Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Zrób sobie raj...

beautyandb

tak mało twórczo ściągam tytuł od Wojtka S., ale z dobrych wzorów nie wstyd czerpać. Nie będzie ani o świętach, bo święta były totalne, z dystansem do komputera, chociaż z bieganiem za to, z podtrzymaniem wigilijnych tradycji, z rodziną i ze sobą. To były dobre Święta.

Ale to nie raj. Raj sobie wymyśliliśmy z moim małżonkiem w ramach prezentu mikołajowo-choinkowego. Bo z prezentami jest trudno, po tylu latach ciężko wymyślić coś nowego, zaskakującego i cieszącego obdarowanego. Więc podarowaliśmy sobie... Wyjazd. A konkretnie - zimowy obóz treningowy z Grzegorzem Gajdusem organizowany przez Bieganie.pl.


Sam pomysł wyjazdu był dość egzotyczny, bo na obozy to oboje jezdzilismy, a właściwie każde z osobna, raczej w latach średnioszkolnych, czyli kilkanaście lat temu, z haczykiem. A poza tym przez ostatnie kilkanaście tygodni nasze prace zawodowe były na tyle ekspansywne, że właściwie kilkudniowy urlop powinniśmy przeleżeć przed TV z paczką czipsów i dobrym winem... A my - nie. Obozu nam się zachciało.

Kilka dni przed wyjazdem dostaliśmy ramowy program obozu. Pobudka - 7.30 (hura! wyśpimy się!), potem śniadanie, trening, obiad, trening, kolacja, basen, cisza nocna. Program wywołał moją prawdziwie dziką radość. Wreszcie ktoś będzie za mnie myślał - co mam robić, co po czym... A ja będę tylko biegać. Genialnie. Normalnie - raj...

Do Kęt przyjechaliśmy w poniedziałek tuż po 13. O 15.30 nastąpił wymarsz na pierwszy trening. Najpierw kilometr truchciku do hali, potem jeszcze ze dwa kilometry na obudzenie, na hali troszkę rozciągania, płotki (na szczęście bez skakania), przebieżki. Nic specjalnego, żadnych fajerwerków, coś w stylu Siennickiej. A po treningu kolacja i wieczorek zapoznawczy...

Na wieczorku dostaliśmy PROGRAM OBOZU. Od ramowego specjalnie się nie różnił... Tylko kilka szczegółów.

Szczegół pierwszy nazywał się rozruch. O 7 rano. Dla chętnych. Chętnych było raptem kilka osób, ale oczywiście, ja też. No, bo jak obóz, to korzystam, nie? No jak nie, jak tak. Truchcik, niecałe 3 km, kilka ćwiczeń - na dobry początek dnia. Prysznic. Śniadanko. Raj. Za chwilę trening. Tym razem całkiem poważnie - 1,5 km dobiegu, potem pętla 3 km i mamy sobie nią biegać godzinę. Pętelka lekko krosowa. Na pierwszej mam wszystkiego dość, na drugiej się rozkręcam, poza tym muszę uważać, żeby się nie zgubić, trzecią ciągnę resztką sił. 8,6 km w niespełna 51 minut. Wystarczy. Teraz następują grupowe skipy i skoki. Zabawnie wyglądamy podskakując w padającym śniegu. Kilka serii i truchcikiem wracamy do hotelu. Za godzinę mamy obiad. Po obiedzie - wykład. O bieganiu. O sylwetce podczas biegania. Oglądamy zapis naszych biegów z wczoraj... No cóż, kuper mnie ciągnie do tyłu, to wiem nie od dziś...

Po wykładzie biegiem się przebieramy i gnamy na kolejny trening - tym razem inna hala i półtorej godziny z rozciąganiem, ale przede wszystkim z... piłkami lekarskimi... Powrót, szybki prysznic, kolacja i pora na basen. Ledwie ruszam nogami i rekami, kilka długości leniwej żaby i uciekam do jaccuzzi. A potem do sauny troszkę się podgrzać. Czuję, że każdy mięsień, każde ścięgno mnie boli. Na myśl o zakwasach robi się słabo...

Nie wiem, jak jutro wstanę...

Ale mam raj :)

Bo w życiu trzeba mieć cel

beautyandb

A na pewno - w bieganiu. Bieganie bez celu może i jest przyjemne, ale nie ma w sobie nic motywującego. A kiedy termometr za oknem pokazuje -15, a na chodniku zalega 15 cm śniegu, gdzieniegdzie wyślizganego gołego lodu, wtedy motywacja musi być wyjątkowo silna. Motywacja, żeby wyjść spod cieplutkiej kołdry, żeby wychynąć w te minusy, żeby wbrew zdrowemu rozsądkowi - biegać.


A jaka motywacja jest najlepsza dla biegacza? No cóż... Po tym jak kolejny grudniowy tydzień spędziłam, obiecując sobie, że już wreszcie zacznę trenować (ale niby po co? dlaczego? jaki jest cel? - pytał z uporem maniaka rozleniwiony przydługim roztrenowaniem rozum), w poniedziałek (13 grudnia) poszłam va banque. Rotterdam - 10.04. 2011. Maraton numer 11. Tym razem - razem z małżonkiem, który dał się porwać mojemu szaleństwu i podjął wyzwanie.


Zatem mam cel. Czasowy również, ale o tym później. Na razie - pora się rozbiegać, żeby od stycznia spokojnie wejść we właściwy plan treningowy. W poniedziałek, kiedy już wiedziałam, że ten Rotterdam, ale jeszcze zanim nacisnęłam enter w formularzu rejestracyjnym, poczułam, że rozum walczy przeciw tej decyzji. Czułam, jak od środka rozkłada mnie przeziębienie, a nos zaczął przypominać Niagara Falls. Z naciskiem na Falls.I kiedy już byłam gotowa poddać kolejny dzień, wpadłam na szatański pomysł.

Uciekając od terapii szokowej i zapobiegając potencjalnemu zniecęceniu, które dopada mnie mniej więcej kilometr od domu, tym razem pognałam do klubu. 10 km na bieżni mechanicznej nie było najprzyjemniejszym przezyciem dnia, ale nos jakby się uspokoił. Dołożyłam zatem jeszcze 40 minut ćwiczeń siłowych oraz przyjemny kwadrans w saunie. W domu byłam późno, ale za to w niezłej formie. Mimo nawrotu niagary...

We wtorek nadal nie czułam się za dobrze, ale nie było też specjalnie gorzej. Znowu zatem potoczyłam się do klubu. Tym razem 10 km podzieliłam na kawałki, bo wypicie szklanki spienionego mleka przed treningiem nie było dobrym pomysłem. Na planowane 14 km nawet sie nie porywałam. Za to znowu spędziłam kilka przyjemnych chwil w saunie.

W środę nie czułam się jak nowonarodzona, ale niagara zakończyła swoją działalność. A ja oddałam się przyjemnościom wykonywanej pracy, która tego dnia miała wyjątkowo przyjemny aspekt. A na zakończenie dnia wylądowałam w pewnym centrum handlowym, gdzie odybłam trzygodzinny marsz na obcasach, uznając, że trening siły tym samym zostal odbyty. W czwartek... no cóż. Nie wstalam, a wieczorem jednak nie zmusiłam siędo wyjścia.

Za to w piątek skorzystałam z dnia wolnego i... mimo tych -11 na termometrze, postanowilam wyjść z domu. A że to pierwsze tak mroźne bieganie w tym sezonie, więc najpierw się ubrałam... Ocieplane legginsy, a na to spodenki dresowe nieprzewiewne  - w takim zestawie jeszcze nie biegałam, nawet przy - 20. Do tego koszulka z dlugim, koszulka z krótkim, kurteczka, cienkie rekawiczki, tuba na szyje, czapka. I w drogę! W samo południe wyruszyłam do lasu.

Po trzech kilometrach już wiedziałam, gdzie zrobilam błąd. Za dużo na dole, za małona górze. Ale postanowiłam się nie poddawać. Tym bardziej że słońce świeciło pełnią  zimowego blasku, a las skutecznie osłaniał przed wiatrem Lesna ścieżka w większści była ubita i wygodna, zaryzykuję, że wygodniejsza niż latem, kiedy czlowiek grzęźnie po kostki w piachu. Dobiegłam do mojej ulubionej pętli (3 km), zrobiłam pętlę (7 km), zrobilam drugą pętlę (następne 7), wrócilam do domu... W sumie - 20 km w 2 h 6 minut. Wolniutko, ale przyjemnie. Dobiegając do domu miałam oszronioną twarz i uśmiech od ucha do ucha jak przyklejony.

Prosto z lasu, biorąc po drodze gorący prysznic, pojechalam do Szpaitala na Solcu, gdzie poddałam się badaniu. Echo, EKG, próba wysiłkowa, pojemność płuc i tak dalej i tak dalej. Zdrowa jestem. Serce mam jak dzwon. Krew - czerwoną najczystszą czerwienią. Oddycham też nienajgorzej, chociaż już nie tak modelowo. W każdym rzie biegać mogę. I to całkiem szybko. Pod warunkiem, że potrenuję.

No, to trenuję dalej. Dzisiaj poranna leśna pętelka - 11 km, jeszcze wolniej niż wczoraj. Robieguję się. Powoli.

Do Rotterdamu zostało... 3 miesiące i 22 dni.

Pierwsze koty...

beautyandb

... za płoty, jak mówi powiedzenie. Moje koty oczywiście by się obraziły. Za jakie płoty? One przecież nosa na śnieg nie wyściubiają i jak tylko przyłożę głowę do poduszki - natychmiast gdzieś koło tej poduszki się układają. A taki mruczący w ucho kot bynajmniej nie ułatwia porannego wstawania, szczególnie jak za oknem jest minus sto stopni (no dobra, tylko -15, ale co to za różnica), a śnieg sięga połowy łydki...

Co chcę przez to powiedzieć? Że może i na trening nie ma złej pogody, ale za każdym razem pierwsze uderzenie zimy jest dla mnie traumatyczne i jakoś nie mogę uwierzyć, że rok wcześniej w takich warunkach biegałam.  W ubiegłym roku pierwszy solidny mróz wygnał mnie - po trzech sezonach biegania wyłącznie w terenie - na bieżnię elektryczną. Nie było to może jakieś ekscytujace przeżycie, po 10 minutach myślałam, że umrę z nudów, ale jakoś dałam radę. Koniec końców, efekty treningowe były, a przecież o to chodzi...


W ubiegłym tygodniu też udałam się na bieżnię elektryczną, pod dach, tym razem obyło się bez umierania z nudów, bo w klubie, gdzie bywam, bieżnie są wyposażone w telewizory. Obejrzałam eliminacje skoków narciarskich, pobiegałam, zrobiłam 4x2 km w narastającym tempie od 4:34 do 4:28. Było super :) BTW, po okresie prób i błędów już wiem, że TVN 24 kompletnie nie nadaje się do drugiego zakresu. Najlepsze są seriale obyczajowe. Takie na przykład "Ranczo" genialnie się ogląda :)

 

A potem ni z tego ni z owego w sobotę wybrałam się na Bieg Mikołajkowy. W Biegu Mikołajkowym na Kabatach zazwyczaj robiłam życiówkę, którą potem do kolejnej jesieni ścigałam. Tym razem miałam z głowy. Żebym nie wiem w jakiej formie była, wiadomo było, że życiówki nie zrobię. Zatem mogłam się pławić powoli i dostojnie w śniegu - miejscami po kolana, miejscami co prawda poniżej kostki, ale za to wyślizganym w gustowne bruzdy, na których nogi rozjeżdżały mi się jak bym startowała w konkurencji najlepszy szpagat na śniegu.

 

Nie startowałam. Startowałam w konkurencji zgoła innej. Byle dobiec. Po trzech kilometrach miałam dosyć, po pięciu rozważałam zmianę dyscypliny na marsz raźnym krokiem, po ośmiu doszłam do wniosku, że skoro już jestem prawie na mecie, to może jednak spróbuję pobiec. Ostatecznie skończyłam w 57:28, zajmując zaszczytne czwarte miejsce w klasyfikacji kobiet, za co otrzymałam stosowny pucharek. A to, że pierwsze miejsce przegrałam ścigając się jak jakiś debiutant na pierwszym kilometrze, drugie - na piątym, a trzecie - na ósmym - mniejsza o to.

Większa, że śnieg śniegiem, ale na Kabatach jest prawie płasko... A za miesiąc startują moje "ukochane" falenickie górki. Czarno to widzę, oj, czarno...

Dlatego dzisiaj już odbyłam długą rozmowę z trenerem :) i... od jutra się biorę. Za siebie przede wszystkim. I za siłę.

A na razie - pierwsze koty... już poszły spać. I ja też idę, bo w końcu - rano trzeba wstać, rano to jest... tak tuż po piątej.


 


Falstart...

beautyandb

A miało być tak pięknie... I nawet było. Błoto pokryło się białym śniegiem. Niestety, tylko po wierzchu. A ja - tradycyjnie - zamiast uznać, że jestem nieprzygotowana i statecznie truchtać, wystartowałam jak z procy, rączo galopowałam brzegiem leśnej ścieżki, utaplałam się w błocie do pół łydki, dzielnie zajęłam piąte miejsce w kobiecej stawce - tylko po to, żeby po jednym okrążeniu (3 km), stwierdzić, że dalej nie biegnę. Nie i już. I żadne próby oszukania samej siebie nie zdały egzaminu.

A potem tylko z zazdrością patrzyłam na tych, co to kręcili  drugie, potem trzecie kółko, wpadali na metę ubłoceni po pachy, ale szczęśliwi. Zła byłam na siebie. Tak zwyczajnie po ludzku byłam zła. Bo w sumie mogłam już się nie ścigać, ale chociaż dotruchtać do mety. Co mi przeszkadzało? Zraniona duma? Urażona ambicja? No?

Przecież na pewno nie błoto, które zdradliwie wyślizgiwało się spod butów, rozjeżdżało na wszystkie strony, oblepiało legginsy po sam, excuse le mot, tyłek, szybszym nawet koszulki prawie po kark, a kilku osobom wessało buty i nie chciało oddać. I przecież nie śnieg, który cienką warstwą przykrył lód, przez co wrażenia estetyczne były przyjemniejsze, ale nogi rozjeżdżały się jeszcze bardziej i każda próba przyspieszenie była ryzykiem, które należało podejmować z niezwykłą rozwagą. I nie te kałuże po kostki. Przecież nie to.

Ech...

Mam nadzieję, że moja złość przełoży się na konkrety, czyli na pierwsze treningi - pod nowy sezon. Może już jutro, jak mnie nie zawieje i nie zmiecie.

Bo na razie mam za sobą piękny falstart...

Niebieganie

beautyandb

Skoro ma być o bieganiu, to prowokująco zacznę od niebiegania. Listopad jest dla mnie miesiącem , w którym biegam wyjątkowo mało. Taki sezon. Tylko dwa lata temu udało mi się niemal od początku listopada wejść w nowy trening, niemal z marszu. Ale wtedy sytuacja była sytuacyjna, miałam zaledwie 10 tygodni na przygotowanie się do styczniowego maratonu (patrz: Szejk po azjatycku). Zresztą, dwa lata temu były tylko Złote Kaczki, zaraz jakoś w jednej trzeciej listopada.

Korzystam jednak z tego. Staram się nie zmuszać do biegania. Bo w całym treningu odpoczynek też jest ważny. Zdarzyło mi się, że po intensywnym początku sezonu mniej więcej w maju robiło mi się słabo na samą myśl o bieganiu. Starty były coraz mniej udane, coraz mniej mi się chciało, stawałam w połowie 10kilometrowego dystansu. Co symptomatyczne, wtedy, kiedy z jednego sezonu ciągiem weszłam drugi - przez cały sezon nie poprawiłam życiówki na 10 km, w połówce poprawiłam, ale niewiele, w maratonie - ledwo, ledwo (i to po gigantycznym wysiłku treningowym). Zupełnie inny był ten sezon, poprzedzony solidnym odpoczynkiem.

Dlatego w tym roku trochę więcej słucham organizmu, on też na mnie wymusza odpoczynki. Pierwsze roztrenowanie przyszło w lipcu - kiedy ogólne zmęczenie rozłożyło mnie na łopatki. Drugie - w listopadzie. I o dziwo, z tego roztrenowania zaliczyłam niezły start w Biegu Niepodległości (zdecydowanie najbardziej udany z czterech w których brałam udział). Poza tym jednak biegania jest mało, pojedyncze wyjścia, po kilka kilometrów. Ot, tak, żeby pamiętać, jak ruszać nogami.

A przygotowania do nowego sezonu zamierzam rozpocząć... właściwie już jutro. Startem w Ekobiegu , w Lasku Bródnowskim, gdzie ubiegłej zimy biegało mi się znakomicie. Nie mam wielkich oczekiwań wobec tego startu :) Ma być dobrym wejściem w trening.

Bo przecież wiosna już blisko.

Koniec z niebieganiem.

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci