowałam w pewnym centrum handlowym, gdzie odybłam trzygodzinny marsz na obcasach, uznając, że trening siły tym samym zostal odbyty. W czwartek... no cóż. Nie wstalam, a wieczorem jednak nie zmusiłam siędo wyjścia.

Za to w piątek skorzystałam z dnia wolnego i... mimo tych -11 na termometrze, postanowilam wyjść z domu. A że to pierwsze tak mroźne bieganie w tym sezonie, więc najpierw się ubrałam... Ocieplane legginsy, a na to spodenki dresowe nieprzewiewne  - w takim zestawie jeszcze nie biegałam, nawet przy - 20. Do tego koszulka z dlugim, koszulka z krótkim, kurteczka, cienkie rekawiczki, tuba na szyje, czapka. I w drogę! W samo południe wyruszyłam do lasu.

Po trzech kilometrach już wiedziałam, gdzie zrobilam błąd. Za dużo na dole, za małona górze. Ale postanowiłam się nie poddawać. Tym bardziej że słońce świeciło pełnią  zimowego blasku, a las skutecznie osłaniał przed wiatrem Lesna ścieżka w większści była ubita i wygodna, zaryzykuję, że wygodniejsza niż latem, kiedy czlowiek grzęźnie po kostki w piachu. Dobiegłam do mojej ulubionej pętli (3 km), zrobiłam pętlę (7 km), zrobilam drugą pętlę (następne 7), wrócilam do domu... W sumie - 20 km w 2 h 6 minut. Wolniutko, ale przyjemnie. Dobiegając do domu miałam oszronioną twarz i uśmiech od ucha do ucha jak przyklejony.

Prosto z lasu, biorąc po drodze gorący prysznic, pojechalam do Szpaitala na Solcu, gdzie poddałam się badaniu. Echo, EKG, próba wysiłkowa, pojemność płuc i tak dalej i tak dalej. Zdrowa jestem. Serce mam jak dzwon. Krew - czerwoną najczystszą czerwienią. Oddycham też nienajgorzej, chociaż już nie tak modelowo. W każdym rzie biegać mogę. I to całkiem szybko. Pod warunkiem, że potrenuję.

No, to trenuję dalej. Dzisiaj poranna leśna pętelka - 11 km, jeszcze wolniej niż wczoraj. Robieguję się. Powoli.

Do Rotterdamu zostało... 3 miesiące i 22 dni.

Pierwsze koty...

beautyandb

... za płoty, jak mówi powiedzenie. Moje koty oczywiście by się obraziły. Za jakie płoty? One przecież nosa na śnieg nie wyściubiają i jak tylko przyłożę głowę do poduszki - natychmiast gdzieś koło tej poduszki się układają. A taki mruczący w ucho kot bynajmniej nie ułatwia porannego wstawania, szczególnie jak za oknem jest minus sto stopni (no dobra, tylko -15, ale co to za różnica), a śnieg sięga połowy łydki...

Co chcę przez to powiedzieć? Że może i na trening nie ma złej pogody, ale za każdym razem pierwsze uderzenie zimy jest dla mnie traumatyczne i jakoś nie mogę uwierzyć, że rok wcześniej w takich warunkach biegałam.  W ubiegłym roku pierwszy solidny mróz wygnał mnie - po trzech sezonach biegania wyłącznie w terenie - na bieżnię elektryczną. Nie było to może jakieś ekscytujace przeżycie, po 10 minutach myślałam, że umrę z nudów, ale jakoś dałam radę. Koniec końców, efekty treningowe były, a przecież o to chodzi...


W ubiegłym tygodniu też udałam się na bieżnię elektryczną, pod dach, tym razem obyło się bez umierania z nudów, bo w klubie, gdzie bywam, bieżnie są wyposażone w telewizory. Obejrzałam eliminacje skoków narciarskich, pobiegałam, zrobiłam 4x2 km w narastającym tempie od 4:34 do 4:28. Było super :) BTW, po okresie prób i błędów już wiem, że TVN 24 kompletnie nie nadaje się do drugiego zakresu. Najlepsze są seriale obyczajowe. Takie na przykład "Ranczo" genialnie się ogląda :)

 

A potem ni z tego ni z owego w sobotę wybrałam się na Bieg Mikołajkowy. W Biegu Mikołajkowym na Kabatach zazwyczaj robiłam życiówkę, którą potem do kolejnej jesieni ścigałam. Tym razem miałam z głowy. Żebym nie wiem w jakiej formie była, wiadomo było, że życiówki nie zrobię. Zatem mogłam się pławić powoli i dostojnie w śniegu - miejscami po kolana, miejscami co prawda poniżej kostki, ale za to wyślizganym w gustowne bruzdy, na których nogi rozjeżdżały mi się jak bym startowała w konkurencji najlepszy szpagat na śniegu.

 

Nie startowałam. Startowałam w konkurencji zgoła innej. Byle dobiec. Po trzech kilometrach miałam dosyć, po pięciu rozważałam zmianę dyscypliny na marsz raźnym krokiem, po ośmiu doszłam do wniosku, że skoro już jestem prawie na mecie, to może jednak spróbuję pobiec. Ostatecznie skończyłam w 57:28, zajmując zaszczytne czwarte miejsce w klasyfikacji kobiet, za co otrzymałam stosowny pucharek. A to, że pierwsze miejsce przegrałam ścigając się jak jakiś debiutant na pierwszym kilometrze, drugie - na piątym, a trzecie - na ósmym - mniejsza o to.

Większa, że śnieg śniegiem, ale na Kabatach jest prawie płasko... A za miesiąc startują moje "ukochane" falenickie górki. Czarno to widzę, oj, czarno...

Dlatego dzisiaj już odbyłam długą rozmowę z trenerem :) i... od jutra się biorę. Za siebie przede wszystkim. I za siłę.

A na razie - pierwsze koty... już poszły spać. I ja też idę, bo w końcu - rano trzeba wstać, rano to jest... tak tuż po piątej.


 


Falstart...

beautyandb

A miało być tak pięknie... I nawet było. Błoto pokryło się białym śniegiem. Niestety, tylko po wierzchu. A ja - tradycyjnie - zamiast uznać, że jestem nieprzygotowana i statecznie truchtać, wystartowałam jak z procy, rączo galopowałam brzegiem leśnej ścieżki, utaplałam się w błocie do pół łydki, dzielnie zajęłam piąte miejsce w kobiecej stawce - tylko po to, żeby po jednym okrążeniu (3 km), stwierdzić, że dalej nie biegnę. Nie i już. I żadne próby oszukania samej siebie nie zdały egzaminu.

A potem tylko z zazdrością patrzyłam na tych, co to kręcili  drugie, potem trzecie kółko, wpadali na metę ubłoceni po pachy, ale szczęśliwi. Zła byłam na siebie. Tak zwyczajnie po ludzku byłam zła. Bo w sumie mogłam już się nie ścigać, ale chociaż dotruchtać do mety. Co mi przeszkadzało? Zraniona duma? Urażona ambicja? No?

Przecież na pewno nie błoto, które zdradliwie wyślizgiwało się spod butów, rozjeżdżało na wszystkie strony, oblepiało legginsy po sam, excuse le mot, tyłek, szybszym nawet koszulki prawie po kark, a kilku osobom wessało buty i nie chciało oddać. I przecież nie śnieg, który cienką warstwą przykrył lód, przez co wrażenia estetyczne były przyjemniejsze, ale nogi rozjeżdżały się jeszcze bardziej i każda próba przyspieszenie była ryzykiem, które należało podejmować z niezwykłą rozwagą. I nie te kałuże po kostki. Przecież nie to.

Ech...

Mam nadzieję, że moja złość przełoży się na konkrety, czyli na pierwsze treningi - pod nowy sezon. Może już jutro, jak mnie nie zawieje i nie zmiecie.

Bo na razie mam za sobą piękny falstart...

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci