Menu

Ania biega

Biegać zaczęłam przypadkiem. Z czasem bieganie stało się nieodłączną częścią mnie. Więc - biegam bo lubię. I piszę o bieganiu, bo to też lubię. Kontakt: annap@post.pl

Nie zdążyłam, czyli nieoczekiwanie przerwany BPS

beautyandb

W sporcie taka historia w zasadzie nie ma prawa się wydarzyć. Chociaż zaraz mnie pewnie ktoś sprostuje, bo być może jednak… Jeżeli już się zdarza – to raczej przesunięcie terminu na później. Tak jak w Mistrzostwach Polski w maratonie w 2010 r. , w tym roku – w maratonie w Himalajach. Ale życie pisze nieoczekiwane scenariusze i okazuje się, że czasami  na BPS zwyczajnie nie starcza czasu. To mi się właśnie wydarzyło, a fraza „nie zdążyłam” była chyba tą, którą najczęściej powtarzałam przez minione dwa tygodnie.

A przecież plan był taki prosty. Do początku grudnia w pracy, potem 5 tygodni na to, żeby dosprzątać mieszkanie, samochód, wymienić opony, urządzić święta – i po Nowym Roku trafić spokojnie do szpitala. Tu miałam mały stresik, bo oczywiście wymyśliłam sobie szpital pierwszego i drugiego wyboru, ale nie poczyniłam ani kroku, żeby mieć gwarancję, ze właśnie tam mnie przyjmą. Owszem, o tym pierwszym słyszałam (i czytałam), że trzeba mieć „swoją” położną. To tak jakby na maraton zatrudnić osobistego pacemakera. – Naprawdę jest konieczna? – zapytałam lekarki prowadzącej. Ona akurat była lekko sceptyczna. – Głównie dla pani komfortu psychicznego. – wyjaśniła. Ciekawe, że już lekarka od USG twierdziła, że w moim wieku i w ogóle… to już wyłącznie.

Taaak. W moim wieku i z moją historią to powinnam od razu wybrać cesarskie cięcie, zrobić kwalifikację u konkretnego lekarza i pozamiatane. Tylko że poza tym wskazań ściśle medycznych do cesarki było brak, a w szkole rodzenia zrobili mi pranie mózgu i przestawili tryby myślenia. Dlatego szukałam wszystkich możliwych wskazań i przeciwwskazań. Ułożenie dziecka? Prawidłowe. Masa? Nie będzie bardzo duże. Mój zabieg z wiosny? Nie, nie naruszał mięśni. Ryzyko konfliktu płytkowego? Ale nie ma przeciwciał, poród naturalny byłby nawet wskazany. Tak naprawdę zastanawiałam się do ostatniej wizyty u lekarza. To znaczy, ona nie miała być ostatnia.

Ale tak wyszło.

To mniej więcej tak, jakbyście się szykowali na ultra i nagle ktoś Wam powiedział, że start jest miesiąc wcześniej. I to właściwie z dnia na dzień.        

Komplikacje zaczęły się zaraz potem, jak już wzięłam zwolnienie. Organizm chyba poczuł lekkie rozprężenie, bo jak przez całą ciążę właściwie żadne infekcje mi się nie imały, tak tu po czterech dniach dopadł mnie koszmarny kaszel. Dwa dni kuracji miodem, mlekiem, imbirem, czosnkiem, malinami etc… poskutkowało tylko tym, że do kaszlu dołączył jeszcze katar, skutecznie niwecząc moje plany sesji ciążowej, która już była umówiona, Tak, bardzo chciałam mieć te zdjęcia, czekałam prawie do ostatniej chwili. Z cieknącym nosem i oczami w końcu się poddałam i przełożyliśmy spotkanie na piątek.

Tylko że wcześniej nastał wtorek. O świcie pognałam do internisty, bo ten kaszel z katarem nadal nie wyglądały obiecująco. Internista wypisał antybiotyk, po weryfikacji u doktor prowadzącej nawet zdazyłam się w niego zaopatrzyć. A potem pojechaliśmy z małżonkiem do centrum, bo miałam też skierowanie na kontrolne ktg od 37. tygodnia. Ot, tak na wszelki wpadek.

No i właśnie wypadku było trzeba. Poszłam do przychodni, specjalnie żeby z tym katarem i kaszlem nie siedzieć między kobietami w ciąży na Izbie Przyjęć. Szybciutko weszłam, podpięli mnie do aparacika, leżę i słucham. I nagle, tuż przed końcem badania, poddenerowowana położna każe mi zmieniać pozycje, głęboko oddychać, leci po lekarza… Lekarz wpada, każe mi się jeszcze inaczej ulożyć, znowu oddychać…    Po chwili wszystko wraca do normy, ale przytrzymują mnie pod aparacikiem drugie tyle. A na koniec dostaję jeszcze konsultację lekarską, z której lekarz odsyła mnie bezpośrednio do Izby Przyjęć. Tam od razu znowu podpinają mnie pod aparat. Tym razem zapis jest książkowy, ale na koniec słyszę: Dobrze by było, gdyby pani już  u nas została. Oczywiście nie musi pani, ale…

Robi mi się ciemno przed oczami… Wiadomo, zostaję, ale nie wiadomo, co dalej. Zostaję… Pańcia z torebeczką i kartą ciąży, bo przecież inne badania akurat nie były mi potrzebne. Na szybko robię Tomkowi listę rzeczy niezbędnych. Nie zapominam o szlafroku, ale zapominam o takich rzeczach, że to… aż wstyd pisać ;-) Zostaję na Żelaznej. W tej całej sytuacji to jedyny pozytyw. Właśnie na Żelaznej chciałam rodzić, ale cały czas miałam perspektywę, że zostaniemy odesłani. Tymczasem na razie sami mnie tu zatrzymali. No, ale do terminu porodu jeszcze ponad trzy tygodnie, chyba nie będą mnie tu trzymać przez święta… Tomek wraca jeszcze w środku nocy, przywozi mi rzeczy.

Zrazu mimo szpitalnych okoliczności nie jest źle. W środę w południe zostaję na sali sama, co skrzętnie wykorzystuję na pozakręcanie kaloryferów i wietrzenie. Potem już da się wytrzymać. Wieczorem załogę uzupełniają jeszcze Asia i Ania – przez te 36 godzin we trzy zdążamy się trochę zakumplować, choć każda z inna historią i perspektywą. Przez środę i czwartek wszystko jest super, cztery razy na dobę podpinają mnie na godzinę pod ktg, zapisy są książkowe. Zaczynam powoli myśleć, że może mnie wypuszczą…

Aż do piątkowego obchodu. Bo w piątek mamy skończony 37 tydzień ciąży, czyli formalnie ciąża jest uznana za donoszoną. I na obchodzie pan doktor mówi, że „będziemy indukować poród”. Że co??? Dopiero sobie uświadamiam, jak bardzo byłam nieprzygotowana. A te wszystkie liście malin, masaże, przygotowania, nie wspomnę o rzeczach (nadal nie mam ze sobą torby dla maleństwa)…

Tymczasem przypinają mnie do ktg, za chwilę mają podać oksytocynę. No, ale to jeszcze nic nie znaczy. Tomek zagląda do mnie rano, potem ma jechać do szkoły, pozaliczać wszystkie egzaminy w „zerówce”, żeby potem mieć swobodną głowę. Leżę pod tym ktg i nagle… Znowu wpada położna, lekarz, znowu muszę oddychać do brzucha, znowu coś jest nie tak, tętno maluszka spada. Na chwilę, ale spada. Lekarz decyduje szybko – urodzi pani dzisiaj. Najdalej w nocy. Nikt nie będzie ryzykował trzymania pani dłużej. Mam wrażenie, że ruszyła lawina. Pytam położnej, jak czasowo to ma wyglądać. Dzwonię do małżonka, żeby już się nie douczał, bo nie zdąży nigdzie pojechać. A najlepiej, jakby dopakował rzeczy dla Marcinka i za jakieś 3 godziny pojawił się w szpitalu z powrotem. Na smsach wypisuję, co oprócz ubranek powinno być w torbie. Ta uprana już czekała, tylko ciągle mi  czegoś brakowało, żeby ją spakować.

Na smsach jestem też w kontakcie z moją panią doktor, która dzwoni do doktor dyżurnej. Oczekiwanie trochę się przedłuża, ja cały czas jestem podpięta pod ktg i kroplówkę z oksytocyną, od śniadania już nie jem. W końcu pani doktor kończy zabieg i ma chwilę dla mnie. Zaczyna się nieźle, bo mam na sobie koszulkę półmaratonu w Wiązownie, okazuje się, że to jej okolice, a wcześniej mieszkała tak, że prawie byłyśmy sąsiadkami. Gadamy sobie zatem przyjemnie, prawie nie odczuwam nieprzyjemności badania. Ustalam, że gdyby tylko coś się znowu z tym tętnem działo, będzie cięcie, trudno. Wracam na salę, chwilę potem przybywa małżonek, dosłownie w ostatniej chwili, bo już zgarniają nas na… blok porodowy.

Sala morelowa. Jest bosko. Duża sala, wanna, łazienka, piłki, drabinka, lina… Rozgaszczamy się. Ja cały czas z tą okropną kroplówką, ale staram się nie zwracać na nią uwagi. Po 19 pojawia się położna, która będzie się nami zajmować. Patrzę spod oka. – Pani prowadziła zajęcia w szkole rodzenia? – pytam niepewnie. – Tak, z porodu. To co? Sprawdzian praktyczny? – półżartem odpowiada położna. Fajnie. Zaczęło się nieźle. Ale to złudzenie. Przez następną godzinę nic się nie dzieje. Niby mam skurcze, ale ani jakieś silne, ani regularne. Timer do skurczów (tak, są takie aplikacje, serio, nawet ściągnęłam jedną) okazuje się kompletnie nieprzydatny. Chodzę, gadamy, jest radio, więc zaraz w tle wybrzmiewa Lista Przebojów Trójki. Śmieję się, że mały powinien się czuć jak u siebie w domu, w końcu zawsze w piątek wracaliśmy z pracy słuchając listy…

Niestety, po tej godzinie na jakiś czas kończy się wolność. Znowu ktg, oksytocyna już cały czas. Leżę pod aparatem dobrze ponad godzinę. Skurcze robią się coraz silniejsze, ból coraz trudniejszy do zniesienia, wydaję z siebie dziwne dźwięki… Położna przynosi ciepły kompres, Tomek przykłada mi go do pleców. Gdzieś w międzyczasie odwiedza nas lekarz dyżurna, położna opowiada o innej rodzącej, co to miała powiedzieć, że skoro przebiegła maraton, to i dziecko urodzi. – Ja przebiegłam dwadzieścia, ale nie pamiętam, żeby którykolwiek tak bolał – odpowiadam gdzieś w przerwie. Z rozmowy wynika, że dla odmiany pani doktor ma w swoim życiorysie epizod triathlonowy. Ładnie trafiłam.

I wtedy zaczynam sobie uświadamiać jak się czuję. Dokładnie tak, jak na tych dwóch ultra, co to się do nich nie do końca przygotowałam. Jak na 35. kilometrze Supermaratonu Gór Stołowych, kiedy jeszcze do mety było daleko, choć było ją słychać nieznośnie blisko…      

Gorzej, że robię się zmęczona. Normalnie zasypiam w przerwach między skurczami. Tyle że przerwy coraz krótsze. Wtedy, kiedy nie zasypiam, staram się coś z humorem i dystansem zaprodukować, bo widzę, że małżonek też ma trochę dosyć. Okupuję piłkę. Tak jest trochę wygodniej.

W końcu koło jedenastej postanawiam się poddać. Jakbym znalazła tego, co mnie namówił na poród siłami natury… Kiedy zagląda położna, pytam o znieczulenie. – O północy podepnę panią pod ktg, jak wszystko będzie w porządku, podamy znieczulenie – mówi. Czas wlecze się niemiłosiernie. Jeszcze przed północą Tomek ściąga położną do sali. Krótkie badanie, 4 cm rozwarcia… Matko, jeszcze drugie tyle… - myślę z przerażeniem, czekam na to znieczulenie jak na wybawienie. Położna idzie po lekarza. Mija północ. Przychodzi lekarka. Jeszcze raz bada. Jakie 4 cm? Osiem. Tu już nie ma czego znieczulać, za chwilę człowiek się urodzi. Dźwięki, które z siebie wydaję, nie mają już nic wspólnego z ludzkimi. Ale to już absolutny finisz. Za chwilę człowiek wystawia główkę, potem panie mną sterują i wyciągają małego. Kładą mi go na brzuchu.

Mam łzy w oczach, od razu zaczynam coś nawijać do synka…

Ależ poszło. Jak na tym maratonie karkonoskim, co ledwo się dowlokłam do półmetka i już chciałam zejść z trasy, kiedy nagle odzyskałam animusz i do mety wyprzedziłam jeszcze 30 osób. Czuję się równie padnięta. Tylko… dużo bardziej szczęśliwa. Tulę w ramionach największy skarb, największe szczęście. Już nie ma znaczenia, że z czymś nie zdążyłam. Synek jest z nami – i tylko to się liczy. Drobniutki, niecałe 3 kg, ale długi, zdrowy, dostaje 10 pkt. Mamy następne dwie godziny tylko dla siebie… Najlepszy czas. Jak tuż za metą po życiówce… Taka życiówka!           

Z tego wszystkiego nie robimy zdjęć. Może to i lepiej. – Tylko jednego ujęcia żałuje. Tego, jak ci położyli małego na piersi – mówi mąż.

Za chwilę musi zniknąć w mroku nocy, a my z Marcinkiem trafiamy na ogólną salę. Potem jeszcze na inną. Spędzamy w szpitalu jeszcze trzy doby. Poznajemy się. Mam najcudowniejszego synka na świecie. I męża, który w tym czasie nadrabia to, czego nie zdążyliśmy posprzątać. Prawie mu się udaje zdążyć. Mnie też się prawie udaje zrobić pierogi na Wigilię. Ale jeszcze w pierwsze święto mama i mąż dolepiają reszteczki.

Z wpisem też nie zdążyłam. Miał być na Wigilię, ale… prawdę powiedziawszy dopiero wczoraj włączyłam komputer…

Mam nadzieję, że z następnym, ważnym wpisem, zdążę przed szampanem (bezalkoholowym rzecz jasna).1934421_10153403507323845_3195003844990872312_n

Rys. Tomasz Pojawa

Dziewczyny, co z Waszymi plecami?

beautyandb

Zauważyłam, że od kiedy nie biegam, z pewnym masochistycznym upodobaniem przyglądam się temu, jak biegają inni. Zresztą, styl , czy może raczej technika w bieganiu zawsze mnie fascynowała. Zwłaszcza, jak oglądałam zdjęcia po biegu. Swoje zdjęcia, uściślijmy.

Najlepsze do celów obserwacyjnych są zdjęcia z… Nie, no właśnie wcale nie z mety. Bo przed metą człowiek się jeszcze spina, krzesze z siebie ostatki sił i stara się jakoś dziarsko wyglądać. Najlepsze są zdjęcia z tych stref, gdzie fotografowie rzadko stoją. Na maratonie – gdzieś po 34. kilometrze. Na  dyszkę – gdzieś między 8. a 9. Tam, gdzie wychodzi, czy aby początek nie był zbyt szybki, tam, gdzie nie stoją kibice i gdzie zmęczenie czasami bierze górę.  Wtedy zdjęcia zabłąkanych obiektywów bezlitośnie obnażają pewne sprawy.

U siebie na przykład zauważyłam w  pewnym momencie, że im bardziej jestem zmęczona, tym bardziej blisko siebie stawiam kolana, a tylny aspekt osobowości, eufemistycznie zwany pupą, zaczyna zostawać kilometr za mną i ciągnie do tyłu. Z taką powyginaną paralitycznie sylwetką biegnie się raczej mało efektywnie, o efektowności nie wspominając. 

Teraz patrzę sobie na innych. I tak Bieg Niepodległości, w którym miałam okazję pomaszerować, dał mi pole do obserwacji niemal naukowych. Bo kiedy sobie szłam w stronę mety, mijało mnie kilka grup biegaczy, tych z tzw. ogona, z tylnych szeregów, raczej truchtaczy niż ścigaczy. Patrzyłam sobie głównie na panie (co w moim stanie jest zrozumiałe, poza tym – wiadomo, sędzia małżonek na mecie, lepiej uważać). I tak właśnie gdzieś między tym 8. a 9. kilometrem, kiedy Ania cwaniara maszerowała sobie wspierając się na kijkach, co pozwalało na fajne zbalansowanie ciężaru ciała i trzymało w ryzach ramiona, obok przetaczało się coraz więcej pań, które…

Kuliły się w sobie. Dosłownie. Plecy albo zgięte w pałąk , jak przerośnięte nastolatki, które próbują ukryć rozwijający się biust. Te panie chowały swój biust, wgniatały go w plecy, które coraz bardziej przypominały wielbłąda jednogarbnego. Inne nie do końca miały siłę się kulić, więc… Ich plecy były zakończone smętnie zwisającymi ramionami, najczęściej na jedną stronę bardziej.  A ramiona, zamiast pomagać i dawać napęd – były zbędnym balastem, obciążeniem dla całej sylwetki.

Nie wyglądało to ładnie. O nie. Ale nie o estetykę tu idzie. Kuląc plecy i próbując wgnieść sobie biust w grzbiet, panie owe pozbawiały się normalnego oddechu, dzięki czemu bieg był dla nich coraz większym wysiłkiem i udręką. A, pardą, bieg na 10 km w okolicach godziny to nie jest wysiłek ponad siły średnio sprawnej kobiety nawet w średnim wieku. Chyba że biegnie, czy też usiłuje biec, z zamkniętą klatką piersiową, przeszkadzając sobie rękami, i musi walczyć o każdy haust powietrza. Wtedy faktycznie, zmacha się, jakby pędziła na 35 minut.

Piszę o paniach, bo panowie po pierwsze mają mniejszy biust, a po drugie – akurat plecy kulą rzadziej, być może dlatego, że od czasu do czasu bywają na jakiejś siłowni, porzucają ciężarami, być może też dlatego, że częściej wykonują  prace fizyczne i noszą większe ciężary na co dzień, mają tzw. górę lepiej umięśnioną i łatwiej im zachować sylwetkę w trakcie biegu. Panie często zaczynają przygodę z bieganiem, żeby schudnąć. Truchtają, chudną, wszystko jest w porządku, nie mają potrzeby ścigania, człapią sobie powolutku – i nic im te skulone ramiona nie przeszkadzają. Musiałyby zacząć chcieć biegać szybciej. Albo popatrzeć na swoje zdjęcia.  

Bo dla niektórych sam pomysł pójścia na siłownię czy poćwiczenia z ciężarami jest z punktu odstręczający, bo mięśnie, bo muskuły, bo babochłopy… Stosunkowo najlepiej wypadają młode mamy – bo od noszenia dzieci jakieś tam mięśnie mają. Ale te, które już zapomniały jak się nosi albo nie miały okazji ponosić, nie pracują fizycznie i nie uprawiają innych sportów, też nie są bez szans.

Najprostsze, co można zrobić z tymi plecami, to zacząć pływać. Regularnie, 2-3 razy w tygodniu, pod okiem instruktora. Na basenie muskulatury się nie zrobi, co najwyżej rzeźbę. I to jaką. Ale basen… Nie wszędzie jest, bywa drogi, a poza tym to cała wyprawa. No to może jednak siłownia? Małe hantle, sztangielki? Od małego ciężaru podnoszonego w długich seriach te mięśnie nie powinny się nadmiernie rozrosnąć. Że na siłownię za daleko albo nie po drodze? To może chociaż w domu? Od czasu do czasu niektóre dyskonty wypuszczają w ofercie lekkie hantelki 90,5-4 kg), kettle (2-5 kg), zestawy obciążników. Wystarczy trochę nimi pomachać 2-3 razy w tygodniu – i nawet torebka będzie nam się potem lepiej nosiła. Nie mówiąc o tym, jak takie podrzeźbione plecy będą wyglądać w sukience wieczorowej!

A jak już nawet na te kettle nie macie ochoty wydawać kasy – poćwiczcie choćby z butelkami wody mineralnej czy innych napojów – od 0,5 do 2 kg. Nie trzeba dużo, wystarczy – systematycznie.

Ja do dziś pamiętam swój szok, kiedy nagle w moim planie treningowym pojawiło się machanie handelkami i podskoki ze sztangą. Podskoki akurat miały zupełnie inny cel, ale te hantelki – banalne ćwiczenie, najprostsze pod słońcem. Machanie rękami tak, jak się powinno w trakcie biegu, unoszenie ramion do boku, unoszenie ugiętych ramion do boku… Banał, prawda? A przynosi efekty. Dopiero potem wpadłam na to, że można po prostu popływać. I nawet dzisiaj, kiedy już w końcu doczekałam się zakazu biegania i chodzenia po steperze, to przynajmniej hantelkami machać mogę. I będę z tego przywileju korzystać, póki się da ;-)  Bo lubię swoje plecy, które niedługo czeka poważne wyzwanie….

A Was, Dziewczyny, proszę, obejrzyjcie swoje zdjęcia.

Tak żeby na następnym biegu odetchnąć pełną piersią. Wtedy tą dyszkę wciągnięcie nosem. Może nawet pokażecie mi plecy. Trochę inne niż w tym roku. A na pewno - zdjęcia będziecie mieć lepsze ;-)       

Mój Marsz Niepodległości #anianiebiega

beautyandb

- Pamięta mnie pani? – zaczepiła mnie gdzieś w okolicy wiaduktu przy Dworcu Centralnym ładna blondynka z kręconymi włosami. Na moje lekko zdezorientowane spojrzenie (chociaż coś mi mgliście światło pod czaszką) pospieszyła z wyjaśnieniem – Biegłam z panią rok temu. A dzisiaj sama biegnę jako motywator dla kogoś – pochwaliła się. Oczy mi lekko zwilgotniały i z lekka się zaszkliły. Tak, to był jeden z najfajniejszych momentów mojego Marszu Niepodległości. A właściwie biegu, bo przecież marsz nordic walking było tylko jednym z elementów XXVII Biegu Niepodległości w Warszawie.  Ale słowo bieg jakoś mi nie przechodzi przez palce, marsz to marsz.

Więc maszerowałam, chociaż wszystko mnie w środku skręcało z tej zazdrości, że inni sobie biegną. Właściwie złapałam się na tym, że do nawrotu szłam z głową skręconą w prawo i wypatrując znajomych. To, że nie za wszystkimi krzyczałam – to dlatego, że zwyczajnie bym nie nadążyła wszystkich wymieniać. „Moja strefa” – myślałam sobie patrząc na kolegów, z którymi się zazwyczaj mijałam na tej trasie, a dzisiaj oni właśnie zaczynali finisz, a ja stukałam miarowo kijkami o asfalt w tempie ślimaka.

To znaczy – tak mi się wydawało, że ślimaka. Pierwszy kilometr dłużył mi się potwornie. Po drugim nadal nie bardzo wierzyłam w dotarcie do mety. Miałam wrażenie że wszyscy mnie już minęli i zamykam tyły – bo przecież zawodnicy NW startowali na samym końcu.

Na pierwszym kilometrze odbyłam sympatyczną konwersację z inną przyszłą mamusią. Oczywiście – o aktywności w ciąży. Pani dokończyła jeszcze koronę półmaratonów w pierwszych miesiącach. Szacunek. No, i widać było. Jej forma i te 7 czy 8 tygodni mniej zaawansowania zrobiły swoje. Odpłynęła mi zaraz potem jak skończyłyśmy rozmawiać.

Gdzieś w okolicach wiaduktu zaczęłam odzyskiwać rezon. Zrobiłam to samo, co w biegu. Pod górkę skróciłam krok, zwiększyłam kadencję i – zaczęłam wyprzedzać. Na zejściu wyciągnęłam krok, ale starałam się zachować tempo. Trochę zdemobilizował mnie widok kijkarzy już wracających. Aha. Czyli jednak jestem w ogonie – pomyślałam, ale postanowiłam się nie poddawać.

Za nawrotem nabrałam wigoru. Mimo że umierałam z pragnienia, bo przecież nikt nie pomyślał, żeby dla biednych marszerów postawić jakieś picie. Ostatecznie co tam – te czterysta kilka osób przy 13000 biegaczy. Dobrze, że zaczynało lekko mżyć. Z drugiej strony,  sobie wyobrażę to machanie kijkami przy napojach… To w sumie może i lepiej. Następny, razem wezmę sobie camelbaka na 6,5 km. Chociaż zaraz! Jakim następnym razem? Przecież za rok… I tu moja wyobraźnia zaczęła pracować, widziałam siebie za rok, w swoim normalnym rozmiarze, z rozwianą grzywą, z wózkiem… Ba, posunęłam się nawet do rozważania, czy można być pacemakerem z wózkiem. Nie, jednak nie – stwierdziłam po namyśle. Zając ma to do siebie, że musi nieźle lawirować. A lawirowanie z wózkiem, zwłaszcza na zjazdach, mogłoby się…. Różnie skończyć.      

Tak myśląc tym razem ja mijałam sobie kolejnych marszerów, bo od Ronda ONZ dziwnie nabrałam wigoru. Tak, znam tę trasę na tyle dokładnie, że w sumie nie potrzebuję żadnego GPS-a, żadnych oznaczeń. Stąd jest jeszcze tyle do mety, stąd tyle… W marszu udało mi się dobrze rozłożyć siły i na koniec tylko wyprzedzałam, wyprzedzałam i wyprzedzałam. Aż do samej mety, przy której konferansjerował Kuba Wiśniewski i tak ładnie nas przywitał, że znowu mi się zaczęło szklić w oczach. To wszystko te hormony, oczy mi wędrują na wilgotne miejsca jakoś dziwnie łatwo i wrażliwość wzrosła mi mniej więcej o 100 proc. Na różne rzeczy wrażliwość.

Tak, na głupotę też. Scenka z szatni. Kierunkowskazy – Szatnia damska, Szatnia męska. Tłum umiarkowany, ciężko się pogubić. Ale pani do partnera: Zejdziesz ze mną na dół? Bo nie mam telefonu i się nie znajdziemy… Wszystkie noże w kieszeni mi się otworzyły. Dobrze, że ja akurat z tej szatni wychodziłam..

I wrażliwość na drobiazgi. Na przykład na to, że w strefie >60 minut i NW za nic nie było słychać hymnu. A dla mnie to jeden z najważniejszych elementów Biegu Niepodległości. Ten moment przystanięcia na baczność, przerwy w rozgrzewkach i poprawianiu ciuchów. Ten, kiedy wszyscy śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła…” Nic z tego. Nie, jeżeli biegasz wolniej albo maszerujesz. Nie jestem pewna, dlaczego można było postawić drugiego czy trzeciego konferansjera w tej strefie, ale już puścić hymn przez głośnik to już nie. Nie kumam tego i było mi zwyczajnie przykro.

Przykro mi też trochę było, że startowaliśmy po tym, jak już najszybsi dobiegli do mety, zawsze miło było dopingować najlepszych na przeciwległej prostej…  

No, ale to drobiazgi.  Bo w sumie co innego się liczyło. Ta biało czerwona rzeka ludzi – dzisiaj widziana z drugiej strony wiaduktu przy Centralnym. Ta liczba znajomych – bliższych i dalszych, w większości dawno niewidzianych. Te wszystkie dobre i serdeczne słowa, które do nas trafiły. Od znajomych, przyjaciół – i od dziś pierwszy raz spotkanych współmarszerów/biegaczy. Ta motywacja, na kolejne 8 tygodni, które chcemy spędzić możliwie aktywnie.

No i liczy się też medal – inny niż zwykle, elegancki, a dla mnie symboliczny.

12235125_1041280685902654_1607038523617526242_n

I kolejne wspomnienie, bo przecież to już mój 9. Bieg Niepodległości. Pamiętam jeszcze start na Krakowskim Przedmieściu, depozyty w autobusach, zbieg Belwederską i kolejki w Wilanowie… Tak było, serio ;-) Cała epoka w międzyczasie minęła. Warszawski Bieg Niepodległości to dzisiaj krajowa ekstraklasa, nawet jeżeli zdarzają się drobne niedociągnięcia.

A za rok, mam nadzieję, będę już startować z właściwej strefy. Może nawet da się pomyśleć o jakiejś życiówce? Bo marsz mi dobrze zrobił na nogi, ale jednak co bieg, to zawsze bieg. A Facebook przypomina, że od poprzedniej życiówy minęły właśnie… 4 lata…

  

Trenerzy, mentorzy, nauczyciele

beautyandb

Tak wpis chodzi za mną średnio raz do roku, na ogół w okolicach Dnia Nauczyciela. W tym roku też się nie wyrobiłam, żeby zdążyć w terminie, ale uznałam, że jak nie w tym roku – to już chyba nigdy się nie zbiorę, żeby napisać. O nauczycielach, o trenerach i o tych (nie)wszystkich, od których staram się czerpać biegowe mądrości.

Dzisiaj mam też pretekst, bo jeden z serwisów informacyjnych doniósł o dyrektorce łódzkiego liceum, która praktycznie zlikwidowała problem zwolnień z wuefu w swojej szkole? Jak? Bardzo prosto. Zaczęła wymagać od lekarzy bardziej szczegółowych opisów ćwiczeń, których nie mogą wykonywać uczniowie. I dla tych, którzy mieli zwolnienia – utworzyła specjalną grupę, która uczestniczyła w zajęciach prozdrowotnych, które przybierały różne formy – np. spacery z kijkami, nauka technik masażu. Brawa i szacunek dla tej pani – i za pomysł, i za wyjście poza szablon. Uważam, że jej uczniowie mieli wielkie szczęście.

Ja w sumie też miałam szczęście. Bo byłam idealną kandydatką do zwolnienia z wuefu. Wyobraźcie sobie taką dziewczynkę, która w trzy i pół miesiąca gdzieś między końcem trzeciej klasy podstawówki a początkiem czwartej wyrasta o jakieś 12 cm w górę, plączą jej się nogi, ma za długie i słabe ręce, skrzywiony kręgosłup, właściwie powinna mieć skierowanie na gimnastykę korekcyjną. I ta dziewczynka na początku czwartej klasy trafia na wuef i, o zgrozo!, na nauczyciela – faceta. A wuef w czwartej klasie zaczyna się od przewrotów. Dziewczynka nie umie, boi się, za nic nie chce zrobić tego przewrotu. I nauczyciel, zamiast się wydrzeć, zwyzywać i postawić dwóję, zaczyna tłumaczyć. Jak ten przewrót zrobić, jak się oprzeć, jak odepchnąć… Dziewczynka ucieka na koniec kolejki – i tak na każdej lekcji sytuacja się powtarza. Po jakichś czterech tygodniach dziewczynka robi przewrót. W przód, w tył. Pochwała od nauczyciela jest dla niej jak gwiazdka z nieba. Więcej nie ucieka na koniec kolejki. I nie opuszcza wuefu pod żadnym pretekstem.

Mało tego. Następne cztery tygodnie później dziewczynka zapisuje się na SKS. I trafia pod skrzydła pewnie najniższej na świecie trenerki siatkówki. Pani może i jest nie wysoka, ale głos ma donośny, a wyskok i serw taki, że niejeden może pozazdrościć. Donośnym głosem pani tłumaczy dziesięciolatce: „Jak serwujesz, to nie głaskasz tej piłki, tylko walisz, jak w byś chciała dać w gębę chłopakowi, co cię obraził”. Serwować się nie nauczyłam jakoś świetnie, ale rozgrywającą byłam całkiem dobrą. I trenowałam nawet wtedy, kiedy pękła mi kostka w małym palcu lewej ręki i rękę aż po łokieć miałam w gipsie (ale końcówki palców – nie :>).

Reszta podstawówkowych nauczycieli od wuefu jakoś mi specjalnie w pamięć nie zapadła, chociaż pamiętam też panią, która ustawiała mnie w środku na rozgrzewce, bo jak prowadziłam, to za szybko biegałam. Dzisiaj ją rozumiem, wtedy miałam poczucie krzywdy – bo przecież się tak starałam. I jeszcze panią, która próbowała mnie zmusić do skoku przez skrzynię. Groziła zdaje się nawet dwoją czy inną jedynką (bo jakoś już była nowa skala ocen), a poddała się dopiero, kiedy prosto w oczy usłyszała: „No to niech pani stawia”. Musiało być dużo desperacji w tym stwierdzeniu, bo pani odstąpiła od sankcji.

W liceum… W liceum zaczęła się zabawa ze zwolnieniami. Po tym jak nauczycielka wymyśliła, że będzie oceniać styl wykonania fikołków i postawiła mi 3 za wrażenie artystyczne, przyniosłam zwolnienie. Ale że jednak do wuefu miałam słabość, wymyśliłam sobie, że zwolnienie nie było z wuefu, a z „ćwiczeń wymagających nagłej zmiany postawy”. Czyli – z fikołków. Z zastrzeżeniem: „to ja będę mówiła, czego nie mogę robić”. I jak tylko pojawiały się fikołki, to grzecznie stawałam z boku. Pani robiła dużo, żeby mnie zniechęcić do wuefu, ale… na szczęście miałam za sobą dobry bagaż z podstawówki. I wychowawcę, który powtarzał: „Uczcie się języków i ćwiczcie na wuefie, reszta jest mniej ważna”. Był historykiem ;-)

Jeszcze gdzieś w podstawówce wymarzyłam sobie trenowanie lekkoatletyki. Mogłam być taką Dafne Schippers z 18-20 lat temu. No, ale nie mieściłam się w typie sylwetki. Wyglądałam raczej na kulomiotkę albo oszczepniczkę. Tak przynajmniej oceniło to znane małżeństwo kieleckich trenerów. Jak tylko usłyszałam: „To na wiosnę damy ci oszczep”, natychmiast zniknęłam z treningów. Chodziłam sobie na callanetics,  sport oglądałam w telewizji.

Na studiach chciałam trochę nadrobić, na dobry początek pierwszego roku odstałam ze 3 godziny w kolejce, żeby się zapisać na basen. Na Inflancką. I z uporem godnym lepszej sprawy przez kolejne trzy środy (najlepsze imprezy w akademiku były we wtorki) zwlekałam się przed szóstą, żeby o 7.30. wleźć do wody… Wszystko byłoby pięknie, gdyby na czwartych zajęciach instruktor nie wpadł na pomysł, że nauczy mnie skakać do wody. Najlepiej metodą szokową. Czyli po prostu mnie zepchnął ze słupka. No cóż. Więcej na zajęciach się nie pojawiłam, a w ramach zaliczenia dostarczyłam stosowne zwolnienie. Przez kolejne lata trochę było kombinowania – a to kurs tańca, a to jazda konna w niedzielę gdzieś pod Warszawą, a to… kupowanie zaliczeń w siłowni wskazanej przez uczelnię (na siłownię i tak chodziłam, nawet na basen, ale tego nie uznawano). W każdym razie z chęci uprawiania sportu skutecznie się wyleczyłam…

I pewnie tak by zostało, gdybym sobie kiedyś nie wymyślała, że będę biegać. Zrazu na własną rękę, czy raczej nogę, na pełnym gazie i do utraty tchu. Serwisów o bieganiu było wtedy tyle, co kot napłakał, a dokładniej – dwa, raczej opierające się na tworzeniu społeczności niż dostarczaniu wiedzy, książka polska – jedna, biblia Jerzego Skarżyńskiego, która odstraszała samą objętością, a magazyn „Bieganie” dopiero raczkował, a i tak wydawał się dość hermetyczny. No więc tuptałam sobie – 3-4 razy w tygodniu, w dobrym towarzystwie, umiarkowanym stałym tempie. A życiówki przez pierwszy sezon i tak się same robiły.

O tym, że to niekończenie jest najlepsze wyście, pierwsza powiedziała mi Dominika. Dominikę znacie – bo kto nie zna najbardziej szalonej ultraski kończącego się sezonu. Tylko wtedy jeszcze nie była poważną panią manager i matką dzieciom, a szaloną, świetnie biegającą już właściwie nie-studentką. Ale ponieważ gadałyśmy gdzieś w szatni, jakieś trzy tygodnie przed moim debiutem maratońskim, to nic z tego tak od razu nie wyniknęło. Wyniknęło kilka tygodniu później, kiedy zapisałam się na maraton w Barcelonie. Dominika wzięła mój trening w swoje ręce, rozpisała plan, a ja – tylko go wykonywałam. Niedawno wpadła mi w ręce wyblakła kartka zapisana długopisem – to był całkiem niezły plan. W każdym razie na tyle niezły, że mimo jakiejś drobnej kontuzji w trakcie przygotowań i błędów obliczeniowych na trasie, w Barcelonie poprawiłam czas o ponad 20 minut i 4 godziny złamałam ze sporym zapasem. Pewnie, że mój sukces, ale wcale nie musiałby się wydarzyć, gdyby nie sensownie poukładany, choć w sumie dość lekki trening.

Dominika przygotowywała mnie jeszcze do jednego maratonu, chronologiczne piątego, ale… nie wzięłyśmy pod uwagę kilku czynników, w tym zmiany strefy kilmatycznej.  

Do czwartego (trzeci się nie liczy, był bez żadnego przygotowania, na pełnym spontanie), przygotowywałam się sama – z planem Skarżyńskiego. Bo w końcu się przemogłam, przeczytałam, poskładałam w plan. Chyba sam BPS, jakieś 8-10 tygodni. Start w Amsterdamie – i znowu poprawa o  ponad 11 minut, 3:43, to już wyglądało całkiem ładnie. A mistrz dał mi całkiem niezłe podstawy do dalszego kombinowania.

Potem pojawiało się coraz więcej źródeł z planami treningowymi, więc uznałam że jestem samowystarczalna. No, to byłam… W ramach samodzielności na przykład biegałam wg BPS-u Greiffa. Bo było w nim dużo biegania. Oj, bardzo dużo biegania. I 35 km co sobotę… W efekcie, zamiast poprawić się o kwadrans w maratonie, poprawiłam się o… minutę. No właśnie.

Postanowiłam się znowu poradzić mądrzejszych. I tak trafiłam do Rafała Wójcika – wtedy jeszcze świeżo po sukcesach sportowych, mistrza i wicemistrza Polski w maratonie. Chyba byłam pierwszą amatorką, z którą Rafałowi przyszło pracować. Trening nie był łatwy, o nie! Zaczęła się siła, podskoki ze sztangą (– Ale jak ja mam podskakiwać? Śmieją się ze mnie na siłowni), jakieś bieg w zawrotnym tempie (-Ale ja nie umiem tak szybko. – A jaki masz wynik z zawodów (…) No, to powinnaś bez problemy 40 minut biec tym tempem…), dwa treningi dziennie… Efekty? Złamane najpierw 1:45, a potem 1:40 w półmaratonie w dwóch kolejnych sezonach. A maraton? No cóż. Zawsze „zapominałam” powiedzieć, że dwa tygodnie po połówce planuję maraton.

A potem się zmęczyłam. Przestało mi się chcieć. Waliłam głową w mur i nie byłam w stanie pobiec poniżej 3:40. Nic nie pomagało. Przestałam zawracać głowę trenerom. W jednym sezonie postanowiłam pójść na spontan. Spontan w tym przypadku oznaczał cotygodniowe wybiegania po 30 km, jakieś rozbiegania, jakieś elementy siły (wsparte treningiem na hali), trochę szybszego biegania – głównie w ramach weekendowych startów. Na przykład w układzie – sobota start albo mocny kross, niedziela – 30 km z przyspieszeniem na koniec.

I nagle coś zaskoczyło. Z tego spontanu, choć w sumie dość konsekwentnego, nie poprawiłam wyników w półmaratonie, ale pojechałam do Wiednia i w końcu zrobiłam życiówkę. Jeżeli dobrze kojarzę, to był 13. start ;-)

I znowu doszłam do wniosku, że tyle, co mogłam zrobić spontanicznie, to już zrobiłam. Wtedy do mnie dotarło, że przecież całkiem po sąsiedzku, a na dodatek „klubowo” mamy człowieka, który doskonale zna się na treningu. Tak trafiłam pod „merytoryczną” opiekę Tomka Lipca. Na efekty i trzeba i nie trzeba było długo czekać. Nie trzeba – bo już po dwóch miesiącach na krótszych biegach widać było poprawę. Ale z maratonem musiałam poczekać aż do następnej wiosny. Do treningów od trenera, który ściął mi część weekendowych startów i trochę ograniczył liczbę spontanicznych trzydziestek, dołożyłam jeszcze zajęcia na hali i naukę pływania. Efekt na trasie? W Barcelonie (tak, znowu w Barcelonie!) poprawa o 8 minut i złamanie 3:30. A przy okazji życiówka w półmaratonie zaraz potem i prawie życiówka na 10 km (gdyby organizator nie skrócił wtedy trasy!), kilka podiów…

Z Tomkiem współpracujemy jakoś tak falowo, bo ja jeszcze mam takie pomysły, że może sama coś wymyślę, więc jeszcze trochę z przerwami, teraz przerwa jest konkretna i dłuższa, ale mam nadzieję, że gdzieś pod koniec stycznia weźmie mnie znowu pod swoje skrzydła, bo… bo chyba mamy jeszcze parę rzeczy do udowodnienia ;-)                 

I to właściwie już prawie wszyscy których by należało wymienić.

Chociaż nie, jest jeszcze jedna osoba, o której chciałam w tym tekście napisać. Paweł Rurak, czyli dla odmiany trener od pływania. Człowiek, który tak naprawdę powinien mnie odesłać po pierwszych zajęciach, na których okazało się, że nie umiem przepłynąć kraulem 50 metrów (a mówiłam, że trochę pływam). Tymczasem, zamiast mnie odesłać, użył sobie tylko znanych technik motywowania i wspomagania treningu (te płetwy, te krótsze dystanse, ta cierpliwość i próby wskazania miejsc, gdzie tkwi błąd) w efekcie których nie tylko te 50 metrów mogłam przepłynąć, ale… przestałam w zasadzie pływać żabką, bo kraul, jakkolwiek nadal daleki od dobrego, jakoś mi się… spodobał. Liczę, że Paweł wróci z tej Kanady, a ja akurat wrócę do formy na tyle, żeby znowu popływać.

I tak sobie myślę, że o ile w pływaniu trener nie jest żadnym dziwnym zjawiskiem, bo to jednak dyscyplina techniczna, dobrze jeżeli pomaga w niej ktoś, kto się zna, to w bieganiu zbyt często pokutuje przekonanie, że to najbardziej naturalna forma ruchu i każdy sam potrafi, bo to intuicyjne. Owszem. Potruchtać może sobie każdy. Ba, nawet maraton ukończyć – to nie jest specjalny wyczyn, wystarczy regularność.

Ale jeżeli do biegania chcemy podejść sportowo, jeżeli chcemy robić postępy, na swoim poziomie, ale poprawia wyniki – lepiej postawić na trenera. Który nie tylko powie, jak trzymać łokcie  i jak się odbić od ziemi, ale w trudniejszych momentach po prostu zmotywuje czy tak dobierze trening, żeby nie wydawał się zbyt trudny, a spełniał swoje zadania (-Nie wychodzi ci ciągły? To może spróbujesz zmienny? – i działa!) . Oczywiście, można to wszystko pewnie wyczytać z książek, można też znaleźć w Internecie. Tylko jeszcze trzeba wiedzieć, co i kiedy. Ewentualnie dlaczego. Mało który amator jest na takim poziomie zaawansowania i wiedzy teoretycznej, żeby ogarnąć to, co internet mu wypluje. I potem są tacy biegacze, co to na wróbelka w postaci 3:30 strzelają z armaty Greiffa. A po co? Wystarczy dobry nauczyciel. 

P.S. Nazwiska moich nauczycieli z podstawówki - tych dwojga o których pisałam - naturalnie doskonale pamiętam. Podobnie jak kieleckich trenerów ;-) Reszty, na ich szczęście, niekoniecznie ;-) 

Jak tabliczka dobrej czekolady. „Szczęśliwi biegają ultra”, czyli biegowa książka roku

beautyandb

Skończyłam. Są takie książki, których nie da się, a nawet nie powinno się czytać na raz, jednym tchem. Takie,  które się smakuje jak kafelki ulubionej czekolady – żeby na dłużej starczyły, żeby dłużej czuć smak. Ale nawet najlepsza czekolada kiedyś się kończy, a najlepsza opowieść ma swój kres. I tak wczoraj dotarłam do ostatniej strony książki „Szczęśliwi biegają ultra” Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej i Krzysztofa Dołęgowskiego. I z lekką konsternacją stwierdziłam, że łatwiej pisze się recenzje książek słabych – niż dobrych. Bo jak książka jest słaba, to trzeba napisać, dlaczego. A jak jest dobra – to jest dobra i każdy powinien ją przeczytać.

12065646_1024005414296848_7474184630924233558_n

„Szczęśliwi biegają ultra” są książką dobrą. I właściwie tu mogłaby się ta recenzja skończyć. To właśnie książka z gatunku takich, które smakuje się powoli. Połknięta na raz – jest niezła, ale może przytłoczyć. Danymi, faktami, intensywnością. Smakowana powoli pozwala dostrzec różne nutki smakowe, wątki, płaszczyzny, składniki, które w sumie razem tworzą wyjątkową harmonię.

I nie, to nie jest tak, że założyłam, że musi być dobra. Wręcz przeciwnie, podeszłam do niej z pewnym sceptycyzmem. Jak miło się rozczarowałam!

„Szczęśliwi biegają ultra” to pozycja która znakomicie wpisuje się w serię Galaktyki, w której ukazują się nie tyle poradniki dla biegaczy, co książki ludzi (lub o ludziach) z pasją, które wciągają historią, a jednocześnie mogą stanowić inspirację dla tych, którzy poszukują w bieganiu drugiego i trzeciego dna, nowych ścieżek, metod, recepty na życie. Albo – ostrzeżenia.

„Szczęśliwi biegają ultra”  to historia – porywająca i miejscami ujmująca – pary młodych ludzi, których życiowe ścieżki kiedyś się spotkały, a potem ze sobą splotły, a gdzieś w międzyczasie wplotło się w nie nierozerwalnie – bieganie. Nie jako dodatek, uzupełnienie, coś obok normalnego życia. Nie. Jako jego zasadnicza treść, jako życie właśnie. I wspólnego dojrzewania w tej pasji. Historia wcale nieoczywistych wyborów i decyzji.

I jest to historia bardzo szczera. Nie jestem pewna, czy wiele osób zdobyłoby się na aż taką otwartość. Może dlatego jest tak ujmująca – bo nie ma w niej ściemy. Nawet jeżeli niektóre sceny (tak, zwłaszcza te biegowe) wydają się zbyt piękne, zbyt słodkie albo – zbyt przerysowane – to właśnie dowód, że takie nie są. Nie ma w nich ściemy, nie ma wydumanych czy opisów kreowanych na siłę.   

A przy okazji jest solidna dawka wiedzy o biegach ultra i o bieganiu po górach (bo przecież nie każde ultra jest górskie i nie każde bieganie w górach to ultra). O historii takiego biegania i o tym, jak biegać, żeby robić to dobrze. O fizjologii wysiłku i o jego stronie mentalnej. O sprzęcie i o tym, jak powstawały buty do biegania po górach. O tym, jak się przygotować do „zwykłych” zawodów i jak może wyglądać droga do sukcesu albo przynajmniej do mety ekstremalnie trudnych, kilkudniowych etapówek. Jak się poddać na trasie i jak oszukiwać umysł, kiedy zmęczenie produkuje rzeczywistość alternatywną.

Jest też cały rozdział o diecie. Chyba najlepiej ilustrujący podejście autorów do tzw. złotych recept prezentowanych tu i tam. Bo są w tym rozdziale najszybsi polskich górskich ultra. I są ich diety - kompletnie różne, a jednak skuteczne. I nie ma wskazania – tak, ta droga jest słuszna, inne nie. Wręcz przeciwnie – spory fragment o diecie wegetariańskiej, którą stosuje Magda, jest właściwie ostrzeżeniem przed pułapkami diety roślinnej, na które powinni zwracać uwagę biegacze. I o tym, że to wcale nie jest takie proste – być biegaczem w polskich warunkach, nie jeść mięsa i nie mieć żadnych braków. A jednak można przy tym być wiernym własnym przekonaniom.

Jest też wreszcie gdzieś w tle, ale powracający nieustająco wątek tego, że taka pasja, która stała się całym życiem – jest niezwykle zaborcza. Że zyskując nieporównywalne z niczym innym przeżycia, wrażenia i emocje, trzeba się pogodzić z tym, że pewne rzeczy nam umkną, z niektórych świadomie zrezygnujemy albo po prostu pogodzimy się z tym, że ich nie będziemy mieć. Koszty są wymierne. Nie tylko dosłowne i finansowe (a o tym jak wyglądają finanse w polskich górskich biegach też się możemy sporo z tej książki dowiedzieć), ale są też te całkiem niematerialne. Rachunek zysków i strat różnie się plecie, ale dobrze mieć świadomość, że takie zaangażowanie to nie jest tylko jedna strona – ta z portali społecznościowych, publikacji czy rezenzji. Fajnie, że autorzy zdobywają się na taką szczerość. Szacun! I fajnie, że podsumowanie bilnasu wychodzi im na plus.

I tu mogłoby paść słowo „zazdrość”. Bo przecież autorom można pozazdrościć. Żyją swoją pasją, napisali świetną książkę, są razem, biegają, są szczęśliwi. Nie boją się spełniać marzeń. Ale jeżeli czegoś naprawdę można Magdzie i Krzyśkowi pozazdrościć – to raczej ich młodości, tego, że mają jeszcze mnóstwo czasu przed sobą. I tego, że tak fajnie razem dojrzeli w swojej pasji. No, dobra. I tych dwóch miesięcy w Boulder, gdzie pisali swoją książkę i gdzie chłonęli amerykańskie góry. Poza tym – można im tylko kibicować i trzymać kciuki za kolejne wyzwania, które sobie stawiają. W sumie nie miałabym nic przeciwko temu, żeby „Szczęśliwi…” doczekali się sequela – dobrych książek nigdy za wiele.

 

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska, Krzysztof Dołęgowski, "Szczęśliwi biegają ultra", wyd. Galaktyka 2015. 

 

© Ania biega
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci