Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Wyjść, nie wyjść...

beautyandb

Od czternastu godzin walczę ze sobą... Pogoda od kilku tygodni nas nie rozpieszcza, a to co się dzieje w tym tygodniu to jest jakaś pomyłka przyrody. Listopad w styczniu... Topniejący śnieg zamienia w lód, który pokrywa w gratisie cieniutka warstwa wody. Lód też się rozpuszcza, więc wody jest coraz więcej, do tego wszystkiego mocno pada - więc wody jest jeszcze wiecej... I co to ma być? Co ja - pływać mam? Wiosłować? Czy jak...?

W tym tygodniu jakoś nie mogłam się zmusić do wychodzenia... W poniedziałek zrobiłam sobie nieplanowane wolne. Więcej tego nie zrobię, akurat w poniedziałek najłatwiej mi się pozbierać ;-) We wtorek potupałam na bieżni, a potem pomęczyłam mięśnie na maszynkach. Jest takie powiedzenie, że tłuszcz się pali w ogniu węglowodanów. Nie wiem, co mi się paliło, ale pod koniec niektórych ćwiczeń czułam w nogach żywy ogień... A na koniec, uwaga, uwaga, było rozciąganie. Trener Krzysiek ;-) może to zaliczyć do swoich sukcesów. Zmuszenie takiego osła jak ja, żeby po czterech latach biegania zaczął się rozciągać, jest niewątpliwym sukcesem pedagogicznym.


W środę natomiast, zgodnie z planem trenera Rafała :), miałam pobiegać drugi zakres... 8 km po 4:40. Hehe. Znowu bieżnia. Po 4:36, żeby nie było. Po 4 km umarłam i musiałam zrobić przerwę techniczną. Wyszło zatem 2 razy po 4 km. Plus dodatki. 12 km na bieżni, okropność. Ale z pulsometrem. Oczy ze zdumienia mi rosły... Przy rozgrzewce tętno nie przekraczało 140, a nawet - 135 - a czułam się, jakby mi zasuwało po 160. No, tempo run już wyszedł po 165-170. Ostro. Zwłaszcza na bieżni.

W czwartek miało być odpoczynkowo, a wyszedł odpoczynek w ogóle, bo spadła na mnie praca, wgryzła się w tętnicę szyjną, wyssała energię i porzuciła lekko sfatygowaną w godzinach średnio miłych jak na bieganie.

Nadrobiłam już w piątek przed świtem. 15 km po osiedlowych uliczkach, w tym 10 podbiegów. Podbiegi... Podbiegi na wiosce można robić w dwóch miejscach. Najlepiej się do tego celu nadaje cmentarz, a raczej - droga do cmentarza - 130 m pięknego podbiegu pod samą bramę. Nekrościeżka ma jednak jedną wadę. Jest kompletnie nieoświetlona. Po ciemku przy mojej wyobraźni - odpada. Drugie miejsce jest bardzo oświetlone i eksponowane - naprzeciwko pętli autobusowej, która o poranku jest licznie oblegana przez podążających do miasta... Mając zatem świadomość licznej widowni, zasuwałam pod tę górkę w tę i z powrotem i starałam się to robić ładnie :) A potem już w deszczu dotoczyłam się do domu.

Dzisiaj miałam dobre chęci... Ale chęci nadziały się na ścianę deszczu za oknem... I tak od 6 rano się zastanawiam - wyjść? nie wyjść?

Z raju do piekła bram

beautyandb

Falenica zawsze pokazuje mi właściwe miejsce w szeregu... Tak było i tym razem. Obóz nie-obóz, góry, nie-góry - w Falenicy dostaję w kość. ZAWSZE. Nie wiem, jakim cudem udało mi się tam kiedyś nabiegać 52 minuty z jakimś ułamkiem. Generalnie cieszę się, jak uda mi się zmieścić w godzinie. A po zeszłorocznej masakrze (dwa razy sporo powyżej godziny) i w świetle bieżących zmian klimatycznych, w tym żywego lodu na większośc znanych mi ciągów pieszych - nie robiłam sobie złudzeń.Jedyne, co zrobiłam - to żeby zachować biegowy charakter imprezy, rano przezbroiłam buty.

Buty mam śliczniutkie, biało-nieskie z kocim logo. Buty są dwufunkcyjne. W sezonie wiosenno-letnio-jesiennym mają wkręcone króciutkie kolce lekkoatletyczne i służą do biegania na bieżni tartnaowej (średnio 2-3 razy w roku :P). ZImą natomiast, jeżeli nie ma trzaskających mrozów, mozna w nie wkęcić długie kolce i zasuwać po marznącym śniegu. Po dramatycznych opisac stanu wydmy, zdecydowałam sie własnie na długie kolce.

Już na samej wydmie okazało się, że lodowisko falenickie było mocno przereklamowane i zamiast lodu na trasie byl raczej przemielony z lekka (a na trzecim kółku to już nawet nie z lekka) śnieg. Zwykłe terenówki też dałyby radę. Ale jak już zalożyłam - to korzystałam, zwłaszcza na zbiegach, gdzie rozpędzałam się jak mały czołg. Albo nawet (pod koniec) jak śniezna kula z małymi nóżkami. Gorzej bylo na podbiegach.

Istotna uwaga topograficzna. Falenica to taki kawałek Warszawy, gdzie jest las i wydma. Wydma nie jest specjalnie stroma, ale swoje kilkadziesiąt metrów ma. I na tę wydmę wbiega się z 7 stron siedmioma różnymi wbiegami. Te siedem wbiegów składa się na jedno kółko (3,33 km). Na klasycznej dyszce kółka biegnie się trzy. Co oznacza 21 podbiegów. Za każdym razem na 10. podbiegu (3 pobieg drugiego kółka) sama sobie zadaję pytanie, co mnie podkusilo, żeby znowu tam jechać. Na jakimś 17 podbiegu (trzeci podbieg na 3. kółku) wiem, że już jest z górki i dam radę.

Najgorszy jest 6. podbieg. Nie wiem, dlaczego, bo ani nei jest najbardziej stromy, ani (chyba) najdłuższy, ani ostatni. Po prostu go nienawidzę nienawiścią szczerą. Co dziś się zemścilo, bo na każdym kółku pod nr 6. podchodzilam (pod całą resztę wbiegałam), co sprawilo, że kilka osób mnie jednak minęło).

W sumie jednak skończylam bieg po mniej wiecej 57 minutach z malym ułamkiem, co jak na pierwszą Falenicę w sezonie nie jest specjalnie złym wynikiem (ale gorszym niż pierwszy rok temu). Na dodatek skończylam ją ze sporym zapasem sił i mocnym przekonaniem, że podbiegi są moim przeznaczeniem. Następna Falenica już za 2 tygodnie. Zobaczymy...   

Skutki przebywania w raju

beautyandb

Ładniej by brzmiało "długofalowe", ale na to przyjdzie pora. Na razie skutki są krótkofalowe, ale są. Pierwszym skutkiem był wtorkowy trening. Nieprzekonana (cały czas i mimo wszystko) do wychodzenia na mróz, udałam się na bieżnię w klubie na P. Tam postanowiłam zrobić pierwszy od dłuższego czasu trening szybkosciowy. Może nie było to najmądrzejsze po niedzielnym "ściganiu", ale ściganie to było nad wyraz krótkie i wcale nie aż takie szybkie, a w poniedziałek nie pozbierałam się na rozbieganko... Troszkę się obawiałam, ale udało mi się zrobić porządny trening - rozgrzeweczka, 8 km po 4:37 i 2 km schłodzenia. 4:37... Miesiąc temu w tym tempie to dwóch kilometrów nie dałam rady przebiec, a tu - całe osiem. Łatwo nie było, od czwartego kilometra każdy kolejny miał być ostatnim, ale dałam radę. A na koniec - tadam, tadam - był kwadrans rozciągania. Poczułam się bardzo obozowo ;-) Nie wszystkie ćwiczenia pamiętałam, ale udało mi się to i owo porozciągać.

 

W środę o poranku nie wstałam, może i dobrze, bo mróz był trzaskający i nie jestem pewna, czy bym sobie z nim poradziła. A przede wszystkim nie jestem pewna, czy bym sobie poradziła z coraz bardziej śliską nawierzchnią. Dlatego prosto z pracy pokłusowałam do pobliskiego centrum handlowego, gdzie w sklepie z kawą nabyłam "łańcuchy śniegowe na buty". Jeszcze tego samego wieczoru sprawdzaliśmy z małżonkiem wartość inwestycji. Mróz dalej trzaskał, godzina była późna, ale wygramoliliśmy się z wcale nie takich ciepłych pieleszy i poszliśmy się rozbiegać. W moim wykonaniu rozbieganie trwało półtorej godziny i wyniosło całe 15 km.

A dziś rano obudziło mnie słońce, które niemal za uszy wyciągnęło spod kołdry i kazało wdziać ciuchy biegowe. Las był pełen ludzi. Głownie na nartach i z kijkami do chodzenia. Ale samych biegaczy spotkałam też prawie 10. Zaliczyłam też spotkanie trzeciego stopnia ze źrebakiem w kolorze kasztana, który na mój widok najpierw zdębiał, a potem postanowił jednak zawrócić i ścigać kulig, w którym zapewne biegła jego mama. Kasztanowy koń kłusujący w lesie, w śniegu do polowy pęcin - czysta poezja, megakicz... Dlatego zdjęcia nie będzie :)

A już w sobotę - Zimowe Biegi Górskie w Falenicy... Zobaczymy, co mi zostało z gór :)

Raj utracony

beautyandb

czyli obóz, obóz i po obozie. Na koniec dostaliśmy mocny bodziec treningowy w postaci Kęckiego Kryterium lekko krosowego, po którym nastąpiło zbiorowe badanie tego, jak bardzo się zmęczyliśmy. Ja się zmęczyłam umiarkowanie. Jak zwykle :) Moja głowa nie pozwala mi się zmęczyć bardziej. Zakwaszenie na pozimie 2,5 po 3 km "ścigania się" jest nieprzyzwoicie niskie. Trzeba będzie nad nim popracować. I nad tym zmęczeniem...

Zresztą w ogóle z obozu wróciłam z wiedzą, że jest parę rzeczy, nad którymi muszę popracować. I z mocnym postanowieniem, że nad nimi popracuję. Zobaczymy, jakie będą efekty (tu przychodzi mi do głowy słynna rodzinna anegdotka o moim egzaminie u prof. Bralczyka, było nie było, speca od retoryki. Prof: Mam pokusę postawić pani czwórkę. Ale musi mnie pani przekonac. Ja: To ja postaram się popracować nad tym "yyyy" - wczesniej profesor wytknął mi, że niepotrzebnie każdą wypowiedź rozpoczynam takim zastanawiającym "yyyy". Prof. (z błyskiem w oku): Dlaczego pani powiedziała "postaram się popracować" zamiast "popracuję. Ja: Bo nie ręczę za efekty. Prof.: A jakiego rodzaju argumentacji pani użyła. Ja (trupioblada, rozpaczliwie próbująca sobie przymnieć 36 sposobów argumentacji...): Na pewno bardzo nieracjonalnej... Wyszłam z czwórką ;-))

Zanim jednak przyłożę się do tej pracy, dziś odpoczywam i tęsknię za rajem utraconym w Kętach. Od wieków tak nie odpoczęłam. A odpoczywając, przebiegałam w różnej formie 99 km, zrobiłam tyle ćwiczeń rozciągających, co nigdy wcześniej przez całe życie, spotkałam osoby co najmniej równie zakręcone w temacie biegania jak ja sama, a przede wszystkim - nie miałam czasu myśleć o niczym poza kolejnym zakończonym albo nadchodzącym punkcie programu. Przypomniałam sobie, jak się bierze dwumintowy prysznic (bo zaraz obiad, a zamarudzilismy w górach), jak się w minutę przebiera, jak się walczy o chleb przy kolacji (bo dopiero po "ciepłym" donieśli resztę ;)), jak się zbiega z górki na pazurki (oraz jak się na nią wspina mląc w zębach przekleństwa najcięższego kalibru). Zobaczyłam obrazki jak z fotoszopa, kiedy słońce ostrym żółtym zimnym promieniem rozświetlało ciężkie od śniegu gałęzie i odbijalo się w bezbrzeżnej bieli. Długo będę pamiętać taniec otwierający sylwestrowy wieczór - choreografia a'la Bieganie.pl powinna na trwale wejść do podręczników dla instruktorów fitnesu :) Bezcenne były też miny mieszkańców okolicznej miejscowości, do której zabiegliśmy na noworocznym wybieganiu i w samo południe porzadni ludzie, którzy wracali z kościola albo dopiero wytoczyli się z imprez nadziewali się na małe grupki  stworzeń w rajtuzach, które nie wiedzieć czemu przemieszczały się środkiem ulic, robiąc rejwach i zamieszanie.

Siedem dni spędzonych na bieganiu, machaniu kończynami (wszystkimi), podskakiwaniu, przebieraniu się i braniu prysznica, na pociąganiu z butelki (wody) i na rozmowach o bieganiu, przy bieganiu, z bieganiem w tle. Siedem dobrze spędzonych dni. Siedem dni...Magiczna siódemka.

Dzisiaj łagodnie wchodziłam w rzeczywistość, tęskniąc za rajem utraconym, kiedy trzecią godzinę usiłowałam się jakoś ogarnąć. Nie ogarnęłam się. Jutro idę pobiegać.


Tak wygląda chyba raj...

beautyandb

Monotematycznie pociągnę temat raju. Bo raj musiał wyglądać tak. I nie zmienia tego nawet fakt, że zanim nastał raj, trzeba się było do niego wdrapać pod górę. Góra niby nie była jakaś wielka, ale kiedy drugi kilometr wspinałam się marszem, a płaszczyzny żadnej nie miałam w zasięgu wzroku, w glowie miotały mi się rózne epitety pod adresem tego, który tę trasę wymyślił. Na szczęście wtedy dogonił mnie czarny pies, a wraz z nim Ania i Robert . Podreptali ze mną 100 m, może ciut więcej, i pomknęli przed siebie jak wiatr, budząc niemy albo i calkiem głośny podziw reszty grupy. A ja dowspinałam się do końca górki i postanowiłam, że tam, gdzie tylko się da, będę jednak próbowała biec.Tym bardziej, że z Anią i Robertem umowilismy się jeszcze w karczmie na Przełęczy Kocierskiej. A właściwie - na końcu zielonego szlaku, którym miałam biec.

Tymczasem mimo trzaskającego mrozu, słońce świecilo na całego i widoki z góry, na góry, wokół gór wzudziły mój zachwyt, zapomniałam o wspinaczce, epitety pod adresem autora trasy zmieniły swój wektor, a nogi zaczeły mnie jakoś nieść do przodu. I tak zasuwałam w tym zachwycie, zdobywając się nawet na jakąś autoironię, że udalo mi się wydębić zgodę na dotarcie do karczmy. Okazję wykorzystałam skrzętnie. Już po godzinie i 46 minutach od startu znalazłam się w miejscu docelowym po pokonaniu zabójczego dystansu 10,5 km. Nieźle ;-) Na szczęście charty, które dotarły tam sporo wcześniej, dały mi szansę na wypicie gorącej herbatki, zanim razem wybiegliśmy w dół. Powrót z góry to już była bułeczka z masłem. No, prawie. Zbiegliśmy do Wielkiej Puszczy. Potem jeszcze kawałek. A potem się poddałam. Bo okazalo się, że te 6-7 km do Porąbki, gdzie czekał autokar, mogę sobie komfortowo podjechać auteczkiem, zamiast gonić charty... Ambicja przez chwilę powalczyłą z rozsądkiem, ale tym razem rozsądek był górą. Chociaż niedosyt pozostał.

Popołudniowa hala była nieco krótsza i tym razem została w całości przeznaczona na rozciąganie. Dramat. Przez całe życie nie rozciągałam się tyle, co na tym obozie. Porozciągałam już chyba wszystko. Chociaż nie tak całkiem, bo jednak lata nierozciągania zostawily trwały ślad. No, ale rozciągałam się pracowicie i rozciąlałam, bo niby jednak to coś daje. Wieczorem dolożyłam kilka długości basenu leniwą żabką, a potem saunę i jaccuzzi.

W czwartek rano wstałam na rozruch z pewną obawą. Nie tylko dlatego, że basen zakończył się jeszcze małą integracją. Obudziłam się i miałam niejasne wrażenie, że coś jest nie tak. Wstałam. Nic mnie nie bolalo. Dobrze, że kot mi wlazl na glowę i miauczal, bo już myślałam, że nie żyję.

Na rozruchu bylo nas aż troje. W tym jeden trener. Potrcuhtaliśmy sobie co nieco, pomachaliśmy łapkami i wróciliśmy na śniadanko. Po śniadanku miał być leciutki trening. Leciutki według teamu trenerskiego polegał na 30-minutowym rozbieganiu, po którym nastąpily dwie serie po 10 "setek". Dowiedziałam się, że biegam za siłowo, mam za bardzo zgięte biodra, nie mam grzebnięcia... Nieźle, jak na piąty sezon biegania ;-) Chociaż faktycznie, setka "z gzrebnięciem" była o 2 sekundy szybsza od pozostałych. A wszystkie były przyzwoite.

Po południu było troszkę teorii, czyli o tym, jak biegać, żeby dobiec. A potem pobiegliśmy na halę. Mieszkańcy Kęt muszą mieć z nas niezły ubaw. Już nie musimy pytać, którędy mamy biec (jak się ktoś zgubi). Z daleka krzyczą, którą drogą do technikum. W tehcnikum jest sala. W sali - drabinki, piłki, materace... Po lajtowym poranku, tym razem wzmacnialiśmy. Brzuszki, grzbiety oraz inne okoliczne fragmenty. Chyba dostaliśmy wycisk, bo co prawda nikt nie narzekał, ale na kolacji niemal doszlo do bitwy o chleb, dżem i inne akcesoria spozywcze. A na basenie okopaliśmy się w saunie i w jaccuzzi, lekceważąc z deka część "pływalną".

 

Ostatni dzień starego roku rozpoczęlismy od wyjazdu na Górę Żar. Kawałek przed górą zostawiliśmy najbardziej hardcorowych ścigaczy, niech sobie się wspinają. My luksusowo zajechalismy pod stację kolejki, kolejką wjachaliśmy na gorę, przebiegliśmy luksusowy kilometr po asfalcie, a potem zaczęła się górska masakra. Śnieg po kostki i po kolana, wspinaczka, zbiegi, na których mozna bylo nogi połamać i zęby wybić... I mimo braku słońca, góry były prawie tak magiczne, jak przedwczoraj. Tym razem dopiero na 5. kilometrze zaczełam miotać epitety pod adresem kreatora tras obozowych. Ale jakoś bez przekonania... Bo wiedzialam, że dobieg na Przełęcz Kocierską (tak, znowu, tylko od drugiej strony) wynagrodzi mi te chwile upokorzenie, kiedy wspinalam się pod górę z zaciśniętymi zębami. Znowu odpoczynek w karczmie i przyjemny zbieg na pysk.... U dolu, w Wielkiej Puszczy, czekał autokar, ale jeszcze w kilka osób wypuściliśmy się kawałeczek przed siebie bajkową drogą w stronę Porąbki...

Dziś w planie jeszcze trening techniczny zwany Sylwestrem. Zapowiada się nieźle, bo rożne dwójki i czwórki nie dają o osbie zapomnieć...  

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci