Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Falstart...

beautyandb

A miało być tak pięknie... I nawet było. Błoto pokryło się białym śniegiem. Niestety, tylko po wierzchu. A ja - tradycyjnie - zamiast uznać, że jestem nieprzygotowana i statecznie truchtać, wystartowałam jak z procy, rączo galopowałam brzegiem leśnej ścieżki, utaplałam się w błocie do pół łydki, dzielnie zajęłam piąte miejsce w kobiecej stawce - tylko po to, żeby po jednym okrążeniu (3 km), stwierdzić, że dalej nie biegnę. Nie i już. I żadne próby oszukania samej siebie nie zdały egzaminu.

A potem tylko z zazdrością patrzyłam na tych, co to kręcili  drugie, potem trzecie kółko, wpadali na metę ubłoceni po pachy, ale szczęśliwi. Zła byłam na siebie. Tak zwyczajnie po ludzku byłam zła. Bo w sumie mogłam już się nie ścigać, ale chociaż dotruchtać do mety. Co mi przeszkadzało? Zraniona duma? Urażona ambicja? No?

Przecież na pewno nie błoto, które zdradliwie wyślizgiwało się spod butów, rozjeżdżało na wszystkie strony, oblepiało legginsy po sam, excuse le mot, tyłek, szybszym nawet koszulki prawie po kark, a kilku osobom wessało buty i nie chciało oddać. I przecież nie śnieg, który cienką warstwą przykrył lód, przez co wrażenia estetyczne były przyjemniejsze, ale nogi rozjeżdżały się jeszcze bardziej i każda próba przyspieszenie była ryzykiem, które należało podejmować z niezwykłą rozwagą. I nie te kałuże po kostki. Przecież nie to.

Ech...

Mam nadzieję, że moja złość przełoży się na konkrety, czyli na pierwsze treningi - pod nowy sezon. Może już jutro, jak mnie nie zawieje i nie zmiecie.

Bo na razie mam za sobą piękny falstart...

Niebieganie

beautyandb

Skoro ma być o bieganiu, to prowokująco zacznę od niebiegania. Listopad jest dla mnie miesiącem , w którym biegam wyjątkowo mało. Taki sezon. Tylko dwa lata temu udało mi się niemal od początku listopada wejść w nowy trening, niemal z marszu. Ale wtedy sytuacja była sytuacyjna, miałam zaledwie 10 tygodni na przygotowanie się do styczniowego maratonu (patrz: Szejk po azjatycku). Zresztą, dwa lata temu były tylko Złote Kaczki, zaraz jakoś w jednej trzeciej listopada.

Korzystam jednak z tego. Staram się nie zmuszać do biegania. Bo w całym treningu odpoczynek też jest ważny. Zdarzyło mi się, że po intensywnym początku sezonu mniej więcej w maju robiło mi się słabo na samą myśl o bieganiu. Starty były coraz mniej udane, coraz mniej mi się chciało, stawałam w połowie 10kilometrowego dystansu. Co symptomatyczne, wtedy, kiedy z jednego sezonu ciągiem weszłam drugi - przez cały sezon nie poprawiłam życiówki na 10 km, w połówce poprawiłam, ale niewiele, w maratonie - ledwo, ledwo (i to po gigantycznym wysiłku treningowym). Zupełnie inny był ten sezon, poprzedzony solidnym odpoczynkiem.

Dlatego w tym roku trochę więcej słucham organizmu, on też na mnie wymusza odpoczynki. Pierwsze roztrenowanie przyszło w lipcu - kiedy ogólne zmęczenie rozłożyło mnie na łopatki. Drugie - w listopadzie. I o dziwo, z tego roztrenowania zaliczyłam niezły start w Biegu Niepodległości (zdecydowanie najbardziej udany z czterech w których brałam udział). Poza tym jednak biegania jest mało, pojedyncze wyjścia, po kilka kilometrów. Ot, tak, żeby pamiętać, jak ruszać nogami.

A przygotowania do nowego sezonu zamierzam rozpocząć... właściwie już jutro. Startem w Ekobiegu , w Lasku Bródnowskim, gdzie ubiegłej zimy biegało mi się znakomicie. Nie mam wielkich oczekiwań wobec tego startu :) Ma być dobrym wejściem w trening.

Bo przecież wiosna już blisko.

Koniec z niebieganiem.

Trzy, dwa, jeden...

beautyandb

No, to startujemy :) W zupełnie niebiegowym, mega kobiecym entourage, po raz kolejny zaczynam przygodę z blogowaniem o bieganiu. Linki do poprzednich blogów są w sekcji historycznej. A ponieważ do trzech razy sztuka, liczę, że wreszcie będzie to długodystansowy blog z prawdziwego zdarzenia.

Będzie o bieganiu. Ale nie zawsze i nie tylko. Bo wokół biegania dzieją się różne inne rzeczy, które czasami domagają się opisanie, tak jak dwa koty, które właśnie siedzą na komputerze i coraz bardziej natarczywie domagają się, żeby o nich wspomnieć. Czasami będą też obrazki.

Zresztą, co ja będę pisać, co będzie. Może raczej zabiorę się do pisania po prostu.

Aha, mała biegowa metryczka:

10 km - ~45:30 (mam co prawda życiówkę 44:01, nawet całkiem atestowaną, ale w Krynicy, a w Krynicy, o czym wielu wie, pierwsze trzy kilometry były na pysk z górki, więc i wynik jest niewspółmierny do żadnej innej trasy)

21,1 km - 1:39:14 (wiosną w Warszawie)

42,2 km - 3:42:07 (Berlin 2009 - z Berlina nie ma relacji, bo... jakoś nie wyszła)

Czwarty sezon, dziesięciotysięczny kilometr i dziesiąty maraton za mną. Przede mną jeszcze 4 kontynenty, kilka wyzwań i cele na czas najbliższy.

Dla pamięci je zapiszę:

1. Te 3:30 w maratonie. W końcu. Najlepiej w kwietniu.

2. 2 minuty mniej na 10 km. A ponieważ życiówkę na 10 mam wątpliwą, umówmy się, że te dwie minuty oznaczają wynik w okolicy 43 minut.

3. I na pewno... 5 kilo mniej na wadze. Bo ciągnąć ciężki tyłek w biegu jest trudno.

I last but not least - brzuch. Mięśni brzucha nie mam w ogóle. Gdybym miała, biegałabym szybciej...

No, to... 3       2       1

 

START!

 


© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci