Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Ziarnko do ziarnka...

beautyandb

a zbierze się miarka. Ten tydzień był (na szczęście chyba) tygodniem niestartowym, a więc tygodniem dokładania ziarenek. Nie jest to może specjalnie atrakcyjne, na pewno w żaden sposób nie jest medialne, ale na pewno jest potrzebne. Brak startów powoduje pewne rozprężenie. A mózg natychmiast reaguje ;-) "Nie chce mi się" było leit-motivem nie tylko weekendu, chociaż w weeekend przybrało na sile zdecydowanie. Ale tym bardziej każdy powrót z treningu przynosił radość większą niż zazwyczaj. Zwłaszcza z udanego treningu - jak dzisiaj.

Dzisiaj wreszcie udało mi się wdepnąć do lasu. Od domu do lasu mam mniej więcej 500 m. Ale zimą korzystam z tego dobrodziejstwa w zasadzie tylko w weekendy. W zwykły dzień zazwyczaj kończę trening kiedy jeszcze jest ciemno. A po ciemku do lasu - nie wejdę, choćby nie wiem co. Nie wiem kiedy mi się to zrobiło, jak się dłużej zastanowię, to jeszcze jak zaczynałam biegać, nie miałam z tym specjalnego problemu (chociaż nie snułam się specjalnie sama po ciemnym lesie. Ale przynajmniej w towarzystwie mi się zdarzało. Obawiam się, że teraz i najlepsze towarzystwo nie byłoby mnie w stanie namówić na bieganie po ciemnym lesie). W każdym razie - las po ciemku odpada. Jeszcze przez miesiąc. Zwykle na początku marca wschód słońca jest na tyle wcześniej, że już o 6 można próbować wejść do lasu.

Rozpisałam się o leśnych ciemnościach, tymczasem dziś byłam w lesie w samym środku dnia. Chcialoby się napisać: w pełnym słońcu, ale słońca dziś wiele nie było. Były za to udeptane, a nawet mocno wyślizganie leśne drogi, którymi zrazu tupałam sobie niespiesznie, twierdząc, że to rozgrzewka, a potem... A potem okazało się, że śniegowe łańcuchy na buty (tak, te od kawy) są na tyle skuteczne, że nie muszę wracać na osiedlową pętelkę, żeby szybko pobiegać. A nawet - nie powinnam, bo chodniki są rozdeptane, ponadtapiane, a na dodatek - z lekka okupowane przez spacerowiczów, zakupowiczów oraz podążających do i z kościoła...

Zostałam zatem na leśnej, choć dobrze ubitej drodze i tam uskuteczniałam minutówki. Okazało się - wbrew moim najczarniejszym obawom, jakąś mam blokadę na szybkie bieganie - że mogę w lesie biegać minutówki nawet szybciej niż po 4:20. Nawet jeżeli jest ich (tych minutówek) 15 czy 16, a nie 5 czy 6. Podbudowana tym faktem, potruchtałam sobie jeszcze na koniec po lesie, spokojnie, powoli, ciesząc się pagórkami i udeptanym śniegiem.


I był to taki inny trening niż wczoraj, kiedy zamiast korzystać z pogody i lasu, zbierałam się do wyjścia cały dzień, aż wreszcie o 19 byłam już skazana na osiedlowy kieraciki na mróz -7 stopni. Przez pierwsze 3 km omal nie odmroziłam palców u rąk, a wymęczone 13 km było minimum przyzwoitości treningowej.

Ale może to naturalna kolej rzeczy? Może tak musi być, że pomiędzy dobrymi dniami, kiedy wszystko idzie jak z płatka, kiedy nawet 150 m podbiegów nie jest straszne - jak w piątek - czy kiedy 8 km po 4:35 (czwartek) biegnie się jak na skrzydłach, przychodzi taki dzień, w którym wystawienie nosa na mróz wydaje się zadaniem ponad siły.

Tak jakoś refleksyjnie mi się zrobiło, tymczasem w tle cieszą te minutówki, które wyszły nawet nieco szybciej, niż miały być, a to pozwala sądzić, że i dłuższe odcinki też może powinnam zaczać biegać szybciej...?

W czwartek rozmawiałam z moim biegowym guru. Wiesz co? Jak ty biegasz na treningach po 4:30 czy po 4:25 - nawet na bieżni - to na zawodach powinnaś biegać szybciej. To, że nie biegasz - to albo jest w Twojej głowie, albo nie wiem już co - o, tak usłyszałam. o więc dzisiaj starałam się nie ograniczać. Zasuwalam te minutówki ile sił w moich krótkich grubych nóżkach. W połowie troszkę sie obawiałam, czy dam radę. Ale dałam. Żadnych zakwaszeń, żadnego zajechania. Znaczy się - mogę szybciej? Mogę.

Tylko teraz ziarnko do ziarnka.

NLP zwycięzców

beautyandb

To taka przyjemna książeczka, którą ostatnio nabyłam, celem zrozumienia, o co chodzi z NLP. Oczywiście moja wiedza językoznawcza oraz ogólna, a także wcześniejsza lektura wielu tzw. poradników życiowych oraz rozmowy z osobami, które zgłębiały tajniki NLP, spowodowały, że intuicyjnie z wielu narzędzi korzystałam, ale narzędzia wykorzystywane w sposób świadomy są o wiele bardziej skuteczne. A na skuteczności ostatnio mi zależy. W księgarni lekko zdezorientowana stałam przed półką z odnośnymi lekturami, dopóki nie dostrzegłam niewielkiej pozycji "NLP zwycięzców", czyli o NLP w sporcie. Oczy mi rozbłyśli i uznałam, że to jest to. Będzie przyjemne z pożytecznym, albo raczej pożyteczne z pożytecznym...

Lektura jest... jak lektura. Wielce odkrywczych twierdzeń w niej nie wyczytałam (na razie, najciekawsze chyba dopiero przede mną), natomiast potwierdziłam wiele przekonań intuicyjnych, sprawdzonych już w ogniu walki. Jednym z takich przekonań jest to, że największym moim sprzymierzencem, ale i największym wrogiem - jest głowa. Moja świadomość ograniczeń jest ograniczeniem. Jeżeli myślę o czymś, że jest trudne, to na pewno będzie trudne. Jeżeli wskazane tempo treningowe oceniam jako bardzo szybkie, to moj organizm zrobi wszystko, żeby takie przekonanie potwierdzić. I jeżeli jestem przekonana, że łatwo nie będzie - to łatwo nie jest. A skoro przed Chomiczówką mówiłam, że 15 po 4:30 to się nie da - to się nie dało... Wniosek - to ja sama jestem swoim największym wrogiem...

A z wrogiem się walczy. Więc podjęłam rękawicę. W poniedziałek rozbiegałam niedzielne zawody, we wtorek troszkę potupałam, a wieczorem dołożyłam orbitreka i rzucanie ciężarkami. Środa wyszła wolna (bo miał być szybki trening, na ktory sama siebie zablokowałam), a w czwartek - pognałam do klubu nadrabiać. Próbowałam się odblokować - i chyba się udało. W każdym razie 8 km po 4:36 zostało przegalopowane. Tym razem nie wzięłam pulsometru, może to i lepiej. Bo kiedy złapałam czujnik bieżni już po kilku sekundach truchtu, tętno mi oscylowało w okolicach 175. Ciekawe, że czułam się lepiej niż tydzień wcześniej przy 165.

Pozytywnie zmotywowana zmusiłam się do porannego piątkowego treningu - tym razem samo lekkie rozbieganko, bo uznałam, że robienie podbiegów dzień przed Falenicą nie jest jakimś super pomysłem.

A dzisiaj rano ledwo wstałam. Jak wstałam, to jakoś mi się nie chciało. Jakoś się stresowałam (Falenica mnie zawsze stresuje). I w ogóle nie czułam się za dobrze. Ale sama sobie wyjaśniłam, że przecież na ogół "w te dni" biega mi się dobrze (BTW, musze poszukać jakichś badań czy czegoś na ten temat). W końcu się pozbierałam i pojechaliśmy. Ruszyłam sobie spokojnie, gdzieś w srodku stawki. Widziałam, że dziewczyny mi uciekły, ale ich nie goniłam, bo mi się nie chciało. Co za różnica, czy mi uciekną na pierwszym podbiegu, czy na ósmym. Gorzej, jeszcze na pierwszym podbiegu wyprzedził mnie małżonek. No, to już mnie nieco poirytowało, bo w Falenicy jednak cały czas dzierżę palmę pierwszeństwa. Uczepiłam się zatem jego pleców i tak przyczepiona wspinałam się na drugi podbieg i na trzeci. W końcu udało mi się leciutko wysforować do przodu. Okazało się, że mam jeszcze kilka osób do dogonienia. Więc goniłam, ale bez przesady. Przed szóstym podbiegiem zdążyłam tylko pomysleć: "O, szósty!". Wbiegłam!!!! Po drodze minęłam ze dwie osoby!!! Na szóstym podbiegu!!! Kiedy dobiegałam do miejsca startu, słyszałam jak organizator podaje międzyczasy. Słyszałam "dziewiętnaście...." To ja tu biegnę, może nie jakoś megaszybko, ale równo, wypruwam się, wbiegam na szósty, a tu 19??? Już mi się prawie odechciało, kiedy usłyszalam dokładnie: "Siedemnaście trzydzieści". Siedemnaście? Wróciły mi siły. Jakby tak drugie kółko... I trzecie...? No, dobra, dobra, nie kombinuj, biegnij. Przed sobą miałam plecy Malgosi, tuż przed nią był Iwonka. Kolejne podbiegi jakoś mi przechodziły bez większego bólu, obyło się bez zwykłego zwątpienia na połówce i liczenia, ile jeszcze do końca. Szósty podbieg znowu pokonałam biegiem. Gdzieś po drodze Małgosia wyprzedziła Iwonkę. A ja tupałam za nimi. Przebiegając koło startu tym razem usłyszałam już dobrze: trzydzieści cztery czterdzieści sześć. Nieźle :)  Po pierwsze - drugie kółko w tym samym tempie. A poza tym - nawet jak teraz pobiegnę 20 minut - i tak będzie dobrze :)

Wbiegłam na ostatnie kółko. Na moment wyprzedziłam Iwonkę, ale to już było dla niej za dużo, wrzuciła szósty bieg i na zbiegu pokazała mi, gdzie moje miejsce. Więc dalej oglądałam jej plecy, choć z bliskiej odległości. Na zegarek w ogóle nie patrzyłam. Na szósty podbieg znowu prawie wbiegłam, choć ostatnie kilka metrów pokonałam marszem. Iwonka trochę mi uciekła, ale mimo to nie zamierzałam odpuszczać. Tym bardziej, że... spojrzałam na zegarek i jakoś wdrapałam się na ostatni podbieg, a potem puściłam nogi, ile sił. Na metę wpadłam tuż za Iwonką, ale z nową falenicką życiówką. 52 minuty. Według mojego zegarka - równiutko 52. Czekam na oficjalne wyniki, ale poprzedni rekord był o jakieś 22" słabszy, więc musiał dzisiaj paść. A na dodatek przebiegłam trzy równe kółka, odczarowałam 6. podbieg i...

Nie zajechałam się (no, poza ostatnim zbiegiem).

A to dobrze rokuje. Jeśli tylko nawierzchnia pozwoli...

No i jeżeli sama sobie pozwolę. Jeżeli się przeprogramuję :)

Chomiczówka, Chomiczówka...

beautyandb

tak troszeczkę dziwna życiówka ;-) Czemu dziwna? Bo teoretycznie, jakby nie patrzeć, życiówka jest. Bardzo ładna jak na początek 2011 - 1:11:11. Ale jest jakaś taka nie do końca.

Jak życiówka może być nie do końca? Ano, bardzo prosto. To nie jest moje najszybsze 15 km w życiu :) Szybciej przebiegłam 15 km podczas ubiegłorocznego Półmaratonu Warszawskiego. Wtedy mijałam 15 km w 1:09:55. I to tę nieoficjalną życiówkę chciałam dzisiaj poprawiać. Dodatkową motywacją było to, że miałam - wg zaleceń trenera - pobiec dzisiaj 12 km po 4:30. No, a gdyby udało się całe 15 - to powinien być czas dużo, dużo lepszy.


Powinien być. Zaczęło się nieźle. Nie, wróć! Zaczęło się bardzo źle. Jeszcze nie doszłam do samochodu, kiedy dostałam sms-a pracowego. Potem rozbolał mnie brzuch, chyba z nerwów. Ledwo dojechaliśmy na Chomiczówkę, pognałam do toalety na najbliższej stacji. Liczby złamanych po drodze przepisów ruchu drogowego nie chce mi się nawet próbować oceniać. Czas był troszkę napięty, więc wysłałam małżonka po numery. I zamiast na niego czekac, dawaj, zlapalam wszystkie bagaże, plecak na plecy, do torby - komputer i woda, i hajda do Biura Zawodów. W międzyczasie małżonek odebrał numery, więc moje gnanie na nic się nie przydało. Ale to nic, bo w szkole otwieramy torbę, a Tomek pyta: Pusta butelka po wodzie? Po co j wsadziłaś? Na co ja: JAK TO PUSTA??????????? W butelce było pół litra wody. I te pół litra wylało się prosto w Tomka buty, ręcznik, suche rzeczy do przebrania... Dobrze, że buty biegowe miał na sobie. Tomek poszedł ogarniać torbę, a ja zostałam z komputerem (plecak też troszkę zamókł). Musiałam coś posprawdzać i powysyłać. A sieć i komputer chodziły, jakby im kto do szyi kamienie młyńskie przywiązał. Pomiotałam pioruny, powysyłałam, co miałam wysłać, poszłam udobruchać Tomka. W międzyczasie skończył się bieg na 5 km i przyszła pora startu...

Po wczorajszej przymusowej przerwie troszkę mnie nosiło. Nieposkromiona chęć biegania wychodziła mi uszami i nie tylko. Podskakiwałam, machałam rękami i tak dalej... Dalej ruszyłam z kopyta. Po 500 m przyszedł czas na pierwszą korektę, bo w tym tempie to mogłam sobie biec 5 km, ale nie 15. Pierwszy kilometr - 4:25. Drugi - 4:28. Super. Trzeci... 4:34.... Nieźle... Pierwsze 5 km w niespełna 23 minuty. W głowiel iczyłam, że gdyby tak drugie kółko... I trzecie...

Niestety, na drugim kółku straciłam rezon. Zaczęłam lekko zostawać. Na pólmetku zastanawiałam się, co ja tu robię. Zastanawiałam się pewnie o 100 m za długo, bo doszła mnie silna grupa pościgowa - doszła, przemieliła, podciągnęła i zostawiła... Na całe szczęście wybiła mi też z glowy pomysły na zejście z trasy. Tuż przed końcem drugiej petli zdublowal mnie zwycięzca, a chwilę po nim - drugi zawodnik. Dziesiątkę skończylam nieco później niż zakładał plan.

O dziwo, na trzecim kółku udało mi się lekko docisnąć gaz i minimalnie, ale jednak przyspieszyć. Wydawało mi się, że mam szanse powalczyć o te 1:10. Ale szanse te malaly z każda przebiegniętą setką... Wbiegając na metę widziałam zegar, który pokazywał 1:11:19. Netto - 1:11:11.

Nie powiem, żebym się ucieszyła... No, nie.

Ale zaraz za metą wpadłam na Anię, która podczas biegu zrobiła mi i Tomkowi prawie prywatną sesję fotograficzną ;-) Będa zdjęcia :D.

A za chwilę okazało się, że gdzieś znikneła moja ukochana kurteczka biegowa, którą zostawiłam w najpewniejszym możliwym miejscu... Rozpaczliwie kręciłam się dookoła, próbując zlokalizować kawałek czarnej szmatki. Na próżno. Już miałam się poddać, kiedy spotkałam znajomą znajomej, która podczas biegu piastowała to najpewniejsze miejsce (miejscem był wózek z młodym człowiekiem :)) Razem powędrowałyśmy trasą jej spaceru i kurteczka znalazła się na pobliskim placu zabaw - ktoś nawet powiesił ją na huśtawce...

Od razu humor mi się poprawił. Wciągnełam porcję grochówki, a potem wprosiliśmy się do Ani, na herbatkę i prysznic... Bo kolejnej biegowej niespodzianki, w szatni albo po drodze, mogłabym nie przeżyć.

Wyjść, nie wyjść...

beautyandb

Od czternastu godzin walczę ze sobą... Pogoda od kilku tygodni nas nie rozpieszcza, a to co się dzieje w tym tygodniu to jest jakaś pomyłka przyrody. Listopad w styczniu... Topniejący śnieg zamienia w lód, który pokrywa w gratisie cieniutka warstwa wody. Lód też się rozpuszcza, więc wody jest coraz więcej, do tego wszystkiego mocno pada - więc wody jest jeszcze wiecej... I co to ma być? Co ja - pływać mam? Wiosłować? Czy jak...?

W tym tygodniu jakoś nie mogłam się zmusić do wychodzenia... W poniedziałek zrobiłam sobie nieplanowane wolne. Więcej tego nie zrobię, akurat w poniedziałek najłatwiej mi się pozbierać ;-) We wtorek potupałam na bieżni, a potem pomęczyłam mięśnie na maszynkach. Jest takie powiedzenie, że tłuszcz się pali w ogniu węglowodanów. Nie wiem, co mi się paliło, ale pod koniec niektórych ćwiczeń czułam w nogach żywy ogień... A na koniec, uwaga, uwaga, było rozciąganie. Trener Krzysiek ;-) może to zaliczyć do swoich sukcesów. Zmuszenie takiego osła jak ja, żeby po czterech latach biegania zaczął się rozciągać, jest niewątpliwym sukcesem pedagogicznym.


W środę natomiast, zgodnie z planem trenera Rafała :), miałam pobiegać drugi zakres... 8 km po 4:40. Hehe. Znowu bieżnia. Po 4:36, żeby nie było. Po 4 km umarłam i musiałam zrobić przerwę techniczną. Wyszło zatem 2 razy po 4 km. Plus dodatki. 12 km na bieżni, okropność. Ale z pulsometrem. Oczy ze zdumienia mi rosły... Przy rozgrzewce tętno nie przekraczało 140, a nawet - 135 - a czułam się, jakby mi zasuwało po 160. No, tempo run już wyszedł po 165-170. Ostro. Zwłaszcza na bieżni.

W czwartek miało być odpoczynkowo, a wyszedł odpoczynek w ogóle, bo spadła na mnie praca, wgryzła się w tętnicę szyjną, wyssała energię i porzuciła lekko sfatygowaną w godzinach średnio miłych jak na bieganie.

Nadrobiłam już w piątek przed świtem. 15 km po osiedlowych uliczkach, w tym 10 podbiegów. Podbiegi... Podbiegi na wiosce można robić w dwóch miejscach. Najlepiej się do tego celu nadaje cmentarz, a raczej - droga do cmentarza - 130 m pięknego podbiegu pod samą bramę. Nekrościeżka ma jednak jedną wadę. Jest kompletnie nieoświetlona. Po ciemku przy mojej wyobraźni - odpada. Drugie miejsce jest bardzo oświetlone i eksponowane - naprzeciwko pętli autobusowej, która o poranku jest licznie oblegana przez podążających do miasta... Mając zatem świadomość licznej widowni, zasuwałam pod tę górkę w tę i z powrotem i starałam się to robić ładnie :) A potem już w deszczu dotoczyłam się do domu.

Dzisiaj miałam dobre chęci... Ale chęci nadziały się na ścianę deszczu za oknem... I tak od 6 rano się zastanawiam - wyjść? nie wyjść?

Z raju do piekła bram

beautyandb

Falenica zawsze pokazuje mi właściwe miejsce w szeregu... Tak było i tym razem. Obóz nie-obóz, góry, nie-góry - w Falenicy dostaję w kość. ZAWSZE. Nie wiem, jakim cudem udało mi się tam kiedyś nabiegać 52 minuty z jakimś ułamkiem. Generalnie cieszę się, jak uda mi się zmieścić w godzinie. A po zeszłorocznej masakrze (dwa razy sporo powyżej godziny) i w świetle bieżących zmian klimatycznych, w tym żywego lodu na większośc znanych mi ciągów pieszych - nie robiłam sobie złudzeń.Jedyne, co zrobiłam - to żeby zachować biegowy charakter imprezy, rano przezbroiłam buty.

Buty mam śliczniutkie, biało-nieskie z kocim logo. Buty są dwufunkcyjne. W sezonie wiosenno-letnio-jesiennym mają wkręcone króciutkie kolce lekkoatletyczne i służą do biegania na bieżni tartnaowej (średnio 2-3 razy w roku :P). ZImą natomiast, jeżeli nie ma trzaskających mrozów, mozna w nie wkęcić długie kolce i zasuwać po marznącym śniegu. Po dramatycznych opisac stanu wydmy, zdecydowałam sie własnie na długie kolce.

Już na samej wydmie okazało się, że lodowisko falenickie było mocno przereklamowane i zamiast lodu na trasie byl raczej przemielony z lekka (a na trzecim kółku to już nawet nie z lekka) śnieg. Zwykłe terenówki też dałyby radę. Ale jak już zalożyłam - to korzystałam, zwłaszcza na zbiegach, gdzie rozpędzałam się jak mały czołg. Albo nawet (pod koniec) jak śniezna kula z małymi nóżkami. Gorzej bylo na podbiegach.

Istotna uwaga topograficzna. Falenica to taki kawałek Warszawy, gdzie jest las i wydma. Wydma nie jest specjalnie stroma, ale swoje kilkadziesiąt metrów ma. I na tę wydmę wbiega się z 7 stron siedmioma różnymi wbiegami. Te siedem wbiegów składa się na jedno kółko (3,33 km). Na klasycznej dyszce kółka biegnie się trzy. Co oznacza 21 podbiegów. Za każdym razem na 10. podbiegu (3 pobieg drugiego kółka) sama sobie zadaję pytanie, co mnie podkusilo, żeby znowu tam jechać. Na jakimś 17 podbiegu (trzeci podbieg na 3. kółku) wiem, że już jest z górki i dam radę.

Najgorszy jest 6. podbieg. Nie wiem, dlaczego, bo ani nei jest najbardziej stromy, ani (chyba) najdłuższy, ani ostatni. Po prostu go nienawidzę nienawiścią szczerą. Co dziś się zemścilo, bo na każdym kółku pod nr 6. podchodzilam (pod całą resztę wbiegałam), co sprawilo, że kilka osób mnie jednak minęło).

W sumie jednak skończylam bieg po mniej wiecej 57 minutach z malym ułamkiem, co jak na pierwszą Falenicę w sezonie nie jest specjalnie złym wynikiem (ale gorszym niż pierwszy rok temu). Na dodatek skończylam ją ze sporym zapasem sił i mocnym przekonaniem, że podbiegi są moim przeznaczeniem. Następna Falenica już za 2 tygodnie. Zobaczymy...   

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci